niedziela, 10 listopada 2013

Ja pier... !!!

 8 km

Kto nie był na dzisiejszej sesji, nie wie, co to kosmos. Łukasiak z Kostrzebą wspięli się dziś na Himalaje samouwielbienia. Poobwieszali się medalami jak jakieś kacyki z Konga, nawzajem sobie wleźli w d...y. Takiej baśni, jaką oba panowie dziś stworzyli, nikt przytomny nie byłby w stanie wymyślić. 

Ale do rzeczy: była dziś sesja Rady Miejskiej. Na sesję sproszono sporo osób, w tym te, które lata temu tworzyły Milę Goleniowską  i mogły się dziś spodziewać jakiegoś przejawu pamięci. Mogło to być normalne przypomnienie, że na przykład jakiś Janusz Zając ową Milę  wymyślił, a na przykład Piotr Walkowiak przez 11 lat ją organizował. Można też było przypomnieć parę innych osób, czemu nie. A jak to wyglądało? 

Kto nie był, nie uwierzy. Kto był, do tej pory nie jest w stanie uwierzyć, że cyrk zafundowany
Zaraz se przyczepie i bede miał...
przez spółkę Łukasiak&Kostrzeba odbył się na ich oczach.

Otóż, obaj panowie pozałatwiali sobie medaliki: Łukasiak załatwił sobie i Kostrzebie Srebrne Odznaki za Zasługi dla Sportu, a Kostrzeba dla siebie i Łukasiaka zorganizował Złote Odznaki Honorowe( to chyba jakieś jaja z tym honorem...) PZLA. 
Istota cyrku polega na tym, że owe medaliki i znaczki musiał wręczać obu "zasłużonym" burmistrz Robert Krupowicz w towarzystwie posłanki Magdaleny Kochan i przewodniczącego Cześka Majdaka. Czesiek wiele z tego nie kumał, Magda opowiadała gładkie słówka o jakichś drożdżach. Ale tak wk...ionego Roberta to ja jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. To facet, który umie ukrywać emocje. Ale tym razem w rozmowie ze mną, Walkowiakiem i Nowotnym nawet nie próbował tych emocji
Publiczność wzruszona widokiem samouwielbiającego się Łukasiaka
chować. Zresztą, nie byłby w stanie. Broda mu się trzęsła, mówił przez gardło ściśnięte ze wściekłości przemieszanej z poczuciem zmieszania z błotem (wykonanego przez gościa pt. Łukasiak). Przepraszał za cyrk, którego wszyscy byli świadkami, powiedział, że nie wyobraża sobie, by jutro rano otwierał Goleniowską Milę Niepodległości wedle scenariusza wymyślonego przez Łukasiaka, który nie dostrzega zasług innych prócz pana Ł.  Scenariusz rozpoczęcia imprezy zostanie gruntownie zmieniony, Łukasiak na bok, a na scenę ci, co rzeczywiście Milę tworzyli. Właśnie trwa uzgadnianie, kto rano o 10.30 przy burmistrzu się pojawi. I raczej nie będą to panowie Ł. i K. 


Dosięgła mnie czyjaś klątwa. Zapalenie oskrzeli i krtani, głos mam jak po tygodniu picia denaturatu, wykasłuję z siebie jakieś kluchy, coś paskudnego. Wczorajsze bieganie nie pogorszyło samopoczucia, natomiast - zgodnie z oczekiwaniami - przyspieszyło rozwój wypadków. Dlatego dziś w ramach kontynuacji tej nieco awangardowej kuracji wybrałem się na delikatną przebieżkę do lasu. Miało być krótko, ze 3-4 km, ale pomyślałem sobie, że to w sumie dość spacerowe tempo nie wyklucza nieco dłuższej trasy. Skończyło się na 8 km. W lesie nie natknąłem się na nikogo, z wyjątkiem jednej pani z kijkami, na bieżni dwóch młodych. Reszta najwidoczniej relaksuje się przed jutrzejszym startem.
Rozmawialiśmy wczoraj z Anetką i Darkiem o biegu na 10 km w ramach jutrzejszej fety. Przed rokiem pobiegło prawie 600 osób, w tym roku pobiegnie między 850 a 900 uczestników. Tłok na trasie był już przed rokiem, teraz przyrost o 1/3, a nawet o połowę. Ciekawe, jak to się odbije na wynikach, czy nie będą tworzyć się zatory, no i czy organizatorom uda się cały bieg ogarnąć? To już naprawdę spora impreza.


sobota, 9 listopada 2013

Goście mili i niemili

5 km

Zdziwienie. Na ostatnich dwóch tablicach, odsłoniętych w sobotę rano, nie ma ani kapsli, ani
Ołtarz w pełnej krasie
wizerunku Słońca OSiR-u. Obie tablice poświęcone są miłym gościom Goleniowskiej Mili Niepodległości, których fotografie i krótkie biogramy zamieszczono na tablicach, zostawiając nieco miejsca tym, którzy dopiero zostaną zaproszeni, a też okażą się mili. 

Galeria gości miłych :)
Skoro są goście mili, pewnie są też i niemili. Jest jeszcze jedna ściana, być może tam się znajdzie miejsce na ich podobizny. Walkowiak, Gapiński, Martyniuk i cała reszta wrednych, judzących, sypiących piach w tryby, bezpodstawnie krytykujących, wytykających rzekome braki, domagających się a to ciepłych napojów, a to dostępu do pryszniców z ciepłą wodą, a to niezamykania biura zawodów na trzy godziny przed startem, ostatnio nawet nagród do rozlosowania wśród wszystkich uczestników biegu, a nie tylko dla najlepszych. Cała ta banda znajdzie się pewnie w galerii pt. "GOŚCIE NIEMILI". 

Przedmilową piątkę zrobiłem dziś na stadionie, pod wieczór. Pusto i ciemno, a pusto, bo ciemno. Nie było piłkarzyków, nie było komu poświecić z boku. Dwie jarzeniówy, oświetlające ołtarz u bram 'osiru', przesłonięte namiotową katedrą, na łuku bieżni nic nie widać. Przebiegłem się mimo wszystko, by dopełnić codziennego rytuału. Przede wszystkim jednak, żeby przyspieszyć rozwój wypadków związanych z drapaniem w gardle, jak mam się rozchorować, niech to będzie szybko. 

Mniam! :)
Na pojutrze wyznaczone jest posiedzenie egzekutywy w sprawie zamknięcia sezonu biegowego. Podobnie jak przed rokiem, egzekutywa połączona jest ze spożyciem dietetycznego specjału maratońskiego pn. choucroute. Kto nie wie, o co chodzi, może zajrzeć do wpisu sprzed roku, z 10 listopada 2012. Kto wie, już się pewnie oblizuje. Informuję, że wszystko, co niezbędne, zostało zakupione i czeka na dzień X: wędzony boczek i żeberka, kiełbaski, golonki, niezbędne warzywa, no i oczywiście końska dawka kiszonej kapusty, w której wszystkie te dobra, po wcześniejszym zalaniu białym winem, będą się gotować, rozsiewając kuszący aromat.(*)
Zakupiono też pasujące do tej alzackiej potrawy napoje: Miłosław wiśniowy, Gniewosz ciemny i jasny, Paulaner, Pszeniczne, Zlaty Bazant, no i nieco portera Amber dla gospodarza. Oczywiście, żadna dyrektywa Unii Europejskiej nie zabrania przyniesienia czegoś jeszcze, niekoniecznie chmielowego.
Zamknięcie sezonu będzie czysto teoretyczne, bo państwo Gapińscy w następną niedzielę zasuwają z Europy do Azji przez most nad Bosforem, na początek grudnia parę osób zapisało się na bieganie w czapeczce i kubraczku po Toruniu, 1 stycznia zapewne znów elita biegowa gminy Goleniów znów się spotka w południe na noworocznym biegu w Kliniskach, a potem już pora zacząć przygotowania do sezonu startowego 2014. Nie będzie czasu obrosnąć tłuszczem ;) 

Rano byłem na ostatnich zajęciach Akademii Biegania w Kliniskach. Wiało, ale dzieciaki
biegły chętnie i bez marudzenia. Na koniec każdy łepek dostał koszulkę biegową dobrej jakości, markową (europejska, znana firma), w której dzieciaki wystartują w poniedziałek na Mili. Koszulki dostaną też rodzice i kibice, pod warunkiem, że będą się darli i robili tyle hałasu, ile tylko da się wycisnąć z gwizdków, trąbek, wuwuzeli, bębnów i innych przedmiotów podobnego użytku. Zapowiada się kibicowanie na naprawdę przyzwoitym poziomie! 
Hałas i koszulki to nie wszystko. Będzie jeszcze sporo akcentów łatwych do dostrzeżenia, które zapewne niespecjalnie się spodobają znanemu z ponurego poczucia humoru Ojcu D. ;)

(*) Tabletki ułatwiające trawienie zapewnia pani Aleksandra :)

piątek, 8 listopada 2013

Jak tam przygotowania?

5 km

Ostatnio wszyscy mnie pytają, jak moje przygotowania do Mili. Jestem nieco zdziwiony, bo nikomu specjalnie się nie zwierzam, że zamierzam się przebiec, nie jest to zresztą dla mnie żadne nadzwyczajne wydarzenie. Ot, zwykła dycha, jaką biegam prawie codzienne. Ale w pytaniach wyczuwam lekką chęć pochwalenia się, że pytający/a też w poniedziałek pobiegnie, też się przygotowuje. Nie ma co niepotrzebnie ludziom robić przykrości, odpowiadam więc, że przygotowuję się starannie. 

Przeszedłem się dziś do urzędu gminy na kilka minut rozmowy z Robertem Krupowiczem. Rano poprosił mnie, żebym w poniedziałek na rozpoczęciu Mili był w pobliżu sceny wraz z Piotrkiem Walkowiakiem. Okazuje się, że chce nam publicznie oddać 4 tysiące podpisów zebrane pod wnioskiem o budowę bieżni i jednocześnie złożyć deklarację, że bieżnia w przyszłym roku powstanie. OK, wprawdzie nie przepadam za publicznym wystawaniem na różnych scenach, ale tę chwilę potem się pokaże w gazecie, przypominając przy okazji wszystkich, którzy naprawdę o bieżnię się starali.
Parę razy usłyszałem też zapewnienie, że jestem zaproszony do Duetu, że nie będzie żadnego komunikatu o kotletach. Zdaje się, ktoś wyraźnie usłyszał, że ma żadnych głupot nie robić...

Na bieżni dziś był tłok. Lud przyszedł około 18.30, a tymczasem na bieżni ciemno. Ja swoje 13 kółek akurat kończyłem, zszedłem z żużla i natknąłem się na Panjanka, który po operacji bajpasów dochodzi powoli do siebie. "-Widzi pan, pana nie ma w pracy i nie ma komu ludziom światła włączyć! Niech pan wraca do roboty, panie Janku, bo ten 'osir' na psy bez pana schodzi!" - podsumowałem sytuację. Panjanek się uśmiechnął, zdaje się, że zgadza się z tą tezą. Światełko po 10 minutach załączył Jacuś K., który akurat nadszedł na trening.

Parę razy przejeżdżałem koło ołtarza wznoszonego przez Ojca Dyrektora. Niestety, dziś nie zamontowano nic nowego. Ustawiono za to obleśny kontener, który zasłonił ogromną wizytówkę 'osiru'. A za bramą powstaje namiotowa katedra, w której będą się mieścić różne milowe instytucje. W tym biuro zawodów, które przecież spokojnie można było umieścić w holu Gimnazjum nr 2, pod dachem i w cywilizowanych warunkach. Pal licho, nie moja sprawa, chcą koczować w tych namiotach, to niech koczują.

Mam w ręku książkę na temat historii Mili Niepodległości. Średnia. W zasadzie atrakcyjnością przypomina bilans księgowy firmy: podstawowe fakty, dużo danych, z których niewiele wynika. Mało treści do poczytania, niewiele ciekawych ilustracji. Rozmawiałem z autorem, Józkiem Kazanieckim. Mówi, że tematu kompletnie nie czuł. Niestety, widać.

czwartek, 7 listopada 2013

Banał poprawia samopoczucie

10 km

Kolejny manifest ogłoszony na internetowej stronie 'osiru'.  Tym razem jest to zachęta do biegania i kibicowania. "Przyjdź i zobaczać!" - zachęca Ojciec D. Udziela kilku wskazówek, jak należy biegać, zachwala też zdrowotne skutki kibicowania. Owe rady należy traktować z szacunkiem, bo Ojciec D. jest przecież znany ze swojej miłości do biegania i biegaczy, jest też jednym z bardziej zaangażowanych kibiców lekkiej atletyki. Kto nie ma własnego doświadczenia, niech korzysta z ojcowego dorobku i jego przemyśleń.
Niżej "komunikat nr 14" w oryginalnej pisowni.


Patriotyczne świętowanie na biegowo stało się już tradycją. Biegający już świadczą, że polubili najprostszą formę ruchu jakim jest bieganie. Bieganie  to zdrowie - brzmi banalnie, ale ten banał poprawia samopoczucie, zwiększa odporność organizmu, długość życia. By się o tym przekonać wystarczy 11 listopada wyjść na ulice Goleniowa i popatrzeć na biegających. Będą zmęczeni, spoceni, ale radośni. Kibicowanie może zachęcić i zaowocować rozpoczęciem biegania i czynnym udziałem w biegu w przyszłym roku. Bieganie naprawdę jest proste. Warunek jest jeden – rozpocząć od marszobiegów, spokojnego biegania do lekkiego zmęczenia. Nie wychodźmy biegać z założeniem pobicia rekordów z czasów kiedy byliśmy młodzi. Bieganie trzeba polubić i powoli zwiększać obciążenie treningowe. Nic na siłę, powoli, ale systematycznie. Serdecznie zapraszamy wszystkich goleniowian do kibicowania na trasie biegów,  by przejąć od biegających trochę entuzjazmu, radości i woli walki. Przyjdź i zobaczać .

Kolejny dzień nadzwyczaj dobrej formy. Chciałem sobie zrobić sprawdzian na bieżni, ale bieżnia po katastrofalnym oberwaniu chmury totalnie zalana wodą, pobiegać można, jednak nie było warunków do biegania na czas. Olałem więc bieżnię i ruszyłem w kierunku Helenowa, a potem wokół miasta. Świetne tempo, świetne samopoczucie, całą trasę zrobiłem bez jednej chwili przerwy. Jest tak dobrze, że zaczynam myśleć, czy by w poniedziałek nie powalczyć o jakiś w miarę przyzwoity wynik. Rozmawiałem z prezesem, czy by nie podjął się roli patrona dla Michała - nie widzi przeszkód. Jeśli tempo Darka będzie za ostre, zawsze zostaje Piotr, który będzie wdzięczny Michałowi za ocalenie od śmierci z wyczerpania ;)

Kiedy wracałem z biegu, musiałem przekroczyć bramę-ołtarz. I tu mi szczęka opadła na kolana: bo określenie "ołtarz" było dotąd żartem, nawet kpiną. A tymczasem dziś pojawiły
się dwie tablice (dyptyk, choć nie mojżeszowy...), a na nich podniosły tekst o historii Mili z wezwaniem do podziękowania Bogu za ludzi, którzy tę Milę organizowali i organizują... Przyznam, że nie przyszła mi do głowy taka forma ojcowskiego samouwielbienia. Kolejny raz życie przerosło moją wyobraźnię, która przecież do najcieńszych nie należy. Z drżeniem i niepokojem czekam, co też Ojciec Dyrektor zawiesi na dwóch pustych dotąd granitowych płytach. Na jednej będą kapsle ku czci organizatorów (Walkowiak i Ozimek wiadomo - na wysokości dogodnej do oszczania przez psa-kurdupla). A na ostatniej? Ja stawiam na Tego, Którego Imienia Się Nie Wymienia :)))) Skromne, ale gustowne popiersie Najważniejszego...

środa, 6 listopada 2013

Attiq zamiast Adidasa

10,5 km

Całą leśną trasę zrobiłem dziś bez przerwy, nie licząc oczywiście przeskoków przez tory, co wymagało zatrzymania na chwilę, by nie wrypać się pod pociąg. Dobre tempo, bo dziś wyjątkowo dobre samopoczucie. I to właśnie zastanawia, bo na dworze smutek podobny do wczorajszego, generalnie ponuro - a zmiana wprost wybitna. Koniec treningu w doskonałej formie, gdyby były warunki (zrobiło się ciemno), to chętnie bym jeszcze po lesie pohasał.
Jutro, jeśli bieg będzie równie przyjemny, będzie jeszcze jedna wyprawa rzędu 10 km, potem wyhamowanie, a w niedzielę święto lasu. Wprawdzie w poniedziałek nie zamierzam walczyć o żadne rekordy, ale dobrze być wypoczętym i pełnym sił. Przebiegnę się z Michałem, który z pewnością zrobi "życiówkę" na dychę, bo nie sposób, by nie pobiegł lepiej, niż w czerwcu w Poznaniu ;)
Młodemu zamówiłem dobre legginsy do biegania. Olałem oferty znanych firm, które mają ceny jak z kosmosu, ni w pipę, ni w oko. Adidas za byle szmatę z trzema białymi paskami winszuje sobie po dwie stówy. A tymczasem firma Attiq, która nie jest już bardzo tania, a jedynie tania, za mniej niż połowę tej sumy proponuje ciuchy świetnie zaprojektowane i wykonane, z doskonałych materiałów, warte swojej ceny. Świetne, ciepłe legginsy na zimę - 89 zł brutto. Dla mnie wybór jest prosty i oczywisty. 

Ołtarz przed stadionem na razie nie wzbogacił się o nowe elementy. Ale spokojnie, najpóźniej w niedzielę wszystko będzie gotowe, odsłona w poniedziałek rano.
A tymczasem kumpel z Goleniowskiej, który porusza się na wózku inwalidzkim wyraził zdanie o granitowym progu, jaki Ojciec Dyrektor zainstalował u wjazdu na stadion przy okazji przebudowy bramy w ołtarz. Zdanie wyrażone przez Piotrka H. nie nadaje się do przytoczenia. Próg faktycznie może być trudny do pokonania przez jadącego wózkiem inwalidzkim. Ale kto powiedział, że inwalidzi na wózkach mają się szwendać po stadionie? Takie przynajmniej przesłanie odczytuję z granitowego progu im. Ojca D.

wtorek, 5 listopada 2013

Pierwsza odsłona

11 km

Dziś lud ujrzał pierwszą część ołtarza, jaki powstaje przy bramie stadionu od strony ul. Norwida. Na słusznej wielkości tablicy wypisano, że za bramą jest stadion, a na stadionie jest OSiR. Jest adres, telefon, fax i email. Krótko mówiąc, zawieszono wizytówkę. Obok lada moment zawisną kapsle ku czci tych i owych, lud goleniowski czeka też na popiersie Nieznanego Biegacza albo inną alegorię Ojca Dyrektora. 
Na treningu w lesie spotkałem Piotrka z Karoliną, razem wracaliśmy na stadion. Pokazałem mu nowość u bram 'osiru'. Stanął, popatrzył. "No, proszę..." - wykrztusił z siebie. Był pod wrażeniem, może dlatego mowę mu odjęło. A Piotrkowi rzadko mowę odbiera.

Rozwiedziałem się o niedzielną imprezę. Uroczysta sesja Rady Miejskiej o godz. 17, poświęcona będzie Mili i jakiejś rocznicy współpracy Goleniowa z miastami partnerskimi. Będą rozdawać statuetki zasłużonym dla Mili (mały Nieznany Biegacz?), podobno mają też być jakieś znaczki, coś w stylu "zasłużony dla sportu". Pal licho te gadżety, ważne będzie dopilnowanie, by z rozpędu nie zaczęto obwieszać siebie i wybranych "zasłużonych" błyszczącą galanterią przyznaną za fikcyjne zasługi. Próbka była już na wrześniowej imprezce "Bądź fit", kiedy to Czesiek Majdak zaczął dziękować Ojcu Dyrektorowi za... doprowadzenie do budowy bieżni na stadionie. Doniesiono mi, że Ojciec D. hołd przyjął i nic nie prostował.  Historia może się powtórzyć, dlatego dobrze być na miejscu, by w razie czego zareagować.
Podobnie z kolacją, która planowana jest dla VIP-ów po sesji. Tam też może się okazać, że w kolejce po zaszczyt stoi spory tłumek ojców sukcesu. Zapotrzebowanie na sukces jest, jak wiadomo z życia, ogromne, niezaspokojone i wciąż rosnące. Zbliżają się wybory, zjawisko będzie narastać, trzeba trzymać rękę na pulsie.
Jak się dowiedziałem, Piotrkowi W. wysłano zaproszenie na uroczystą sesję, a może nawet i na kolację. Na razie go nie dostał, ale może dostanie.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Chandra

10 km

Listopad jak malowanie. Od rana ponuro, wieje, coś tam kropi co chwilę, do tego ciśnienie na poziomie takim, że prawie go nie ma. Ostatnie, czego się pragnie w taki czas, to jakaś praca, nie daj Boże, umysłowa. Na wysiłek fizyczny ochota też niewielka, co wyraźnie miało dziś odbicie w niewielkiej liczbie amatorów pohasania po bieżni. Strata zresztą niewielka, bo bieżnia rozmokła...

Ochota niewielka, ale wiadomo, że jak już się wyjdzie i ruszy, to potem zazwyczaj człowiek nie żałuje, że nie został w domu. Dziś też tak było. Po krótkim okresie rozruchowym zrobiło się fajnie, nabrałem ochoty do dłuższego biegu. Na las było za późno, więc runda wokół miasta z zahaczeniem o Helenów i powrót na stadion. Dyszka pękła, na dziś starczy. 

Za tydzień Mila, zapowiada się tłok na trasie. Na liście startowej 922 osoby chętne do dychy, 735 już zapłaciło. Można przypuszczać, że na starcie będzie 800-900 osób, zależnie od pogody. To już jest pewne wyzwanie dla organizatorów, spory tłumek, który może sprawić kłopoty. Ciekawe, czy nadal w 'osirze' obowiązuje koncepcja, by całą organizację załatwić wyłącznie siłami pracowników ośrodka. Podobno na ogłoszenie, że wolontariusze mogą się zgłaszać do pracy przy Mili, zareagowały tylko dwie osoby. Ale może ja się nie znam i nie doceniam firmy Ojca D. Za tydzień się okaże.

W mieście widać coraz więcej biegających wieczorami. Ostatnio modne jest bieganie trasą milowego biegu na 10 km. To dość dobra opcja, bo większość drogi można pokonać biegnąc asfaltem nieźle oświetlonym i przeważnie dobrej jakości. Tylko w rejonie stacji benzynowej (Szczecińska i Norwida) jest średnio bezpiecznie, trzeba uważać na kierowców, a biegać najlepiej w odblaskowej kamizelce. Kamizelka nie jest jeszcze tak popularna, jak wśród rowerzystów, ale to się przyjmie, bo choć średniej urody, to poprawia bezpieczeństwo.

niedziela, 3 listopada 2013

Listopad...

10 km

Wczoraj pogoda wygrała. Do obiadu lało i było zimno, po obiedzie warunki się poprawiły, ale już mi się nie chciało. Odpuściłem.
Dziś pogoda prawdziwie listopadowa: rano popadało, ciemne chmury, ogólnie ponuro. Trzeba było jednak się zebrać i ruszyć w las choćby po to, żeby wypocić z siebie nadmiar płynów spożytych poprzedniego wieczoru, kiedy to Babcia Jadzia stawiała obficie na stół różne wina, nalewki, likiery, jakąś wódkę weselną itd. Jak wiadomo, na takie sytuacje najlepszy jest  wysiłek fizyczny w sporej dawce. Zaaplikowałem sobie trasę do Góry Lotnika i obiegnięcie okolicznych leśnych górek. Pomogło, z lasu wróciłem zdecydowanie zdrowszy, a dziś jakoś nie mam ochoty ani na wino, ani na żadną nalewkę. 
Próbowałem się w lesie rozejrzeć za grzybami. Podgrzybków już nie ma, ale amatorzy maślaków i opieniek śmiało mogą ruszać w las, nie wrócą z pustymi koszami. Grzybiarzy już jednak nie widać, chyba wszyscy mają już tych dóbr pod opór, to był wyjątkowo dobry rok.

Przyjrzałem się trasie tegorocznej Mili. Po atestacji wydłużyła się o jakieś 100-150 m. Nie wiadomo, który pomiar jest właściwy: zeszłoroczny, czy też tegoroczna atestacja przy użyciu sławnego roweru pana mierniczego. Są już pierwsi niezadowoleni, słusznie przypuszczający, że trudno będzie poprawić wynik z ubiegłego roku, bo owe 150 m to około pół minuty dodatkowego czasu. Dla niektórych to bardzo ważna sprawa. Na szczęście, nie dla mnie. ;)


piątek, 1 listopada 2013

Półmaraton relaksu

21,5 km
Ładne miejsce w okolicy G. Lotnika

Miało padać, a ostatecznie zrobiła się piękna pogoda. Słonecznie, prawie bezwietrznie, chłodno, ale nie zimno. Żałowałbym, gdybym nie wybrał się na dłuższą przebieżkę. Pierwszy raz od dłuższego czasu, chyba od września, zdecydowałem się na tour przez Bolechowo. Krótko po starcie zorientowałem się, że samopoczucie i kondycja są na bardzo dobrym poziomie, więc drogę do Łęska nieco wydłużyłem, o wizytę na sporej górce stanowiącej przedłużenie Góry Lotnika w kierunku S3. Krótka przerwa przy stanicy myśliwskiej, zaszedłem w ciekawe miejsce: cmentarzyk dla zwierzaków stanowiących własność myśliwych. Zwierzaki to głównie psy, ale i koty. Przy każdym kamieniu z napisem upamiętniającym nieżyjącego pupila paląca się lampka - znak, że choć zwierzaki nie żyją czasem już 20 lat, ich właściciele wciąż pamiętają. Sympatyczne.
Następna krótka przerwa na moście na Inie. Tam się minąłem z burmistrzem Robertem,
Właściciele pamiętają
jadącym samochodem w kierunku Szczecina. Machnęliśmy sobie tylko rękami w pozdrowieniu. Skręt w drogę w kierunku Bącznika, którą przedostałem się do Bolechowa. Krócej by było pobiec asfaltem, ale to droga nudna i dłużąca się. Więc skręt w lewo, w drogę prowadzącą do łąk nad Iną. Tam jak zwykle pięknie, starorzecza Iny, ładna droga wysadzona brzozami, prowadząca do Zabrodzia. Przy Zabrodziu przejście przez wybieg dla koni z tamtejszej stadniny; zwierzaki jak zawsze ciekawskie, odprowadziły mnie na drugi koniec pastwiska. Zaraz za Zabrodziem powrót w las, starą drogą leśną aż do samego Goleniowa, przez nowy most do zamkniętego dziś stadionu. 

Inne ładne miejsce, łąki nad Iną

Kolejny raz stwierdzam, że droga od Zabrodzia do Goleniowa to prawdziwy skarb gminy. Niewiele potrzeba, żeby doprowadzić ją do porządku i wytyczyć tam szlak biegowy z prawdziwego zdarzenia. Na pewno da się też poprowadzić drogę dalej, w kierunku mostu na Inie w rejonie Bącznika. Wystarczy odszukać stare, poniemieckie drogi. Następnie oznakować trasę jaskrawą farbą i pomierzyć jej odcinki. Po drugiej stronie Iny sprawa jest prosta w sensie jak najbardziej dosłownym: wystarczy trzymać się drogi, która wprowadza w las koło stanicy myśliwskiej, a wybiegnie się z lasu tuż koło stacji benzynowej na ul. Szczecińskiej. Razem ok. 20 km pięknej, leśnej trasy nadającej się do biegania, chodzenia z kijkami i wypraw rowerowych. 

Piotrek prostuje: żadnego zaproszenia nie dostał (coś mi się zwidziało w takim razie...). Znaczy, że dla Ojca D. jest kompletnie nikim. Pięknie. 
Dzisiejsza trasa

Ojcu odwala

10 km

Najpierw chciałem się przebiec po lesie, ale około trzeciej zaległem na krótką drzemkę, która się nieco przeciągnęła. Na tyle przeciągnęła, że nie było już szans na wyprawę w las z zakończeniem przed zmierzchem. Odpuściłem las, wybrałem wariant miejski, typowy: Helenów, Dworcowa, Szkolna, Wojska Polskiego, Przestrzenna i Norwida. Z momentem z dreszczykiem, kiedy ścieżką rowerową wracałem z Helenowa do Goleniowa, a w ciemnościach w parku koło nadleśnictwa usłyszałem jakieś dziwne odgłosy i zobaczyłem ciemne sylwetki jakichś zwierzy. Oczywiście, były to dziki, które siedmioosobową ekipą ryły sobie w najlepsze o parę kroków od ścieżki. Stanąłem, dziki nie przejęte moją obecnością nadal robiły swoje. Skubane, nie dały do siebie podejść bliżej, niż na jakieś 3 metry. Odbiegały o parę kroków i nadal ryły w spokoju. Postałem, popatrzyłem, pobiegłem dalej. 

Dziś przyszły zaproszenia na Milę. Dokładnie takie, jakich się spodziewałem: prostackie jak Ojciec Dyrektor. Jednym zaproszeniem Ojciec D. obsłużył całą redakcję GG, zaproszenie jest na Milę i nic więcej. Lechu Ozimek, który był jednym z pierwszych organizatorów Mili, też dostał zaproszenie do udziału w Mili, czytaj (sorry, to Ojciec D. tak mawia...): przyjdź pan, kup se pan pakiet startowy i zapier...j. Wprawdzie Mila ma nr 25, podobno jest uroczysta, podobno będą kogoś tam honorować i całować pod ogonem, ale najwidoczniej nie tych, co to Milę wymyślili, stworzyli i przez parę lat prowadzili. Piotrek W. też to zaproszonko dostał, też se może co najwyżej pobiegać, kotleta dla niego nie ma, żadnego gadżetu też nie dostanie. 40 złotych już zapłacił, dostanie koszulkę do noszenia pod kufajką i różową czapeczkę, a na osłodę krówkę szt. 1. I wypad! 

Powoli się we mnie gotuje. Zaczynam mieć porządnego wkurwa. Coś mi się zdaje, że po Mili laurki Ojcu D. nie napiszę, zaczyna mi zależeć na materiale, który ów pan ciężko odchoruje. Nie mam złudzeń, nie wyleczy go to z manii wielkości i przekonania, że jest właścicielem prawdy. Ale przynajmniej niech dostanie porządny strzał w d... Zasługuje.


Taka anegdotka: dwa lata temu próbowałem gościa namówić, żeby start imprezy zrobić o godzinie 11.11, nie punktulanie o 11.00. Wydało mi się fajne, że w zaproszeniu można by napisać: Zapraszamy, start imprezy dnia 11.11.11 o godz. 11.11. I teraz zagadka: co usłyszałem od ponurego Ojca Dyrektora? Odpowiedź proszę wrzucić w komentarze.