niedziela, 20 października 2013

Jesienna niechęć do wysiłku

10 km

Ociepliło się wyraźnie, tak ma być jeszcze przez parę dni. Ale to już chyba ostatnie względnie ciepłe dni w tym roku. Zaraz listopad i początek zimowej smuty.
A dziś zmiana trasy, przebiegłem się ulicą Nowogardzką, obwodnicą wschodnią i do domu wróciłem przez ulicę Bankową i nowy most na Inie - pierwszy raz po nim przeszedłem. Czułem się jakiś zmęczony, biegło się dość ciężko, pod koniec lekko pobolewały achillesy. Może to rezultat zmiany ciśnienia i pogody, co jakiś czas tak bywa.

Dziś Półmaraton Samsunga w Szamotułach. Nie chciało mi się jechać, nie ma sensu co tydzień ganiać gdzieś pod Poznań. Ale czterech goleniowian się pofatygowało: Tomek Oleszek, Mirek & Michał Lewando i Tomek Garbień. Z listy wynika, że przeżyli i dobiegli, zdaje się, nie rwali się do walki o miejsce na pudle. Ale medale do kolekcji mają.


sobota, 19 października 2013

Księżyc w pełni

Piątek - 10 km
Sobota - 10 km

No i powróciłem do codziennego standardu - rytualnej "dychy". Wczoraj biegałem, jakbym był robotem: krok ciężki, nie czułem lekkości. Dziś lepiej, ale gdzieś koło dziewiątego kilometra uszła ze mnie para. Być może to rezultat wczorajszego posiedzenia z prezesem i prezesową PMT przy księżycu w pełni i nie mniej pełnym szkle. Faza księżyca odpowiednia, wchodziło dobrze, ale rankiem było nieco gorzej. Bieg potwierdził jednak, że sport to bardzo dobra metoda na doprowadzenie się do równowagi. Teraz wszystko jest już OK.

Przed południem podjechałem do Klinisk zobaczyć, jak wyglądają zajęcia w szkółce biegowej (sorki: akademii ;))  ) dla dzieciaków. Darek i Anetka nie wyglądali na zmęczonych wczorajszym wieczorem, udzielali się bardzo aktywnie. Dzieciaki ćwiczą z zapałem, nie marudziły, że zimno, że marzną nosy i palce. Wyglądają na naprawdę zadowolone, podobnie jak i rodzice, którzy dzielnie całą godzinę wytrzymali na porannym chłodzie. Idzie jesień, będzie jeszcze chłodniej, może być mokro. Aneta mówi, że zajęcia będą się odbywać bez względu na pogodę, no, chyba że by lało nieprawdopodobnie. Umiarkowany deszcz nie będzie powodem do odwoływania zajęć. 
Anetka prowadziła zajęcia indywidualne

A Darek grupowe
Prezes nawet uczył dzieci lewitowania...

Piątka na koniec

czwartek, 17 października 2013

Kusiło, by odpuścić

10 km

Nie chciało się dziś wychodzić na trening, prawda? Ciekaw jestem, jak wielu znalazło uzasadnienie dla zostania w domu. Nie było to trudne: chłodnawo, mokro, a pod wieczór zdecydowanie ulewa. No i, jak się okazało, oszczędny Ojciec Dyrektor wyłączył światełko w swoim królestwie przekonany, że skoro jest katastrofa pogodowa, to nikt nie przyjdzie pobiegać.
Mnie też kusiło. Ale kiedy koleżanka małżonka wróciła z pracy i zaproponowała kolację, bohatersko odparłem, że najpierw trening. No a skoro się rzekło, to do roboty, czyli - w ciuchy biegowe. Dobry Bóg natychmiast mnie nagrodził, bo kiedy tylko wyszedłem na bieg, przestało padać. Na stadionie ciemno, bieżnia zresztą zapewne zalana wodą, więc wybrałem opcję awaryjną: trasę listopadowego biegu na 10 km. Trzy kółka zabrały mi około godzinę, dwa czy trzy razy przeleciał mi tylko drobny deszczyk, zasadniczo uszło mi na sucho. Z przyjemnością zasiadłem potem do porterka i kolacyjki, tym razem bez żadnego wyrzutu sumienia. Zasłużyłem.

Jest już pewne, że na rozpoczęciu Goleniowskiej Mili Niepodległości burmistrz ogłosi, że do końca roku gotowy będzie projekt bieżni, a wiosną ruszy jej przebudowa. Kasa będzie. Ciekawe tylko, kto się ogłosi ojcem sukcesu. Można się spodziewać, że lista ojców będzie długa (co źle będzie świadczyć o prowadzeniu się matki sukcesu).

Dziś wyczytałem z listy startowej GMN, że Piotrek ma reprezentować UKS Barnim. Ciekawe, bo jeszcze wczoraj reprezentował KS Hanza Goleniów. Szybki telefon do Piotrka, wk..wienie w jego głosie. Jutro zapewne informacja będzie inna, Piotrek znów będzie w barwach Hanzy. Jak się okazało, UKS Barnim nie zamierza ani pokryć kosztów startu Piotra w poznańskim maratonie, ani wyłożyć zawrotnej sumy 40 zł na opłacenie pakietu startowego w GMN. Nie dziwię się, że Piotrek zjeżony i miota brzydkie słowa pod adresem łysawego.
Ciekawostka: UKS Barnim, największy klub LA w Goleniowie, ma na liście startowej GMN tylko jednego zawodnika, Jakuba Deca. Gdzie reszta?

środa, 16 października 2013

Na 80%

8 km

Stopniowo przywracam się do aktywności. Stopniowo, bo bacznie obserwuję, czy przypadkiem nie zaczynają mi się odnawiać stare dolegliwości, które były tylko zaleczone, a nie wyleczone. Jak na razie, przy 8 km/dzień wszystko jest w jak najlepszym porządku, nie pojawiają się najmniejsze problemy. Nie wiem tylko, czemu przypisać tę nagłą poprawę. Czy to dwutygodniowa przerwa od biegania, zastąpiona dziesięcioma dniami intensywnego chodzenia po szampańskich winnicach z obciążeniem? Bo w leki, nawet najlepsze, nie wierzę; same w sobie nie rozwiązują żadnego problemu.
A propos Francji i miłego pobytu w Congy. Dziś otrzymałem rozliczenie finansowe całej polskiej ekipy (we Francji nikt się nie przejmuje pierdołami pt. ochrona danych osobowych). Zszokowany jestem lawiną kasy, jaka na nas spływa. To najlepszy rok ze wszystkich pięciu, jakie zdążyłem spędzić w Congy. Kasa jest tak dobra, że wystarczyłoby przepracować 10 dni w ciągu dwóch miesięcy, by żyć w Polsce na naprawdę przyzwoitym poziomie. Wyobrażam sobie zaskoczenie (to zbyt małe słowo) chłopaków, którzy dostaną pieniądze za pracę w tłoczni; pracę ciężką, ale świetnie płatną. Za 10 dni dostaną naprawdę bardzo przyzwoitą, francuską płacę miesięczną netto. Podkreślam: baaardzo przyzwoitą. Ale zadowoleni będą też ludzie, którzy pracowali przy ścinaniu winogron i ich transporcie. Wynagrodzenie jest absolutnie rewelacyjne...
Przed południem spotkałem się z Sebastianem i Robertem. Obaj narzekają na bóle spowodowane kontuzjami, ale nie zamierzają przerywać treningów. Robert po południu był na stadionie, Sebastian biegał z rana. Nawet nie próbuję ich przekonywać, że lepiej jest wyluzować na parę dni, niż okładać biedny organizm batem (przez zmuszanie do wysiłku) i poganiać go, by zdrowiał. Niech każdy praktykuje na sobie. Wyniki wynikami, ale najważniejsza sprawa - to zdrowie. Bieganie ma być przyjemnością, a nie sposobem na doprowadzenie się do ruiny zdrowotnej.

wtorek, 15 października 2013

Drobna analiza

5 km

Lekkie rozruszanie po maratonie. Może by i było więcej, ale pod wieczór pogoda się skiepściła, zaczęło padać, a w trakcie mojego biegania bieżnia (oświetlona!) zaczęła się zmieniać w bajoro. Po trzynastym okrążeniu dałem spokój, nie było sensu dalej taplać się w błocie. 
Ze zdziwieniem stwierdzam, że kompletnie nic mi nie dolega. Wczoraj jeszcze czułem osłabienie, nieco pobolewał mnie prawy achilles. Dziś zdrowie należyte, kompletnie nic nie boli, ścięgna sprawne, o kłopotach z kolanem zapomniałem jeszcze we Francji. Mimo to się nie szarpałem, bo też nie ma takiej potrzeby. Sezon startowy praktycznie na ukończeniu, jeszcze Mila, półmaraton w Toruniu, może małe conieco przy okazji, ale w zasadzie to koniec. Przechodzimy w fazę biegania zimowego - nieco leniwego, nastawionego głównie na to, by nie przytyć i by w razie godziny "W" (mam na myśli prezesa zbudzonego dwa lata temu ze snu zimowego wigilijną informacją, że za trzy tygodnie zapieprza na maratonie w Las Palmas...) być gotowym podjąć rękawicę.

Siedzę sobie właśnie nad wynikami maratonu poznańskiego. Wczytałem swoje dane, Mirka Lewandowskiego, Ryśka Macula i Łukasza Żuchowskiego. Ciekawe obserwacje: generalnie, najszybsza była trzecia dziesiątka, potem pierwsza, czwarta, najgorsze czasy są z odcinka między 10 a 20 km. No i oczywiście kompletną katastrofą są wyniki z ostatnich dwóch kilometrów, kiedy wydolność organizmu zmuszanego do biegu pod górę dramatycznie spadała. Ciekawostka: ostatnie 2 km ja i Łukasz pokonaliśmy dokładnie w takim samym czasie, co do sekundy. 
Z danych wynika, że Mirka kryzys dopadł między 30 a 40 kilometrem, czyli za rondem Śródka. Musiało być ciężko, bo ta dycha zajęła mu półtorej godziny, skończył z wynikiem 4:50:05. Tym większe uznanie za wynik z Klinisk, gdzie na dużo trudniejszej trasie, w terenie, Mirek wykręcił rewelacyjny wynik rzędu 3:55:00. Mimo trudności, prawie o godzinę lepiej!

poniedziałek, 14 października 2013

Poznań - 3:58:44

Chwila po biegu
42,2 km

Poznań załatwiony, na ten rok więcej maratonów nie planuję. Czas niezły, 3:58:44. Drugi raz udało mi się zejść poniżej czterech godzin, o prawie 20 minut poprawiłem zeszłoroczny wynik na trasie Maratonu Poznań. 
Lekko było przez pierwsze 15 km. Pełen relaks, pełna kontrola nad organizmem, który podpowiadał, że można by przyspieszyć. Podszeptów nie posłuchałem, kolejne 10 km przebiegłem wciąż jeszcze się hamując. Że to jest maraton, poczułem gdzieś około 28 kilometra, kiedy wybiega się z lasu na najdłuższą prostą, ulicę Warszawską. Trochę pod górę, ale przede wszystkim wkurza ta niekończąca się prosta. Niemniej, do ronda Śródka (32 km) dotarłem w bardzo dobrej kondycji. I właśnie kondycja i zapas sił bardzo się przydały na ostatniej dziesiątce, która zaczyna się przy rondzie podbiegiem, a potem pod górkę biegnie się jeszcze 6-7 km, potem trochę przerwy i finał również pod górę. 
Rodzinka miała podać
jedzenie i picie: zapomnieli.
Wyraz twarzy wymowny ;)
Ostatnia dycha dla większości uczestników (przynajmniej z grupy, która biegła wraz ze mną) to była rzeźnia. Im dalej od ronda Śródka, tym więcej ludzi przestawało biec i zwyczajnie szło. W Alejach Solidarności szła więcej niż połowa peletonu. Widać to zresztą po czasach: wyniki ostatniej dziesiątki km u wielu biegaczy są katastrofalnie gorsze od pomiarów z wcześniejszych odcinków.  
Kondycyjnie wyszło wspaniale. Do końca miałem rezerwę sił, byłbym w stanie biec szybciej. Bałem się pocisnąć, bo mięśnie ud dawały sygnały, że lada moment mogą zacząć się skurcze. Dokuczał mi też spory pęcherz na podbiciu prawej stopy. Uznałem, że zupełnie zadowalający będzie rezultat poniżej 4 h i ten plan został spokojnie zrealizowany. Miłe, że nawet przez moment nie przestałem biec, nie było u mnie ani jednego odcinka marszowego. 
Kondycję podtrzymywał Powerade, którego jak zwykle obaliłem parę flaszek, no i batony
Bohatersko, bez peleryny
podawane na trasie przez kibicującą rodzinkę. Parę kawałków banana dopełniło maratońską dietę, w rezultacie kompletnie nie wystąpiła u mnie utrata sił, a tym bardziej "ściana", którą od Śródki pchało przed sobą wielu.

Kapitalny był moment po biegu. Skorzystałem z zaproszenia Piotrka i poszedłem do jego pokoju w hotelu Sheraton (!), gdzie się wykąpałem, a po kąpieli wskoczyłem do wolnego łóżka i przez godzinę się wygrzewałem. Świetnie to wpłynęło na kondycję mięśni, spokojnie mogłem chodzić, a dziś zostało tylko lekkie osłabienie i niezbyt dokuczliwy ból mięśni ud.

Wieczorem posiedzenie z ekipą poznańskich kuzynów. Dobry obiad, który zjadłem ze spokojnym sumieniem (zasłużony!), a potem prawdziwy szampan z Congy na cześć sukcesu Michała, który trzy tygodnie temu w Kliniskach zaliczył swój pierwszy maraton i został wpisany w poczet pełnoprawnych członków ProGDar Marathon Team. A pomyśleć, że jeszcze pół roku temu chłopak w ogóle nie biegał. Zaczął wiosną od jakiejś 'piątki' na uczelni, potem była 'dycha' Piotra i Pawła, a w Kliniskach miał być półmaraton. Jak się okazało, Michał przed biegiem wpadł w ręce Piotra, ten go przekabacił i znienacka razem przebiegli
maraton. Zaskoczenie było ogromne, szczególnie w moim przypadku: o maratonie dowiedziałem się już we Francji, kiedy nic nie mogłem zrobić, choćbym nawet bardzo chciał. Prawdę mówiąc, może i lepiej, że mnie nie było w Kliniskach, bo nie wiem, czy bym nie zaprotestował przeciw pomysłowi, który - jak sporo piotrowych wynalazków - był kompletnie od czapy. Ale mnie nie było, być może dzięki temu Michał został maratończykiem ;) 

Ciekawostka z kręgu Ojca Dyrektora i jego OSiR-u: Piotrkowi Walkowiakowi, który przez ładne parę lat był głównym organizatorem Goleniowskiej Mili Niepodległości, odmówiono wydania darmowego pakietu startowego. Żeby pobiec w jubileuszowej GMN, musiał zapłacić 40 zł.

Piotrek przed biegiem przyjął błogosławieństwo. Pomogło: przeżył
Mirek, Tomek i ja z Piotrem: to nie cała ekipa z Goleniowa
Widok z piotrowego pokoju w Sheratonie
Michał tym razem na start się nie rwał, pasował mu Sheraton ;)

piątek, 11 października 2013

Na razie nieźle

9 km

Ostatni trening przed Poznaniem, zarazem sprawdzian, czy nic przypadkiem nie nawaliło w układzie ruchu. Nie nawaliło, jest na chodzie. Wygląda też, że wreszcie się rozruszałem, bieg nie sprawia już trudności, choć do pożądanej lekkości jeszcze ciut brakuje. Czuję natomiast siłę i spory jej zapas. Dobry prognostyk na nieco pagórkowatą trasę w Poznaniu.
Prognozy na razie mało pomyślne. Temperatura dobra, ok. 15 stopni, ale ma padać, momentami dość intensywnie. Na szczęście mam jeszcze w samochodzie zapas foliowych chałatów z biegu 27/27, zabiorę ze sobą. Przetrwam, nawet największy deszcz lepszy jest od lejącego się z nieba żaru.

Michał  dokładnie przestudiował
wszystkie ogłoszenia przed maratonem.
Na pewno wiedział wszystko i głupich
pytań nie zadawał :)


Dziś w Kliniskach podziękowano wolontariuszom, którzy brali udział w obsłudze maratonu. Ładne certyfikaty oraz uścisk ręki prezesowej i prezesa plus prawdziwa wdzięczność za pomoc w organizacji imprezy były nagrodą dla 44-osobowej ekipy, która podobno świetnie się sprawdziła w boju.
A Ojciec Dyrektor narzeka, że mu się tylko dwoje wolontariuszy zgłosiło do pomocy w Mili... Docierają też słuchy, że szanowni organizatorzy Mili uderzają do tych samych sponsorów, którzy wsparli MPG. Z różnym skutkiem. Sebastian podobno coś im da, ale leśnicy chcieli spuszczać psy, by Ojca Dyrektora pogonić precz. Skończyło się na pogonieniu, bez psów. Swoją drogą, chłopcy nieładnie próbują się bawić.

Na kliniszczańskim maratonie nie było podobno żadnego z zaproszonych tzw. VIP-ów, nie licząc Banacha, który przyjechał się przebiec. Zwyczajnie olali. Wypadałoby ich olać w przyszłym roku i żadnego z nieobecnych pajaców nie zaprosić. Ale w przyszłym roku wybory, przyjadą wszyscy i będą się reklamować jako wielcy zwolennicy biegania, szczególnie po puszczy. 
Może by wtedy spuścić te psy?

czwartek, 10 października 2013

Maratońskie ploteczki

5 km 

Dziś poszło już nieco lepiej, jutro zapewne wszystko wróci do normy. Ale jutro tylko lekkie rozruszanie, nie ma co się szarpać przed Poznaniem. Ciekawe, w jakiej formie będę w niedzielę.
A propos Poznania: na liście startowej jest podobno ponad 6600 osób, czyli około tysiąca więcej, niż przed rokiem. Byłoby więcej, gdyby nie bezczelne warunki finansowe: minimalna opłata wynosiła 100 zł, w październiku żądali już 200. Przesada. W przyszłym roku zamiast do Poznania pojadę do Metz we Francji, do Artura. Jak już ma być drogo, to dlaczego akurat w Poznaniu? Niech już będzie Alzacja...

Wczoraj porozmawiałem sobie z Ojcem Dyrektorem. Powiedział mi, że jego zdaniem półtorej godziny oświetlenia bieżni dziennie absolutnie wystarczy, a biegacze powinni się dostosować do godzin przez niego wyznaczonych. Zagadnąłem też o milę. Okazuje się, że będzie losowanie nagród, i to finansowych. Zdaniem OD, to bardzo zły pomysł, ale skoro wiceburmistrz Banach się uparł, to on polecenie wykona. No i o to właśnie chodzi, panie dyrektor: wykonać, o trudnościach nie meldować! ;)

Dziś wieczorem miałem w końcu okazję posłuchać relacji o maratonie bezpośrednio od Anety i Darka. Jeszcze żyją tą imprezą, ale powoli zamykają wszystkie sprawy związane z organizacją, odgruzowują też chatę, która przez dłuższy czas była magazynem i biurem maratonu. Usłyszałem też parę ciekawostek związanych z MPG, niestety, nie do zaprezentowania publicznego. A szkoda, bo smakowite ;)

środa, 9 października 2013

Pierwsza dyszka

10 km

Wreszcie czuję się w miarę normalnie. Spałem prawie 11 godzin, ale w końcu odespałem zaległości. Ogarnąłem się i ruszyłem do ludzi. Co chwila słyszałem: ale fajnie jesteś opalony,
Ładnie, prawda?
pewnie wypocząłeś w tej Francji... Jasne, że odpocząłem, tylko dlaczego czuję się taki styrany??

Mniejsza, niech ludzie sądzą, że francuskie winobranie to tylko słodkie winogrona (fakt), piękne krajobrazy (fakt) i biesiadowanie po pracy (fakt). Kto nie przeżył tego w wersji realnej, nie ma pojęcia, jak to wygląda naprawdę.

Po południu wybrałem się na dyszkę. Lekką, bo za cztery dni Poznań, trzeba się oszczędzać. Przetruchtałem lekkim tempem, obserwując skrupulatnie, czy nie odnawiają mi się jakieś stare kontuzje. Przez chwilę lewe kolano sygnalizowało, że jest na swoim miejscu, ale w końcu się przymknęło. Reszta - wzorowo. Jutro zrobię jakąś piątkę, przyzwyczajając powtórnie szanowny organizm do biegowego wysiłku. Chodzi mi po głowie pomysł szarpnięcia się w Poznaniu i zaatakowania życiówki z Hamburga. Na pewno nie objem się pizzy i nie opiję piwska i wińska, jak przed rokiem z szanownym prezesem PMT, wystartuję z wagą netto, nie brutto ;)

Wróćmy jednak do Congy, gdzie miałem niewątpliwą przyjemność wziąć udział w produkcji szampana, który obecnie sprzedaje się w minimalnej cenie 45 euro za butelkę 0,75 l., a w dobrych restauracjach jest sprzedawany po co najmniej 200 euro za buteleczkę.
Ciekawe, czemu oni tacy zmęczeni?
Dzień na winobraniu przypomina "Dzień świstaka": co rano się budzisz i co rano jest to samo: otwierasz oczy, wstajesz z łóżka, o 6.15 jesteś na śniadaniu, na które codziennie składa się bagietka, kawa, masło i dżem. O 7 rano jesteś w pracy, o 9 przerwa na drugie śniadanie, potem balet z winogronami do południa, przerwa na obiad, znów kontakt z Pinot Noir, Chardonnay albo Pinot Meunier do godziny 17.30, po czym powrót do bazy, kąpiel, wciąganie piwka, o godz. 20 kolacja, do łózia, a następnego dnia kolejny "Dzień świstaka".
Ale bywało też zabawnie. Mnie bawiły chwile, kiedy patron kolejny raz przekonywał się, że lepiej zatrudniać Polaków, niż Francuzów. Trzeciego dnia pracy Francuzi urządzili wielką awanturę o banana, która omalże nie skończyła się mordobiciem, a realnym finałem było wywalenie z roboty dwóch
Jeden z przyjemniejszych zakątków Congy
najbardziej aktywnych. Ja siedziałem z boku, z uśmiechem obserwowałem ten cyrk i pilnowałem, by nikt z naszych broń Boże w to się nie wmieszał. Wieczorem siedzieliśmy sobie z Pierrem (starszy wiekiem, młody duchem nauczyciel niemieckiego) i rozmawialiśmy o zdarzeniu.

-A wiesz, Pierre, że u nas jest powiedzenie: grzeczny jak Francuz? - zagaiłem
-No. Dzisiaj widzieliśmy grzeczność a la francaise - z kwaśną miną odrzekł Pierre. -A wiesz, że u nas się mówi: saoul comme le polonais (pijany jak Polak)? - Pierre odbija piłeczkę na moją połowę boiska.
A to chłopcy wypili w ostatni wieczór
-Wiem. Ale ty pewnie nie wiesz, że tak naprawdę to był komplement. Napoleon tymi słowami chwalił swoich polskich generałów, którzy wprawdzie potrafili pochlać, ale następnego dnia byli jak najbardziej zdolni do służby - chwalę się Pierrowi swoją wiedzą.
-Taak? Muszę to sprawdzić! - Pierre jednak nie dowierza.
Dwa dni później chłopaki-Polaki sprzątają swoje pokoje. Przed śmietnik wystawiają dwa potężne wory po brzegi wypełnione pustymi butelkami po piwie. Wołam Pierra i mówię, że to wszystko wypili chłopcy, których on widzi wyłącznie jako trzeźwych jak niemowlęta i nienagannych w pracy.
-Ty faktycznie masz rację. Oni umieją wypić! - przyznaje Pierre.
Temat kończymy wspólną konsumpcją "żubrówki" z sokiem jabłkowym. Francuzi w ekstazie,nie wyłączając patrona.

Czekam na spotkanie z prezesem PMT, chcę w końcu porozmawiać o puszczańskim maratonie. Wśród komentarzy na 'maratonachpolskich.pl' nie ma ani jednego typowo polskiego pierdnięcia, że ogólnie było dobrze, ale... Lud rozpływa się w zachwytach. Znaczy, że było dobrze.
Następny maraton 27 września 2014. Mam nadzieję, że tym razem będę ;)

wtorek, 8 października 2013

Z powrotem

1189 km + 4 km

Po czternastu godzinach za kierownicą, przejechaniu prawie 1,2 tys. km - w domu, o piątej nad ranem. Na razie wracam do sił.

Pół dnia przespałem, bo nie da się normalnie funkcjonować po połowie doby za kierownicą i przejechaniu połowy Europy. Około szóstej pobudka, wskok w strój biegowy i jazda na stadion, by ponownie zasługiwać na miano biegacza. 
Winogrona Pinot Noir, z których powstanie szampan typu 'Blanc de Noirs'
Dziś tylko 4 km: spokojne rozruszanie po dwóch tygodniach bez biegowych butów na nogach. Pewien problem z szybkością, zero problemów z siłą i zasobem energii. To skutek pobytu przez prawie dwa tygodnie w szampańskich winnicach. Jest więc efekt codziennego chodzenia pod górkę, trzymając na wyciągniętych rękach dwa wiadra, ważące co najmniej po 10 kg. Mam mięśnie rąk i barków twarde jak z kamienia. Mięśnie nóg i ich sprawność - wzorowe. Na podstawie pomiarów w Google Earth szacuję, że dziennie było z 10 km podchodzenia w górę (zawsze z obciążeniem dwoma wiadrami pełnymi winogron). 
Rezultat jest następujący: schudłem ok. 5 kg, moc wzorowa, samopoczucie doskonałe. Niezła baza do maratonu w Poznaniu, który wymaga sporo siły. 
Ogólny widok na winnice w Congy

Jutro postaram się napisać parę słów nt. samego pobytu w Congy, w winiarni, która produkuje jeden z 50 najlepszych szampanów (producentów jest około tysiąca). Najtańsza butelka kosztuje 45 euro. Miło mi, że od kilku lat spora grupa Polaków ma - dzięki jakości swojej pracy - znaczący wpływ na jakość szampana "Ulysse Collin". I cenię sobie, że patron, czyli właściciel winnic i producent tego niezwykłego wina nie ukrywa, że bardzo wysoko ocenia ekipę Polaków, którą co roku mu przywożę. Za rok chce mieć tych samych ludzi.