piątek, 26 lipca 2013

Rano i po sprawie

10 km

Jest godzina 9.30, a ja już dawno po treningu i porannej kawie. Wbrew nadziei, nie było specjalnie chłodno (liczyłem na to, że wbiegając do lasu dostanę gęsiej skóry). Nie było za to duszno, łatwo było złapać oddech. Ze zdziwieniem zauważyłem, że piasek na leśnych dróżkach jest wilgotny, a ślady butów rozmyte uderzeniami kropel wody. Znaczy, coś tam padało, choć deszczyk był nader symboliczny.
Wybiegnięcie na otwartą przestrzeń przypomniało, że jest lato. Do Goleniowa wróciłem kompletnie przemoczony i lżejszy pewnie ze dwa kilo. Ale skoro na popołudnie zapowiadają upał rzędu 30 stopni, poranna wyprawa do lasu była chyba dobrym pomysłem.

środa, 24 lipca 2013

Zwrot o 180 stopni

10 km

I bądź tu mądry. Wczoraj achilles się awanturował, dziś grzeczniutki, jak syte niemowlę. Żadnych problemów, żadnych dolegliwości. Dyszka standardową trasą była godziną relaksu i czystej przyjemności. W parku przemysłowym próbowałem przebiec się z prędkością, która jest bezpieczna, nie wycieńcza i daje gwarancję utrzymania prędkości na dłuższym dystansie. Wyszło mi, że absolutnie neutralną szybkością jest 4:58 na kilometr. Bieg w tempie 2/3, czyli wdech na dwa kroki, wydech na 3. Po 3 kilometrach byłem świeżutki i bez najmniejszego problemu mogłem biec dalej.

wtorek, 23 lipca 2013

Performance

8 km

Przed południem spotkałem na mieście Piotrka. Zamiast (co łatwo by się dało uzasadnić
upałem) pójść na piwo, poszliśmy do zaprzyjaźnionej kawiarni "Ambrozja" na kawę. Przywitaliśmy się z Dorotką, poprosiliśmy o espresso dla mnie i "zwykłą" dla Piotrka, zasiedliśmy kulturalnie przy stoliku i siedzieliśmy sobie, leniwie gaworząc o tym i owym, smakując uroki życia na przykład mieszkańca Paryża czy Nicei, o Bastii już nawet nie wspomnę. Po paru minutach Dorotka zaserwowała nam po porcji lodów, jak należy, w pucharkach. Zjedliśmy ze smakiem.
Co jakiś czas przechodzili koło nas jacyś znajomi. Mój widok nikogo pewnie nie zdziwił, bywam na kawie dość często, ale Piotrka raczej z tym napojem niewielu kojarzy. Stąd pewnie zaciekawione spojrzenia, jakby sprawdzali, co też mamy w filiżankach i czy pod stołem nie stoi jakieś wunderwaffe.

Pod wieczór z Piotrkiem przebiegliśmy się do parku przemysłowego. Przez cały dzień dokuczał mi prawy achilles, więc nie chciałem szarpać go biegiem w terenie. Na asfalcie praktycznie nie czułem dolegliwości, po paruset metrach achilles się znieczulił. Przebieżka w relaksowym tempie, pogadaliśmy sobie po drodze, a na koniec nawet nie napiliśmy. Kurka wodna, wyjątkowo kulturalny dzień!
Napijemy się więc jutro. Jutro też jest dzień! ;)

poniedziałek, 22 lipca 2013

Intensywne nawadnianie

10 km

Chyba wróciłem do równowagi. Wczoraj wieczorem zacząłem od trzech piw, sporej ilości wody mineralnej, skończyło się na niezłej ilości wina, prawda, że na podlanie sushi, które przyrządził Michał przy wsparciu Oli. Sushi to rybka, a rybka lubi pływać. Nie tylko w sosie sojowym, który organizm przyjmował z radością, bo to przecież skoncentrowana sól, której wypociłem na kajaku na miesiąc z góry. Smakował mi, jak rzadko kiedy.

Dzisiaj dyszka rytualną trasą. Żaden wysiłek, ale też nie ma się co szarpać, kiedy w dzień termometr pokazuje 30 stopni. Wysiłek trzeba miarkować, żeby w kalendarz nie walnąć za szybko. Na szczęście, koło godziny 20 temperatura znormalniała, w lesie było ciut chłodniej, niż na otwartej przestrzeni. Ciekawe, że insekty wszelkiego sortu miały dziś wolne i nie czepiały się mnie, co zazwyczaj zakłóca przyjemność wieczornego relaksu biegowego.

Kolejny raz ludzie mnie pytają, czy na pewno bieganie po leśnych dróżkach jest zdrowsze, niż truchtanie po asfalcie. I tłumacz tu każdemu z osobna, że to przesąd z czasów, kiedy biegało się w trampkach albo tenisówkach. Dziś, kiedy bez problemu można kupić buty z porządną amortyzacją, asfalt jest zdecydowanie lepszy, niż gruntowe drogi w lesie. Asfalt jest równy, nie ma ryzyka skręcenia nogi, nadszarpnięcia ścięgna czy uszkodzenia stawu. W lesie wiele może się zdarzyć: dołek, kępka trawy, podkopana przez kreta ścieżka, wystający korzeń - sto okazji, by sobie zrobić krzywdę. Nie rekompensuje tego bieganie po naturalnym podłożu, rzekomo lepiej amortyzującym kroki. Chrzanić taką amortyzację, amatorów biegania po sypkim leśnym piachu odsyłam do Jarosławca, tam będą mieć okazję do zmiany zdania :)


niedziela, 21 lipca 2013

Kajak

Sobota 21 km, Niedziela 13 km - kajak
Jezioro Drawsko, sobota po południu

I to jest to. Dwa dni na wodzie, w dobrej klasy kajaku turystycznym, na pięknych jeziorach, przy kapitalnej pogodzie. Jestem skatowany słońcem i wysiłkiem, ale bardzo zadowolony.
Wczoraj z rana spakowanie śpiworu, wody, czegoś do zjedzenia, wrzucenie na dach Kodiaka - i w drogę. Wyjeżdżając nie bardzo wiedziałem, dokąd jechać. Wziąłem Kodiaka, więc rzeka odpadała, to kajak za długi i za trudny w manewrowaniu przy zmiennym nurcie; na otwartych wodach spisuje się znakomicie, więc zostały jeziora. Padło na jezioro Drawsko, jak sugeruje nazwa, leżące w pobliżu Czaplinka. Podjechałem na sprawdzone miejsce, do Drahimia. 50 m od plaży parking, były wolne miejsca, tam się więc rozgościłem.
Kajak na wodę, na pokład wiśniowe piwo z Miłosławia (hit półmaratonu w Grodzisku, do nabycia w Lidlu - polecam, kto nie pił!) i w drogę. Jezioro jest ogromne, przypomina ośmiornicę, ma prawie 80 km linii brzegowej. Najpierw popłynąłem w odnogę, która dochodzi aż do wsi Siemczyno. Wąska, miejscami przypomina fiord, na końcu sympatyczna plaża. Wysiadłem rozprostować nogi, a na plaży dzieciaki gadają po francusku. Zagadały do mnie grzecznie: "bonjour, Monsieur". No to ja do nich równie grzecznie: "Bonjour, mes enfants, ca va?" "Oui, ca va! Et quest-ce vous faites ici?" - drążą młode. No to sobie pogadaliśmy, łebki przepłynęły się wzdłuż brzegi czerwonym kajakiem, bo przecież takiej okazji przepuścić nie można. Po chwili podniósł głowę facet leżący parędziesiąt metrów dalej, zainteresował się, z kim to dzieciarnia gada po francusku. Okazało się, że Francuz, żona Polka, dzieciaki znają oba języki, ale jak już zaczęły do mnie po francusku, a ja podjąłem dialog, do głowy im nie przyszło, by z miejscowym gadać w lokalnym języku.
Powrót na główne jezioro, przepłynąłem się wzdłuż prawego brzegu do końca, do samego Czaplinka, potem w ten sam sposób powrót do Drahimia, krótki odpoczynek, kajak na dach i po zakupy. Wymęczony i wygłodniały, zajechałem po zakupy do "Biedronki" (jeden z lepiej
Tunel pod drogą i torami
prowadzonych sklepów tej sieci, żadna tam "Bieda"), pilnowałem się, by na głodzie nie wykupić połowy towaru. Pieczywo, kefir, kawałek sera, dwa piwa i kamyczki - to wszystko. Z tym zakupem pojechałem na kemping (duże słowo na tę łąkę) nad jeziorem Pile w Liszkowie. Jak zawsze - sympatycznie. Moje ulubione miejsce, tuż przy pomoście, zawsze jest puste, było i tym razem. Jako że była już godzina 20, rozłożyłem sobie siedzenia w Espace, włączyłem przyjemny jazz, rozłożyłem się tak, by mieć widok na jezioro - i odpoczywałem. Potem wyjąłem już tylko śpiwór, zapakowałem się w bety - i lulu. Nad ranem obudził mnie chłód, noc była nad wyraz rześka, nad wodą snuły się kłaki mgły. Uszczelniłem okrycie i siup, z powrotem spać. Spałem do ósmej.

Jedno z małych jeziorek
Na śniadanie resztki z wczorajszej kolacji, potem kajak na wodę i znów wiosłowanie. Z jeziora Pile popłynąłem na zachód, w kierunku źródeł Piławy. To piękny łańcuszek jezior, mniejszych i większych, połączonych leniwie płynącym strumieniem. Zero turystów, paru wędkarzy - o dziwo - sympatycznych. Ale z nieba lał się niemiłosierny żar, potem się okazało, że było nawet 30 stopni, a ja przecież nieźle "naświetlony" po wczorajszym dniu. Dlatego nieco skróciłem zaplanowaną trasę, zrobiłem dziś jedynie 13 kilometrów. Wróciłem na kemping ostatkiem sił. Do tego stopnia zjechany, że musiałem poprosić o pomoc we wrzuceniu kajaka na dach samochodu, sam bym nie poradził.
Lilie jeszcze kwitną

Droga powrotna ciężka jak nigdy. Samochód rozgrzany, wietrzenie niewiele dawało, trzeba było jechać bardzo ostrożnie, w tym cholernym upale trudno było zachować skupienie. Starałem się nie przekraczać 90 km/h, jak się okazało - bardzo słusznie. Niedziela, upał, a szmaciarze ze straży miejskich w Drawsku i Czaplinku stoją przy drogach z tymi swoimi skrzynkami. Przed Drawskiem cyknęli fotkę gościowi, który jechał przede mną. Oczywiście, stali w miejscu, gdzie było ograniczenie, ale ustawił je tam, delikatnie mówiąc, funkcjonariusz specjalnej troski. Tylko po to, by kasować.
Piława w tym miejscu jest leśnym strumykiem


W drodze powrotnej słuchałem o korkach, o stłuczkach na drogach prowadzących nad morze. Jakoś nikomu nie współczułem. Na drogach prowadzących na Pojezierze Drawskie jest luźno, drogi po remontach, bezpieczne (tylko te łachudry ze straży gminnych...). Nad jeziorami tłoku nie ma, ceny rozsądne, na kempingach jest sympatycznie, woda w jeziorach czysta i ciepła. Po jaką cholerę lud prze nad to morze? Drodzy państwo, kierunek - wschód! Czaplinek, Nadarzyce, Borne Sulinowo, Gudowo nad jeziorem Lubie. W cholerę ze Świnoujściem, Międzyzdrojami i resztą nadmorskich wioch z dykty.

Kanał łączący dwa jeziora
Znajdź szczegół pt. szczupak czyhający na niewinną rybeńkę
Inny jeziorny widoczek
Słitfocia, bez niej ani rusz!










piątek, 19 lipca 2013

Już lepiej niech gryzą robale...

10 km

Z najwyższym trudem wypędziłem się dziś na trasę, bo popołudnie jakieś wyjątkowo senne, odbierające ochotę na aktywność. Przemogłem się jednak, na wysokości torów kolejowych było już w porządku, organizm wszedł na właściwe obroty. I wszystko byłoby piękne, gdyby nie atak jakichś latających mrówek czy czegoś w tym rodzaju, gryzących jak jasna cholera, a po ugryzieniu piekło jak piorun i zostawał wielki bąbel. Ale to i tak pikuś, bo biegnąc od wiaduktu w stronę stacji benzynowej omal nie nadepnąłem na wygrzewającą się na asfalcie żmiję, która miała na oko z 80 cm długości; w pierwszej chwili wydało mi się, że na drodze leży patyk, dopiero kiedy się zatrzymałem i obejrzałem toto z bliska, zauważyłem prawdziwą naturę znaleziska. Znalezisko było jak najbardziej żywe, bez żółtych zauszników, za to z wyraźnym zygzakiem na grzbiecie, więc ominąłem niewątpliwą żmiję bezpiecznym łukiem. Lekkie ciarki mi przeszły na myśl, że mogłem nadepnąć...

Jeśli tylko będzie względna pogoda, ruszam popływać. Pora oderwać się od gazety, portalu i pisania. Wygląda na to, że jestem ostatnim frajerem, bo nikt więcej nie przejmuje się zbieraniem informacji do GG, szczególnie w weekend. Chrzanię, jadę odpocząć. Proszę się nie dziwić, jeśli do poniedziałku na portalu GG nie pojawi się żadna informacja.

Pusto się jakoś zrobiło, nie widuję znajomych biegaczy. Podobno bractwo się porozjeżdżało, urlopuje. Wrócił za to czołowy goleniowski performers, Piotr W. Trzeba by się spotkać i przepłukać zęby.

czwartek, 18 lipca 2013

Wracaj, panie Janek

10 km

Na stadionie spotkałem dziś Panjanka. Najwyraźniej, nie może bez niego żyć. Spacerował sobie rozglądając się po bokach. Zapytałem, kiedy wraca, bo bez niego firma dziadzieje. Niestety, nieprędko, bo na początku sierpnia będzie miał wszczepiane 'bypassy'. Ale mówi, że jak już dojdzie do siebie, to wróci. Oby.

Pora rozejrzeć się za inną trasą, już mi się znudziło bieganie po tych samych szlakach. Każdą ścieżkę przebiegłem już po paręset razy, każdą dziurę znam na pamięć. Jedyne rozwiązanie, to nowe szlaki. Takie na przykład, jak trasa wokół lotniska, czyli połączenie biegu z krajoznawstwem. Choć pewnie gdyby przyszło biec tą samą trasą po raz dwudziesty, też byłoby to nudne...

Jutro po południu odchamianie: wyprawa do Zygmunta, do Strzelewa, w okolice sztuki. Za tydzień będzie tam naprawdę interesujący koncert: tercet Saturi, grupa śpiewająca bardzo oryginalny i ambitny folk z polskimi korzeniami. Dziewczyny zgarnęły nagrody na najważniejszych festiwalach folkowych w Polsce, mają też nagrody zagraniczne. Kto ciekaw, próbki muzyki znajdzie na stronie www.saturi.pl
Na sobotę i niedzielę planuję wypad z kajakiem na Pojezierze Drawskie. Prawdopodobnie Czaplinek i jezioro Drawsko. Od roku tam nie byłem.

środa, 17 lipca 2013

Wszystko przeszło

Wtorek - 10 km
Dziś - 10 km

Nie wiedzieć czemu, ustąpiły wszelkie drobne, acz dokuczliwe dolegliwości. Wczoraj przez cały bieg zastanawiałem się, czemu biegnie mi się aż tak przyjemnie, dopiero pod koniec uświadomiłem sobie, że przecież nic mnie nie pobolewa, a kondycja jak rzadko kiedy. Proszę, jak niewiele potrzeba do szczęścia ;)
Idąc do lasu przechodziłem przez stadion, a tam biegał sobie prezes Gapiński. Nie nurzał się w żużlowym pyle, krążył sobie po asfalcie wokół ogrodzenia bieżni. Lekko się zdziwiłem, bo rzadko tu bywa. Okazało się, że kroi się wesele, pani wiceprezes z tej okazji postanowiła zmienić kolor włosów i zasponsorować przy okazji panią fryzjerkę, więc pan prezes przywiózł ją gdzie należy, a sam zażył ruchu u OD.

Opłaciłem maraton w Poznaniu i Półmaraton Gryfa. Poznań drastycznie podrożał, wstępna cena to stówa, kto zechce zapisać się na miejscu, wywali drugie tyle. Znaczy, Poznań chce po prostu zarobić. Gryf w rozsądnej cenie 50 zł. Tym razem problem na własne życzenie: nie sprawdziłem, że już raz wcześniej zapłaciłem, system tego nie wyłapał, pieniądze poszły drugi raz. Czekam teraz, aż zwrócą. 

Sezon na truskawki się skończył, a tymczasem ja po raz pierwszy w tym roku zjadłem coś, co było prawdziwą, słodką i pachnącą truskawką. To, co przez cały czerwiec sprzedawano na straganach owszem, wyglądało jak truskawki, ale na tym koniec. Smak kwaśno-gorzkawy, twarde to jak kartofle, bez zapachu. Krótko mówiąc, przemysłowe g..., nadające się tylko na marmoladę, do której potem sypią wagony cukru i dodają sztucznego aromatu. Z prawdziwymi truskawkami, jakie jadłem przez całe życie, nie miało to nic wspólnego.
Teraz to samo będzie z pomidorami, potem jabłkami, gruszkami itd. Sztuczne jedzenie, fuj. 

Dziś biegło się dużo gorzej. To pewnie skutek prawie nieprzespanej nocy i kompletnego zmęczenia, do tego upału. Pierwsze półtora kilometra to było "docieranie" opornego organizmu, potem już poszło, choć bez wczorajszej lekkości. Jak zwykle, najprzyjemniejsze jest ostatnie pół kilometra przed stacją benzynową, kiedy się już czuje zbliżający się szybko koniec trasy. Potem jeszcze truchcik do bramy stadionu - i można przejść do marszu, oglądając z zadowoleniem truchtaczy na żużlu.
Spotkałem dziś za dnia Darka Religę, znajomka. Jeszcze niedawno gruby i ociężały, dziś biegł koło starego basenu, zupełnie odmieniony. Wybiera się na 'dyszkę' do Wałcza, planuje też zaczepić o półmaraton w Kliniskach. Poradziłem, żeby specjalnie nie zwlekał z zapisaniem się, bo miejsc ubywa.

poniedziałek, 15 lipca 2013

4:29

10 km

Powrót na starą trasę, przez las, pod wiaduktem i potem przez GPP. W parku zrobiłem sobie pomiary prędkości. Pierwszy kilometr 4:52, drugi 4:29, trzeci, który wydawał mi się wypoczynkowy i relaksowy - 4:46. 
W lesie natknąłem się na parę osób. Najpierw na trzy lekko starsze ode mnie panie z kijkami, tym się ukłoniłem nie czekając na nic. Potem trójka zdecydowanie młodych ludzi, mijali mnie ze wzrokiem wbitym w ziemię. Kiedy machnąłem im ręką, mało się nie pozabijali pozdrawiając. Potem jakiś chłopak, też udawał, że mnie nie widzi. Olałem go, gówniarzowi kłaniać się nie będę. A już na wiadukcie na drodze lubczyńskiej jakaś młoda biegaczka, już z daleka się uśmiechała i pozdrawiała, należało więc odpowiedzieć tym samym.
Generalnie, nie ma podstaw do zmiany opinii. Coś się porąbało w tym narodzie, zrobił się burakowaty. Skąd te wzorce? Naprawdę, jesteśmy buracką wyspą w Europie, aż wstyd.

Maraton Puszczy Goleniowskiej przyjmuje już oficjalnie zgłoszenia do biegu. Nie ma co się ociągać, żeby na lodzie nie zostać. 120 miejsc, z tego 10 zajętych już pierwszego dnia. Przygotowania idą pełną parą, Darek mówi, że ostatnio więcej czasu poświęca biegowi, niż pracy zawodowej. Ale będą efekty. Impreza zapowiada się naprawdę wystrzałowo, będzie przyjazna ludowi biegającemu, żadnych śmiesznych facetów w długich płaszczach, pętających się bez sensu między ludzikami w rajtkach. Wspomniałem dziś o maratonie Robertowi Krupowiczowi, zapowiedziałem rewelacyjną "imprezę bez OSiR-u", zaprosiłem uprzejmie. Przy okazji wsączyłem w ucho, że Łukasiak z łysawym knują Milę w stylu mistrzostw świata zawodowców. Opowiedziałem, co trzeba zrobić, żeby pod koniec Mili pod sceną czekały dwa tysiące biegaczy, marznących i być może moknących, boć to połowa listopada już będzie. Robert wszystko kupił, przekonałem go.
Trzeba będzie nad burmistrzem popracować. Dziś mi powiedział, że chce pobiec na milę. Powiedziałem mu, że nie honor. Na milę to może se biegać Ojciec Dyrektor ze swoim kumplem łysawym. Burmistrzowi przystoi powalczyć o dychę, choćby miał paść w tej szlachetnej walce. Jest szansa, że Robert zmieni zdanie.

niedziela, 14 lipca 2013

Wokół lotniska

16 km

Przed południem próbowałem popływać kajakiem, ale na Dąbiu ostra, groźna fala, na pływanie po brudnej Inie ochoty nie miałem, wyprawa na dalsze jeziora zbyt długo by trwała, poza tym - tam też by huśtało. Wróciłem więc, wskoczyłem w ciuchy do biegania i ruszyłem w teren. Podjechałem do Marszewa, samochód zostawiłem przy kościele, a pobiegłem polną drogą w stronę Imna. Droga wysadzona dębami jeszcze przez Niemców, widoczna jest na starych mapach, ma kilkaset lat historii. Właśnie tak drogi łączące nawet główne miejscowości wyglądały jeszcze dwieście lat temu. Brukowaną drogę ze Szczecina do Goleniowa wybudowano dopiero w 1830 roku, wcześniej były tylko drogi polne (nie mówię tu o terenach zajętych niegdyś przez Rzymian, tam drogi bite mają po 2 tysiące lat...)
Polną drogą dotarłem do Imna, stamtąd skrajem lasu w kierunku Osiedla Mosty, w lesie mijamy grupę bardzo starych, pięknych, pomnikowych dębów. Wybiegnięcie na asfalt, potem w stronę stacji kolejowej, za torami w lewo, dawną wewnętrzną drogą wojskową. Niestety, drogę rozryto przy budowie awangardowej linii kolejowej, którą pociągi jeżdżą, ale pasażerowie już nie. Trzeba biec prawą stroną torów, a na wysokości dawnej bazy przeładunkowej przeskoczyć na zaczynającą się w tym miejscu starą drogę. Nią do przejazdu kolejowego, potem przejście na asfaltową drogę lotniskową, mijamy wiejski port lotniczy, do szóstki, skręt w lewo, do ronda i polną, starą drogą powrót do Marszewa.
Dobrze, że wziąłem ze sobą butelkę wody. Niby chłodno, niby wietrznie, a pić się chciało po drodze jak cholera. Kiedy wróciłem do samochodu, z gwinta obaliłem drugą butelkę.

Młody dotarł do Wągrowca, a tam jest nasza kultowa bieżnia, cztery tory w wersji tartanowej. I zrobił fotkę, oto ona. Ja też muszę odbyć pielgrzymkę do Wągrowca :)