środa, 11 września 2013

Wmurują medaliony i będzie OK

6 km

Sprawdzam, jakie skutki przyniesie ograniczenie w niektóre dni liczby robionych kilometrów. Dziś tylko sześć, jeśli nadal będę się czuł tak doskonale, jak dziś, to jutro podwójna dawka. 

Dziś próbowałem się od Jacka K. dowiedzieć, co tam słychać w temacie organizacji mili. Dowiedziałem się, że poszły zaproszenia do wybitnych lekkoatletów, że w mur przebudowywanej bramy stadionu zostaną wmurowane pamiątkowe medaliony, które kiedyś były umocowane w bruku na Plantach, a obok będą zdjęcia wszystkich organizatorów Mili (największe zapewne będzie Ojca Dyrektora). No i na temat organizacji Mili to w zasadzie wszystko, wycisnąłem też z Jacka, że będzie losowanie nagród. Prawdopodobnie, bo na razie nie ma nagród. Jak będą, to się rozlosuje. Usłyszałem też krótki wykład o tym, jak się pozyskuje sponsorów i że to bardzo ciężka praca, bo sami się nie pchają. Rzuciłem od niechcenia: słyszałem, że gdzieniegdzie się pchają... "-No też słyszałem..." - Jacek smutno skończył temat.
Chrzanić Milę, zanosi się, że jak zwykle będzie to Festiwal Ojca Dyrektora. Się pobiegnie, się potem opisze, będzie grało. Zapisać się trzeba do końca września, chyba bym się skręcił, gdyby przyszło mi zapłacić choć o 50 gr więcej, niż opłata podstawowa.

Swiss Jazz tego wieczoru gra na bluesowo. Akurat w nastrój mi trafia, bo po południu wkurzył mnie Wojciechowski (ten brązowy, co to na krześle siedział), ściąłem się z nim na ostro. Teraz muzyka przenosi mnie w krainę łagodności ;)

wtorek, 10 września 2013

Jest dobrze

10 km

Zdaje się, że wczorajsze 5 km bardzo dobrze mi zrobiło. Czy to wpływ ojcowego żużla, czy przewagi nad panem sędzią? - Nie wiem, nieważne zresztą. Fakt, że dziś rano obudziłem się wypoczęty, wyspany i nic mnie nie pobolewało: ani kolano, ani achillesy. Aż się chciało wstać i ruszyć do roboty. 
Z bieganiem trzeba się było wstrzymać do popołudnia, ostatecznie ruszyłem się po 18. Było jeszcze na tyle widno, że spokojnie można było wybrać się do lasu, zrobiłem więc podstawową trasę. Jeszcze bez ciśnięcia gazu, bez obciążania stawów, ostrożnie wybierając miejsce na postawienie stóp. Do ósmego kilometra kompletnie nic mi nie dolegało, potem lekkie ćmienie w kolanie - znak, że proces gojenia jeszcze się nie zakończył. Do mety dotarłem w świetnej formie fizycznej, spokojnie mógłbym biec dalej. 
Zastanawiam się, czy nie zróżnicować trochę treningu. Widzę, że lekkie odpuszczenie, tzn. ograniczenie dystansu w niektóre dni świetnie wpływa na poprawę formy. Najwidoczniej prawdą jest, że regeneracja nie jest żadnym wymysłem. Widać, że to działa. Temat do przedyskutowania w gronie fachowców. Nie wiem tylko, od kogo zacząć: od Ojca Dyrektora czy jego łysawego kumpla?

Przyplątało mi się przeziębienie. Niewielkie, ale dokuczliwe: drapanie w gardle, łzawiące oczy, lekki kaszel. Idzie więc jesień...

Są wyniki weekendowych zmagań. Robert w Holandii nie wygrał (choć chyba jechał z taką myślą), był "number 14". Trochę się zdziwił, że w Holandii są góry, których nie było w jego scenariuszu. Skarży się, że bieg po holenderskich górach omal mu dupy nie urwał, teraz musi chodzić na masaże i pudrowanie.
Mirek (stary Lewando) z Tomkiem Oleszkiem, młodym Lewando i Agnieszką Oleszek wystąpili na Festiwalu Biegowym w Krynicy. Wszyscy żyją.

Muszę podłączyć komputer do wieży i głośników. Radio Swiss Jazz będzie wtedy leciało w całej chałupie, nie tylko przy laptopie. Lekki jazz, zero reklam, minimum gadania. To radio, które mogę słuchać na okrągło. Kto chce spróbować - to  tu: www.radioswissjazz.ch, w prawym górnym rogu jest player. 100 procent relaksu!

poniedziałek, 9 września 2013

Lepszy od sędziego

5 km

Lato się kończy. Ranki i wieczory już chłodne, a i w dzień trudno się zgrzać. Krótkie spodenki powędrowały już do szafy, mała szansa, żeby w tym roku były jeszcze potrzebne. Pora wyciągać to, co ma długie rękawy i nogawki.
Trening pod wieczór, na stadionie. Miałem nadzieję, że żużel będzie wilgotny, bo w dzień coś tam kapało z nieba. Nic z tego, suchy jak pieprz. Za późno jednak było, żeby startować w las, zostałem na bieżni. I dobrze, bo miałem moment satysfakcji, kiedy na pięciu kilometrach trzykrotnie zdublowałem sędziego Krupę, z którym parę razy byliśmy w przeciwległych narożnikach ringu. Pan sędzia, biegający w towarzystwie jednego z panów prokuratorów, został sponiewierany. 
Tylko pięć kilometrów, bo nadal muszę szanować wracające powoli (niestety...) do formy kolano. Mało, ale lepsze to, niż siedzenie w bezruchu. Chociaż przyznam, że kiedy zobaczyłem truchtającego pana sędziego, dostałem niezłego speeda i o bólu kolana zapomniałem ;)

Wybieram się na wojnę z firmą Orange, która dostarcza mi usługę pn. Neostrada. Usługa jest ostatnim badziewiem: połączenie jest niepewne, rwie się po kilka razy dziennie, szybkość łącza nie osiąga przewidzianych umową 10 MB/s, w dodatku kiedy nie działa internet, nie mam połączenia telefonicznego, bo telefon jest internetowy. Właśnie rozmawiałem z konsultantem, który mi mówił, że nie ma najmniejszego problemu, składam rezygnację i umowa jest rozwiązywana od ręki. Zapytałem, czy naliczą mi karę umowną, odparł, że oczywiście tak. I potem mi wyjaśnił, że zgodnie z umową, podstawą do zerwania jej przeze mnie może być niedziałający internet przez 30 dni(!!!) pod rząd. To, że łącze nie ma szybkości przewidzianej umową, też nie jest problemem, bo szczegółowe zapisy mówią podobno, że jeśli szybkość mieści się w przedziale 1-10 MB, wszystko jest w porządku. 
W rozmowie z panem konsultantem wyjaśniłem w prostych słowach, co myślę o firmie Orange. Skoro nie ma wyjścia, będzie wojna, bo żadnej kary umownej płacić nie mam zamiaru.

niedziela, 8 września 2013

Idzie ku lepszemu

6 km biegu i 2,5 km ostrego marszu

Właśnie wróciłem z przebieżki. Jeszcze bardzo ostrożnej, truchtem, ale to jednak bieg. Brakowało mi go ostatnio, czułem się źle siedząc na d... i myśląc, że ci biegną tu, inni gdzie
tym razem fotka nie moja
indziej, a tylko ja jak sierota w domowych pieleszach. 

Wiązadło daje o sobie jeszcze znać, ale nie jest to już ostry i nieprzyjemny ból, kojarzący mi się z wbijaniem gwoździa między kości w kolanie. Teraz to typowy ból końcowej fazy stanu zapalnego, mniej zokalizowany i nie tak dokuczliwy. Nieodczuwalny przy chodzeniu, pojawia się jedynie podczas biegu. Mam nadzieję, że jeszcze parę dni i będzie po sprawie.

Na wczorajszym treningu w Kliniskach było tylko kilka osób, dodatkowi mieli przyjechać dziś rano i przebiec się z prezesem. Anetka donosi, że Tomek Garbień po zrobieniu kółka potwierdził, że za trzy tygodnie może być niezła rzeźnia...

Wieczór i prawie cała noc spędzona na spotkaniu klasowym z okazji 25-lecia matury klasy, do której chodził m.in. Darek Gapiński, a dowodziła nią Oleńka. Zjawiło się prawie pół klasy, a to całkiem niezły rezultat jak na imprezę po ćwierć wieku.
Przyjemnie było słuchać relacji każdej z osób po kolei, mówiących o swoich dokonaniach od czasu liceum. Losy były różne, jednym powiodło się lepiej, innym nieco gorzej. Nikt jednak nie narzekał, nie przeklinał losu. Widać było, że ludzie umieją się cieszyć tym, co osiągnęli, co los im przyniósł: przede wszystkim udanym życiem rodzinnym, małżonkami, dziećmi. Na drugim planie dokonania zawodowe, nikt nie chwalił się majątkiem, kontem, wyjazdami zagranicznymi - choć niektórzy na pewno by mogli. Miło było stwierdzić, że wciąż to są ci sami, sympatyczni ludzie, co ćwierć wieku temu. W dodatku świetnie się trzymający fizycznie: kobiety ładne i zadbane, panowie bynajmniej nie podtatusiali. 

Jak zwykle, po imprezie autko zostało na parkingu. Rano nie byłem w wybitnej formie biegowej (to skutek nocnego spożycia), przemaszerowałem więc pod kryminał, gdzie w knajpce o lirycznej nazwie "Kazamaty" bawiła się Darka klasa. Stąd te 2,5 km marszu.



Ciekawe, jak tam wyniki weekendowych biegów. Darek z e-sołtysem Albercikiem przebiegli maraton Świnoujście-Wolgast, w półmaratonie Philipsa w Pile nie biegł chyba nikt od nas, nikogo nie znalazłem na liście startowej. Nie ma jeszcze wyników maratonu w Krynicy, no i poczekamy do jutra na newsa od Roberta w Holandii.

sobota, 7 września 2013

O 5 km za dużo

10 km

Wczoraj po południu prawie zupełnie przeszły mi kolanowe dolegliwości, pod wieczór postanowiłem wyskoczyć w teren. Pewnie trochę przesadziłem z dystansem, trzeba było zrobić tylko połowę, bo w nocy kolano znów zaczęło o sobie przypominać, choć nie tak mocno, jak we wtorek. Prawdopodobnie odpuszczę sobie jednak leśny trening, bo dycha w terenie to nie za dobry pomysł na kolano z urazem; za dużo okazji, by ponownie naciągnąć wiązadło. Poza tym, o 17 zaczyna się zjazd klasy licealnej, do której chodził prezes Gapiński, której wychowawczynią była moja Oleńka, a w której sam miałem możliwość pouczać biologii przez parę miesięcy. Prezes miał wtedy 15 lat, a ja 22. Od tamtego czasu zleciało 25 lat ;)
Kiedy już w głębokich ciemnościach wracałem szosą lubczyńską do Goleniowa, gdzieś w połowie odcinka usłyszałem w lesie tuż przy drodze dziwne odgłosy: trzask łamanych gałęzi, jakieś chrząkanie, fukanie - krótko mówiąc, najpewniej stado dzików. Niby wiadomo, że niezaczepiane nie zaczepią, że to zwierz z ludźmi obyty... Ale jakoś tak lepiej się poczułem, kiedy ryjące bractwo zostało daleko za plecami ;)

Młody pod wieczór pojechał do Katowic na jakiś festiwal teatralny, ale wcześniej poszedł na stadion. Po powrocie spytałem, ile zrobił? 12 km. No to już jest dla mnie jasne, że zaświtał mu w głowie pomysł o półmaratonie w Kliniskach. Młody potwierdził. Przekonał się, że "dyszka" nie zabija, teraz to samo stwierdzi na półmaratonie. Ciekawe, kiedy dojrzeje do myśli o pełnym maratonie? Z tym trzeba będzie poczekać: niech okrzepnie, nabierze sił i doświadczenia, trochę popracuje nad techniką biegania. Jest na dobrej drodze: kiedy się pakował, zauważyłem, że do walizy wrzucił buty i strój biegowy. Znaczy, że w Katowicach będzie nie tylko teatr, znajomi i testowanie lokalnego izotonika.

Wczoraj w Osinie spotkałem wicemarszałka Jakubowskiego, który pod koniec czerwca przyjechał wziąć udział w biegu 27/27. Była tam jakaś oficjałka: podpisanie umowy na dofinansowanie kanalizacji czy wodociągu. Zaraz po ceremonii marszałek podszedł do mnie i zmienił temat: i co tam słychać z bieżnią, co wam się udało wybiegać? Oczy otworzył szeroko, gdy usłyszał, że bieżnia jest już projektowana, do końca roku ma być pozwolenie na budowę, zimą przetarg, wiosną start budowy, a jesienią otwarcie nowej bieżni. Pogratulował efektywności, wdaliśmy się w dłuższą pogawędkę o bieganiu. Lud osiński stał wokół i słuchał, bo w temat nie mógł się włączyć.

czwartek, 5 września 2013

Pielgrzymka zakupowa

Kolejny dzień bezruchu

Zasięgnąłem porady prezesa na temat urazu kolana. Prezes odradził wszelkie ortezy, zalecił okłady z lodu i czekać na rozwój wypadków. Koło południa było otwarcie gabinetu rehabilitacyjnego dla dzieci, był tam Mariusz Kopcewicz. Spytałem i jego. Też odradził ortezę, kazał delikatnie ćwiczyć, rozciągać staw kolanowy, w razie potrzeby zgłosić się na rehabilitację. Już miałem o opinię zapytać doktor Brygidkę, ale ponieważ znam ją ze 40 lat, to wiem dobrze, że wszelkie pytanie zadane Brygidzie kończy się co najmniej godziną rozmowy. Więc się wstrzymałem :)

Majstrowie dziś skończyli i zniknęli. Skupiam się na likwidacji skutków obecności fachowców. Byli sympatyczni, sprawni, dbali, by nie narobić wokół siebie bajzlu ponad miarę. Ale bajzel jest naturalnym efektem wkroczenia brygady remontowej. Wszechobecny kurz został już zlikwidowany, teraz nastąpiła faza przywracania dwóm pokojom normalnej funkcji. Znaczy - zakupów.

I właśnie na pierwsze zakupy dziś pojechaliśmy, bo trzeba było kupić wykładziny podłogowe. Ja, Michał i szefowa ekipy zakupowej, nieoceniona Oleńka, z kartką (w ręku) z próbkami farby, jaką mamy na ścianach i wizją (w głowie) wyposażenia dwóch pokoi. Wyprawa była na Słoneczne, bo tam i Komfort, i Castorama. Wchodzimy do Komfortu. "O, jest coś do pokoju Michała" - zachwyciła się już po chwili koleżanka małżonka i pokazała rolkę z wykładziną odpowiadającą jej wyobrażeniom. Fajnie, pomyśleliśmy z Michałem, zaraz będzie po zakupach. Myliliśmy się, bo przyszła pora na pokój Ani, a dla niej Oleńka nic godnego w Komforcie nie znalazła. "-Jedziemy do Castoramy!" - padła komenda. Wsiadamy, jedziemy, oglądamy. "-Nic tu nie ma, wracamy do Komfortu, tam widziałam coś, co by było dobre" - zarządza małżonka. Bez protestu ładujemy się do autka, jedziemy do Komfortu. Wchodzimy, szukamy (znaczy, szuka małżonka, my z Michałem snujemy się bez słowa za nią). "-Ta by była dobra, ale powinna być z nutką pomarańczy..." - mówi do siebie Oleńka, maszerując do kolejnej rolki. Z Michałem patrzymy na siebie, z trudem tłumimy śmiech. Kolejna rolka i komentarz: "-Dobre, ale ten odcień beżu powinien być o ton jaśniejszy..." Nie wytrzymujemy, Michał i ja parskamy śmiechem. Małżonka pyta, co nas rozśmieszyło. Tłumaczę, że nie wiedziałem, że beż ma odcienie, przecież brązowe to brązowe, i tyle. Małżonka patrzy na mnie wzrokiem gaszącym ochotę do dalszych komentarzy. Cichnę. Nagle pada komenda, że wracamy do Castoramy, bo tam jednak było coś, co się akurat do pokoju Ani nadawało. Włącza mi się alarm, bo tak przecież kolędować można bez końca. Wskazuję wykładzinę, którą wcześniej odrzuciłem, bo wydała mi się podatna na udeptywanie. W sytuacji zagrożenia kolędą do Castoramy moje wątpliwości co do jakości się rozwiewają, małżonka decyduje: kupujemy. Parę minut później wynosimy z Michałem zakupy do samochodu. Mówię:
- W sumie, szybko poszło, półtorej godziny i dwie wykładziny kupione...
-Dobrze, że nie kupowaliśmy żadnych ozdobnych pierdół - mówi na to Michał. -Nie wyszlibyśmy ze sklepu do wieczora...

Przed nami kolejny rozdział zakupowej epopei: meble...

środa, 4 września 2013

Remont zamiast truchtu

Bez biegania

Ból przechodzi, ale zadysponowałem jeszcze dzień odpustu od biegania. Prawda, że dziś nie bardzo miałem czas, by do lasu wyskoczyć. Lekko po południu zakończyła się najgorsza część remontu - szlifowanie ścian pokrytych gładzią. Szczęśliwie, całą procedurę przemyślałem tak, by zminimalizować ryzyko rozwleczenia gipsowego kurzu po chałupie. Kiedy majstry wyszły z mieszkania, sprzątnięcie trwało tylko niecałe dwie godziny. Jutro ostatni rozdział, już nie grożący niczym nadzwyczajnym: malowanie ścian w dwóch pokojach - i koniec obecności panów od remontu. Uff..

Ładnie rozwija się akcja "Maraton". Najbardziej mi się podoba, że zaczynają się podchody, szukanie znajomości, by móc się zapisać, prośby o poparcie. Odsyłam do prezesa, w końcu to on wymyślił limita zawodników, niech się teraz opędza od natrętów ;)
W sobotę kolejny trening, godzina 16, zbiórka na parkingu przy Nadleśnictwie Kliniska. Mam nadzieję, że do soboty skończą mi się całkowicie problemy z kolanem. 

Za nieco ponad dwa tygodnie wyjazd do Francji, do Szampanii, gdzie śpiewające radośnie wieśniaczki zrywają dorodne kiście winogron. Dwa tygodnie relaksu we francuskim gospodarstwie agroturystycznym ;) Tak naprawdę, dwutygodniowy obóz językowy, porcja zdrowego wysiłku fizycznego, no i załatwienie pracy dla 17 młodych znajomych. A propos: jeszcze ze dwie osoby chcące zarobić po ok. 3 tys. zł w 10 dni mogą się zabrać.

wtorek, 3 września 2013

Sie, kurka, wyrwałem...

Bez biegania

Kolano dało sygnał, że chce być traktowane z szacunkiem. Widocznie jednak za wcześnie się wyrwałem w leśne ostępy, należało odczekać do pełnego cofnięcia się wszelkich bolesności. Wyrwałem się, za to była kara: dziś przez cały dzień utykałem. Zmieniam więc politykę, wyczekam.
Sobota, godz. 16, parking przy nadleśnictwie!

Dziś była konferencja z burmistrzami. Zagadnąłem Banacha o temat Mili Niepodległości. Uśmiechnął się pod nosem, powiedział, że zażądał od Ojca Dyrektora, by ten stawił się w magistracie i sprawozdał na okoliczność przygotowań do biegu. OD podobno powiedział, że nie ma potrzeby, że on przecież wszystko przygotuje i zadba o wszelkie sprawy, że po co pan burmistrz ma sobie tym głowę zaprzątać. Pan burmistrz okazał się jednak stanowczy i Ojca stanowczo wezwał do złożenia zeznań na okoliczność Mili. Dojść ma do tego jeszcze w tym tygodniu. Poprosiłem więc Banacha o zgodę na przyjście i możliwość wsłuchania się w treść ojcowskich zeznań. "-Nie ma żadnego problemu, serdecznie zapraszam!" - odparł sympatyczny wiceburmistrz. Tak więc wkrótce będę mógł szanownej publiczności przekazać, co też Ojciec Mili Goleniowskiej przygotowuje w tym roku truchtającym szaraczkom. Jaki będzie medal - z grubsza wiadomo, bo jego rysunek jest na stronie internetowej OSiR. Jaka koszulka? Techniczna, czy tradycyjna włosienica? - na razie nie wiadomo. Na inne pytania też odpowiedzi jeszcze nie znamy. Ale poznamy :)

A póki co prezes wzywa na kolejne bieganie w Kliniskach. Mam podejrzenie, że próbuje wyeliminować konkurentów w nadziei, że porozwalają sobie kolana (jak ja), powykręcają stawy, połamią piszczele i przeorzą swoim obliczem leśną ściółkę. Zapłacili, więc teraz można ich spokojnie, jednego po drugim wykańczać. Najbliższy trening (czytaj: egzekucja) w sobotę, tradycyjnie o godzinie 16. Ciekawe, ilu przybędzie. Pierwszy trening to było parę osób, drugi - 20, teraz może być i ze 30. Do maratonu prezes zlikwiduje wszystkich.

Ewentualnym marudom zanim zaczną: wiem, to zdjęcie już było. Ale jest dobre i oddaje klimat imprezy.

poniedziałek, 2 września 2013

Wracamy na szlak

7 km

Było parę poważnych powodów, by dziś machnąć ręką na bieganie. Kolano jeszcze czuję, pogoda rozgrzeszająca z automatu, trochę roboty do podgonienia. Ale ja dobrze się znam i wiem, że to się tak niewinnie zaczyna, a potem tych powodów do odłożenia treningu lawinowo przybywa. Dlatego nie wymiękłem, o siódmej wdziałem stosowny strój - i w bój. Delikatnie, żeby głupim, nieostrożnym ruchem nie uszkodzić gojącego się kolana. Przebiegłem się do końca Żeromskiego, za przejazdem skręt w prawo, po kilometrze skręt w kierunku "jeziorka", do drogi lubczyńskiej, trucht do wiaduktu, a w końcu kierunek - dom. Aż miło teraz zasiąść do kolacyjki, która właśnie wjeżdża na stół (omlet hiszpański). 

Omlet czekać nie lubi, dlatego do bloga wróci się później :) 

Omlet zaliczony, wracamy więc do pisania. Jakby kogo interesowało, co to jest omlet hiszpański, to informuję, że to jest to samo, czym żywiła mnie moja babcia Ania 30 lat temu, minus świeże chili i minus kiełbasa choriso. Cała reszta to dobrze mi znane podsmażane ziemniaczki z zieleniną i sporą ilością pieprzu, zalane rozmieszanymi kilkunastoma jajkami i zapiekane w piecu chlebowym w żeliwnej patelni. Pewnie babci Ani by nie wzruszyło, że serwuje omlet hiszpański, babcia była mało wrażliwa na hipsterskie pierdoły. Ale gotowała przednie, choć prosto do bólu. Kto wie, w czym kryje się doskonałość smaku, potwierdzi: w prostocie. I tak właśnie wspominam to, co stawiała mi na stół babcia.
A propos jedzenia: jest koncepcja na obchody zakończenia sezonu biegowego. W okolicach 11 listopada będzie organizowana orgia gastronomiczna pt. choucroute. Ci, co już w takim wydarzeniu uczestniczyli, wiedzą, w czym rzecz. Nieznający tematu proszeni są w zaopatrzenie się w sporą dawkę środków ułatwiających trawienie (uwaga: trawienie ułatwia też zmrożona do postaci oleju wódeczka...) i tym samym przeżycie. Francuzi wiedzą, czym Polaka można zachwycić. Tak naprawdę, są to pokrewne dusze.
Wyjaśniam niezorientowanym: to jednogarnkowa (a więc doskonała z natury) potrawa, której bazą jest dobra kiszona kapusta, w której pyrkoczą sobie różne goloneczki, żeberka wędzone, boczuś, karkóweczka pokrojona w grube plastry, frankfurterki, paróweczki, ziemniaczki, cebulka, a dla koloru nawet marchewka. Siedzi się i czeka, aż toto dojdzie, w międzyczasie można się utopić w napływającej do ust ślinie. Chyba, że się przekąsza tzw. czekadełkiem i płucze zęby płynami różnymi.
Organizacja choucroute nie wyklucza oczywiście organizacji innych imprez, pokrewnych czy wręcz konkurencyjnych. W okoliczności nadchodzącej zimy nie ma co się obawiać, że człek co nieco przybierze, a o taką konkurencję nikt zazdrosny nie będzie...

niedziela, 1 września 2013

Spacerek do Klinisk

11 km

Biegać nie mogłem, ale maszerować - jak najbardziej. Zrobiłem więc sobie pod wieczór pieszą wycieczkę do Klinisk, po zostawione wczoraj autko. Lasami przeszedłem do Rurzycy, tam wyjście na asfalt - i dalej już prosto, w kierunku Klinisk. Dwie godziny z okładem, nie umordowałem się, ale w nogach poczułem.
Po raz pierwszy od paru lat miałem okazję przypatrzyć się polskiej wsi. Widok nie zachwyca. Co prawda domy z nowymi elewacjami i dachami, ale to wszystko dobre, co da się powiedzieć. Jedynie parę domów odnowionych zostało z pewną, choć czasem dziwnie rozumianą, troską o architekturę: odnowione detale zdobnicze, okna nowe, ale pasujące stylem do elewacji. Reszta starych domów została oklejona styropianem, na to pastelowy tynk, do kompletu plastykowe okna, dachówka błyszcząca się jak psu jaja, no i obowiązkowe tuje w ogrodzie. Krótko mówiąc, barachło architektoniczne i estetyczne, żadnego śladu potwierdzającego istnienie w gminie etatu plastyka miejskiego. Każdy stawia swoją lepiankę wedle swojego, przeważnie strasznego, gustu. Skręca człowieka, gdy się na to patrzy. A jeszcze jak sobie przypomnę francuskie wsie, niekoniecznie bogate, ale zawsze stylowe - smutek bierze, bo nasze dzisiejsze badziewie architektoniczne postoi jeszcze dziesiątki lat.
I jeszcze jedno: kompletny brak objawów życia wiejskiego. Żadnych zwierząt gospodarskich, żadnej krzątaniny w obejściach. Tylko z jednego podwórka doszedł mnie znajomy zapach: świeżo uparowanych kartofli, które jakiś dziadek siekał w korycie. Czułem się, jakbym szedł jakimś przedmieściem, a nie wsią.