niedziela, 22 września 2013

Cud się stał

Odpoczynek

Cud najprawdziwszy. Bieg, który moje kolano miał dobić, rozwalić - wyleczył je z wszelkich dolegliwości. Cienia bólu, sprawne, 20 lat młodsze. Akurat o czymś takim rozmawialiśmy wczoraj z Darkiem, mówił, że czasem się zdarza, że kiedy nic już nie pomaga, to skuteczne może się okazać połączenie leków przeciwzapalnych z solidnym obciążeniem wysiłkiem. 
Od dawna zalecam wszystkim bieganie jako balsam na wszelkie dolegliwości. Nie przypuszczałem jednak, że tą metodą da się wyleczyć problemy natury ortopedycznej. 

Dziś oczywiście żadnego biegania nie będzie, jest odpoczynek po wczorajszej dawce wysiłku. Samopoczucie bardzo dobre, nic nie boli, jedynie ogólne zmęczenie, które jutro powinno przejść. 

Późny wieczór: to ciekawe, stan zerowego stanu dolegliwości w kolanie trwa. Wygląda, że najlepszym lekarstwem jest przebiegnięcie w lesie 42 km. Jakby kto potrzebował żywego dowodu, to zapraszam: Goleniów, Szczecińska 11a/3

sobota, 21 września 2013

Prolog

Pierwsze koło Anetki i Albercika
42,2 km

Punktualnie o godzinie 8.00 Anetka z Albercikiem ruszyli w plener. Warunki do biegania idealne: kilka stopni, nic nie pada, nie wieje, trochę mgły dodaje biegowi tajemniczości. Owa mgła mogłaby sprawić, że nieznający trasy maratończycy dotarliby w okolice Stargardu, ale dwoje ludzi na "A" za dobrze zna własne włości, by się pogubić. 
My z Darkiem ruszamy w las około 12.30. Zakładam, że przeżyję. Jeśli nie, to będę pierwszym, którego prezes wrzuci do dołu z wapnem, który podobno ma przygotowany gdzieś tam w lesie.

To jeszcze przed biegiem
A to ostatnie metry
Piszę, więc żyję. Żyją zresztą wszyscy uczestnicy dzisiejszego biegu: Anetka, Ola Gapińska, Albercik, Darek i ja. Ola machnęła półmaraton, reszta pełen dystans. 
Jak wiadomo, kółek trzeba zrobić cztery. Pierwsze to żaden problem, biegło się prawie relaksowo, rozmawialiśmy sobie z prezesem o tym i owym, nawet trochę hamowaliśmy tempo, żeby nadto się nie rozbujać na początku. Po dyszce krótka przerwa na picie i przekąszenie słodkiego. Drugie kółko było już zdecydowanie cięższe, tak w połowie odeszła nam ochota do rozmowy i biegliśmy w ciszy. Kilka minut przerwy w pobliżu nadleśnictwa, parę ćwiczeń rozciągających, picie, jedzenie - i na trasę. Na trzecim okrążeniu poczuliśmy zmęczenie, do wodopoju w połowie koła dotarliśmy mocno zmęczeni, ale po chwili odpoczynku bez kłopotu byliśmy w stanie kontynuować bieg. Po trzecim kółku w bazie przy nadleśnictwie zbierali się już chętni do sobotniego treningu, zmarudziliśmy parę minut, jakieś zdjęcia, jakieś pogaduszki. W końcu - na trasę, na ostatnie koło. Przez pierwszą połowę dokuczały obtłuczone już solidnie stawy skokowe i kolanowe, druga połowa była zaś pod znakiem opadania z sił. Ciekawostka: najlżejszy był kilometrowy odcinek betonowej opaski drogowej, gdzie biegło się zdecydowanie szybciej, nogi wręcz odpoczywały, bo stopy nie zapadały się w miękkim podłożu.
Parę odcinków pokonaliśmy marszem, ale ostatnie 2 kilometry całkiem
Dzisiejsza ekipa po biegu (bez sołtysa)
żwawym biegiem. Na metę dotarliśmy mocno skatowani, choć do śmierci z wyczerpania jeszcze było daleko. Wynik daleki od rewelacji - 4:54:40, ale sporo czasu zmarudziliśmy na trzech przerwach przy nadleśnictwie, będzie tego w sumie dobre pół godziny. Nie o czas też chodziło, ale o przebiegnięcie leśnego maratonu w zdrowiu i całości, bez wypieprzenia się na jakimś korzeniu czy dziurze. I to się udało.


Z gwina najlepiej smakuje
Każdy z nas ma teraz wiedzę, którą reszta uczestników MPG posiądzie za tydzień. Nikt nam nie musi mówić, czy przebiec maraton w lesie jest łatwo, czy trudno; bieganie po lesie jest łatwiejsze, czy trudniejsze, niż bieg po asfalcie. Każdy z nas wie teraz swoje.
Ola po finiszu
Generalna opinia jest zgodna: maraton w lesie jest o wiele bardziej wyczerpujący, niż bieg miejski. Po lesie fajnie się biega, jeśli to jest 5-10 km. Czterdziesty kilometr po leśnych duktach to jest rzeźnia i na przykład ja jestem szczęśliwy, że uroczą trasę MPG zobaczę dopiero za rok. Prezes, gdzieś na 41 kilometrze, zarzekł się, że długo do lasu nie wbiegnie, wraca na asfalt. Szczególnie dostają po zaworach ścięgna Achillesa, bo podnosząc stopę zagłębioną w miękkim podłożu, są zdecydowanie mocniej obciążane, niż w czasie biegu po twardej
To jest entuzjazm!
nawierzchni. Nierówności podłoża dają się we znaki stawom i więzadłom, ryzyko kontuzji jest zdecydowanie większe, niż w mieście. Krótko mówiąc, życie mocno weryfikuje bajki o tym, jakie zdrowe dla układu ruchu jest bieganie po lesie. G..wno prawda.

No nic, koniec narzekania. Jesteśmy szczęśliwi, że swój maraton mamy zrobiony, wszystkim pozostałym życzymy szczęścia za tydzień :)

Ciekawa rzecz: lewe kolano, o które tak się obawiałem, nie sprawiało najmniejszych problemów. Może to w części zasługa Movalisu i leków przeciwbólowych, które wziąłem osłonowo z rana, plus dwie tabletki Ibupromu po trzecim kółku (pobolewały achillesy). Natomiast na problemy z kolanami narzekali inni, m.in. prezes i Ola. I bądź tu, człowieku, mądry...

A&A przed startem
e-sołtys na trasie
Tego było dziś od cholery
Właśnie przekroczyliśmy "bramę raju"
Anetka na finiszu
Ekipa treningowa


piątek, 20 września 2013

Jutro maraton

Odpoczynek przedmaratoński

Zdaje się, że jutro się przymierzę do maratonu. To by było korzystne: jutro rzeźnia, potem 2-3 dni łażenia na czworaka, czwartek - teleportowanie się do Szampanii, potem 10 dni relaksu w winnicy, a po kolejnych paru dniach maraton w Poznaniu. W Szampanii żadnego biegania, za to super trening wysiłkowy: tak na moje oko, z 10 km dziennie chodzenia w tę i z powrotem z wiadrami pełnymi winogron, ciągnięcie wózka o wadze 150 kg po miękkiej ziemi, ładowanie na przyczepę skrzynek ważących po 50 kg, krótko mówiąc - galery (każdego dnia zwieńczone biesiadą przy winku, by następnego dnia galernicy mieli siły zapierd...lać w pięknych okolicznościach przyrody). Szybkości to nie da, ale:
1. pozwoli odpocząć stawom od biegania

2. da parę potrzebną do utrzymania stałego, niezłego tempa.

Właśnie jestem po rozmowie z prezesem. Anetka z sołtysem startują o 8 rano, Darek chce rozpocząć bieg między 12 a 13. I ta godzina mi odpowiada, jutro nie ma ryzyka śmierci z przegrzania, temperatura rzędu 15 gradusów, może ciut pomżyć - czysta przyjemność, wiatru też nie będzie. Idealne warunki biegowe. 
Wprawdzie gdy dziś byłem na grzybach, czułem się, jakby mnie kto kijem obtłukł, ale koncepcja jest jasna - jutro będzie lepiej. Jak człowiek wie, że będzie lepiej, to będzie lepiej i już. 
Grzybki się pojawiły, choć na razie ich niewiele. Malutkie, apetyczne, takie w sam raz na zakąseczkę lub do rolmopsika. Zebrałem solidną miskę. Zameldowałem córci, że grzybki do wigilijnych rolmopsów już są. W odpowiedzi sms: "Wigilia uratowana!"

Prezes zadziwiająco spokojny jak na tydzień przed imprezą jego życia. Jeździ, rozwiesza plakaty i banery, zero nerwa, o wkurwie nawet nie wspominając. To może znaczyć, że imprezka przygotowana jest należycie. Szkoda mi jak cholera, że nie zobaczę efektu na własne oczy. Ale w sobotę wieczorem zgłoszę się po telefoniczny meldunek. 

Społeczeństwo od początku wakacji bombardowane jest informacjami o MPG, a tymczasem choć do Mili zostało z 50 dni, Ojciec Dyrektor milczy jak pień. Dziś już nawet chciałem pójść do pajaca, żeby wycisnąć z niego jakieś informacje o "Mili stulecia". Pomyślałem sobie jednak, że nie należy przesadzać. Nie chce, to niech kisi w sobie tajemną wiedzę na temat tego swojego biegu, kij mu w... Ciekawe, kiedy coś z siebie wykrztusi. Kiedy wrócę z Francji, to się wezmę za temat Mili.

OK, wracam do przerwanego procesu nawadniania. Zacząłem mocnym akcentem, porteróweczką przygotowaną wczoraj przez Oleńkę. A teraz porter Amber, naprawdę rewelacyjny, lepszy (bo inny) od żywieckiego. Mam nadzieję, że druga buteleczka tego elektrolitu nie zakłóci jutrzejszego biegu, a nawet mu posłuży ;) 
Zastanawiam się, jak rozwiązać problem picia na 5, 15, 25 i 35 kilometrze. Chyba nie ma innej rady, niż zabierać ze sobą flaszeczkę w las. Boże, znów przede mną pół wiadra Powerade... ;((

czwartek, 19 września 2013

Łza w oku

Właśnie się wzruszyłem. Otrzymałem maila z Goleniowskiego Domu Kultury, w którym jestem przez GDK zachęcany do kibicowania na trasie Maratonu Puszczy Goleniowskiej. Znaczy, Darek z Anetką przygotowali nie tylko wydarzenie sportowe, ale i kulturalne ;)

Większym wzruszeniem mógłby tylko być mail od Ojca Dyrektora z taką samą prośbą. Czekam. A na razie spróbuję wybrać się w las na jakąś piąteczkę.

7 km

Spróbowałem najpierw jakoś usztywnić, ścisnąć staw kolanowy. Opaska neoprenowa to za mało, spróbowałem klasyki - bandaża elastycznego. Owinąłem kolano dość ciasno i już po chwili wiedziałem, że to jest dobre rozwiązanie. Staw odzyskał stabilność i natychmiast skończyły się wszelkie ślady pobolewania. Bandaż doskonale sprawdził się w czasie biegu, do końca nie czułem żadnego ćmienia w stawie. Rano się okaże, czy faktycznie to proste rozwiązanie jest panaceum na mój stawowy problem. Jeśli tak, to w sobotę mogę się pokusić o próbę zrobienia maratonu. 
Sołtys Albercik ma biec w sobotę z rana, Darek z Anetką przymierzają się do lekkiego popołudnia, by skończyć z tymi, którzy przyjadą na trening. Jeszcze nie wiem, o jakiej porze ja się przymierzę do dystansu.

Kiedy dziś wchodziłem na stadion, padał deszcz. Widziałem ludzi biegających po asfaltowej opasce wokół boiska, słusznie podejrzewałem, że bieżnia jest zalana. I nic dziwnego, że po lada deszczyku żużel jest pod warstwą wody: jakiś bystrzak wymyślił, żeby spuszczać deszczówkę z wyasfaltowanego placu w pobliżu bramy prosto na bieżnię. Na moich oczach płynął tam wartki strumień wody. Jak ma nie być błota?

Kampania przedmaratońska wchodzi w ostatni etap: rozdawanie zaproszeń, wieszanie plakatów, końcowe przygotowania do samych zawodów. Dziś prezes wręczył zaproszenie najgłówniejszemu sponsorowi, Sebastianowi. Sponsor zaproszenie przyjął i uprzejmie podziękował. Prezes uprzejmie podziękował za podziękowanie. Sponsor uprzejmie podziękował za podziękowanie za podziękowanie. Francja, elegancja, patrz zdjęcie.

środa, 18 września 2013

Marsz!

10 km

Znów intensywny marsz zamiast biegu. Trzykrotnie okrążyłem trasę Mili, trafiłem nawet na zupełnie przyzwoitą pogodę, bo pod wieczór przestało padać, wiatru nie było, idealne warunki do treningu. Na stadionie pusto, pewnie bieżnia rozmokła, a pogoda zniechęciła lud do wyjścia w teren. Niesłusznie.

Darek donosi, że medale i koszulki będą gotowe jeszcze w tym tygodniu. Kiedy dotrą, będzie prezentacja.  W poniedziałek dzieciaki z Klinisk mają nagranie hymnu maratonu, w tygodniu będzie jeszcze szkolenie dla wolontariuszy, którzy będą pomagać przy obsłudze maratonu. No i przygotowywanie pakietów startowych i całego tego bałaganu, jaki niezbędny jest na samym maratonie.
Jak należało się spodziewać, wyskakują różne nieprzewidziane scenariuszem różności. Na przykład niejaki Miecio ze swoim stowarzyszeniem "Grodnica" dał zadka z załatwieniem przygotowania grochówki dla 600 osób. Dał zadka, wzruszył ramionami i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Kłopot przejął Darek, który sprawnie załatwił tak wkład do kotła, jak i przygotowanie zupy dla ludu, który zjedzie w następną sobotę do Klinisk. Zupka to raz, dwa to kiełbasa dla wszystkich biegaczy i organizatorów imprezy. To też miał załatwić Miecio, skończyło się tak, jak z grochówką: zadek.

Mam ostateczny termin wyjazdu do Francji: jedziemy w czwartek 26 września. Kurka, na dwa dni przed maratonem... Zły jestem, ale nic nie poradzę.
Jestem zdecydowany przymierzyć się do maratonu w tą sobotę. Staw kolanowy nie powinien planów pokrzyżować.

wtorek, 17 września 2013

Nieuchronnie idzie ku lepszemu

10 km

Zadziwiające, ale dziś wszystko mi przeszło: i ból w stawie kolanowym, i pobolewanie achillesów, i ogólne złe samopoczucie. O wpół do szóstej wybrałem się na 'dziesiątkę', dla przeprowadzenia testu podwozia. Wygląda, że jest dobrze. Nieco ćmi mnie w kolanie, ale to pikuś w porównaniu do tego, co było wcześniej.
W połowie drogi w lesie zrobiłem sobie przerwę na grzybobranie. Jeszcze za wcześnie, znalazłem ledwie kilka sztuk. Są już jednak ładne, młode podgrzybeczki, więc jeśli w najbliższych dniach będzie nieco padać, to pod koniec tygodnia grzybów powinno być w bród. Przyda się nieco malutkich podgrzybeczków do zamarynowania, by było czym potem napełniać rolmopsy, potrzebne też będą większe kapelusze, bez których nie ma u nas Wigilii (smażony karp z podsmażanymi, suszonymi i namoczonymi kapeluszami, z drobno pokrojoną podsmażaną cebulką - bajka!). No i potrzebne jest trochę suszu grzybowego do bigosu, krupniku i innych lekkostrawnych dań polskiej kuchni.

 Koniec sezonu, wyłażą różne kontuzje. Robert mówi, że dupa przestaje go boleć, zechce pewnie powalczyć o zwycięstwo w Kliniskach. Przyznał, że sobotnie kółko dało mu popalić, odczuł je dopiero po powrocie do domu. Ale przynajmniej wie, co będzie grane i nic go nie zaskoczy.
Sebastian wypadł z biegania na jakiś czas, ma kontuzję biodra. Krystian Bizunowicz zbyt forsownym treningiem załatwił się na amen do końca sezonu, z konieczności przerzucił się  więc na rower, do biegania wróci za parę miesięcy. 
Na tym tle moje problemy okazują się mieć małą wagę. To w sumie drobne, przejściowe problemy, do opanowania w kilkanaście dni. I oby tak było dalej, w końcu nie chodzi o przełamanie bariery dźwięku, ale o bieganie dla zdrowia i dobrego samopoczucia. 

poniedziałek, 16 września 2013

Marszem

8 km marszu

Biegać dałbym radę, ale by się to skończyło kolejną przerwą jutro. Odpuściłem bieganie, ale wieczorem wybrałem się na ostry marsz, który tak nie obciąża stawów, a jest całkiem konkretnym wysiłkiem. Chciałem pochodzić wokół boiska, ale około ósmej na stadionie było ciemno jak w d..., a to świetna okazja, żeby sobie skręcić nogę na jakiejś dziurze, szyszce, kawałku kija. Pomyślałem, że mogę przecież pomaszerować przez miasto, zamiast chodzić po stadionie jak koń w kieracie.Wybrałem się więc na trasę Mili, ulicami Andersa, Konopnickiej, Matejki, Akacjową, Lipową, Szczecińską i Norwida. I rzeczywiście było to dużo przyjemniejsze, niż łażenie po ojcowych włościach zaciemnionych jak przed bombardowaniem. Marsz bez kijków, bez przesady z gadżetami. Wysiłek całkiem konkretny, innego rodzaju niż bieg, ale odczuwalny. Nie mam poczucia, że dzień był stracony; miałbym je, gdybym nie ruszył się z domu.
Swoją drogą, trzeba się upomnieć o światełko na stadionie. Ojciec Dyrektor coś długo nie zaprasza goleniowian do treningu przed Milą na żużlu i przy świetle. Należy mu przypomnieć o celach i misji OSiR-u.
Młody mnie się pyta, czy biegniemy 11 listopada. Oczywiście, że biegniemy, reklamując ProGDar Marathon Team i Maraton Puszczy Goleniowskiej 2014. Zapisy zrobimy ostatniego września, hurtem.

niedziela, 15 września 2013

Czwarty trening

10 km
Ogół obecnych, beze mnie

Nie mogłem sobie odmówić przyjemności wzięcia udziału w leśnym treningu, choć wiedziałem, jaki będzie koszt. Jest niedzielny poranek, więzadło przypomina, że ostrzegało... Nic to, warto było, bo jak zwykle sympatyczni ludzie i miło spędzone półtorej godziny. Młody publicznie przyznał, że myśli o półmaratonie. Słowo padło, teraz tylko trzeba przebiec 21 km ;) Dychę robi bez problemu, teraz trzeba dystans nieco wydłużyć; jak na luzie przebiegnie 15 km, 21 da radę.
A tu jestem
Zainteresowanie maratonem coraz większe, trwa dopytywanie, "...czy by się nie dało załatwić jednego, tylko jednego, miejsca, przecież jedną osobę da się jakoś wcisnąć..." Jedną tak, ale nie dwudziestą, która przychodzi z tym samym tekstem. Rozmowa zazwyczaj kończy się zaproszeniem za rok.
Za parę dni będzie można publiczności zaprezentować to, z czym 28 września wyjedzie z Klinisk: koszulki i medale. I to będzie chyba już ostatni akcent zachęcający do przyjazdu tam w ostatnią sobotę września. Wczoraj Darek udzielał się w Radio Szczecin, niestety - w porze, kiedy trwał trening. Nagrania audycji nie ma jeszcze na stronie internetowej, ale się pojawi. Ci, co słyszeli prezesa mówią, że wypadł godnie. 

Od wczoraj mam kolejny powód do wk..rwa. Najwybitniejsza firma telekomunikacyjna Wszechświata - Telekomunikacja Polska vel Orange - drugi dzień dostarcza mi Neostradę z prędkością 0,05 Mb/s. Tak, pięć setnych megabajta na sekundę. Otwarcie najprostszej stronki trwa minuty, wysłanie maila z fotkami z góry skazane jest na klęskę, bo prędkość wysyłania jest jeszcze bardziej zarypista: 0,01 Mb/s. Co na to TP? Jak zwykle, TP ma weekend i pier..li wszystko, co zgłaszają jej klienci. Pier...li bardzo uprzejmie, wystawiając na pierwszą linię Bogu ducha winnych "konsultantów", którzy mogą jedynie potwierdzić, że Neostrada nie działa, a z nią nie działa także telefon stacjonarny, mogą przeprosić i zapewnić, że firma jak najszybciej podejmie działania zmierzające do usunięcia uszkodzenia. Kiedy słyszę te farmazony, zaczynam się zachowywać jak bramkarz Pogoni, który udzielił wywiadu na temat meczu przegranego z jakąś egzotyczną zbieranią Uzbeków czy Kazachów pod szyldem Olimpii Elbląg, nagranie zaprezentował wczoraj Olek Gapiński. Jeśli pamiętam, Pogoń trzy razy dała zada, w tym raz sama sobie włożyła. Bramkarz przemówił językiem szczerym, żołnierskim, bezpośrednim i zrozumiałym, wypowiedź w połowie składała się ze słowa "kurwa" (całość jest tu: http://www.youtube.com/watch?v=_6n81d3mC2A). Precyzyjnie ocenił swoją drużynę, zdziwił się, że tej bandzie patałachów ktoś nadal płaci tak potężne pieniądze, bo ich gra nie jest warta 2 tysięcy miesięcznie, po czym myśl rozwinął. 
I właśnie na zbliżony język automatycznie przechodzę w rozmowie z ludkami z Orange, bo pierepałki z ich Neostradą trwają u mnie już z pół roku. Nikt nie jest w stanie problemu rozwiązać na amen. Chyba pora spuścić TP ze schodów.
Co oczywiste, jestem pozbawiony Swiss Jazz. Na szczęście, na dysku mam całą dyskografię Mylene Farmer, więc jest czego słuchać.

Uzupełnienie: po południu jeden z gości w TP SA wziął się za temat mojego Internetu. Efekt niesamowity: łącze ma prędkość 10 Mb, wzorową i zgodną z umową. Żadnych problemów. Niepokojące jest jednak, że gość nie wie, dlaczego moja linia co jakiś czas przestaje działać. Jest więc ryzyko, że w przyszłości, bliższej lub dalszej, cała szopka się powtórzy. 

Wiadomość z popołudnia: e-sołtys Albercik i  Damian machnęli we Wrocławiu ostatni maraton potrzebny do tytułu Zdobywcy Korony Maratonów (Dębno, Poznań, Warszawa, Kraków i właśnie Wrocław). Będą teraz paradować po Kliniskach w tych koronach, widok może być ciekawy ;)
Tego nie widać, ale jest pod górkę

Prosta, wcale nie ostatnia ;)


Prezes z Michałem po biegu tańczyli oberka
Robert przybiegł pierwszy; chyba się wzruszył...


Gapiński family

Wszyscy żywi i zadowoleni

Koniec zebrania, rozejść się...

piątek, 13 września 2013

To i owo o Mili

Zero

No i nawrót problemów z kolanem, pewnie to skutek wczorajszego bujania się po lasach. Ale przynajmniej achillesy się przymknęły i nie zawracają głowy. Dziś więc odpust, kolano ma dzień na regenerację. Mam nadzieję, że do jutra poprawi się na tyle, by móc przebiec dyszkę w Kliniskach.

Jest ciekawa koncepcja, przedstawiona dziś przez prezesa: machnąć w następną sobotę leśny maraton. Na tydzień przed imprezą, bo przecież Darek, Aneta i Albercik nie będą mogli biegać 28 września z powodu obowiązków organizacyjnych, a ja tego dnia już będę biegał po winnicy w Congy. Stąd słuszna myśl, by maraton walnąć tydzień wcześniej, podzielić się medalami i nagrodami, wybrać sobie najładniejsze, a co zostanie - rozdać ludowi w dniu zawodów ;))
Trzeba więc się doprowadzić do porządku, by kolano wytrzymało 42 km telepania się po leśnych ścieżkach. Ostatecznie, mogę się ograniczyć do 'połówki', ale to jakoś nie honor, trzeba by wytrwać do końca, jeśli tylko kolano pozwoli.

Byłem dziś na spotkaniu wice Banacha z Ojcem Dyrektorem. Zdaje się, że w tym roku Mila będzie zorganizowana dość rozsądnie. Biuro zawodów i konsumpcja posiłków mają być pod dachem, jeśli dobrze zrozumiałem - w sali gimnastycznej Gimnazjum nr 2. Będzie więc gdzie przeczekać do początku biegu, miła odmiana po 24 latach trzymania ludu na mrozie. W pakietach startowych będzie parę ciekawych rzeczy (koszulka techniczna, biała, z przodu czerwony napis o mili, z tyłu spis sportowców, którzy przez 24 lata zaszczycali obecnością), sporo dupereli. Piórniczka nie będzie, czekoladki też nie, dadzą czapkę z polaru, taką cyklistówkę (starsi wiedzą, młodzi - do wujka Google). Będzie ciepłe żarcie na koniec, Ojciec nazwał to nawet "pasta party".
Banach napiera, żeby było losowanie nagród, OD twierdzi, że to niewykonalne, bo zimno, bo ciemno, bo trzeba potwierdzić odbiór, bo tamto, bo sramto. Zdaje się jednak, że dostanie komendę i będzie musiał ją wykonać. 
Na nagrody finansowe przeznaczają 19 tysięcy złotych. Będą równe w grupie mężczyzn i kobiet, nagrody finansowe będą też dla najlepszych goleniowian. I już dziś można wskazać, kto je capnie: ci sami, co zwykle :)

czwartek, 12 września 2013

Wreszcie chudnę

12 km

Spróbowałem dłuższego dystansu, decyzja nie była zła. Kolano wciąż jeszcze ćmi, ale w zasadzie nie przeszkadza to w bieganiu. 7 km po lesie, ostatnie 5 tradycyjnie po asfalcie. I ta ostatnia piątka wyszła najlepiej, biegło mi się bardzo lekko, miałem wrażenie, że frunę.
Wrażenie pewnie ma podstawy. Od paru dni jestem w domu sam. Michał wałęsa się po Polsce, miał dzisiaj wracać, ale w drodze na dworzec w Poznaniu spotkał kumpli z grupy uczelnianej, okazało się, że jeden z nich ma dziś wieczór kawalerski. Nic dziwnego, że zapadła decyzja o zmianie terminu powrotu, może jutro, może pojutrze? 
Oleńka na tydzień wybyła zaś do Krakowa, gdzie babciuje tej dwójce, która pod koniec kwietnia wbiegła ze mną na metę maratonu krakowskiego. Nie ma kto mi podtykać jedzonka pod nos, a że z natury jestem leniwy, to wolę być głodny, niż robić zakupy, czy - nie daj Boże - coś gotować. W rezultacie po prostu chudnę, co czuję wyraźnie. Nie zgłodniałem jeszcze na tyle, by zacząć kolędę po znajomych, ale w sobotę trzeba by się podczepić pod jakąś strawę... O, mam pomysł: będę w Kliniskach na treningu, może Anetka rzuci jakąś kość do ogryzienia? 
A właśnie: trening. Kto był, wie, że warto być drugi raz, bo to sympatyczne, towarzyskie spotkanie. Kto nie był, niech czuje się wezwany do ruszenia dupska w sobotnie popołudnie, żeby potem nie było narzekania, że jakiś piach, jakieś, panie: szyszki, dziki czy nawet grzyby! Prezes mówi, że w lesie pod Kliniskami można znaleźć różne dziwne rzeczy; kiedy wytyczał z Anetką trasę biegu, objawiła mu się poniemiecka bomba słusznych rozmiarów, którą potem bez rozgłosu sprzątnęli saperzy. Tak więc ostrożnie ze skracaniem trasy, bo skrót może prowadzić przez poniemieckie pole minowe :)))

Po powrocie z biegania biłem się z myślami o dzisiejszym wieczorze. Były dwie koncepcje: otworzyć i wypić w samotności porterka, albo zadzwonić do Piotrka, który wysyłał dziś jasne sygnały, że by się napił. Opcja napicia się z Piotrkiem jest przyjemna w wykonaniu, zgubna w skutkach, bo jako człek doświadczony wiem, że piątek musiałbym wykreślić z życiorysu. A ja jutro z rana muszę się zameldować w Kliniskach, by dokumentować spotkanie Darka i Anety z uczniami tamtejszej szkoły. Nie wypada zajść tam z worami pod oczami i z mętnym wzrokiem, jak warszawski żul Olo Kwaśniewski. To samo dotyczy oczywiście Piotrka, który musiałby stanąć jutro przed dziatwą ze swojego gimnazjum. Dziatwa tam wprawdzie przyzwyczajona, widywała pewnie Piotrka w różnym stanie, mniej czy bardziej wymiętym, ale po co ma to robić kolejny raz? Ostatecznie zdecydowałem, że będzie porterek (jakby co, drugi jest w lodówce). Z Piotrem spotkamy się innego dnia, może nawet niedługo?
Pół godziny po powyższym wpisie zadzwonił Piotr. Koncepcja spotkania w piątkowy wieczór pasuje nam obu. Ciekawe, jak będzie wyglądał trening w Kliniskach... 

Na koniec drobna zagadka dla biegaczy z kręgu 27/27. Kontekst następujący: otwarcie gabinetu rehabilitacyjnego na "Fali", początek września. Pytanie: kto to stoi na pierwszym planie i czy to na pewno jest żongler z goszczącego w Goleniowie cyrku? Dla ułatwienia: na widok tego jegomościa paniom nagle zaczyna coś dolegać i błagają go w stylu: panie Mariuszku, a może by pan mnie jeszcze tu pomasował?...