poniedziałek, 13 października 2014

Wieczorne, bezpieczne bieganie

10 km

Ścieżka rowerowa, GPP i z powrotem. Idealna pogoda: zachmurzone niebo, lekka mżawka świetnie odświeżająca cerę, zero wiatru. Do tego zachód słońca, a powrót już w mroku. Superprzyjemna godzinka. Na trasie kilka razy minąłem biegaczy, ludzie zaczęli korzystać ze ścieżki i bezpiecznych 3 km przez GPP. Dobrze, o to właśnie chodziło. Po cholerę mają się kręcić po parku po dziurawych ścieżkach, gdzie prędzej nogę się złamie, niż formy nabierze? Jest wreszcie bezpieczne parę kilometrów wieczornej biegowej trasy, doczekaliśmy.
Myślałem, że po wczorajszym bieganiu dziś będę pokutował skacząc na lewej nodze. Nic podobnego. Wzorowo, tylko lekko ćmi w prawej pięcie. Dziś też mi to g... przeszkadzało, ale mniej, niż się spodziewałem. Jest więc szansa, że Kraków zaliczę bez kłopotu, a podobnie będzie z Niceą i Cannes. O Toruń już się w ogóle nie martwię, po prostu jakoś to będzie :)

Dobra wiadomość z Krakowa. Córcia kończy studia, złapała pracę. Mieszkanie ma, dotację rodzicielską też, niech więc zapuszcza korzenie pod Wawelem. Dzieciaki mają zakaz powrotu do Goleniowa na coś więcej, niż odpoczynek. Kasia po udanym eksperymencie w Szwecji wróciła do Krakowa, ta decyzja była jeszcze lepsza (a widział kto głodujące małżeństwo lekarzy w Szwecji? :) ). Teraz czas na Anię, która w końcu dała się przekonać do Krakowa i chyba już tam zostanie. Michu na razie siedzi w Poznaniu, ale też wie, że w Goleniowie wszystkie psy spuszczone... 

Dobry dzień. Sąd postanowił, że nie będzie prowadził procesu, którego domagał się pan gangster. Sąd powiedział mu, że podanie w prasie imienia i pierwszej litery nazwiska to za mało, by wskazać konkretną osobę. Nie można się więc zgodzić z zarzutem, że ujawniłem czyjeś dane osobiste. Po drugie, sąd powiedział, że choć artykuły były pisane w tonie sensacyjnym :) i tabloidowym :) to nie przekroczyły granic, w ramach których wolna prasa może się poruszać i działać. Skoro więc tak się sprawy mają, sąd nie widzi powodu, by mnie pałować i sprawę umarza.
Jak nietrudno zgadnąć, nie będę się odwoływał. Adwokat pana gangstera nie miał szczęśliwej miny, widać było, że orzeczenie mu nie w smak. Cóż, musi z tym żyć :). A ja, kiedy tylko postanowienie się uprawomocni, składam wnioski o umorzenie wszystkich pozostałych procesów, bo przecież każdy akt oskarżenia powstał przy pomocy znanych komend: Ctrl+C, Ctrl+V, plus doklejone kopie kolejnych artykułów o panu gangsterze.
Jest powód, by wypić za zdrowie pana sędziego.

niedziela, 12 października 2014

Sezon w pełni

13 km

Chyba naprawdę rozpoczął się sezon grzybowy. W lesie mnóstwo ludzi, wszyscy z pełnymi koszami, wiadrami i torbami, a mimo to biegnąc trudno nie zauważyć ładnych, młodych podgrzybków, koźlaków i maślaków rosnących przy drodze, albo wręcz bezczelnie na niej. Daleko za torami spotkałem kolegę, oczywiście wybrał się na grzyby. Szliśmy gadając przez parę minut, co chwila podawałem mu młodziutkiego podgrzybka, wypatrzonego w trawie o krok od drogi. W końcu się pożegnaliśmy, bo żal mi się zrobiło, że nie dla siebie zbieram. 
Fajnie się biegło, przedłużyłem więc sobie trasę dość daleko za Górę Lotnika, potem chyba poplątałem drogę, bo biegłem ścieżkami, których nie znam, dobiegłem do parkingu przed wiaduktem, tam skręciłem na szlaki dobrze już przedeptane. Dziś jedynym ograniczeniem był przyczep prawego achillesa, niespecjalnie nawet dokuczający w biegu, ale już sama świadomość jego istnienia jest złym sygnałem, który nakazuje zdjąć nogę z gazu. Ideałem jest przecież sytuacja, gdy istnienie jakiegoś organu jest zupełnie nieodczuwalne; to świadczy o dobrym jego zdrowiu.
Polacy są dziwni. Dzisiejsza sytuacja: biegnę gdzieś w okolicy G. Lotnika, ścieżką naprzeciwko mnie idzie rodzina, dajmy na to - państwa B. Zbliżamy się do siebie, ja w gotowości, by pierwszy powiedzieć im 'dzień dobry' - dość normalne chyba w tej sytuacji. Kiedy jestem o parę metrów, oboje państwo B. i dzieciątko (z 10 lat na oko) odwracają głowy, udają że mnie nie widzą. Aż taki uprzejmy nie jestem, by kłaniać się komuś, kto takie numery wycina. Mijam B. bez słowa, po chwili w myślach żegnając ich ciepłym życzeniem. Oczywiście, natychmiast wracam myślami do Francji, gdzie takie zachowanie to szczyt braku kultury, a normą jest uprzejme 'bonjour', gdy będąc sam na sam mijamy nawet nieznajomych ...

Dziś był maraton w Poznaniu. Nie wiem, czy znów padł rekord frekwencji, ale na pewno nie pracowali na niego zawodnicy z Goleniowa. Cenę za start w Poznaniu wyśrubowano do poziomu nieprzyzwoitego: 100 zł było ceną podstawową, która pod koniec urosła do 200 zł. Ktoś chyba powinien ograniczyć dawkę albo zmienić zioło na lżejsze. Medal wprawdzie ładny, ale nie jest warty 200 zł. Poznań raczej wypada z rozkładu jazdy, chyba że młody w przyszłym roku zechce się tam sprawdzić. Ja w każdym razie potrzeby biegu w Poznaniu za te pieniądze nie czuję.
Z goleniowian pobiegł tym razem Paweł Tomaszewicz, który w tamtym roku w goleniowskiej Mili miał swój biegowy debiut. W Poznaniu nabiegał 4:17, bieg był równy i dobry. Brawo, Tomach!


I jeszcze wieczorna fotka nowej ścieżki do GPP. Ładnie oświetlona, coraz więcej ludzi biega tam wieczorami. Wreszcie jest bezpiecznie.

sobota, 11 października 2014

Znów wykręt

Gdyby pogoda nie była na takim poziomie, wybrałbym się w plener. Jeszcze dokucza ból w prawej pięcie, ale to problem zanikający, nie byłby przeszkodą. Lał jednak deszcz, potem żoneczka postawiła na stół świeżo upieczonego łososia, a jeszcze później pojechaliśmy do kina. Odpuściłem więc, nadrobię jutro przed południem. Pogoda ma być lepsza, co najwyżej mżawka.

A dziś dzień z kulturą. Najpierw dokończenie lektury grubej księgi o Paryżu w czasach belle epoque, napisanej ciekawie przez dwie mieszkające w Paryżu Polki, z mnóstwem ciekawych ilustracji i jeszcze większym zasobem ciekawej wiedzy. Po południu wyprawa do kina na nowy polski film "Bogowie", którego bohaterem jest prof. Religa. Rzecz oczywiście o najciekawszym okresie jego życia: latach osiemdziesiątych, kiedy stworzył w Zabrzu klinikę kardiochirurgii i dokonał pierwszych udanych przeszczepów serca. Kto nie widział - gorąco polecam. Ciekawy temat, niebanalny bohater, świetnie zrobione kino, z kapitalną obsadą. Autorom filmu udało się zachować zdrową równowagę, jest nieco patosu, ale nie razi; jest humor, ale bez przesady. Świetnie oddane realia Polski z czasów Jaruzela, do tego sporo emocji, choć przecież wszyscy wiemy, że klinika w końcu powstała, a przeszczep serca się powiódł. Film zajmuje od pierwszej do ostatniej chwili, ani przez moment nie nuży. 

Nabieram ochoty na wyprawę do Wituni, by zrobić maraton wraz panem Rysiem Kałaczyńskim, który codziennie naparza po 42,2 km i tak będzie biegał, aż nabiega 366 maratonów w ciągu roku. Darek już był, licznik podkręcił o 3 maratony, codziennie ktoś tam z rekordzistą biega, zwyczajnie nie wypada się nie przyłączyć do tej odjechanej inicjatywy. Anetka sugeruje zbiorowy najazd na Witunię. Czemu by nie?

czwartek, 9 października 2014

Piękna wymówka

Wpadli Gapińscy, a ja już się miałem ubierać i ruszyć w plener. Gości wyrzucić nie wypadało. Z bólem serca zrezygnowałem z treningu na rzecz tradycyjnej polskiej gościnności. Posłuchałem trochę o oryginalnym maratonie w Anglii, poprowadzonym ścieżkami i dróżkami, czasem przez prywatne podwórka, na szczęście nie przez chałupy. Pewnie nigdy tam nie pojadę, ale z opowieści wynika, że być warto. Przykład imprezy z pomysłem, z klimatem, bez wysadzenia. 

Dzień zmarnowany w sądzie. Posiedziałem na ławie oskarżonych, a oskarża mnie prezes M., bohater wielu tekstów na temat przekrętów grubego i bardzo grubego kalibru. Oskarżenia brzmią dość absurdalnie w świetle tego, co napisano w aktach oskarżenia przygotowanych przez prokuraturę. Prezes M. nie przyjmuje ich do wiadomości, prezentuje się jako krynicę wszelkich cnót Wszechświata, bezecnie kalaną przez wszystkich wokół. A wokół spiski, knowania, szarganie, fałszywe oskarżenia, których jedynym celem jest jedyny sprawiedliwy na tym padole - onże pan M. Można było zgłupieć, mam wrażenie, że sędzia prowadzący sprawę rozpaczliwie się przed tym bronił. Zrobił dość duże oczy, kiedy pan M. zażądał ode mnie 840 tysięcy zł tytułem utraconych dochodów, 45 tysięcy jako zwrot kosztów leczenia psychiatrycznego, bąknął też coś o 30 milionach za jakąś halę widowiskową, którą podobno chciał postawić w Goleniowie, a ja mu nie pozwoliłem. Pilnowałem tylko, by wszystko było skrupulatnie protokołowane, bo będzie z tego świetny materiał dziennikarski, a zdaje się również materiał na osobny proces, tym razem z panem M. na ławie oskarżonych; przeholował chłopina z oskarżeniami, z których większość to ordynarne, chamskie pomówienia bez żadnych dowodów. Jak nietrudno zgadnąć, przyczyn takiego a nie innego zachowania pana M. należy upatrywać w jego problemach z głową, o których dość szeroko opowiedział już na wstępie. Tu się akurat zgadzamy: leczenie psychiatryczne jest zasadne.

środa, 8 października 2014

Wciąż napieprza, kurka...

Jasny gwint, wciąż mnie napieprza prawa noga. Boli przyczep ścięgna, problemy robi też dwugłowy mięsień łydki, wciąż czujący skutki dwutygodniowego biegania po winnicy i szesnastu godzin za kółkiem w drodze powrotnej. O bieganiu nie było więc mowy, o rowerze - jak najbardziej. Objechałem kawałek gminy na północ od Goleniowa. Jakoś tak bez większego entuzjazmu i bez ochoty. Pogoda nie nastrajała, trochę wiało jesienią, smutnawo robi się na świecie... 

Parę dni minęło od winobrania, już się zatarły wspomnienia o cholernym upale na początku, o kurzu i słodkim soku, który oblepiał wszystko, o ciężkich skrzynkach i kilkunastu tonach, jakie każdy z nas przerzucał każdego dnia. Zostały miłe wspomnienia ze spokojnego pobytu w Szampanii, zadowolenie z dobrze wykonanej, konkretnej roboty, no i zdecydowanie poprawiona kondycja fizyczna: ustąpiły bóle kręgosłupa, opalenizna trwa, mięśnie rąk jak stal. Problemy z prawym odnóżem kiedyś pójdą w cholerę, będzie dobrze. A, i stan konta zdecydowanie się poprawi, znam już rozliczenie. Oczywiście, to nie temat do publikacji, ale chyba nikt nie będzie zawiedziony, a niektórzy zarobią naprawdę kupę pieniędzy. W każdym razie nikt nie zgłasza, że ma dość i już nie pojedzie :)


wtorek, 7 października 2014

Biegać nie mogę, poczytałem zeitunga

Jeszcze mi dokucza prawa pięta, chyba trochę nadszarpnięta w niedzielę. Wczoraj kulałem, dziś już zdecydowanie mniej, ale wciąż o bieganiu nie ma mowy. Odpuszczę jeszcze i jutro, w zamian może rowerek, może basen? Jakaś alternatywa w każdym razie.

Wyszedł dziś pierwszy zeitung. Obejrzałem ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Trudno mi przyjąć do wiadomości, że ktoś planujący wydanie gazety mógł popełnić tak rażące błędy, wciąż mam wrażenie, że to podpucha. Ale jest faktem, że deklarowana sieć sprzedaży na terenie Goleniowa, składająca się ze sklepu Sano i poczty - to przymało. Jeszcze gorzej jest na terenie Nowogardu, gdzie owo wydawnictwo do nabycia wyłącznie na poczcie. Odsyłają jeszcze do kiosków, może nie wiedzą, że tych w Goleniowie nie ma, z wyjątkiem jednego, przy ul. Puszkina.
Dramatycznie pierwszy numer wygląda od strony reklamowej. Zdaje się, są jedynie dwa niewielkie ogłoszenia Banku Spółdzielczego. To już jest kompletna porażka.

Żadnej podpuchy nie ma natomiast w warstwie tekstowej. Kicha. Na pierwszej stronie hit sprzed dwóch miesięcy, list do burmistrza Nowogardu spisany na kamieniu. Temat dawno opisany i przebrzmiały. Żadnych aktualności, same evergreeny: co z figurką Wojciechowskiego, historia kryminału w Nowogardzie, sonda przeprowadzona wśród pasażerów pociągu Nowogard-Goleniów na temat "jak się państwu jedzie?" i inne takie. No i trochę wezwań do czytelników, żeby podrzucali tematy, bo państwo redaktorzy nie wiedzą, o czym pisać...
Czekam na numer 2, jeszcze spokojniejszy, niż dotąd.

niedziela, 5 października 2014

Nowogard - dycha

10 km

Dyszka w Nowogardzie, ów sławetny półmaraton na 10 km. Bez kłopotu można by się pośmiać, ale śmiechu tym razem nie będzie. Impreza wyszła dość zgrabnie i trzeba docenić,
że organizatorzy paru rad posłuchali i nie pchali na siłę swoich pomysłów. Tak więc biuro zawodów działało sprawnie, pakiety wydawano błyskawicznie i bez ceregieli. W zestawie koszulka (bawełna przyda się na kolejne winobranie...), numer, agrafki, baton, parę ulotek i oczywiście nieśmiertelna smycz. Nie było dystrybutora z ciepłymi napojami, szczęście, że dzień był dość ciepły i kawę można było potraktować jako fanaberię, a nie konieczność. Gorzej, że tylko jeden kibelek był czynny, klucz do drugiego gdzieś "się" zawieruszył. Szczęśliwie, krzaków wokół nie brakowało.
Trasa bardzo sympatyczna. Kręta, pełna podbiegów i stoków, przez to robiąca wrażenie górskiej, a więc i męcząca, za to nie monotonna. Oznakowanie świetne, wszędzie pełno wolontariuszy. Gorzej z kibicami, którzy jeśli już stali, to jak nad grobem. Żywo było za to w okolicy mety, tam lud wiedział, do czego służą ręce. Po biegu medal (kichowaty) i gifty pobiegowe: grochówka, banany, woda. Losowania nagr
Część goleniowskiej ekipy
ód nie było, bali się nalotu z UKS, więc nie było sensu czekać pod sceną i przyglądać się dekoracji. Pojechaliśmy na obiad.
Z Goleniowa było parę osób. Mirek Guzikiewicz zaliczył swój pierwszy start na "dychę", zrobił czas nieco ponad 56 minut - świetnie, jak na niedawnego grubasa, ledwie chodzącego po korytarzach urzędu. Mój wynik 53:02 szaleństwem nie jest, ale po dłuższej przerwie w intensywnym bieganiu to wynik dość przyzwoity, obciachu nie było. Mogę się nawet pochwalić czwartym miejscem w kategorii wiekowej, choć ten wynik nieco blednie po uzupełnieniu, że moich równolatków wystartowało... pięciu :)


piątek, 3 października 2014

Memento

Dzisiejsza dyszka mogła być ostatnia. Na długiej prostej w parku przemysłowym omal mnie nie rozjechał rozpędzony rowerzysta, jadący z pochyloną głową i nie patrzący przed siebie. Uskoczyłem, krzyknąłem, kiedy był parę metrów ode mnie i miałem już pewność, że mnie nie widzi. Przeprosił, pojechał dalej, potem jeszcze raz się mijaliśmy, już na wysokości stacji benzynowej. Chwilę pogadaliśmy, uświadomiłem mu, że przecież i ja się mogłem zagapić, mogłem mieć napchane do uszu tych elektronicznych gówien, mogłem wreszcie - jak to robi wiele osób - biec po niewłaściwej stronie jezdni. Wjechałby we mnie pełną prędkością, już bym był dowieziony gdzie należy albo przez karetkę, albo przez karawan. Chłopak nie dyskutował, przyznał, że zrobił głupotę. Pogadaliśmy chwilę, rozstaliśmy się w zgodzie.
Swoją drogą, tylko czekać, aż podobnego typu zdarzenie zanotujemy na nowej ścieżce rowerowej. To nieuniknione, a zgodnie z teorią prawdopodobieństwa, co może się zdarzyć, to się zdarzy. Oczywiście, to nie powód, by pieszych ze ścieżki zgonić na jezdnię czy na trawę, to przecież niedorzeczne. Ale naprawdę nie wiem, co by można zrobić. 

Jestem w konsternacji. Właśnie dostałem sygnał, by zerknąć na fejsbukowy profil pana redaktora Macieja Pieczyńskiego, którego szczecińska centrala przysłała do Goleniowa, by robił nowy zeitung. Otóż, pan Maciej ma dziwne zainteresowania, nietypowe rzeczy go podniecają. Na swoim FB zamieścił film nakręcony w zoo w Delhi, pokazujący, jak tygrys zagryza człowieka. Pan Maciej podpisał film wedle swego mniemania dowcipnie: "Dzieło sztuki (mięsa)", a w komentarzach dodał "ciekawe, co czuł i myślał" oraz "inspirujące". Szczególnie zainteresowała mnie ta ostatnia uwaga. Jeśli takie rzeczy pana Pieczyńskiego inspirują, to aż strach myśleć, co będzie zamieszczał w swojej gazetce. Mówiąc jasno i bez ogródek, pan Maciej ma chyba jakiś psychiczny problem, publiczne podniecanie się podobnymi treściami nie jest przecież normalne .

czwartek, 2 października 2014

Niedziela - Nowogard

Dziś bieganie sobie odpuściłem, rowerek też. Czekam, co się wylęgnie z czającego się gdzieś głęboko przeziębienia. Na razie nie wychodzi poza drapanie w gardle, leciutko podniesioną temperaturę i suchość w nosie. Ale sytuacja jest rozwojowa.
Jutro się przebiegnę, pojutrze odpust, w niedzielę przejadę się do Nowogardu. Przyjrzę się, jak przebiega tam klonowanie Goleniowskiej Mili Niepodległości, sam przebiegnę się na dychę, może będę pierwszy? Będzie też okazja do przyjrzenia się, jak tego typu impreza jest celebrowana w Nowogardzie. W Goleniowie szczęśliwie minęły czasy facetów w długich płaszczach a la syn pułku, otwierających, zaszczycających i gratulujących, ale w Nowogardzie wciąż króluje lans i kult jednostki, tam wciąż najważniejsi są pan burmistrz wraz z panem przewodniczącym, wraz ze świtą i sforą piesków różnej maści, radośnie machających ogonkami i robiącymi przed nimi słupka. Może być śmiesznie, warto więc być. Jutro zadzwonię, poproszę o odłożenie dla mnie pakietu.

Goleniowska telewizja opublikowała relację z opisywanej dzień czy dwa temu konferencji prasowej. Zero zaskoczenia. Pani redaktor powiedziała, że konferencja była monotematyczna, po czym puściła krótką odpowiedź burmsitrza na pytanie kol. Palicy o TIR-y w centrum miasta. Pytanie, co oczywiste, zostało wycięte, znów więc wyszło na to, że to TVGoleniów wycisnęła z burmistrza odpowiedź na ważkie pytanie. Równie oczywiste, że słowem nie wspomniano, że panowie redaktorzy z TVG i zeitunga nie byli w stanie zadać burmistrzowi żadnego pytania z powodu swojej absolutnej niewiedzy nt. Goleniowa. Następna relacja z konferencji będzie więc jeszcze krótsza, bo tym razem nie będzie już żadnych pytań. :)

Kurka, zapomniałem wczoraj złożyć na biurko burmistrza wniosek o zapłatę 20 tysięcy złotych za dynamiczną promocję Goleniowa we Francji. Należy się, bo wszystkim napotkanym w winnicach mówiłem, że jestem z Goleniowa. Informowani patrzyli na mnie z pewnym zdziwieniem, bo i oni prawie wszyscy byli z Goleniowa, ale to przecież sprawa drugorzędna. Promowałem? Promowałem. Się należy. Trza pisać. 

Zawiedzionych przepraszam, że nie komentuję expose nowej pani premier. Nie słuchałem, nie przeżywam, czytać nie zamierzam. I dobrze się z tym czuję.

środa, 1 października 2014

Bliskie spotkanie z zeitungiem

10 km

Po wczorajszej przejażdżce, tak jak podejrzewałem, lęgnie się przeziębienie. Na razie lekkie drapanie w gardle, ale znam te początki, jak zwykle potrwa to ze 2-3 tygodnie i skończy się charczeniem, katarem-gigantem i ogólnym rozbiciem. Na razie jednak żyję i walczę. Walka nie wygląda najgorzej. Mięśnie, skatowane u okrutnego Oliviera, zaczynają wracać do formy. Dzisiejsza dycha najzupełniej spokojna, w tempie 5.35 na kilometr, upociłem się jak małpa w saunie, bo nie wiedzieć po jaką cholerę wystroiłem się w dres zapięty pod szyję i z długimi rękawami. Ale może to i lepsze, niż czarny strój do jazdy rowerem we mgle :)
Cieszy, że ustępują różnego rodzaju uperdliwości-dolegliwości. Znaczy, że był to wynik solidnego obciążenia w Congy, nie zaś ciąg dalszy zdrowotnego syfu sprzed wyjazdu. Być może w niedzielę wybiorę się do Nowogardu, przebiegnę się w tamtejszym biegu "Ku Czci Burmistrza z SLD". Wprawdzie dziś się wkurzyłem, bo dostałem info z Kuriera, że podobno się wypięli na kurierowy patronat medialny i wybrali romans z Głosem Szczecińskim i nowym zeitungiem pt Nowiny Tego i Owego, ale jak powszechnie wiadomo, mam rzadką cechę przebaczania największym grzesznikom, dlatego sprawę odkładam na bok. Oczywiście, nie za daleko, by w razie potrzeby móc szybko po nią sięgnąć :) W każdym razie moja dobroć posunęła się tak daleko, że mimo wszystko chyba się przebiegnę. 

A propos nowej gazetki, Gollnower Zeitung Zwei: dziś się odbyła konferencja prasowa z burmistrzem i jego zastępcami. Zazwyczaj wygląda ona tak, że my z GG zadajemy pytania, czasem nieco przypiekamy boczków panom z urzędu, zaś lekkopółśmieszny jegomość z TV Goleniów wszystko nagrywa jak leci, po czym wraca do redakcji, wycina wszystko, co mówią dziennikarze GG i puszcza to wszystko jako rzekomo własny dorobek dziennikarski. Dziś miało to wszystko wyglądać, jak wyglądało. Ale zaszła zmiana.
Na sali konferencyjnej byłem pierwszy. Krótko po mnie przyszedł chłopina z TVGoleniów, który najął się do roboty w zeitungu Nowiny ITD, a wraz z nim drugi chłopina, który - zdaje się - dowodzi przedsięwzięciem. Pierwszy chłopina rozstawił kamerę i przygotował się do nagrania. Drugi chłopina rozłożył zeszyty w gotowości do notowania. Przyszli burmistrzowie i moi redakcyjni koledzy. Zasiedli, po czym Robert Krupowicz jak zwykle oznajmił: no to słuchamy pytań.
Padło jedno pytanie. Potem cisza. Cisza trwała długo. W oczach panów burmistrzów pojawiło się lekkie zdziwienie, potem większe. Zerknęli na mnie, nie wytrzymałem, zacząłem się śmiać. Zrozumieli. GG nie miała zamiaru karmić ani TVGoleniów, ani tym bardziej polskojęzycznej prasy niemieckiej. Chłopina z TVG nie umiał zadać żadnego pytania, chłopak z zeitunga zwyczajnie nie wiedział, o co mógłby zapytać. Po 10 minutach konferencja się skończyła, Robert rzekł: u mnie drzwi jak zawsze otwarte. Poszedłem pogadać z burmistrzem, obie chłopiny mocno ogłupiałe zaczęły składać kamery i kajety. 
I tak teraz będą wyglądać konferencje. Przynajmniej, dopóki istnieje zeitung.