10 km
Intryga rozwija się smakowicie. Olusia wycięto, Michała Lewandowskiego nie. Pewnie 'osirowcy' się boją dymu. Słusznie, dym będzie, ale z powodu niekonsekwencji. Niby dlaczego Oluś nie może, a Misiu tak? Bo jeden nazywa się Gapiński (czyli nazywa się źle), a drugi Lewandowski (tak jest dobrze)?
Rozmawiałem z Piotrkiem. Polecił mi lekturę wstępu do kalendarza imprez Polskiego Stowarzyszenia Biegów, w którym, a jakże, figuruje i Mila. PSB zrzesza organizatorów biegów ulicznych i terenowych, stara się wyznaczać pewne standardy. No i czytam, że dla dzieci w wieku 13-16 lat maksymalny zalecany dystans to 10 km. Szesnastolatkowie spokojnie mogą hulać na dystansach do 20 km, a pełnoletni - naprzód, do maratonu!
Piotrek mówi, że dymu będzie więcej, bo 11 listopada przyjadą ekipy, które tego dnia zechcą się zapisać do Mili, a będą tam młodzi ludzie poniżej 18 lat. Będą, bo komu przyjdzie do głowy, że w Goleniowie wymyślono durny regulamin zabraniający biegania? Ciekawe, co zrobią człowieki z OSiR-u. Postawią Panjanka z kijem do bejsbola, żeby odganiał pchającą się do "dychy" gówniarzerię?
Piotrek uważa, że nikogo nie pogonią, bo będą się bali. W tej sytuacji jedyną ofiarą głupkowatego regulaminu zostanie Oluś Gapiński, któremu pani z OSiR-u kazała biegać z dziećmi. Jeśli jednak goleniowscy mędrcy od sportu sądzą, że na tym się skończy, to się mylą. Dopiero wtedy zacznie się jazda w gazecie!
Cała sytuacja jest beznadziejnie głupia, ale nie zabawna. Jedyne zabawne w niej jest to, że za cholerę nie wiadomo, dlaczego panowie z OSiR uparli się popełnić publiczne harakiri z okazji 11 listopada. Po jaką cholerę ruszali regulamin, który lepiej czy gorzej, ale funkcjonował przez 23 lata - nikt nie wie. Najmniej oni sami. To klasyczne zaplątanie się we własne nogi.
A moje nogi doszły do formy. Po kontuzji zostało tylko wspomnienie, staw jest już sprawny, a kondycja niezła. Parę dni luzu dobrze mi zrobiło. Dziś dycha poszła wzorowo: jednym, równym tempem, ostatnie dziesięć okrążeń stopniowo coraz szybciej, choć wciąż bez maksymalnego obciążania aparatu ruchu. Mijają dwie godziny od treningu, wszystko jest w porządku, nie czuję żadnych niemiłych skutków biegania. Uff!
Uzupełnienie: Jak zgłasza Mirek, OSiR właśnie odstrzelił Michała. Kompletna szajba. Chłopak biegał 'dychę' w roku 2010 i było OK. Biegał przed rokiem, wszyscy byli szczęśliwi. W tym roku nie pobiegnie, bo ma 17 lat i 'dycha' źle służy jego zdrowiu, być może życiu. Za rok zagrożenia już nie będzie, Michał będzie mógł biec. Kto mi objaśni o co tu chodzi, ma u mnie dropsa.
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
środa, 31 października 2012
wtorek, 30 października 2012
Olusiowi nie wolno
10 km, tym razem biegu
Czego nie wolno Olusiowi? Nie wolno mu pobiec w Goleniowskiej Mili Niepodległości, która to impreza rzekomo ma zachęcać do aktywności ruchowej, a biegania w szczególności. Oluś jest za młody. Zakazano mu biegu, co oczywiste, dla jego dobra.
Oluś się nazywa Gapiński. Ma 16 lat i ze sportem ma dużo więcej wspólnego, niż wielu działaczy goleniowskiego OSiR. Oluś w zasadzie zajmuje się koszykówką, ale i inne sporty mu nieobce. W czerwcu br. grał w kosza w Stargardzie, a że tego dnia odbywał się tam bieg na 10 km, to się zapisał i przy okazji pobiegł. 43:06 to wynik jak najbardziej do pozazdroszczenia, zwłaszcza, że Oluś się specjalnie nie zmęczył i nie spocił. Ot, se pobiegł. Wiem co piszę, bo też biegłem (za Olusiem).
To, że Oluś dychę biega od niechcenia nie znaczy, że ma ją prawo pobiec w Goleniowie. Olusia na Milę zapisał tata Dariusz, a nawet przy okazji przełamał niechęć do goleniowskiej imprezy, zapisał i siebie. Miało być fajnie, ale fajnie przestało być jeszcze tego samego dnia, kiedy Olusia pani z OSiR poinformowała mailem, że nie ma prawa pobiec na dychę, bo nie ma 18 lat. W mailu napisano, że jeśli Oluś chce, to se może pobiec z dziećmi, w biegu na 1,6 km. Oluś jednak nie chciał. Tata Darek w słusznym geście solidarności napisał do OSiR-u, żeby i jego skreślono z listy. Skreślono ochoczo, biegu z dziećmi Dariuszowi nie zaproponowano.
Tata Olusia wkurzył się mocno. Przypomniał sobie, że rok temu nie było żadnych ograniczeń wiekowych, nie zdarzyło się też nic, co by wprowadzenie takowych uzasadniało. Przetrzepał przy okazji regulamin Mili i wyczytał na przykład, że biuro zawodów zostanie zamknięte na 2,5 godziny przed biegiem na dychę. Przypomnijmy może, że chodzi o bieg listopadowy, kiedy rzadko świeci słońce, tudzież rzadko bywa 20 stopni, nawet na słońcu. Niezła szkoła przetrwania dla tych, co 11 listopada przyjadą do Goleniowa zażyć ruchu. Przed biegiem przejdą pewnie zabieg rozmrażania.
Inną zmianą jest też rezygnacja z obowiązku posiadania przez biegaczy (wszystkich, łącznie z dzieciątkami) aktualnych badań lekarskich. Ten obowiązek zawsze był fikcją, nikogo o badania nie pytano. Ale do biegu dopuszczano.
Jacek K. z OSiR musiał odpowiedzieć na pytanie, czemuż to OSiR Olusia nie chce na Mili. Powiedział, że to dla dobra młodych biegaczy, którym podobno szkodzi bieganie na 10 km, jeśli nie mają 18 lat. Podparł się autorytetem speca z PZLA (nazwisko podał, ale zapomniałem), który taki pogląd wyznaje. Przyznał też, że na "dychę" często nie ma limitu wieku, a jeśli jest, to przeważnie niższy - 16 lat. W sumie nie dowiedziałem się, dlaczego tak nagle OSiR zatroszczył się o to, by Oluś bieganiem krzywdy sobie nie zrobił.
A już się miałem zapisać na Milę. Chrzanić!
Tata Olusia jedno jeszcze zauważył: młody Lewando (na zdjęciu po prawej, czerwona koszulka) też nie musi się martwić o pogodę na Mili. Nie pobiegnie, ma 17 lat. Co ciekawe, rok temu jak najbardziej się kwalifikował do biegu na "dychę", sprawdzę, czy przypadkiem nie pobiegł. Nic, tylko go poprosić o komentarz do "Goleniowskiej".
Świnia jestem. Na stadionie spotkałem Mirka L., opowiedziałem mu całą hecę. Spytałem, czy jego młody startuje w tym roku w Mili i czy startował rok temu. Mirek powiedział, że nie biegnie, bo jedzie do Warszawy. Ale rok temu biegł. "-No to go zapisz, zobaczymy, co się będzie działo" - powiedziałem. Będzie cyrk, bo młodego Lewando skreślą z listy startowej. A wtedy trzeba będzie zapytać, jak to jest: rok temu się nadawał do startu, a teraz, kiedy jest rok starszy - nie nadaje się? Co na to mądry człowiek z PZLA i mądre, troskliwe człowieki z OSiR-u?
Pierwszy po przerwie dzień z biegiem. Zrazu ostrożnie, sprawdzając możliwości. Potem, kiedy się okazało, że jest OK, nieco szybciej, choć do końca była to "wersja oszczędnościowa". Przyjemnie było jednak się nieco zmęczyć, nieco spocić, a przede wszystkim nie zerkać z zazdrością zza płotu na kręcących się po żużlu. Rano zobaczymy, czy naprawdę wszystko wróciło już do względnej normy.
Czego nie wolno Olusiowi? Nie wolno mu pobiec w Goleniowskiej Mili Niepodległości, która to impreza rzekomo ma zachęcać do aktywności ruchowej, a biegania w szczególności. Oluś jest za młody. Zakazano mu biegu, co oczywiste, dla jego dobra.
| Pomarańczowy Oluś przebiegł dychę i żyje |
Oluś się nazywa Gapiński. Ma 16 lat i ze sportem ma dużo więcej wspólnego, niż wielu działaczy goleniowskiego OSiR. Oluś w zasadzie zajmuje się koszykówką, ale i inne sporty mu nieobce. W czerwcu br. grał w kosza w Stargardzie, a że tego dnia odbywał się tam bieg na 10 km, to się zapisał i przy okazji pobiegł. 43:06 to wynik jak najbardziej do pozazdroszczenia, zwłaszcza, że Oluś się specjalnie nie zmęczył i nie spocił. Ot, se pobiegł. Wiem co piszę, bo też biegłem (za Olusiem).
To, że Oluś dychę biega od niechcenia nie znaczy, że ma ją prawo pobiec w Goleniowie. Olusia na Milę zapisał tata Dariusz, a nawet przy okazji przełamał niechęć do goleniowskiej imprezy, zapisał i siebie. Miało być fajnie, ale fajnie przestało być jeszcze tego samego dnia, kiedy Olusia pani z OSiR poinformowała mailem, że nie ma prawa pobiec na dychę, bo nie ma 18 lat. W mailu napisano, że jeśli Oluś chce, to se może pobiec z dziećmi, w biegu na 1,6 km. Oluś jednak nie chciał. Tata Darek w słusznym geście solidarności napisał do OSiR-u, żeby i jego skreślono z listy. Skreślono ochoczo, biegu z dziećmi Dariuszowi nie zaproponowano.
Tata Olusia wkurzył się mocno. Przypomniał sobie, że rok temu nie było żadnych ograniczeń wiekowych, nie zdarzyło się też nic, co by wprowadzenie takowych uzasadniało. Przetrzepał przy okazji regulamin Mili i wyczytał na przykład, że biuro zawodów zostanie zamknięte na 2,5 godziny przed biegiem na dychę. Przypomnijmy może, że chodzi o bieg listopadowy, kiedy rzadko świeci słońce, tudzież rzadko bywa 20 stopni, nawet na słońcu. Niezła szkoła przetrwania dla tych, co 11 listopada przyjadą do Goleniowa zażyć ruchu. Przed biegiem przejdą pewnie zabieg rozmrażania.
Inną zmianą jest też rezygnacja z obowiązku posiadania przez biegaczy (wszystkich, łącznie z dzieciątkami) aktualnych badań lekarskich. Ten obowiązek zawsze był fikcją, nikogo o badania nie pytano. Ale do biegu dopuszczano.
Jacek K. z OSiR musiał odpowiedzieć na pytanie, czemuż to OSiR Olusia nie chce na Mili. Powiedział, że to dla dobra młodych biegaczy, którym podobno szkodzi bieganie na 10 km, jeśli nie mają 18 lat. Podparł się autorytetem speca z PZLA (nazwisko podał, ale zapomniałem), który taki pogląd wyznaje. Przyznał też, że na "dychę" często nie ma limitu wieku, a jeśli jest, to przeważnie niższy - 16 lat. W sumie nie dowiedziałem się, dlaczego tak nagle OSiR zatroszczył się o to, by Oluś bieganiem krzywdy sobie nie zrobił.
A już się miałem zapisać na Milę. Chrzanić!
Tata Olusia jedno jeszcze zauważył: młody Lewando (na zdjęciu po prawej, czerwona koszulka) też nie musi się martwić o pogodę na Mili. Nie pobiegnie, ma 17 lat. Co ciekawe, rok temu jak najbardziej się kwalifikował do biegu na "dychę", sprawdzę, czy przypadkiem nie pobiegł. Nic, tylko go poprosić o komentarz do "Goleniowskiej".
Świnia jestem. Na stadionie spotkałem Mirka L., opowiedziałem mu całą hecę. Spytałem, czy jego młody startuje w tym roku w Mili i czy startował rok temu. Mirek powiedział, że nie biegnie, bo jedzie do Warszawy. Ale rok temu biegł. "-No to go zapisz, zobaczymy, co się będzie działo" - powiedziałem. Będzie cyrk, bo młodego Lewando skreślą z listy startowej. A wtedy trzeba będzie zapytać, jak to jest: rok temu się nadawał do startu, a teraz, kiedy jest rok starszy - nie nadaje się? Co na to mądry człowiek z PZLA i mądre, troskliwe człowieki z OSiR-u?
Pierwszy po przerwie dzień z biegiem. Zrazu ostrożnie, sprawdzając możliwości. Potem, kiedy się okazało, że jest OK, nieco szybciej, choć do końca była to "wersja oszczędnościowa". Przyjemnie było jednak się nieco zmęczyć, nieco spocić, a przede wszystkim nie zerkać z zazdrością zza płotu na kręcących się po żużlu. Rano zobaczymy, czy naprawdę wszystko wróciło już do względnej normy.
poniedziałek, 29 października 2012
Marsz cd.
10 km
Znów dzień z marszem zamiast biegu. Nie odważyłem się jeszcze pobiec, ból wprawdzie się znacznie zmniejszył, ale jeszcze nie ustąpił. Krążyłem po asfalcie wokół bieżni, z zazdrością zerkając na tych, którzy biegiem krążyli po żużlu.
Starałem się trzymać maksymalne tempo przez całe półtorej godziny. Ostatnie parę kółek przeszedłem wyraźnie podmęczony, choć nie usapany i nie spocony. Powiem tak: zdecydowanie łatwiej jest przebiec dychę w tempie relaksowym, niż ten sam dystans intensywnie iść. Kto nie wierzy, niech spróbuje maszerować półtorej godziny na najwyższych obrotach.
Znów dzień z marszem zamiast biegu. Nie odważyłem się jeszcze pobiec, ból wprawdzie się znacznie zmniejszył, ale jeszcze nie ustąpił. Krążyłem po asfalcie wokół bieżni, z zazdrością zerkając na tych, którzy biegiem krążyli po żużlu.
Starałem się trzymać maksymalne tempo przez całe półtorej godziny. Ostatnie parę kółek przeszedłem wyraźnie podmęczony, choć nie usapany i nie spocony. Powiem tak: zdecydowanie łatwiej jest przebiec dychę w tempie relaksowym, niż ten sam dystans intensywnie iść. Kto nie wierzy, niech spróbuje maszerować półtorej godziny na najwyższych obrotach.
niedziela, 28 października 2012
Naprzód marsz!
10 km
Niestety, nie biegu. Ale intensywny marsz też jest solidną porcją wysiłku. Poszedłem na stadion w nadziei, że będę w stanie potruchtać, ale po paru pierwszych krokach wiedziałem, że nic z tego, ból w stawie i podbiciu stopy był zbyt duży. Stwierdziłem jednak, że chodzić mogę bez kłopotu i bez najmniejszego bólu. Zdecydowałem więc, że pochodzę. Chodziłem półtorej godziny, nieźle się podmęczyłem, choć - i to pozytywna strona sytuacji - ani trochę się nie spociłem. To w części też rezultat pogody: suche, mroźne powietrze doskonale zapobiega poceniu się.
Nastawiam się na parę dni przerwy w bieganiu, kontuzję trzeba przeczekać. W zamian sporo marszu maksymalnym tempem i trochę ćwiczeń gimnastycznych. Lepsze to niż siedzenie przed telewizorem.
Niestety, nie biegu. Ale intensywny marsz też jest solidną porcją wysiłku. Poszedłem na stadion w nadziei, że będę w stanie potruchtać, ale po paru pierwszych krokach wiedziałem, że nic z tego, ból w stawie i podbiciu stopy był zbyt duży. Stwierdziłem jednak, że chodzić mogę bez kłopotu i bez najmniejszego bólu. Zdecydowałem więc, że pochodzę. Chodziłem półtorej godziny, nieźle się podmęczyłem, choć - i to pozytywna strona sytuacji - ani trochę się nie spociłem. To w części też rezultat pogody: suche, mroźne powietrze doskonale zapobiega poceniu się.
Nastawiam się na parę dni przerwy w bieganiu, kontuzję trzeba przeczekać. W zamian sporo marszu maksymalnym tempem i trochę ćwiczeń gimnastycznych. Lepsze to niż siedzenie przed telewizorem.
Postój
0 km
Jasna d... Wczoraj ledwie się poruszałem, chodzeniem nazywać tego nie należy. Dziś już lepiej, choć nadal jeszcze czuję naruszony staw. Zapewne naciągnięte wiązadło. Parę lat temu, kiedy biegłem szosą lubczyńską, na krawędzi asfaltu omsknęła mi się stopa, dobre parę dni nie mogłem chodzić. Jasne, że to mogło powrócić. Powróciło.
Chyba dam sobie spokój i dzisiaj. Niech wszystko wróci do normy.
Jasna d... Wczoraj ledwie się poruszałem, chodzeniem nazywać tego nie należy. Dziś już lepiej, choć nadal jeszcze czuję naruszony staw. Zapewne naciągnięte wiązadło. Parę lat temu, kiedy biegłem szosą lubczyńską, na krawędzi asfaltu omsknęła mi się stopa, dobre parę dni nie mogłem chodzić. Jasne, że to mogło powrócić. Powróciło.
Chyba dam sobie spokój i dzisiaj. Niech wszystko wróci do normy.
sobota, 27 października 2012
Skutki biegania w ciemnościach
8 km
Niestety, to nie było tylko wrażenie. W czasie wczorajszego biegu nadepnąłem na kawałek drewna leżący na asfalcie. Coś tam zgrzytnęło w lewym stawie skokowym, ale wydawało się - bez negatywnych następstw. Biegało mi się jednak nieco dziwnie, staw nad lewą stopą taki jakiś luźny był... Dziś się okazało, że staw boli. Nie opuchł, nie widać wylewów, ale pobolewa. Mimo to wybrałem się na bieżnię, zrobiłem 20 kółek. Pierwsze trzy z dużym trudem, potem się rozbiegałem. Nie ma jednak złudzeń, zapłacę za to. Ból się nasilił, jutro trzeba będzie odpuścić i dać odpocząć nadwerężonemu stawowi.
Przeczytałem dokładnie uchwałę rady miejskiej sprzed roku o podziale środków z budżetu gminy na sport i rekreację. Bardzo ładnie tam napisano, że z tej puli można finansować działania w kierunku "poprawy kondycji fizycznej i zdrowia psychicznego mieszkańców poprzez uczestnictwo w aktywnym stylu życia, umożliwienia dostępu do różnorodnych form aktywności sportowej jak największej liczbie mieszkańców Gminy". Jeden warunek: podmiot, który się stara o pieniądze na tak szczytny cel musi mieć aktualną licencję właściwego związku sportowego (chodzi o dokument uprawniający klub do wystawiania reprezentacji do różnego typu mistrzostw). I kropka. Wszelkiej maści stowarzyszenia biegaczy-amatorów mogą się cmoknąć w tył. Kasa zarezerwowana wyłącznie dla paru klubów sportowych. I nic w tym dziwnego, skoro uchwałę przygotowywali tzw. działacze sportowi.
Niestety, to nie było tylko wrażenie. W czasie wczorajszego biegu nadepnąłem na kawałek drewna leżący na asfalcie. Coś tam zgrzytnęło w lewym stawie skokowym, ale wydawało się - bez negatywnych następstw. Biegało mi się jednak nieco dziwnie, staw nad lewą stopą taki jakiś luźny był... Dziś się okazało, że staw boli. Nie opuchł, nie widać wylewów, ale pobolewa. Mimo to wybrałem się na bieżnię, zrobiłem 20 kółek. Pierwsze trzy z dużym trudem, potem się rozbiegałem. Nie ma jednak złudzeń, zapłacę za to. Ból się nasilił, jutro trzeba będzie odpuścić i dać odpocząć nadwerężonemu stawowi.
Przeczytałem dokładnie uchwałę rady miejskiej sprzed roku o podziale środków z budżetu gminy na sport i rekreację. Bardzo ładnie tam napisano, że z tej puli można finansować działania w kierunku "poprawy kondycji fizycznej i zdrowia psychicznego mieszkańców poprzez uczestnictwo w aktywnym stylu życia, umożliwienia dostępu do różnorodnych form aktywności sportowej jak największej liczbie mieszkańców Gminy". Jeden warunek: podmiot, który się stara o pieniądze na tak szczytny cel musi mieć aktualną licencję właściwego związku sportowego (chodzi o dokument uprawniający klub do wystawiania reprezentacji do różnego typu mistrzostw). I kropka. Wszelkiej maści stowarzyszenia biegaczy-amatorów mogą się cmoknąć w tył. Kasa zarezerwowana wyłącznie dla paru klubów sportowych. I nic w tym dziwnego, skoro uchwałę przygotowywali tzw. działacze sportowi.
czwartek, 25 października 2012
Koszulka i medal
8 km

Poznałem dziś Wielką Tajemnicę Mili. Pokazano mi medal i koszulkę. Na zdjęciach oba do wglądu. Medal nie jest może szczytem artyzmu, w dodatku nieco chropowaty. Ale w końcu odlew, a nie aluminiowa blaszka. Szału nie będzie, ale obciachu też nie. Punkcik dla panów z OSiR-u.
Koszulka będzie, jak widać, czerwona, z nienajpiękniejszym napisem w formie pasa po prawej. Bawełniana, ale dobrej jakości. O niebo lepsze to od dotychczas rozdawanego badziewia, które po jednym nałożeniu nadawało się wyłącznie do roli ściery. Drugi punkcik dla OSiR-owców.
Ojciec Dyrektor poprosił (!) mnie, żebym nie zamieszczał jeszcze informacji o medalach i koszulkach, bo on chce się tym pierwszy pochwalić na swojej stronie internetowej. Nie odebrałem Ojcu przyjemności. Właśnie sprawdziłem, OD nie pochwalił się. Trudno, nie będzie pierwszy :).

Pod wieczór poszedłem na bieżnię, chciałem pobiegać nieco szybciej. Diabli nadali, kiedy wszedłem, zaczęło padać. Już po trzecim okrążeniu bieżnia była zalana wodą, z szybkościówek nici. Resztę biegu zrobiłem po asfalcie, z duszą na ramieniu, bo spod liści nie było widać dziur w asfalcie. Prysnęła moja poranna sympatia dla OSiR-u i naszego Ojca...
Poznałem dziś Wielką Tajemnicę Mili. Pokazano mi medal i koszulkę. Na zdjęciach oba do wglądu. Medal nie jest może szczytem artyzmu, w dodatku nieco chropowaty. Ale w końcu odlew, a nie aluminiowa blaszka. Szału nie będzie, ale obciachu też nie. Punkcik dla panów z OSiR-u.
Koszulka będzie, jak widać, czerwona, z nienajpiękniejszym napisem w formie pasa po prawej. Bawełniana, ale dobrej jakości. O niebo lepsze to od dotychczas rozdawanego badziewia, które po jednym nałożeniu nadawało się wyłącznie do roli ściery. Drugi punkcik dla OSiR-owców.
Ojciec Dyrektor poprosił (!) mnie, żebym nie zamieszczał jeszcze informacji o medalach i koszulkach, bo on chce się tym pierwszy pochwalić na swojej stronie internetowej. Nie odebrałem Ojcu przyjemności. Właśnie sprawdziłem, OD nie pochwalił się. Trudno, nie będzie pierwszy :).
Pod wieczór poszedłem na bieżnię, chciałem pobiegać nieco szybciej. Diabli nadali, kiedy wszedłem, zaczęło padać. Już po trzecim okrążeniu bieżnia była zalana wodą, z szybkościówek nici. Resztę biegu zrobiłem po asfalcie, z duszą na ramieniu, bo spod liści nie było widać dziur w asfalcie. Prysnęła moja poranna sympatia dla OSiR-u i naszego Ojca...
środa, 24 października 2012
Się skończyło...
10 km
Nie chciało się wracać. Po pięknej pogodzie w Zakopanem zostały tylko wspomnienia, prysnął gdzieś urok późnej górskiej jesieni, ale zawsze to Zakopane. Goleniów przywitał standardowo: syf na ulicach, pod sklepem z bełtami grupka zalanych żuli. Pogoda też nienadzwyczajna. Zaraz po przyjeździe wskoczyłem więc w ciuchy i poszedłem na stadion, 25 kółek znieczula na "uroki" Goleniowa. Za dzień czy dwa przywyknę.
Po czterech dniach górskich wycieczek i dwóch wizytach w spa samopoczucie doskonałe. Świetna kondycja fizyczna, wypocząłem też psychicznie, na parę dni odcinając się od problemów dnia zwykłego.
OK. Koniec urlopu. Pora siadać do pisania, jutro trzeba zmontować gazetę.
Nie chciało się wracać. Po pięknej pogodzie w Zakopanem zostały tylko wspomnienia, prysnął gdzieś urok późnej górskiej jesieni, ale zawsze to Zakopane. Goleniów przywitał standardowo: syf na ulicach, pod sklepem z bełtami grupka zalanych żuli. Pogoda też nienadzwyczajna. Zaraz po przyjeździe wskoczyłem więc w ciuchy i poszedłem na stadion, 25 kółek znieczula na "uroki" Goleniowa. Za dzień czy dwa przywyknę.
Po czterech dniach górskich wycieczek i dwóch wizytach w spa samopoczucie doskonałe. Świetna kondycja fizyczna, wypocząłem też psychicznie, na parę dni odcinając się od problemów dnia zwykłego.
OK. Koniec urlopu. Pora siadać do pisania, jutro trzeba zmontować gazetę.
wtorek, 23 października 2012
To działa
6 km
Rano przepiękna pogoda, niebo bezchmurne, choć chłodnawo. W Kuźnicach jednak zmiana planów: zamiast przejścia przez Giewont - "droga nad reglami" od Kalatówek do Doliny Strążyskiej. Jak widać na zdjęciach, warto było, choć szlak mało wymagający, raczej relaksowy. Nie zostajemy przy bacówce, bo ławy mokre, Giewont zamglony, a słońce świeci tuż nad nim, nic nie widać. Kiedy dochodzimy do wylotu doliny - gwałtowna zmiana pogody. Ochłodzenie, mgła, wiatr. Z późnego lata nagle zrobiła się głęboka jesień, pogoda iście listopadowa. Za radą pani handlującej pamiątkami zachodzimy do karczmy "Żabi dwór" przy ul. Strążyskiej, jakieś pół kilometra od bramy do parku. Kufel grzanego piwa dobrze rozgrzewa, pozwala dotrwać do posiłku. Kiedy kelnerka przyniosła Oli zamówioną kwaśnicę - oniemiałem. Ogromna miska zupy, w niej pływa kawał żeberek, a na wierzchu góra kapusty. Porcja, lekko licząc, na dwie osoby. Ja zamawiam klasyczny 'zestaw głodomora': żurek i schabowy z kapustą. Pyszne, apetyczne, ale z ilością ledwie daję sobie radę. Ola z kwaśnicą też sobie poradziła. Za wszystko (jedzenie i piwo) płacimy... 41 zł. Nie ma wątpliwości, "Żabi dwór" też należy wpisać na listę zakopiańskich knajp godnych polecenia.
Po południu kolejny seans w salonie piękności. Masaż gorącymi kamieniami, potem godzinny zabieg u kosmetyczki - twarz i szyja. Wychodzę odprężony, zrelaksowany, wypoczęty. W lustrze nie poznaję swojej twarzy. Minus 10 lat, skóra gładka, żadnych worków i kurzych łapek. Specjalnie zaskoczony nie jestem, bo parę lat temu wybrałem się na podobny seans do kosmetyczki w Goleniowie, też się nie poznałem po wyjściu. Można się śmiać, ale to naprawdę działa. Panowie, zapisywać się, nie pożałujecie! :))))
Po seansie masażowo-kosmetycznym 6 km wczorajszą trasą. Angielska mgła, widoczność około sto metrów. Spotykam parę osób, których te warunki nie zniechęciły do przebieżki. Są nawet tacy, co to dwie godziny po zapadnięciu ciemności dopiero wracają z gór. Jakoś im nie zazdroszczę, dziś nie było po co snuć się we mgle po górach. Nie żal mi odpuszczonego Giewontu.
| Giewont rankiem |
| Jeden z wielu mostków na szlaku |
| Jesienna Strążyska |
Rano przepiękna pogoda, niebo bezchmurne, choć chłodnawo. W Kuźnicach jednak zmiana planów: zamiast przejścia przez Giewont - "droga nad reglami" od Kalatówek do Doliny Strążyskiej. Jak widać na zdjęciach, warto było, choć szlak mało wymagający, raczej relaksowy. Nie zostajemy przy bacówce, bo ławy mokre, Giewont zamglony, a słońce świeci tuż nad nim, nic nie widać. Kiedy dochodzimy do wylotu doliny - gwałtowna zmiana pogody. Ochłodzenie, mgła, wiatr. Z późnego lata nagle zrobiła się głęboka jesień, pogoda iście listopadowa. Za radą pani handlującej pamiątkami zachodzimy do karczmy "Żabi dwór" przy ul. Strążyskiej, jakieś pół kilometra od bramy do parku. Kufel grzanego piwa dobrze rozgrzewa, pozwala dotrwać do posiłku. Kiedy kelnerka przyniosła Oli zamówioną kwaśnicę - oniemiałem. Ogromna miska zupy, w niej pływa kawał żeberek, a na wierzchu góra kapusty. Porcja, lekko licząc, na dwie osoby. Ja zamawiam klasyczny 'zestaw głodomora': żurek i schabowy z kapustą. Pyszne, apetyczne, ale z ilością ledwie daję sobie radę. Ola z kwaśnicą też sobie poradziła. Za wszystko (jedzenie i piwo) płacimy... 41 zł. Nie ma wątpliwości, "Żabi dwór" też należy wpisać na listę zakopiańskich knajp godnych polecenia.
| Ostatni rzut oka na Giewont |
Po południu kolejny seans w salonie piękności. Masaż gorącymi kamieniami, potem godzinny zabieg u kosmetyczki - twarz i szyja. Wychodzę odprężony, zrelaksowany, wypoczęty. W lustrze nie poznaję swojej twarzy. Minus 10 lat, skóra gładka, żadnych worków i kurzych łapek. Specjalnie zaskoczony nie jestem, bo parę lat temu wybrałem się na podobny seans do kosmetyczki w Goleniowie, też się nie poznałem po wyjściu. Można się śmiać, ale to naprawdę działa. Panowie, zapisywać się, nie pożałujecie! :))))
| A to panorama Giewontu z Krupówek |
| Kwaśnica-gigant |
Po seansie masażowo-kosmetycznym 6 km wczorajszą trasą. Angielska mgła, widoczność około sto metrów. Spotykam parę osób, których te warunki nie zniechęciły do przebieżki. Są nawet tacy, co to dwie godziny po zapadnięciu ciemności dopiero wracają z gór. Jakoś im nie zazdroszczę, dziś nie było po co snuć się we mgle po górach. Nie żal mi odpuszczonego Giewontu.
poniedziałek, 22 października 2012
Leniwe Zakopane
6 km
Dzień spędzony na leniwym snuciu się po Zakopanem. Najpierw do "Willi pod Jedlami", potem na Bulwary Słowackiego, by zerknąć na dom śp. pani Gąsiorowskiej, do której niegdyś jeździliśmy na wypoczynek. A potem w dół Krupówkami, na stary cmentarz przy Kościeliskiej. Tam miłe zaskoczenie: wiele starych nagrobków, w tym drewnianych, starannie odrestaurowano. Cmentarz o tej porze roku prezentuje się pięknie; tonie w złotych liściach, do tego piękne jesienne słońce...
W drodze powrotnej zachodzimy na kawę i ciacho do cukierni Władysława Dańca, istniejącej w tym samym miejscu od 112 lat. Pyszne, wielkie ciastka po 3 zł, kawa 5 zł, latte - 7 zł. Jak na Zakopane - śmieszne ceny. Polecam, cukiernia mieści się na Kościeliskiej, naprzeciw starego kościoła.
Godzinę później idziemy na obiad. Zachodzimy do znanego nam miejsca, gdzie kiedyś działał "Poraj". Dziś zamiast niego - "Dobra Kasza Nasza". Reklama zachęca, by zamówić porcję kaszy z dodatkami, do tego duże Tyskie za 2,50 zł. Przekonała nas. Wchodzimy, zamawiamy, po paru minutach na stół wjeżdża zamówiona przeze mnie kasza gryczana zapiekana z marchewką i imbirem, Ola bierze kaszę z 'kruszką wieprzową', czyli wieprzowiną z cebulką. Do tego zimne sosy i duża porcja surówki. Zdecydowanie dobre, zdecydowanie sycące. Razem z dwoma dużymi piwami - 38 zł za dwie osoby. Polecam równie gorąco, jak cukiernię Dańca. "Dobra Kasza" jest na Krupówkach, naprzeciw banku Pekao BP. Tamże stała promocja na piwo: po godzinie 18 jedynie 4 zł za duży kufel.
Pod wieczór udajemy się do salonu piękności. Godzinny masaż dobrze mi robi na mięśnie, które jeszcze przypominają wczorajszą wyprawę. Ola znika na trzy godziny, zalicza jakieś sauny, masaże, pilingi i inne tajemnicze procedury... Ja w tym czasie wskakuję w stosowny strój, zbiegam do Krupówek, po czym ruszam trzy kilometry w górę, do Kuźnic. Tam czytam cennik kolejki na Kasprowy (kogoś pogięło: 40 zł!) i wracam biegiem do hotelu. 6 km, 250 m przewyższenia. Nie czuję ani zmęczenia, ani żadnych dolegliwości, które jeszcze dwa-trzy dni temu zatruwały życie.
Jutro ostatni dzień pobytu, mam zapisane dwie godziny salonu :). Ale wcześniej skorzystamy z ładnej pogody, jaka jest zapowiadana. Od rana w góry, prawdopodobnie Giewont.
A, zapomniałbym o dwóch nowinkach z Goleniowa... Pierwsza, to wreszcie ładne medale dla uczestników Mili. Oczywiście, dla wszystkich takie same, i dla tych, co dychę przebiegną, i dla przedszkolaków. Ja nie widziałem, panowie z OSiR nie dali medalu Piotrkowi, żeby mi nie przyniósł. Ale Ola widziała i twierdzi, że ładny.
Druga nowinka to linia wokół bieżni, która ma oddzielać biegających szybciej od tych, co to tylko się przemieszczają. No proszę, ledwie rok minął, a pomysł zrealizowany!
Dzień spędzony na leniwym snuciu się po Zakopanem. Najpierw do "Willi pod Jedlami", potem na Bulwary Słowackiego, by zerknąć na dom śp. pani Gąsiorowskiej, do której niegdyś jeździliśmy na wypoczynek. A potem w dół Krupówkami, na stary cmentarz przy Kościeliskiej. Tam miłe zaskoczenie: wiele starych nagrobków, w tym drewnianych, starannie odrestaurowano. Cmentarz o tej porze roku prezentuje się pięknie; tonie w złotych liściach, do tego piękne jesienne słońce...
W drodze powrotnej zachodzimy na kawę i ciacho do cukierni Władysława Dańca, istniejącej w tym samym miejscu od 112 lat. Pyszne, wielkie ciastka po 3 zł, kawa 5 zł, latte - 7 zł. Jak na Zakopane - śmieszne ceny. Polecam, cukiernia mieści się na Kościeliskiej, naprzeciw starego kościoła.
Godzinę później idziemy na obiad. Zachodzimy do znanego nam miejsca, gdzie kiedyś działał "Poraj". Dziś zamiast niego - "Dobra Kasza Nasza". Reklama zachęca, by zamówić porcję kaszy z dodatkami, do tego duże Tyskie za 2,50 zł. Przekonała nas. Wchodzimy, zamawiamy, po paru minutach na stół wjeżdża zamówiona przeze mnie kasza gryczana zapiekana z marchewką i imbirem, Ola bierze kaszę z 'kruszką wieprzową', czyli wieprzowiną z cebulką. Do tego zimne sosy i duża porcja surówki. Zdecydowanie dobre, zdecydowanie sycące. Razem z dwoma dużymi piwami - 38 zł za dwie osoby. Polecam równie gorąco, jak cukiernię Dańca. "Dobra Kasza" jest na Krupówkach, naprzeciw banku Pekao BP. Tamże stała promocja na piwo: po godzinie 18 jedynie 4 zł za duży kufel.
Pod wieczór udajemy się do salonu piękności. Godzinny masaż dobrze mi robi na mięśnie, które jeszcze przypominają wczorajszą wyprawę. Ola znika na trzy godziny, zalicza jakieś sauny, masaże, pilingi i inne tajemnicze procedury... Ja w tym czasie wskakuję w stosowny strój, zbiegam do Krupówek, po czym ruszam trzy kilometry w górę, do Kuźnic. Tam czytam cennik kolejki na Kasprowy (kogoś pogięło: 40 zł!) i wracam biegiem do hotelu. 6 km, 250 m przewyższenia. Nie czuję ani zmęczenia, ani żadnych dolegliwości, które jeszcze dwa-trzy dni temu zatruwały życie.
Jutro ostatni dzień pobytu, mam zapisane dwie godziny salonu :). Ale wcześniej skorzystamy z ładnej pogody, jaka jest zapowiadana. Od rana w góry, prawdopodobnie Giewont.
A, zapomniałbym o dwóch nowinkach z Goleniowa... Pierwsza, to wreszcie ładne medale dla uczestników Mili. Oczywiście, dla wszystkich takie same, i dla tych, co dychę przebiegną, i dla przedszkolaków. Ja nie widziałem, panowie z OSiR nie dali medalu Piotrkowi, żeby mi nie przyniósł. Ale Ola widziała i twierdzi, że ładny.
Druga nowinka to linia wokół bieżni, która ma oddzielać biegających szybciej od tych, co to tylko się przemieszczają. No proszę, ledwie rok minął, a pomysł zrealizowany!
Subskrybuj:
Posty (Atom)