10 km
Wracamy do codziennego rytmu. Po jednodniowej przerwie rytualna "dyszka", dobrą trasą w pobliżu Góry Lotnika, choć nie przez nią samą. Są tam w pobliżu miejsca zdecydowanie pagórkowate, nadające się do poćwiczenia siły. Siła to podstawa, przekonuje mnie o tym każdy kolejny maraton. Bardzo przyjemne jest wyprzedzanie na trasie setek biegaczy, a szczególnie na podbiegach, gdzie większość ludu biegającego zaczyna iść, a ja nadal bez większego trudu jestem w stanie biec. To prosty rezultat przebiegnięcia tych setek kilometrów każdego miesiąca. Każdy kilometr pokonany na treningu to mniejszy wysiłek na samym maratonie.
To ciekawe: dwa dni po maratonie nie czuję już żadnych megatywnych jego skutków. Problemy zaczęły mijać już w niedzielę po południu, kiedy trochę poleżałem, nieco się zdrzemnąłem. Pod wieczór nie czułem już żadnego bólu (wersja komorowska: bulu),funkcjonowałem zupełnie normalnie. Dzisiaj codzienną "dyszkę" zrobiłem bez żadnego problemu, nawet z przyjemnością. Wszystko funkcjonuje jak dobrze naoliwiona Ol-49-69 z Wolsztyna. Kto nie wie, o co chodzi - zatrudnić Google. Piękna lala!
Rozmawiałem z Anetką. Też czuje się dobrze, dziś zrobiła "szybką piątkę", zapomniała już o bólu (wersja prezydencka: bulu) z piątku, soboty i niedzieli. Boże ty mój kochany, 89 kilometrów... Nawet się do tego nie przymierzam. Na kolana padam przed Anetką.
Posiedzenie egzekutywy zwołujemy na czwartek, 18-19, jak komu pasuje. Po delegację z Klinisk w razie potrzeby zostanie wysłany powóz.
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
wtorek, 30 kwietnia 2013
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Dołączył Michał
0 km
Powrót z Krakowa, nogi dochodzą (jak to nogi) do siebie. Nadzwyczaj dobra kondycja, pobolewają lekko tylko achillesy, ale widać pozytywne skutki dobrej rady pewnego doktora, który kazał je rozciągać, rozciągać i jeszcze raz rozciągać. Okazuje się, że rozciąganie świetnie działa.
Dziś bieganie odpuściłem, dzień przerwy na pewno przysługuje. Lekka przebieżka jutro po południu.
Wspomnieć należy o zaskoczeniu, jakie zafundował mi w Krakowie Michał. Zaraz po powitaniu wyciągnął z kieszeni medal i oznajmił, że ma za sobą pierwszą "piątkę". Wystartował w uczelnianym biegu, ukończył go w niezłej kondycji z czasem nieco ponad 26 minut, a więc zupełnie przyzwoicie. Bardzo z siebie zadowolony, wyraźnie ma ochotę podjąć temat w szerszym wymiarze. To cieszy. W nagrodę za swoje osiągnięcie, a przede wszystkim dobrą decyzję, dostał ode mnie maratońską koszulkę z Krakowa. Dostanie i resztę wyposażenia.
W przeddzień maratonu całą rodzinką wzięliśmy udział w imprezie towarzyszącej, biegu rodzinnym na 1 kilometr. Wprawdzie nagród za to żadnych nie było, ale zaopatrzyliśmy się w zestaw ładnych koszulek radia RMF (sponsor), Paulinka była zachwycona, a wszyscy łyknęli pierwszą dawkę bakcyla o nazwie "bieganie". Generalnie, bardzo się podobało i wcale się nie zdziwię, jeśli procent biegaczy w rodzinie nagle wzrośnie. Na razie to jestem ja, Ola, teraz Michał. Kto następny?
Pytają ludzie, jak był zorganizowany krakowski maraton. Generalnie - w porządku. Biuro zawodów sprawne, ludzie sympatyczni i kompetentni. Duży, darmowy parking dla zawodników. Darmowa dla startujących komunikacja miejska w sobotę i niedzielę. Dobrze zaopatrzone punkty odżywcze, dodatkowe punkty z wodą (na wypadek upału, ale i tak się przydały). Sprawne i bardzo liczne służby pomocnicze i porządkowe. Na mecie sprawne przyjęcie i obsłużenie zawodników kończących bieg. Podobno był niezły katering, nie wiem dokładnie, bo zrezygnowałem. Darmowe piwko do oporu dla wszystkich startujących (kurka, ciekawe, kto przyjechał tymi setkami samochodów?? abstynenci?). Ładne koszulki, piękne medale. Podobało mi się aktywne kibicowanie. Coraz więcej jest ludzi aktywnie wspierających biegnących, wspólnie z nimi bawiących się biegiem. Do tego grona oczywiście należał mój team, drący się wniebogłosy, sławiący imię dziadka Czarka, zwracający uwagę transparentami. Serdeczne podziękowania całej rodzince, a dla czytelników dykteryjka: stoi moja ekipa w okolicach naszego domku na Bajecznej, krzyczy i powiewa transparentami. Baner z napisem "Dziadek Czarek wygra" trzymają Michał z Mikołajem, obaj całkiem dorośli. Przebiegają goście i pytają mocno zdziwieni (patrząc na domniemane wnuki): "-To dziadek Czarek jest przed nami??" "-No, a jak?" - pytaniem odpowiadają chłopcy. "-No to, k..wa, grzejemy!!" - odrzekają pytający i odbiegają w stronę Kopca Kościuszki...
Teraz minusy. Fatalne oznakowanie trasy, kilometraż niedokładny i nieczytelny. Kto nie miał GPS, nie był w stanie kontrolować swojego tempa. Mi się udało zauważyć znaki tylko parę razy; pod tym względem Paryż jest bezkonkurencyjny. Błędem było podawanie biegaczom pełnych butelek z Powerade: kończyło się tym, że pierwsi wyrzucali ledwie zaczęte, dla ostatnich brakowało (ale można było podnieść leżące na poboczu ;)). Taka sytuacja zdarzyła się jednak tylko dwa razy, na 20 i 25 kilometrze. I to chyba wszystkie rzeczy, jakie naprawdę przeszkadzały, a na jakie wpływ mieli organizatorzy.
Trasa fajna, choć wymagająca. Przewyższenia niewielkie, ale ich suma znacząca. Nawierzchnia zmienna, był asfalt kiepskiej jakości, był pod koniec odcinek szutru, było trochę bruku. Były też przewężenia, gdzie robiło się ciasno. Kto ma ochotę zrobić jakiś wynik, nie powinien startować z końca. Ja tak zrobiłem i to był błąd, przez pierwsze kilometry przeciskałem się do przodu.
Powrót z Krakowa, nogi dochodzą (jak to nogi) do siebie. Nadzwyczaj dobra kondycja, pobolewają lekko tylko achillesy, ale widać pozytywne skutki dobrej rady pewnego doktora, który kazał je rozciągać, rozciągać i jeszcze raz rozciągać. Okazuje się, że rozciąganie świetnie działa.
Dziś bieganie odpuściłem, dzień przerwy na pewno przysługuje. Lekka przebieżka jutro po południu.
Wspomnieć należy o zaskoczeniu, jakie zafundował mi w Krakowie Michał. Zaraz po powitaniu wyciągnął z kieszeni medal i oznajmił, że ma za sobą pierwszą "piątkę". Wystartował w uczelnianym biegu, ukończył go w niezłej kondycji z czasem nieco ponad 26 minut, a więc zupełnie przyzwoicie. Bardzo z siebie zadowolony, wyraźnie ma ochotę podjąć temat w szerszym wymiarze. To cieszy. W nagrodę za swoje osiągnięcie, a przede wszystkim dobrą decyzję, dostał ode mnie maratońską koszulkę z Krakowa. Dostanie i resztę wyposażenia.
| Kasia, Plinka, Ola, Ania i Michał |
W przeddzień maratonu całą rodzinką wzięliśmy udział w imprezie towarzyszącej, biegu rodzinnym na 1 kilometr. Wprawdzie nagród za to żadnych nie było, ale zaopatrzyliśmy się w zestaw ładnych koszulek radia RMF (sponsor), Paulinka była zachwycona, a wszyscy łyknęli pierwszą dawkę bakcyla o nazwie "bieganie". Generalnie, bardzo się podobało i wcale się nie zdziwię, jeśli procent biegaczy w rodzinie nagle wzrośnie. Na razie to jestem ja, Ola, teraz Michał. Kto następny?
| Duży Michał (zięć, 2 m z hakiem), Plinka, Mati i Kasia. I ja |
Teraz minusy. Fatalne oznakowanie trasy, kilometraż niedokładny i nieczytelny. Kto nie miał GPS, nie był w stanie kontrolować swojego tempa. Mi się udało zauważyć znaki tylko parę razy; pod tym względem Paryż jest bezkonkurencyjny. Błędem było podawanie biegaczom pełnych butelek z Powerade: kończyło się tym, że pierwsi wyrzucali ledwie zaczęte, dla ostatnich brakowało (ale można było podnieść leżące na poboczu ;)). Taka sytuacja zdarzyła się jednak tylko dwa razy, na 20 i 25 kilometrze. I to chyba wszystkie rzeczy, jakie naprawdę przeszkadzały, a na jakie wpływ mieli organizatorzy.
Trasa fajna, choć wymagająca. Przewyższenia niewielkie, ale ich suma znacząca. Nawierzchnia zmienna, był asfalt kiepskiej jakości, był pod koniec odcinek szutru, było trochę bruku. Były też przewężenia, gdzie robiło się ciasno. Kto ma ochotę zrobić jakiś wynik, nie powinien startować z końca. Ja tak zrobiłem i to był błąd, przez pierwsze kilometry przeciskałem się do przodu.
niedziela, 28 kwietnia 2013
4:01,59
42,2 km
Cracovia Maraton ukończony z wynikiem jak w tytule postu. To mój drugi czas w maratonie. Mógł być lepszy, pobiegłem trochę zbyt ostrożnie.Najlepiej świadczy o tym 'rozpiska' czasowa biegu, z której jasno wynika, że drugą połowę przebiegłem szybciej, niż pierwszą. Początkowo obawiałem się, że wyjdą jakieś niespodziewane efekty maratonu paryskiego, w końcu nie tak odległego w czasie. Był też tłok na początku trasy, trudno było wyprzedzać na pierwszych dziesięciu kilometrach. Potem zrobił się luz.
Od połowy trasy byłem już pewien, że niespodzianek nie będzie, biegłem równym tempem, nie zdejmując nogi z gazu. Okazało się, że wytrzymałem w dobrej kondycji do samego końca. Drobne problemy pojawiły się na ostatnich dwóch kilometrach, kiedy zacząłem odczuwać ból stóp, a widoczna na Błoniach meta wciąż się wydawała cholernie odległa. Zrezygnowałem z rzucenia się na taśmę i próby 'złamania' czterech godzin. Na dwieście metrów przed metą wręczono mi zresztą Paulinkę i Mateusza, z którymi przetruchtałem resztę trasy i przebiegłem metę. Zadowolone dwa bąki z medalami na szyi więcej są warte, niż złamana "czwórka".
Tym razem bufet po drodze był zaopatrzony właściwie, nie brakowało izotoników. Nie szczypałem się, na każdym punkcie brałem pełną butelkę i niezwłocznie opróżniałem. Jadłem też banany, choć wyjątkowo mi dziś nie smakowały. Dzięki tej diecie sił nie brakło mi ani przez moment, nie było żadnego kryzysu, żadnej ściany. Było dobrze.
Darek, Artur, Damian i Tomek też dotarli na metę, Artur zrobił rekord życiowy - 4:24 i parę sekund. Darek po wczorajszych 81 km w Rudzie Śląskiej dziś miał w programie złamanie "szótki", czyli zmieszczenie się w limicie. Zmieścił się.
A propos Rudy Śląskiej: Anetka była siódma, nabiegała w 12 godzin 88,9 kilometra, to jej nowy rekord życiowy. Darek występ zakończył po 81 kilometrach, pamiętając o Krakowie.
Tematy rozwinę jutro, pada mi bateria laptopa ;-((
| Rodzinna grupa wsparcia w akcji |
Cracovia Maraton ukończony z wynikiem jak w tytule postu. To mój drugi czas w maratonie. Mógł być lepszy, pobiegłem trochę zbyt ostrożnie.Najlepiej świadczy o tym 'rozpiska' czasowa biegu, z której jasno wynika, że drugą połowę przebiegłem szybciej, niż pierwszą. Początkowo obawiałem się, że wyjdą jakieś niespodziewane efekty maratonu paryskiego, w końcu nie tak odległego w czasie. Był też tłok na początku trasy, trudno było wyprzedzać na pierwszych dziesięciu kilometrach. Potem zrobił się luz.
| Plina i Mati z medalam |
Tym razem bufet po drodze był zaopatrzony właściwie, nie brakowało izotoników. Nie szczypałem się, na każdym punkcie brałem pełną butelkę i niezwłocznie opróżniałem. Jadłem też banany, choć wyjątkowo mi dziś nie smakowały. Dzięki tej diecie sił nie brakło mi ani przez moment, nie było żadnego kryzysu, żadnej ściany. Było dobrze.
| Co było w tej torbie, Anetko? |
A propos Rudy Śląskiej: Anetka była siódma, nabiegała w 12 godzin 88,9 kilometra, to jej nowy rekord życiowy. Darek występ zakończył po 81 kilometrach, pamiętając o Krakowie.
Tematy rozwinę jutro, pada mi bateria laptopa ;-((
czwartek, 25 kwietnia 2013
Czas na Kraków
8,5 km
No i na razie starczy. Jutro podróż i urodzinowa impreza w Krakowie, w sobotę może się trochę rozciągnę na bulwarach nad Wisłą, w niedzielę maratonik.
W sobotę odbieram pakiety dla siebie, Darka i Artura. Darek w Rudzie Śląskiej będzie biegał przez 12 godzin (z koleżanką małżonką, oczywiście), potem przywiozę go do Krakowa. Albercik przyjedzie pociągiem być może dopiero w niedzielę rano.
Jutro ma być u Banacha spotkanie w sprawie bieżni, sprawy techniczne. Oczywiście, mnie nie będzie, ale Piotrek się wybiera. Ciekawe, z jakimi oczekiwaniami przyjdą obywatele z OSiR-u.
No i na razie starczy. Jutro podróż i urodzinowa impreza w Krakowie, w sobotę może się trochę rozciągnę na bulwarach nad Wisłą, w niedzielę maratonik.
W sobotę odbieram pakiety dla siebie, Darka i Artura. Darek w Rudzie Śląskiej będzie biegał przez 12 godzin (z koleżanką małżonką, oczywiście), potem przywiozę go do Krakowa. Albercik przyjedzie pociągiem być może dopiero w niedzielę rano.
Jutro ma być u Banacha spotkanie w sprawie bieżni, sprawy techniczne. Oczywiście, mnie nie będzie, ale Piotrek się wybiera. Ciekawe, z jakimi oczekiwaniami przyjdą obywatele z OSiR-u.
środa, 24 kwietnia 2013
Padam
8,5 km
Cały dzień spędzony na przygotowywaniu nowego numeru gazety. Jak zwykle, okazało się, że trzeba na kolanie pisać teksty, bo jest ich za mało. Trzeba pomyśleć o zdjęciach, bo fotoreporter ani nie pomyślał, ani nie zrobił. Trzeba wykłócić się z głupim Z., który nie rozumie, dlaczego nie chcę mu puścić durnego tekstu o zdechłym koziołku leżącym gdzieś na poboczu. Dziad ma upodobanie do leżącej po rowach padliny, nie raz już próbował mi wcisnąć takie gówna.
Kiedy wróciłem do chaty, walnąłem się na godzinkę, potem jednak dzielnie zebrałem i ruszyłem w las, nieco skracając zwykłą trasę. Jutro jeszcze bardziej ją skrócę.
Rano razem z Darkiem byliśmy w Nadleśnictwie Kliniska w sprawie maratonu, jaki odbędzie się 28 września. Wszystko wygląda dobrze, jest zrozumienie i wiarygodne deklaracje dobrej współpracy. Na razie jest opcja, że dzika nie będzie, ale nad tym jeszcze popracujemy ;)
Cały dzień spędzony na przygotowywaniu nowego numeru gazety. Jak zwykle, okazało się, że trzeba na kolanie pisać teksty, bo jest ich za mało. Trzeba pomyśleć o zdjęciach, bo fotoreporter ani nie pomyślał, ani nie zrobił. Trzeba wykłócić się z głupim Z., który nie rozumie, dlaczego nie chcę mu puścić durnego tekstu o zdechłym koziołku leżącym gdzieś na poboczu. Dziad ma upodobanie do leżącej po rowach padliny, nie raz już próbował mi wcisnąć takie gówna.
Kiedy wróciłem do chaty, walnąłem się na godzinkę, potem jednak dzielnie zebrałem i ruszyłem w las, nieco skracając zwykłą trasę. Jutro jeszcze bardziej ją skrócę.
Rano razem z Darkiem byliśmy w Nadleśnictwie Kliniska w sprawie maratonu, jaki odbędzie się 28 września. Wszystko wygląda dobrze, jest zrozumienie i wiarygodne deklaracje dobrej współpracy. Na razie jest opcja, że dzika nie będzie, ale nad tym jeszcze popracujemy ;)
wtorek, 23 kwietnia 2013
Czas odpocząć
10 km
Ostatni dzień pełnego treningu. Jutro jakieś 8 km, w czwartek tylko 4-5 km dla rozciągnięcia się, w piątek do Krakowa, więc bez biegania. Trochę ruchu w sobotę, mam wziąć udział w biegu rodzinnym na dystansie jednego kilometra. Parę dni odpoczynku dobrze zrobi, mięśnie odzyskają pełną elastyczność.
W Krakowie trzeba dobrze sprawdzić, jak będzie wyglądało picie i odżywianie na trasie. Podobno ma być zdecydowanie ciepło, więc tym bardziej ważne jest picie dużych ilości izotoników. Jak nie zapewnią ich organizatorzy, to trzeba będzie zaangażować rodzinę.
W lesie pusto, jedynie w drodze powrotnej natknąłem się na radnego Wojtka z Arkiem. Za to na bieżni po prostu tłumy. Wracając z biegu zahaczyłem o stadion i policzyłem ludki. 26 osób na bieżni, parę kolejnych na asfaltowej ścieżce wokół boiska. O dziwo, połowa to faceci. Dawno tak nie było.
Ostatni dzień pełnego treningu. Jutro jakieś 8 km, w czwartek tylko 4-5 km dla rozciągnięcia się, w piątek do Krakowa, więc bez biegania. Trochę ruchu w sobotę, mam wziąć udział w biegu rodzinnym na dystansie jednego kilometra. Parę dni odpoczynku dobrze zrobi, mięśnie odzyskają pełną elastyczność.
W Krakowie trzeba dobrze sprawdzić, jak będzie wyglądało picie i odżywianie na trasie. Podobno ma być zdecydowanie ciepło, więc tym bardziej ważne jest picie dużych ilości izotoników. Jak nie zapewnią ich organizatorzy, to trzeba będzie zaangażować rodzinę.
W lesie pusto, jedynie w drodze powrotnej natknąłem się na radnego Wojtka z Arkiem. Za to na bieżni po prostu tłumy. Wracając z biegu zahaczyłem o stadion i policzyłem ludki. 26 osób na bieżni, parę kolejnych na asfaltowej ścieżce wokół boiska. O dziwo, połowa to faceci. Dawno tak nie było.
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
I jeszcze pan wojewoda
10 km
Moje podejrzenie, że w Gozdowicach było dalej, niż 10,5 km, było słuszne. Rafał biegł z GPS, a ten mu namierzył 12 km. To mniej więcej tyle, co ja wymierzyłem na Google. Wychodzi mi średnie tempo 4:52 i to też mi się zgadza z moimi odczuciami. No i z efektem w postaci wczorajszego totalnego zmęczenia.
Delegacja z Warszawy wróciła w większości zadowolona. Największe zadowolenie panuje w grupie, która przybiegła na metę łamiąc bez trudu barierę sześciu godzin. Zrelaksowani, napojeni, syci wrażeń. Sebastian lekko zjeżony na siebie, bo pojechał nie zabierając ze sobą właściwych butów biegowych, leciał więc w tym, co miał na nogach i zapłacił opuchnięciem stopy i boleściami, a ostatecznie pogrzebaniem szans na dobry czas, do czego był właściwie przygotowany kondycyjnie. 4:16 zdecydowanie go nie zadawala, ale wieszać się nie zamierza. Robert niezadowolony, bo był coś ze 160 na mecie, z czasem 3 godziny i parę sekund. Krótko mówiąc, im lepsze wyniki, tym większe niezadowolenie. Można sobie wyobrazić rozpacz tego, co wygrał...
Następna duszyczka wpisana na listę uczestników biegu 27/27. Po południu wracałem z Maszewa, zajechałem do "Ambrozji" na kawę. Siedzę, popijam, gaworzę ze sprzedawczyniami, a tu wchodzi łysawy gość w stroju motocyklisty - wojewoda Marcin Zydorowicz. O, dobrze się składa - pomyślałem. Dałem mu spokojnie zjeść loda, a kiedy szedł do motocykla - zagadałem. Przedstawiłem się, poznał mnie. W paru zdaniach wyłuszczyłem, co tu knujemy, kogo już namówiliśmy i zaprosiłem do udziału. Uśmiał się z tego biegania pod oknami Roberta, a szczególnie, kiedy usłyszał, że i Robert będzie biegł wokół swojego urzędu. Obiecał, że jeśli tylko będzie miał czas, to chętnie wpadnie, a pomysł bardzo mu się podoba. Przypomnę mu jutro lub pojutrze, dołączę parę zdjęć i krótki opis imprezy. Co na piśmie, to na piśmie. I poproszę Roberta, by nasze zaproszenie poparł swoim własnym. Panowie dobrze się znają, wsparcie Roberta ma znaczenie.
Moje podejrzenie, że w Gozdowicach było dalej, niż 10,5 km, było słuszne. Rafał biegł z GPS, a ten mu namierzył 12 km. To mniej więcej tyle, co ja wymierzyłem na Google. Wychodzi mi średnie tempo 4:52 i to też mi się zgadza z moimi odczuciami. No i z efektem w postaci wczorajszego totalnego zmęczenia.
Delegacja z Warszawy wróciła w większości zadowolona. Największe zadowolenie panuje w grupie, która przybiegła na metę łamiąc bez trudu barierę sześciu godzin. Zrelaksowani, napojeni, syci wrażeń. Sebastian lekko zjeżony na siebie, bo pojechał nie zabierając ze sobą właściwych butów biegowych, leciał więc w tym, co miał na nogach i zapłacił opuchnięciem stopy i boleściami, a ostatecznie pogrzebaniem szans na dobry czas, do czego był właściwie przygotowany kondycyjnie. 4:16 zdecydowanie go nie zadawala, ale wieszać się nie zamierza. Robert niezadowolony, bo był coś ze 160 na mecie, z czasem 3 godziny i parę sekund. Krótko mówiąc, im lepsze wyniki, tym większe niezadowolenie. Można sobie wyobrazić rozpacz tego, co wygrał...
Następna duszyczka wpisana na listę uczestników biegu 27/27. Po południu wracałem z Maszewa, zajechałem do "Ambrozji" na kawę. Siedzę, popijam, gaworzę ze sprzedawczyniami, a tu wchodzi łysawy gość w stroju motocyklisty - wojewoda Marcin Zydorowicz. O, dobrze się składa - pomyślałem. Dałem mu spokojnie zjeść loda, a kiedy szedł do motocykla - zagadałem. Przedstawiłem się, poznał mnie. W paru zdaniach wyłuszczyłem, co tu knujemy, kogo już namówiliśmy i zaprosiłem do udziału. Uśmiał się z tego biegania pod oknami Roberta, a szczególnie, kiedy usłyszał, że i Robert będzie biegł wokół swojego urzędu. Obiecał, że jeśli tylko będzie miał czas, to chętnie wpadnie, a pomysł bardzo mu się podoba. Przypomnę mu jutro lub pojutrze, dołączę parę zdjęć i krótki opis imprezy. Co na piśmie, to na piśmie. I poproszę Roberta, by nasze zaproszenie poparł swoim własnym. Panowie dobrze się znają, wsparcie Roberta ma znaczenie.
niedziela, 21 kwietnia 2013
Dało w d...
10 km
Dopiero dziś poczułem, że wczoraj był jednak kawałek wysiłku. Przez prawie cały dzień czułem się osłabiony i senny. Dopiero pod wieczór pozbierałem się i przebiegłem na Górę Lotnika. Raczej z obowiązku, niż dla przyjemności. Ale przynajmniej do kolacji mogłem zasiąść z czystym sumieniem ;)
Transmisja z Warszawy wyjątkowo nędzna. Krótkie scenki z trasy, przeplatane bezładną gadaniną o wszystkim i o niczym, wywiadami z jakimiś gwiazdami Orlen Team, a w tym wszystkim najwięcej było reklam. Odpuściłem sobie, bo szkoda było czasu. Przełączyłem na Eurosport, a tam bezpośrednia relacja z maratonu londyńskiego. Ciekawa, świetnie zrobiona, prawie bez reklam. Obejrzałem do końca.
Czekam teraz na relację naszych z Warszawy. Na metę dotarli wszyscy, czasy może nie są wybitne, ale też nikt chyba tam się nie rwał na przebijanie bariery dźwięku. Chyba też nie wygrali mercedesa, bo by się pochwalili.
Dopiero dziś poczułem, że wczoraj był jednak kawałek wysiłku. Przez prawie cały dzień czułem się osłabiony i senny. Dopiero pod wieczór pozbierałem się i przebiegłem na Górę Lotnika. Raczej z obowiązku, niż dla przyjemności. Ale przynajmniej do kolacji mogłem zasiąść z czystym sumieniem ;)
Transmisja z Warszawy wyjątkowo nędzna. Krótkie scenki z trasy, przeplatane bezładną gadaniną o wszystkim i o niczym, wywiadami z jakimiś gwiazdami Orlen Team, a w tym wszystkim najwięcej było reklam. Odpuściłem sobie, bo szkoda było czasu. Przełączyłem na Eurosport, a tam bezpośrednia relacja z maratonu londyńskiego. Ciekawa, świetnie zrobiona, prawie bez reklam. Obejrzałem do końca.
Czekam teraz na relację naszych z Warszawy. Na metę dotarli wszyscy, czasy może nie są wybitne, ale też nikt chyba tam się nie rwał na przebijanie bariery dźwięku. Chyba też nie wygrali mercedesa, bo by się pochwalili.
sobota, 20 kwietnia 2013
Wystąpiliśmy godnie
| Na początek odebraliśmy defiladę. To nam się spodobało |
Nie wiem, jak w tych Gozdowicach mierzono owe 10,5 km. Z Google Maps wychodzi, że to było 11,9 km. Niemożliwe, żebym 10,5 km biegł w czasie 58 minut, a najlepszy zawodnik miał czas rzędu 40 minut. Biegłem dość ostro, z pewnością średni czas nie był na poziomie 5:35. To było coś rzędu 5-5:05.
| To my w koszulkach od prezesa |
| Z miny wynika, że zazdrościłem Albercikowi czapeczki |
Potem było losowanie nagród. Na około 80 osób biorących udział w biegu było 40 nagród, więc nie zdziwiło nas, że obaj wylosowaliśmy jakieś dobro. Albercik ładną i porządną czapeczkę biegową (bardzo był zadowolony), ja zaś świetną, bardzo porządną torbę podróżną Nike, z metką pokazującą na całkiem niezłą cenę.
| Ale potem dostałem torbę. I już nie zazdrościłem |
Podsumowując: bardzo przyzwoita impreza. W małych "dziurach" takie rzeczy traktują bardzo serio, w efekcie lud biegający wyjeżdża ukontentowany i doceniony. Imprezka kameralna, każdy czuje się tam ważny, sporo nagród, niezłe jedzonko, szkoda tylko, że po biegu nie było gdzie się umyć - ale to jedyne zastrzeżenie. Ogólna ocena - 5.
Jutro w Warszawie jakaś drobna impreza biegowa, coś ze 42 km. Ciekawe, jakie wrażenia przywiozą delegaci z Goleniowa i Klinisk.
Prawdziwie poważna impreza dopiero za tydzień: Cracovia Maraton.
Info dla Darka: Rafał też był, godnie reprezentował. Dobiegł ostatni, ale to nie było ważne. Czekaliśmy i kibicowaliśmy, został doceniony.
piątek, 19 kwietnia 2013
Jutro szturm
9 km
Miało być mniej, bo przed jutrzejszym atakiem na Niemcy trzeba odpocząć. Tak jakoś jednak zeszło, że zrobiłem 9 kilometrów.
Jestem po długiej rozmowie z wiceburmistrzem na temat biegu 27/27 i tartanu. Wyszedłem wielce zadowolony. Na razie tyle, za dwa miesiące - o ile nic nie pokrzyżuje całkiem realnych planów - to i owo zostanie ogłoszone publicznie. Czekajmy cierpliwie i spokojnie.
Znalazłem w kalendarzu Łobeską Dziesiątkę. Przenieśli ją z końca sierpnia na 30 czerwca. Zobaczy się, w jakim stanie będziemy po dwudniowym biegu w Goleniowie.
Miało być mniej, bo przed jutrzejszym atakiem na Niemcy trzeba odpocząć. Tak jakoś jednak zeszło, że zrobiłem 9 kilometrów.
Jestem po długiej rozmowie z wiceburmistrzem na temat biegu 27/27 i tartanu. Wyszedłem wielce zadowolony. Na razie tyle, za dwa miesiące - o ile nic nie pokrzyżuje całkiem realnych planów - to i owo zostanie ogłoszone publicznie. Czekajmy cierpliwie i spokojnie.
Znalazłem w kalendarzu Łobeską Dziesiątkę. Przenieśli ją z końca sierpnia na 30 czerwca. Zobaczy się, w jakim stanie będziemy po dwudniowym biegu w Goleniowie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)