7,5 km
Dziś ciut mniej, nie chciało mi się biec w ciemnościach ulicą Szkolną, są prostsze metody na zdeformowanie sobie oblicza. Dziś wystarczyła runda ze stadionu do Helenowa i powrót przez centrum miasta. Czułem się nieco ociężały, ale to minęło po kilometrze. Bez szarpania się, bez zrywów. Relaks. Nie spotkałem pani redaktor. Może już nie biega, może nie jej pora.
Rano porozmawiałem z panem wice Banachem. Jak zapowiadałem wczoraj, uprzedziłem go, że wpadnę na kolację w Duecie, pan Tomek nie widzi żadnych przeszkód. No to na przykładzie imprezy sprzed pięciu lat mu naświetliłem, jakie przeszkody (limit kotletów) może dostrzec Ojciec D. Zrobił wielkie oczy, uśmiał się, obiecał, że żadnych podobnych numerów nie będzie. A ja taki pewny nie jestem, Ojciec umie zaskoczyć ;)
Zadzwonił Piotrek, spytałem go przy okazji, czy może jego Ojciec D. zaprosił na milową kolację w Duecie. Nie zaprosił. Czuję, że to będzie fenomenalna impreza. Ciekaw jestem klucza, według którego dobierano gości, kto tam będzie najważniejszy (no, kto? :) ), jaki będzie scenariusz, komu i kto będzie dziękował. Przewiduję, że będzie to ciekawszy temat do opisania niż sama Mila. Zacieram ręce, czekam niecierpliwie.
Zaraz po Mili będą wycinane drzewa na stadionie, by zrobić miejsce pod szerszą bieżnię. Niech to zrobią szybko, póki nie przywiązał się tam jakiś szurnięty obrońca środowiska...
Zapłaciłem za Kraków, nie odpuszczę biegu, który będzie się zaczynał i kończył na Rynku. 63 zł to całkiem przytomna cena, od jutra skacze o dychę. Tak sobie myślę, że warto zacząć omijać biegi, które wyceniane są na poziomie nieprzytomnym. Za Poznań może i warto zapłacić stówę, ale 200 zł w ostatnim dniu zapisów to cena pogięta. Oczywiście, czym innym są biegi zagraniczne; za maraton we Francji warto zapłacić sporo, bo prawdziwa atrakcja to pobyt tam, możliwość pogadania po francusku, wtopienia się w lokalny klimat. Wtapianie się w klimat poznański to - sorry - rzecz niewarta pierdnięcia.
Gazeta zrobiona, jutro prawie nic do roboty. W zasadzie, ogłaszam początek długiego weekendu!
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
środa, 30 października 2013
wtorek, 29 października 2013
Ojciec D. akredytuje
10 km
Proszę państwa, sprawa robi się poważna. Ojciec Dyrektor w dniu dzisiejszym ogłosił niniejszy uniwersał:
Dyrektor Ośrodka Sportu i Rekreacji w Goleniowie informuje, że akredytacje dziennikarskie związane z obsługą XXV Goleniowskiej Mili Niepodlegości można uzyskać w wyniku zgłoszenia drogą elektroniczną nazwy redakcji, imienia i nazwiska redaktora w terminie do 8 listopada 2013 r. Odbiór identyfikatora w dniu imprezy w biurze zawodów przy bramie głownej stadionu miejskiego od godz. 8.00.
Ojciec D. ma takie powiedzonko: "czytaj: ...". Więc pisząc to, co napisał, chciał powiedzieć: Czytaj - o mojej Mili nie ma prawa pisać nikt, komu nie udzielę akredytacji. Ten prostak Martyniuk po akredytację nie przyjdzie, mam więc go z głowy...
Oczywiście, że po żadną akredytację nie pójdę, nie napiszę nawet maila. Jutro rano widzę się z wiceburmistrzem Banachem, poinformuję go, że ewentualnie mogą być jakieś problemy (pan nie ma akredytacji, nie wolno panu tu wejść [wersja skrócona - wypierdalaj pan]), ale oczekuję, że żaden palant nie będzie mi utrudniał pracy. Powiem też mojemu ulubionemu wice, że choć nie dostałem zaproszenia (to w końcu standard), to jednak przyjdę na uroczystą kolację w JF Duet i wolałbym nie napotkać przy wejściu Ojca D. z komunikatem, że stan kotletów wynosi 187 i ani jednego więcej. Tym razem mogłoby się skończyć liściem w papę. Jak się znam, po tej rozmowie żadnych trudności nie będzie, a komunikat o kotletach Ojciec D. zatrzyma dla siebie.
Konsekwentnie ignoruję informacyjnie Milę. Równie konsekwentnie, jak Ojciec D. mnie i moją gazetę. Wprawdzie w czwartek ukaże się "GG" z informacją o Mili, ale primo- nie mjego autorstwa, drugie primo- na stronach sportowych. A tych nikt przytomny nie czyta. W "Kurierze" Mila nie istnieje aż do 11 listopada :)
A dziś bieganie równie przyjemne, jak spożywanie w tej chwili wieczornego portera. Wczoraj biegając rozciągałem tylne mięśnie ud na każdym, najkrótszym nawet przystanku. Dziś są efekty: krok dłuższy niż zwykle, bieg lekki i wydajny, zero zmęczenia. Jak wspomniałem wczoraj czy przedwczoraj, rozciąganie daje efekty. Dziś ich doświadczyłem na sobie.
Lekkie zmniejszenie dawki biegu wyraźnie pozytywnie wpłynęło na moje problemy ze ścięgnami. Są prawie nieodczuwalne - a tak być powinno. Najlepszym objawem zdrowia jakiegoś organu ciała jest nieodczuwalność jego istnienia. I na szczęście tak teraz jest z moimi achillesami.
A, jest jeszcze jeden komunikat Ojca D.: o zwycięzcach tzw. Grand Prix Goleniowa. No, niestety, znów na czele tabeli jest Robert Kopcewicz. Znów wyprzedził wszystkie dzieci, matki karmiące piersią, kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży, paralityków, inwalidów narządów ruchu i zawałowców. Dostanie pucharek za 3 zł ze sklepu z tanią chińszczyzną, będzie szczęśliwy. Brawo, Robert, brawo...
Proszę państwa, sprawa robi się poważna. Ojciec Dyrektor w dniu dzisiejszym ogłosił niniejszy uniwersał:
Dyrektor Ośrodka Sportu i Rekreacji w Goleniowie informuje, że akredytacje dziennikarskie związane z obsługą XXV Goleniowskiej Mili Niepodlegości można uzyskać w wyniku zgłoszenia drogą elektroniczną nazwy redakcji, imienia i nazwiska redaktora w terminie do 8 listopada 2013 r. Odbiór identyfikatora w dniu imprezy w biurze zawodów przy bramie głownej stadionu miejskiego od godz. 8.00.
Ojciec D. ma takie powiedzonko: "czytaj: ...". Więc pisząc to, co napisał, chciał powiedzieć: Czytaj - o mojej Mili nie ma prawa pisać nikt, komu nie udzielę akredytacji. Ten prostak Martyniuk po akredytację nie przyjdzie, mam więc go z głowy...
Oczywiście, że po żadną akredytację nie pójdę, nie napiszę nawet maila. Jutro rano widzę się z wiceburmistrzem Banachem, poinformuję go, że ewentualnie mogą być jakieś problemy (pan nie ma akredytacji, nie wolno panu tu wejść [wersja skrócona - wypierdalaj pan]), ale oczekuję, że żaden palant nie będzie mi utrudniał pracy. Powiem też mojemu ulubionemu wice, że choć nie dostałem zaproszenia (to w końcu standard), to jednak przyjdę na uroczystą kolację w JF Duet i wolałbym nie napotkać przy wejściu Ojca D. z komunikatem, że stan kotletów wynosi 187 i ani jednego więcej. Tym razem mogłoby się skończyć liściem w papę. Jak się znam, po tej rozmowie żadnych trudności nie będzie, a komunikat o kotletach Ojciec D. zatrzyma dla siebie.
Konsekwentnie ignoruję informacyjnie Milę. Równie konsekwentnie, jak Ojciec D. mnie i moją gazetę. Wprawdzie w czwartek ukaże się "GG" z informacją o Mili, ale primo- nie mjego autorstwa, drugie primo- na stronach sportowych. A tych nikt przytomny nie czyta. W "Kurierze" Mila nie istnieje aż do 11 listopada :)
A dziś bieganie równie przyjemne, jak spożywanie w tej chwili wieczornego portera. Wczoraj biegając rozciągałem tylne mięśnie ud na każdym, najkrótszym nawet przystanku. Dziś są efekty: krok dłuższy niż zwykle, bieg lekki i wydajny, zero zmęczenia. Jak wspomniałem wczoraj czy przedwczoraj, rozciąganie daje efekty. Dziś ich doświadczyłem na sobie.
Lekkie zmniejszenie dawki biegu wyraźnie pozytywnie wpłynęło na moje problemy ze ścięgnami. Są prawie nieodczuwalne - a tak być powinno. Najlepszym objawem zdrowia jakiegoś organu ciała jest nieodczuwalność jego istnienia. I na szczęście tak teraz jest z moimi achillesami.
A, jest jeszcze jeden komunikat Ojca D.: o zwycięzcach tzw. Grand Prix Goleniowa. No, niestety, znów na czele tabeli jest Robert Kopcewicz. Znów wyprzedził wszystkie dzieci, matki karmiące piersią, kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży, paralityków, inwalidów narządów ruchu i zawałowców. Dostanie pucharek za 3 zł ze sklepu z tanią chińszczyzną, będzie szczęśliwy. Brawo, Robert, brawo...
poniedziałek, 28 października 2013
Co tam będzie?
8 km
Jezu dobry, odespałem! W niedzielę walnąłem się spać zaraz po powrocie, z pół godziny nie mogłem zasnąć, oglądałem wiadomości telewizji francuskiej. Kiedy zasnąłem, spałem prawie do obiadu. Wieczorem padłem koło dziesiątej, spałem do ósmej. Ale obudziłem się wypoczęty i zrelaksowany. Było tak dobrze, że wskoczyłem w ciuchy do biegania i wyruszyłem w las, by odpokutować niedzielne lenistwo. Pokuta trwała z godzinę, z pielgrzymką dotarłem do Góry Lotnika. Ciepło, trochę wietrznie, nie padało. No i ta miła świadomość, że pańszczyzna już odrobiona, a popołudnie można zagospodarować bez oglądania się na punkt pt. bieganie.
Wieczorem podjechałem pod stadionową bramę, by zerknąć na sanktuarium, jakie sobie buduje Ojciec D. Jak zwykle zdziwienie: prócz dwóch halogenów i trzech kamer są jeszcze małe światełka, które podświetlają ściany przy wejściu na stadion. Ściany, jak ściany: trochę krzywe, jeszcze białe (nikt nie zdążył napisać sprajem "Ł... ch..."), nic nadzwyczajnego, nie ma co podświetlać. JESZCZE nie ma. Jak się znam, znienacka pojawi się coś godnego światłości przez całą dobę. Na przykład popiersie "Nieznanego Biegacza", które będzie miało znajomą gębę Ojca D.
Można się śmiać, nawet należy. Smutne, że w dalszym ciągu miasto jest obsrywane takimi atrakcjami estetycznymi. Każdy pajac może sobie w Goleniowie postawić swoją ściankę, swoje latarnie, wmurować swoje popiersie, postawić jakieś frajerskie krzesło z kurduplem z brązu. A podobno w mieście jest jakiś plastyk, jegomość od piętnastu lat bierze publiczną kasę, a Goleniów jest jednym wielkim syfem estetycznym. Nieprawdopodobne!
W komórce znalazłem jeszcze jedno fajne zdjęcie z wyjazdu do Koszalina. Miś na stacji "Orlen" w Karlinie. Nie wiadomo: nawalony, napalony czy po "nocnej ściemie". Ale efektowny!
Jezu dobry, odespałem! W niedzielę walnąłem się spać zaraz po powrocie, z pół godziny nie mogłem zasnąć, oglądałem wiadomości telewizji francuskiej. Kiedy zasnąłem, spałem prawie do obiadu. Wieczorem padłem koło dziesiątej, spałem do ósmej. Ale obudziłem się wypoczęty i zrelaksowany. Było tak dobrze, że wskoczyłem w ciuchy do biegania i wyruszyłem w las, by odpokutować niedzielne lenistwo. Pokuta trwała z godzinę, z pielgrzymką dotarłem do Góry Lotnika. Ciepło, trochę wietrznie, nie padało. No i ta miła świadomość, że pańszczyzna już odrobiona, a popołudnie można zagospodarować bez oglądania się na punkt pt. bieganie.
Wieczorem podjechałem pod stadionową bramę, by zerknąć na sanktuarium, jakie sobie buduje Ojciec D. Jak zwykle zdziwienie: prócz dwóch halogenów i trzech kamer są jeszcze małe światełka, które podświetlają ściany przy wejściu na stadion. Ściany, jak ściany: trochę krzywe, jeszcze białe (nikt nie zdążył napisać sprajem "Ł... ch..."), nic nadzwyczajnego, nie ma co podświetlać. JESZCZE nie ma. Jak się znam, znienacka pojawi się coś godnego światłości przez całą dobę. Na przykład popiersie "Nieznanego Biegacza", które będzie miało znajomą gębę Ojca D.
Można się śmiać, nawet należy. Smutne, że w dalszym ciągu miasto jest obsrywane takimi atrakcjami estetycznymi. Każdy pajac może sobie w Goleniowie postawić swoją ściankę, swoje latarnie, wmurować swoje popiersie, postawić jakieś frajerskie krzesło z kurduplem z brązu. A podobno w mieście jest jakiś plastyk, jegomość od piętnastu lat bierze publiczną kasę, a Goleniów jest jednym wielkim syfem estetycznym. Nieprawdopodobne!
W komórce znalazłem jeszcze jedno fajne zdjęcie z wyjazdu do Koszalina. Miś na stacji "Orlen" w Karlinie. Nie wiadomo: nawalony, napalony czy po "nocnej ściemie". Ale efektowny!
niedziela, 27 października 2013
Nocna ściema
Noc wykreślona z życiorysu, pięć godzin stałem na bieżni stadionu w Koszalinie, kibicowałem i fotografowałem. Warto było, bo po raz pierwszy oglądałem bieg maratoński oczami kibica. Wygląda to inaczej, niż z trasy.
Wyjazd o 22, koło północy dotarliśmy do Koszalina, pół godziny błąkania się w poszukiwaniu hali sportowej (wcięło!), w końcu podjechaliśmy pod stadion i tam rzuciliśmy kotwicę. Pakiety startowe odebrane, był czas jeszcze pokręcić się, poszukać znajomych i zrobić fotki przed startem. Bieg się jeszcze nie zaczął, a ja już nie żałowałem, że nie ma mnie na liście. Same pagórki - wiadomo, o co chodzi.
Na starcie Aneta, Darek, Rafał Gapiński (brat Darka), Rafał Figiel - to Kliniska. Tomek Garbień i Mariusz Kopcewicz - debiut maratoński! - reprezentowali Goleniów. Reprezentacja godna i elitarna ;)
Start w pogodnej atmosferze, nawet w dosłownym znaczeniu: pogoda była piękna - bezwietrznie, 12 stopni, bezdeszczowo. Humory dopisywały, uśmiechy, żarty i takie tam. Jak to zawsze na kilometrze "zero".
Zaraz po starcie wyszedłem ze stadionu spróbować, jak wyjdą fotki w świetle lamp sodowych na ulicach. Fotki wyszły do dupy, żółte i rozmyte, bo światło też do dupy. Zanim jednak wróciłem na stadion, wsłuchałem się w odgłosy zdyszanej biegającej braci. I już wiedziałem, że brać lekko nie ma. Okazało się mianowicie, że Koszalin leży w górach - nie wszyscy to wiedzieli.
Trasa miała ok. 5 km, każde kółko kończyło się zawitaniem na stadion i przebiegnięciem linii mety. Po każdym okrążeniu było widać, jak spory to jest wysiłek. Z kółka na kółko, coraz więcej ludzi nie krępowało się, przestawało biec i robiło sobie krótką (coraz dłuższą) przerwę na odpoczynek w marszu.
Nasi byli dzielni. Mariusz w świetnej kondycji, niespecjalnie było po nim widać zmęczenie. Potem mówił, że kryzys miał około 30 km, przeżył, siły wróciły i pod koniec biegło mu się świetnie, co też było widać po czasie. Aneta z Darkiem, starzy wyjadacze, 21,1 km przebiegli jak zawsze wspólnie, potem Darek nie spuścił z tonu, choć było widać, że mocno kuleje, czyli znów odezwało mu się kolano. Rafał G. z kolei jak szalona lokomotywa, zasapany i zadyszany, ale niezawodnie zmierzał do mety.
Rafałek Figielek dokazywał jak opętany. A to zgubił czipa, a to gdzieś tam przysiadł na krawężniku i zadumał się nad istotą Wszechświata, potem znów włączył sobie dopalacz i biegał z Darkiem. Tomek z kolei udawał, że czas i zegary nie istnieją, powoli i z godnością zaliczał kółko za kółkiem; kiedy my wyjeżdżaliśmy z Koszalina, on miał chyba przed sobą jeszcze jedno okrążenie.
Na mecie bohaterów już jednak nie było. Rafałek G. przyznał, że trasa w Koszalinie to jest rzeźnia i omal go nie zabiła. Na mecie się ucieszył, bo wręczono mu koszulkę, jaka przysługiwała maratończykom (R. biegł połówkę). Radość była krótka, bo po chwili pani przyszła i zabrała mu koszulkę, odebrano mu też czipa.
-Zmykaj stąd, bo zaraz ci zabiorą jeszcze wodę i słuchawki -poradziłem życzliwie Rafałkowi; może nie uwierzył, ale posłuchał. Po chwili go nie było.
Anetka skończyła półmaraton, wydawało się, że bez wysiłku. Już po paru minutach mówi
jednak, że jest jej zimno i zaczyna nią telepać.
-Bierz mój polar - mówię. -Ja wytrzymam w samym goreteksie.
-Nie, jakoś dam radę... -Anetka się wymawia.
-Bierz, jest gruby, cieplutki... -kuszę.
-Dawaj!
W moim polarze, swojej czapce, kominiarce i rękawicach siedziała na stadionie już do końca.
Mario bieg skończył omalże wypoczęty, bardzo zadowolony (słusznie). Już po chwili widzę jednak znajome objawy: członki mu sztywnieją, proste kwestie jakby z trudem do chłopa docierały, wzrok robi mu się błędny, jedyne o czym gada, to zupa pomidorowa i gdzie ją dają. Po chwili wraca z kubełkiem zupy, siada na schodkach i tuli tę pomidorówkę jak dziecię ukochane. Drżącą ręką zaczyna jeść, widać, że zupka pojawiła się w najbardziej odpowiednim momencie jego życia. Rzecz można, nad ranem 27 października roku 2013 kubełek zupy pomidorowej stał się sensem i celem życia Mariuszka K.
Były też widoczki interesujące. Pewne ładne dziewczę swój bieg półmaratoński zakończyło efektową gwiazdą na samej mecie. Gdybym wiedział, co planuje, miałbym World Press Photo 2013.
Był też gość z nr 951, ewidentnie niepełnosprawny umysłowo, za to wielce sympatyczny jajcarz. Po pierwszym kółku był przekonany, że to już koniec biegu. Dał się przekonać, że jednak nie i ruszył dalej, ale skończyło się na okrążeniu stadionu i po chwili znów przebiegał metę. Spodobało mu się, dał sobie spokój nawet z okrążaniem stadionu. Co chwilę przebiegał przez metę, witany owacjami publiczności i wściekłymi spojrzeniami panów w kamizelkach. Nie przejmował się, skończył, jak mu się znudziło. Ale nr 951 na pewno pobił wszelkie możliwe rekordy :)
Nie czekamy na Tomka, na szczęście przyjechał własnym samochodem. Z Koszalina wyjeżdżamy już za dnia, żegnamy Tomka mijając go na ulicy. Po drodze wpadamy do Karlina na stację benzynową, Darek wraca z naręczem piwka. Nie mam ochoty, marzę już tylko o tym, żeby wyciągnąć się i zdrzemnąć.
W domu przed snem przeglądam jeszcze zdjątka. Wszystkie zrobione bez lampy, wyglądają nieźle. Canon 5D w połączeniu z reporterską "elką" 2.8 70-200 to jednak siła! :)
| Ekipa bez Mariuszka |
Wyjazd o 22, koło północy dotarliśmy do Koszalina, pół godziny błąkania się w poszukiwaniu hali sportowej (wcięło!), w końcu podjechaliśmy pod stadion i tam rzuciliśmy kotwicę. Pakiety startowe odebrane, był czas jeszcze pokręcić się, poszukać znajomych i zrobić fotki przed startem. Bieg się jeszcze nie zaczął, a ja już nie żałowałem, że nie ma mnie na liście. Same pagórki - wiadomo, o co chodzi.
Start w pogodnej atmosferze, nawet w dosłownym znaczeniu: pogoda była piękna - bezwietrznie, 12 stopni, bezdeszczowo. Humory dopisywały, uśmiechy, żarty i takie tam. Jak to zawsze na kilometrze "zero".
Zaraz po starcie wyszedłem ze stadionu spróbować, jak wyjdą fotki w świetle lamp sodowych na ulicach. Fotki wyszły do dupy, żółte i rozmyte, bo światło też do dupy. Zanim jednak wróciłem na stadion, wsłuchałem się w odgłosy zdyszanej biegającej braci. I już wiedziałem, że brać lekko nie ma. Okazało się mianowicie, że Koszalin leży w górach - nie wszyscy to wiedzieli.
| Rafał - jedno kółko do mety |
Nasi byli dzielni. Mariusz w świetnej kondycji, niespecjalnie było po nim widać zmęczenie. Potem mówił, że kryzys miał około 30 km, przeżył, siły wróciły i pod koniec biegło mu się świetnie, co też było widać po czasie. Aneta z Darkiem, starzy wyjadacze, 21,1 km przebiegli jak zawsze wspólnie, potem Darek nie spuścił z tonu, choć było widać, że mocno kuleje, czyli znów odezwało mu się kolano. Rafał G. z kolei jak szalona lokomotywa, zasapany i zadyszany, ale niezawodnie zmierzał do mety.
Rafałek Figielek dokazywał jak opętany. A to zgubił czipa, a to gdzieś tam przysiadł na krawężniku i zadumał się nad istotą Wszechświata, potem znów włączył sobie dopalacz i biegał z Darkiem. Tomek z kolei udawał, że czas i zegary nie istnieją, powoli i z godnością zaliczał kółko za kółkiem; kiedy my wyjeżdżaliśmy z Koszalina, on miał chyba przed sobą jeszcze jedno okrążenie.
Na mecie bohaterów już jednak nie było. Rafałek G. przyznał, że trasa w Koszalinie to jest rzeźnia i omal go nie zabiła. Na mecie się ucieszył, bo wręczono mu koszulkę, jaka przysługiwała maratończykom (R. biegł połówkę). Radość była krótka, bo po chwili pani przyszła i zabrała mu koszulkę, odebrano mu też czipa.
-Zmykaj stąd, bo zaraz ci zabiorą jeszcze wodę i słuchawki -poradziłem życzliwie Rafałkowi; może nie uwierzył, ale posłuchał. Po chwili go nie było.
Anetka skończyła półmaraton, wydawało się, że bez wysiłku. Już po paru minutach mówi
| Anetka kończy |
-Bierz mój polar - mówię. -Ja wytrzymam w samym goreteksie.
-Nie, jakoś dam radę... -Anetka się wymawia.
-Bierz, jest gruby, cieplutki... -kuszę.
-Dawaj!
W moim polarze, swojej czapce, kominiarce i rękawicach siedziała na stadionie już do końca.
| Super Mario - młody bóg! |
Mario bieg skończył omalże wypoczęty, bardzo zadowolony (słusznie). Już po chwili widzę jednak znajome objawy: członki mu sztywnieją, proste kwestie jakby z trudem do chłopa docierały, wzrok robi mu się błędny, jedyne o czym gada, to zupa pomidorowa i gdzie ją dają. Po chwili wraca z kubełkiem zupy, siada na schodkach i tuli tę pomidorówkę jak dziecię ukochane. Drżącą ręką zaczyna jeść, widać, że zupka pojawiła się w najbardziej odpowiednim momencie jego życia. Rzecz można, nad ranem 27 października roku 2013 kubełek zupy pomidorowej stał się sensem i celem życia Mariuszka K.
| Sławny zawodnik 951 |
Był też gość z nr 951, ewidentnie niepełnosprawny umysłowo, za to wielce sympatyczny jajcarz. Po pierwszym kółku był przekonany, że to już koniec biegu. Dał się przekonać, że jednak nie i ruszył dalej, ale skończyło się na okrążeniu stadionu i po chwili znów przebiegał metę. Spodobało mu się, dał sobie spokój nawet z okrążaniem stadionu. Co chwilę przebiegał przez metę, witany owacjami publiczności i wściekłymi spojrzeniami panów w kamizelkach. Nie przejmował się, skończył, jak mu się znudziło. Ale nr 951 na pewno pobił wszelkie możliwe rekordy :)
Nie czekamy na Tomka, na szczęście przyjechał własnym samochodem. Z Koszalina wyjeżdżamy już za dnia, żegnamy Tomka mijając go na ulicy. Po drodze wpadamy do Karlina na stację benzynową, Darek wraca z naręczem piwka. Nie mam ochoty, marzę już tylko o tym, żeby wyciągnąć się i zdrzemnąć.
W domu przed snem przeglądam jeszcze zdjątka. Wszystkie zrobione bez lampy, wyglądają nieźle. Canon 5D w połączeniu z reporterską "elką" 2.8 70-200 to jednak siła! :)
| Znajomy z Maratonu PG w Kliniskach |
| Ludzi było z tysiąc. Może więcej |
| Tomek miał czas nawet na sortowanie odpadów |
| Anetka już ogrzana, tu z Olą (kierowca, opieka, dobry duch) |
| Mario i jego zupa... |
| Do mety zbliża się prezes |
| Najlepsza nagroda! |
| Tego człowieka nic nie zniszczy... |
| I znów Mariusz z zupką |
sobota, 26 października 2013
Błogosławione skutki rozciągania
12 km
Dla odmiany, trening przedpołudniowy. Najpierw kierunek las, potem GPP, tradycyjną trasę przedłużyłem sobie o 2 km, bo ranek był sympatyczny, w miarę pogodny i nie za ciepły.
Od paru dni każde bieganie rozpoczynam i kończę chwilą ćwiczeń. Jak pewnie większość biegających, wcześniej tego nie robiłem, zwyczajnie mi się nie chciało. Ale widzę, że upierdliwe dolegliwości od tego momentu stały się zdecydowanie mniej upierdliwe. Znaczy, że to, o czym wszędzie piszą i mówią, ma sens: rozciąganie działa. Podjąłem mocne postanowienie, że już zawsze będę się rozciągał. Jak się znam, postanowienie wyląduje w koszu dość szybko, kiedy przestanę (mam taką nadzieję!) odczuwać jakiekolwiek skutki wcześniejszego nierozciągania się i zmuszania organizmu do wysiłku "na zimno". Taki jest los większości mocnych postanowień ;)
Zdecydowałem się na wyjazd do Koszalina. Noc będzie zarwana, ale liczę, że plonem będzie parę ciekawych zdjęć. No i zobaczę, jak wygląda maraton oglądany oczami obserwatora. Tego jeszcze nie przeżyłem. No i ten świt w Koszalinie - rzecz bezcenna! :))
Dla odmiany, trening przedpołudniowy. Najpierw kierunek las, potem GPP, tradycyjną trasę przedłużyłem sobie o 2 km, bo ranek był sympatyczny, w miarę pogodny i nie za ciepły.
Od paru dni każde bieganie rozpoczynam i kończę chwilą ćwiczeń. Jak pewnie większość biegających, wcześniej tego nie robiłem, zwyczajnie mi się nie chciało. Ale widzę, że upierdliwe dolegliwości od tego momentu stały się zdecydowanie mniej upierdliwe. Znaczy, że to, o czym wszędzie piszą i mówią, ma sens: rozciąganie działa. Podjąłem mocne postanowienie, że już zawsze będę się rozciągał. Jak się znam, postanowienie wyląduje w koszu dość szybko, kiedy przestanę (mam taką nadzieję!) odczuwać jakiekolwiek skutki wcześniejszego nierozciągania się i zmuszania organizmu do wysiłku "na zimno". Taki jest los większości mocnych postanowień ;)
Zdecydowałem się na wyjazd do Koszalina. Noc będzie zarwana, ale liczę, że plonem będzie parę ciekawych zdjęć. No i zobaczę, jak wygląda maraton oglądany oczami obserwatora. Tego jeszcze nie przeżyłem. No i ten świt w Koszalinie - rzecz bezcenna! :))
piątek, 25 października 2013
Prezes doniósł...
9 km
Prezes PMT właśnie mnie poinformował, że w bramie stadionu są nie tylko dwie lampy, ale też jakieś kamery. Znaczy, większa impreza się zapowiada, na przykład transmisja na cały Wszechświat tego, co się dzieje u wrót "osiru".
Może też to być nowocześniejsza wersja gabinetu prezesa Ochódzkiego, ze sławetnym 'łubu, dubu'. Zaraz lecę sprawdzić, czy nie instalują tam jakiegoś magnetofonu, żeby każdy, kto chce skrytykować (kontruktywnie) Ojca Dyrektora, mógł się nagrać. :)
Faktycznie, kamery są. Po jednej na każdym z masztów, które kazał wystawić Ojciec Dyrektor. Jedna patrzy w lewo, druga w prawo, trzecia na wprost. Cholera wie, na co się gapią, ale tego pewnie dowiemy się wkrótce.
Rozglądałem się za guzikiem podobnym do tego w "Misiu", który trzeba będzie wcisnąć, żeby zaśpiewać "łubu, dubu". Na razie guzika nie ma, ale inwestycja przecież jeszcze nie skończona; popiersia też jeszcze nie ma...
Powtórka z wczorajszej trasy wokół miasta, z pominięciem plątania się po bieżni i pętli po Matejki, Akacjowej i Lipowej. Sympatycznie, bo co chwila inny krajobraz. Były też elementy natury ożywionej: stado dzików na drodze w okolicy starego basenu i redaktor TVGoleniów Lidia Jakubowska, która nieco przestraszona truchtała w ciemności na uliczce Helenowa. Redaktorkę poznałem po głosie, bardzo charakterystycznym, kiedy odpowiedziała na moje pozdrowienie. Nieco się zdziwiłem, że i ona oddaje się "rekreacji ruchowej", ale przecież ma prawo, jak każdy/a.
Rozważam, czy nie wybrać się do Koszalina na "Nocną ściemę", w charakterze kibica i fotografa. Może być ciekawie, bo półmaraton i maraton będą się odbywać na stosunkowo krótkiej trasie, więc każdego z biegaczy udałoby się ustrzelić po parę razy. Przyda się parę ładnych, dobrych technicznie zdjęć.
Prezes PMT właśnie mnie poinformował, że w bramie stadionu są nie tylko dwie lampy, ale też jakieś kamery. Znaczy, większa impreza się zapowiada, na przykład transmisja na cały Wszechświat tego, co się dzieje u wrót "osiru".
Może też to być nowocześniejsza wersja gabinetu prezesa Ochódzkiego, ze sławetnym 'łubu, dubu'. Zaraz lecę sprawdzić, czy nie instalują tam jakiegoś magnetofonu, żeby każdy, kto chce skrytykować (kontruktywnie) Ojca Dyrektora, mógł się nagrać. :)
| Nowe maszty, nowe kamery |
Rozglądałem się za guzikiem podobnym do tego w "Misiu", który trzeba będzie wcisnąć, żeby zaśpiewać "łubu, dubu". Na razie guzika nie ma, ale inwestycja przecież jeszcze nie skończona; popiersia też jeszcze nie ma...
Powtórka z wczorajszej trasy wokół miasta, z pominięciem plątania się po bieżni i pętli po Matejki, Akacjowej i Lipowej. Sympatycznie, bo co chwila inny krajobraz. Były też elementy natury ożywionej: stado dzików na drodze w okolicy starego basenu i redaktor TVGoleniów Lidia Jakubowska, która nieco przestraszona truchtała w ciemności na uliczce Helenowa. Redaktorkę poznałem po głosie, bardzo charakterystycznym, kiedy odpowiedziała na moje pozdrowienie. Nieco się zdziwiłem, że i ona oddaje się "rekreacji ruchowej", ale przecież ma prawo, jak każdy/a.
Rozważam, czy nie wybrać się do Koszalina na "Nocną ściemę", w charakterze kibica i fotografa. Może być ciekawie, bo półmaraton i maraton będą się odbywać na stosunkowo krótkiej trasie, więc każdego z biegaczy udałoby się ustrzelić po parę razy. Przyda się parę ładnych, dobrych technicznie zdjęć.
czwartek, 24 października 2013
Bieganie jak złoto
12 km
Kolejny dzień zadziwiająco dobrej kondycji. Zdecydowałem się na bieg ulicami miasta, żeby nie nudzić się na stadionie. Najpierw więc przez "złodziejowo" i nowy most do Helenowa, stamtąd powrót scieżką rowerową, na której spotkałem Mirka L., poznałem go już z daleka po kosmicznych słuchawkach. Potem powrót do miasta, ulica Szkolna, Jagiełły, przebiegłem przez ładnie oświetlone Planty, do Szczecińskiej, a dalej już trasą Mili, czyli Matejki, Lipowa, Szczecińska i Norwida, a na koniec jeszcze trzy kółka po bieżni.
Do stadionu dobiegłem już w głęboką noc, ale już z daleka poraziła mnie jasność. Okazuje się, że dwie nowe, zarypiaście jasne lampy oświetlają od zmierzchu do rana bramę stadionu. Tak proszę państwa: bramę stadionu, przez całą noc. I proszę bez głupiego pytania: po co? Dwie lampy będą rzucać światłość na ścianę, w którą wkrótce zostaną wmurowane kapsle, jakie do niedawna tkwiły w bruku na Plantach, upamiętniające różne osobistości powiązane z Milą: organizatorów, gości i innych. Mówi się, że na czołowym (najwyższym) miejscu wmurowane zostanie popiersie Ojca Dyrektora. Złośliwi mówią też, że kapsle z nazwiskami Ozimka i Walkowiaka Ojciec Dyrektor każe wmurować tuż nad ziemią, na poziomie psiego szczania. Takie przypuszczenie wyraził L. Ozimek, onegdaj organizator Mili, znany wielbiciel Ojca Dyrektora.
Jest też inna teza: dwie jarzeniówy mają rzucać jasne światło na ego Ojca Dyrektora, które z trudem mieści się na stadionie. Ową plotkę dementują kręgi związane z "osirem". "Osir" twierdzi, że ego Ojca Dyrektora nie potrzebuje doświetlania, ono lśni własną, naturalną jasnością...
Ojciec Dyrektor pokazał na swojej stronie fanty, jakie będzie rozdawał ludowi biegającemu 11 listopana. Czapeczka polarowa - przyda się, choć kolory pedalskie. Koszulka biegowa w wersji damskiej i męskiej (plus), ale w koszmarnej wersji graficznej. Wzór na koszulkę wymyślił jakiś cep nie mający pojęcia o projektowaniu wzorów graficznych. Najgorzej wyszło drewniane hasło "Lubię biegać w Goleniowie" (już nie chce mi się dochodzić, kto to wysrał...), wypisane tandetną czcionką, którą jakiś pogięty projektant jeszcze bardziej pochylił (użyta czcionka jest kursywą z natury). W rezultacie koszulka nie nadaje się do założenia, chyba że pod kufajkę.
Najlepszy element pakietu startowego będą stanowić krówki Milówki. O ile się nie okaże, że będzie po jednej na osobę (przypominam sławne czekoladki wielkości małego znaczka pocztowego, też były po jednej na łebka).
Ojciec Dyrektor nie pofatygował się, żeby choć słowem wspomnieć, że gifty są już do obejrzenia. To niech się cmoknie, nie mam zamiaru robić mu żadnej promocji.
Smutny wieczór. Żoneczka porozlewała naleweczki, a butelki gdzieś pochowała. Po wczorajszym radosnym próbowaniu zostało tylko piękne wspomnienie....
Kolejny dzień zadziwiająco dobrej kondycji. Zdecydowałem się na bieg ulicami miasta, żeby nie nudzić się na stadionie. Najpierw więc przez "złodziejowo" i nowy most do Helenowa, stamtąd powrót scieżką rowerową, na której spotkałem Mirka L., poznałem go już z daleka po kosmicznych słuchawkach. Potem powrót do miasta, ulica Szkolna, Jagiełły, przebiegłem przez ładnie oświetlone Planty, do Szczecińskiej, a dalej już trasą Mili, czyli Matejki, Lipowa, Szczecińska i Norwida, a na koniec jeszcze trzy kółka po bieżni.
Do stadionu dobiegłem już w głęboką noc, ale już z daleka poraziła mnie jasność. Okazuje się, że dwie nowe, zarypiaście jasne lampy oświetlają od zmierzchu do rana bramę stadionu. Tak proszę państwa: bramę stadionu, przez całą noc. I proszę bez głupiego pytania: po co? Dwie lampy będą rzucać światłość na ścianę, w którą wkrótce zostaną wmurowane kapsle, jakie do niedawna tkwiły w bruku na Plantach, upamiętniające różne osobistości powiązane z Milą: organizatorów, gości i innych. Mówi się, że na czołowym (najwyższym) miejscu wmurowane zostanie popiersie Ojca Dyrektora. Złośliwi mówią też, że kapsle z nazwiskami Ozimka i Walkowiaka Ojciec Dyrektor każe wmurować tuż nad ziemią, na poziomie psiego szczania. Takie przypuszczenie wyraził L. Ozimek, onegdaj organizator Mili, znany wielbiciel Ojca Dyrektora.
Jest też inna teza: dwie jarzeniówy mają rzucać jasne światło na ego Ojca Dyrektora, które z trudem mieści się na stadionie. Ową plotkę dementują kręgi związane z "osirem". "Osir" twierdzi, że ego Ojca Dyrektora nie potrzebuje doświetlania, ono lśni własną, naturalną jasnością...
Ojciec Dyrektor pokazał na swojej stronie fanty, jakie będzie rozdawał ludowi biegającemu 11 listopana. Czapeczka polarowa - przyda się, choć kolory pedalskie. Koszulka biegowa w wersji damskiej i męskiej (plus), ale w koszmarnej wersji graficznej. Wzór na koszulkę wymyślił jakiś cep nie mający pojęcia o projektowaniu wzorów graficznych. Najgorzej wyszło drewniane hasło "Lubię biegać w Goleniowie" (już nie chce mi się dochodzić, kto to wysrał...), wypisane tandetną czcionką, którą jakiś pogięty projektant jeszcze bardziej pochylił (użyta czcionka jest kursywą z natury). W rezultacie koszulka nie nadaje się do założenia, chyba że pod kufajkę.
Najlepszy element pakietu startowego będą stanowić krówki Milówki. O ile się nie okaże, że będzie po jednej na osobę (przypominam sławne czekoladki wielkości małego znaczka pocztowego, też były po jednej na łebka).
Ojciec Dyrektor nie pofatygował się, żeby choć słowem wspomnieć, że gifty są już do obejrzenia. To niech się cmoknie, nie mam zamiaru robić mu żadnej promocji.
Smutny wieczór. Żoneczka porozlewała naleweczki, a butelki gdzieś pochowała. Po wczorajszym radosnym próbowaniu zostało tylko piękne wspomnienie....
środa, 23 października 2013
Zachciało mi się, i dobrze
6 km
Miałem dziś nie wychodzić na bieg, czułem się niespecjalnie. Ale tuż przed godziną 19 postawiłem sobie alternatywę: trochę biegu, albo oglądanie "Faktów" w TVN. Jako osoba zdrowa na umyśle i nie dążąca do ruiny mózgu, wybrałem natychmiast: bieg. I to była bardzo dobra decyzja, bo okazało się, że dziś biegło mi się wyjątkowo dobrze i wydajnie. Żadnych dolegliwości, żadnego bólu, żadnego poczucia, że ciągnę za sobą wyładowany wóz. Zrezygnowałem z bieżni, bo wkurza mnie monotonne bieganie jak w kieracie. Zrobiłem półtora okrążenia trasą Mili Niepodległości, wydłużone o Tour de Złodziejowo. Tego ostatniego chyba nie będę praktykował, bo tamtejsi aborygeni wieczorem uprawiają lokalną odmianę recyklingu, czyli przepuszczanie przez komin różnych śmieci, w tym gumy i plastyków. Są prostsze metody na zaczadzenie się, można np. wsadzić głowę do piecyka gazowego, nie trzeba snuć się po złodziejowie.
Zapłaciłem za Półmaraton Mikołajów w Toruniu. W tamtym roku impreza mi się spodobała, w tym roku będzie inna trasa, start na środku nowego mostu na Wiśle. Mam nadzieję, że wrócę z medalem; w tamtym roku nie było to oczywiste, dla ostatnich biegaczy medali zabrakło. Nic dziwnego, ładne były - dzwoneczki z tłustą gębą patrona Coca Coli.
Parę dni temu byłem w Nowogardzie, pogadałem z tamtejszym wiceburmistrzem, gościem miłym i sympatycznym. Damian powiedział mi, że w Nowogardzie nie ma klimatu dla biegania i biegaczy, że to nadal zjawisko niszowe i z gatunku wydarzeń egzotycznych. Zazdrości, że w Goleniowie nikogo już nie dziwi widok babki czy faceta biegnącego ulicą, lasem czy po bieżni. Faktycznie, coś w tym jest, bo na listach startowych w przeróżnych biegach sporadycznie widać nazwisko kogoś z Nowogardu, zdaje się nawet, że wciąż to samo. Właśnie policzyłem, że po medal od Coca Coli wystartuje w Toruniu (dane z dziś) 7 goleniowian, dwoje kliniszczaków i nie będzie nikogo z Nowogardu. Ciekawe miasto.
Nadal nie ma żadnych informacji nt. epokowego wydarzenia - 25. Mili. Piar w tym przypadku polega na kompletnym milczeniu i budowaniu mrocznej atmosfery tajemniczości. Już miałem dzwonić do Ojca Dyrektora i próbować wycisnąć z niego jakieś nowiny. Spytałem się jednak, patrząc sobie w oczy (w lustrze):
-A na ch... ci to, Czaruś? Musisz?
-No, nie muszę.
-To sobie daj spokój.
I tak właśnie zrobiłem.
Wybieram się na uroczystą kolację, jaka odbędzie się 10 listopada. Oczywiście, zaproszenia nie otrzymałem, bo na pewno wedle Ojca Dyrektora nie kwalifikuję się do udziału w tym wybitnym wydarzeniu. Pięć lat temu, kiedy wszedłem na imprezę z okazji 20-lecia Mili, Ojciec Dyrektor powitał mnie informacją, że kotlety są policzone, a mnie w obliczeniach nie uwzględniono. Nie zachowałem się jak należy, bo należało strzelić w papę z liścia. Ciekawe, co będzie w tym roku. Znów na początek news o liczbie schabowych?
Właśnie zostałem wezwany przez Oleńkę do konsultacji w sprawie przygotowywanych przez nią nalewek. Konkretnie: wiśniowej i z czarnej porzeczki. Od późnego lata śliczne owocki pławiły się w spirytusie, potem miały dodatek z cukru, teraz nadszedł czas rozcieńczania wódeczką. I w tym właśnie momencie potrzebna jest konsultacja fachowca, domowego sommeliera - czyli mnie. Uwielbiam tę chwilę, delektuję się truneczkiem in statu nascendi , udaję, że jeszcze smak nierozpoznany, że jeszcze kapkę na język trzeba... I siedzę właśnie z kieliszeczkiem naleweczki czarnoporzeczkowej, o skoncentrowanym smaku. I słucham nagrania idealnie do tej chwili pasującego: Leszek Długosz, "Dzień w kolorze śliwkowym". Jest tam taka piękna fraza: "...próbujemy nalewki, z dzikiej róży, z porzeczki, żeby sprawdzić, czy zimą to wypić się da..." Pewnie większość czytelników za młoda na Długosza (dla jasności: nie o Jana chodzi!), ale piosenka piękna, walczyk typowo francuski, z ładną partią akordeonu. W sam raz na złotą polską jesień. Czemu by nie posłuchać z kieliszeczkiem czegoś dobrego? Polecam: Dzięń w kolorze śliwkowym
BTW, parę osób miało u mnie okazję spróbować podobne rękodzieło w wydaniu francuskim, konkretnie - alzackim. Nieoceniona Bernadette z Metz obdarowała mnie ostatnio m.in. flaszeczką lokalnej, wysokooktanowej specjalności - mirabelle. Tak, to wytrawna wódeczka z mirabelek, które pewien czubek-profesorek z PO wpieprzał ze szczawiem na jakimś nasypie. A Francuzi umieli to uszlachetnić i przetworzyć w rzecz niebanalną... Vive l'Alsace!
Miałem dziś nie wychodzić na bieg, czułem się niespecjalnie. Ale tuż przed godziną 19 postawiłem sobie alternatywę: trochę biegu, albo oglądanie "Faktów" w TVN. Jako osoba zdrowa na umyśle i nie dążąca do ruiny mózgu, wybrałem natychmiast: bieg. I to była bardzo dobra decyzja, bo okazało się, że dziś biegło mi się wyjątkowo dobrze i wydajnie. Żadnych dolegliwości, żadnego bólu, żadnego poczucia, że ciągnę za sobą wyładowany wóz. Zrezygnowałem z bieżni, bo wkurza mnie monotonne bieganie jak w kieracie. Zrobiłem półtora okrążenia trasą Mili Niepodległości, wydłużone o Tour de Złodziejowo. Tego ostatniego chyba nie będę praktykował, bo tamtejsi aborygeni wieczorem uprawiają lokalną odmianę recyklingu, czyli przepuszczanie przez komin różnych śmieci, w tym gumy i plastyków. Są prostsze metody na zaczadzenie się, można np. wsadzić głowę do piecyka gazowego, nie trzeba snuć się po złodziejowie.
Zapłaciłem za Półmaraton Mikołajów w Toruniu. W tamtym roku impreza mi się spodobała, w tym roku będzie inna trasa, start na środku nowego mostu na Wiśle. Mam nadzieję, że wrócę z medalem; w tamtym roku nie było to oczywiste, dla ostatnich biegaczy medali zabrakło. Nic dziwnego, ładne były - dzwoneczki z tłustą gębą patrona Coca Coli.
Parę dni temu byłem w Nowogardzie, pogadałem z tamtejszym wiceburmistrzem, gościem miłym i sympatycznym. Damian powiedział mi, że w Nowogardzie nie ma klimatu dla biegania i biegaczy, że to nadal zjawisko niszowe i z gatunku wydarzeń egzotycznych. Zazdrości, że w Goleniowie nikogo już nie dziwi widok babki czy faceta biegnącego ulicą, lasem czy po bieżni. Faktycznie, coś w tym jest, bo na listach startowych w przeróżnych biegach sporadycznie widać nazwisko kogoś z Nowogardu, zdaje się nawet, że wciąż to samo. Właśnie policzyłem, że po medal od Coca Coli wystartuje w Toruniu (dane z dziś) 7 goleniowian, dwoje kliniszczaków i nie będzie nikogo z Nowogardu. Ciekawe miasto.
Nadal nie ma żadnych informacji nt. epokowego wydarzenia - 25. Mili. Piar w tym przypadku polega na kompletnym milczeniu i budowaniu mrocznej atmosfery tajemniczości. Już miałem dzwonić do Ojca Dyrektora i próbować wycisnąć z niego jakieś nowiny. Spytałem się jednak, patrząc sobie w oczy (w lustrze):
-A na ch... ci to, Czaruś? Musisz?
-No, nie muszę.
-To sobie daj spokój.
I tak właśnie zrobiłem.
Wybieram się na uroczystą kolację, jaka odbędzie się 10 listopada. Oczywiście, zaproszenia nie otrzymałem, bo na pewno wedle Ojca Dyrektora nie kwalifikuję się do udziału w tym wybitnym wydarzeniu. Pięć lat temu, kiedy wszedłem na imprezę z okazji 20-lecia Mili, Ojciec Dyrektor powitał mnie informacją, że kotlety są policzone, a mnie w obliczeniach nie uwzględniono. Nie zachowałem się jak należy, bo należało strzelić w papę z liścia. Ciekawe, co będzie w tym roku. Znów na początek news o liczbie schabowych?
Właśnie zostałem wezwany przez Oleńkę do konsultacji w sprawie przygotowywanych przez nią nalewek. Konkretnie: wiśniowej i z czarnej porzeczki. Od późnego lata śliczne owocki pławiły się w spirytusie, potem miały dodatek z cukru, teraz nadszedł czas rozcieńczania wódeczką. I w tym właśnie momencie potrzebna jest konsultacja fachowca, domowego sommeliera - czyli mnie. Uwielbiam tę chwilę, delektuję się truneczkiem in statu nascendi , udaję, że jeszcze smak nierozpoznany, że jeszcze kapkę na język trzeba... I siedzę właśnie z kieliszeczkiem naleweczki czarnoporzeczkowej, o skoncentrowanym smaku. I słucham nagrania idealnie do tej chwili pasującego: Leszek Długosz, "Dzień w kolorze śliwkowym". Jest tam taka piękna fraza: "...próbujemy nalewki, z dzikiej róży, z porzeczki, żeby sprawdzić, czy zimą to wypić się da..." Pewnie większość czytelników za młoda na Długosza (dla jasności: nie o Jana chodzi!), ale piosenka piękna, walczyk typowo francuski, z ładną partią akordeonu. W sam raz na złotą polską jesień. Czemu by nie posłuchać z kieliszeczkiem czegoś dobrego? Polecam: Dzięń w kolorze śliwkowym
BTW, parę osób miało u mnie okazję spróbować podobne rękodzieło w wydaniu francuskim, konkretnie - alzackim. Nieoceniona Bernadette z Metz obdarowała mnie ostatnio m.in. flaszeczką lokalnej, wysokooktanowej specjalności - mirabelle. Tak, to wytrawna wódeczka z mirabelek, które pewien czubek-profesorek z PO wpieprzał ze szczawiem na jakimś nasypie. A Francuzi umieli to uszlachetnić i przetworzyć w rzecz niebanalną... Vive l'Alsace!
wtorek, 22 października 2013
Wizje
10 km
Wieczorny trening, z konieczności na bieżni. Pierwsze 15 kółek jak orka tępym pługiem. Zrobiłem więc chwilę przerwy, parę ćwiczeń rozciągających - i zmiana o 180 stopni. Kolejne 10 już bez żadnego problemu, ale trening skończyłem z ulgą. Jutro chyba zrobię odpust, by ciut się zregenerować.
Na bieżni spotkałem Jacka K. Siłą rzeczy zeszło na bieżnię. Kolejny raz słuchałem, że gdyby dorzucić 400 tysięcy, to bieżnia by miała 6 torów, że Warszawa by dała dofinansowanie, że w zasadzie wszystko było załatwione. Ładna baśń, miło się słucha, jak zwykle nic z tego nie wynika. Frustracja - straszna rzecz!
Nasłuchałem się też, jaki to do dupy jest projekt hali sportowej, jaka ma powstać przy G2. Najważniejsza jej wada, to zbyt mała siłownia (k...wa, jakiej siłowni potrzebują gimnazjaliści??). No, ale nic dziwnego, że tak jest, skoro forowany jest wariant oszczędnościowy (hala ma kosztować 5 mln zł). Według Jacka K. pełen komfort sportowcom zapewnić by mogła hala za 10 mln zł, o jakiej kiedyś się mówiło, ale za czasów, kiedy o pieniądze było łatwiej. Nie skomentowałem.
Ale jest sympatyczna nowina z gatunku bardziej realnych. Dziś się dowiedziałem, że rozpoczęto prace projektowe nad ścieżką rowerową wzdłuż drogi Goleniów-Lubczyna, na odcinku Orlen-GPP. Ścieżka ma biec skrajem lasu, uwaga! - ma być oświetlona! I to by załatwiało problem treningów w jesienne i zimowe popołudnia i wieczory, kiedy największym problemem jest bezpieczne dotarcie z Goleniowa do GPP.
Wieczorny trening, z konieczności na bieżni. Pierwsze 15 kółek jak orka tępym pługiem. Zrobiłem więc chwilę przerwy, parę ćwiczeń rozciągających - i zmiana o 180 stopni. Kolejne 10 już bez żadnego problemu, ale trening skończyłem z ulgą. Jutro chyba zrobię odpust, by ciut się zregenerować.
Na bieżni spotkałem Jacka K. Siłą rzeczy zeszło na bieżnię. Kolejny raz słuchałem, że gdyby dorzucić 400 tysięcy, to bieżnia by miała 6 torów, że Warszawa by dała dofinansowanie, że w zasadzie wszystko było załatwione. Ładna baśń, miło się słucha, jak zwykle nic z tego nie wynika. Frustracja - straszna rzecz!
Nasłuchałem się też, jaki to do dupy jest projekt hali sportowej, jaka ma powstać przy G2. Najważniejsza jej wada, to zbyt mała siłownia (k...wa, jakiej siłowni potrzebują gimnazjaliści??). No, ale nic dziwnego, że tak jest, skoro forowany jest wariant oszczędnościowy (hala ma kosztować 5 mln zł). Według Jacka K. pełen komfort sportowcom zapewnić by mogła hala za 10 mln zł, o jakiej kiedyś się mówiło, ale za czasów, kiedy o pieniądze było łatwiej. Nie skomentowałem.
Ale jest sympatyczna nowina z gatunku bardziej realnych. Dziś się dowiedziałem, że rozpoczęto prace projektowe nad ścieżką rowerową wzdłuż drogi Goleniów-Lubczyna, na odcinku Orlen-GPP. Ścieżka ma biec skrajem lasu, uwaga! - ma być oświetlona! I to by załatwiało problem treningów w jesienne i zimowe popołudnia i wieczory, kiedy największym problemem jest bezpieczne dotarcie z Goleniowa do GPP.
poniedziałek, 21 października 2013
Lekkie przyciśnięcie
8,5 km
Trochę pocisnąłem, bo podobno niedobrze jest biegać ciągle w tym samym tempie. Trasa była leśna (okolice Góry Lotnika), pagórkowata, przyciśnięcie gazu nie przełożyło się zbyt wybitnie na prędkość, ale na pewno na zmęczenie. Czasu nie mierzyłem, ale zmęczenie można zmierzyć ilością potu wyciśniętego z opaski. Było go sporo.
Na stadionie spotkałem Piotra. Spytał, czy ma właściwą przynależność klubową na czas Mili. Ma prawidłową: Hanzę Goleniów. Sądząc po dość zawziętej minie Piotra, jest po jakiejś cięższej rozmowie z łysawym, możliwe, że nie tylko na temat pieniędzy za pakiety, które musiał kupić sobie, ale podobno musi też zapłacić za start swojej Gąski. Paradne. Ciekawe, czym się trzeba zasłużyć dla Goleniowa, by otrzymać pakiet startowy (wartość - 40 zł) za darmo. Piotrek przez 10 lat organizował Milę, ale to za mało...
O samej Mili nadal wieści nie za dużo. Wiadomo, że ma być wybitna, bo z numerem 25. Wybitność ma polegać na tym, że będzie paru sportowców z obecnej wysokiej półki, być może przyjedzie ktoś z tych, którzy zaszczycali nas niegdyś swoją obecnością. Będą goście (biegający) z miast partnerskich Goleniowa, pobiegnie burmistrz i jego zastępca. No i to w zasadzie wszystko, co wiadomo o Mili na niecałe trzy tygodnie przed imprezą. A, wiadomo jeszcze, że będzie losowanie nagród finansowych, o czym chyba już wspominałem. Wreszcie wykorzystają stojące obok gimnazjum, będzie w nim biuro zawodów, ciepłe posiłki i napoje. No i - to też pewne - burmistrz publicznie ogłosi, że tartanowa bieżnia powstanie w przyszłym roku. Reszta na razie okryta jest tajemnicą.
Trochę pocisnąłem, bo podobno niedobrze jest biegać ciągle w tym samym tempie. Trasa była leśna (okolice Góry Lotnika), pagórkowata, przyciśnięcie gazu nie przełożyło się zbyt wybitnie na prędkość, ale na pewno na zmęczenie. Czasu nie mierzyłem, ale zmęczenie można zmierzyć ilością potu wyciśniętego z opaski. Było go sporo.
Na stadionie spotkałem Piotra. Spytał, czy ma właściwą przynależność klubową na czas Mili. Ma prawidłową: Hanzę Goleniów. Sądząc po dość zawziętej minie Piotra, jest po jakiejś cięższej rozmowie z łysawym, możliwe, że nie tylko na temat pieniędzy za pakiety, które musiał kupić sobie, ale podobno musi też zapłacić za start swojej Gąski. Paradne. Ciekawe, czym się trzeba zasłużyć dla Goleniowa, by otrzymać pakiet startowy (wartość - 40 zł) za darmo. Piotrek przez 10 lat organizował Milę, ale to za mało...
O samej Mili nadal wieści nie za dużo. Wiadomo, że ma być wybitna, bo z numerem 25. Wybitność ma polegać na tym, że będzie paru sportowców z obecnej wysokiej półki, być może przyjedzie ktoś z tych, którzy zaszczycali nas niegdyś swoją obecnością. Będą goście (biegający) z miast partnerskich Goleniowa, pobiegnie burmistrz i jego zastępca. No i to w zasadzie wszystko, co wiadomo o Mili na niecałe trzy tygodnie przed imprezą. A, wiadomo jeszcze, że będzie losowanie nagród finansowych, o czym chyba już wspominałem. Wreszcie wykorzystają stojące obok gimnazjum, będzie w nim biuro zawodów, ciepłe posiłki i napoje. No i - to też pewne - burmistrz publicznie ogłosi, że tartanowa bieżnia powstanie w przyszłym roku. Reszta na razie okryta jest tajemnicą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
