sobota, 31 stycznia 2015

Zima taka sobie

Wczoraj 6,5 km

Z powodu pogody wczorajsze bieganie po lesie skreślone z listy opcji. Są prostsze sposoby na połamanie nóg niż truchtanie po zaśnieżonych i śliskich przez to leśnych ścieżkach. Po południu wybrałem się za to na ścieżkę rowerową - szlak bezpieczny i przyjazny. Szkoda tylko, że panowie z PGK asfalt posypali piachem, który po stopnieniu śniegu zmienił się w śliskie błoto. Trudno było skutecznie się odbić, stopa jechała do tyłu i o szybkości można było zapomnieć. Tam, z powrotem do - jak mawia Andrzej Wojciechowski - cepeenu (kto jeszcze potrafi rozwinąć skrót CPN nie zaglądając do internetu?), gdzie uznałem, że jeszcze trochę mi za mało, obiegłem sobie "złodziejowo", wróciłem do stadionu i wreszcie do domku. A tam natknąłem się na zezłoszczoną wynikiem meczu Polska-Katar Oleńkę - sam wolałem meczu nie oglądać, przeczuwałem, że wygrają go albo niby-Katarczycy, albo sędziowie, w każdym razie - wygrała kasa.
Sobota. Z nieba leci lepki, topniejący już śnieg. Ślisko jak diabli, nie ma na razie warunków do biegania. Trzeba będzie poczekać do popołudnia: albo się poprawi, albo jeszcze pogorszy (wszystko może podmarznąć). Dwie dobre wiadomości: ciśnienie idzie w górę, dziś rano było rekordowo niskie (727 mm Hg), a dzień się wydłuża, zachód słońca już o godzinę później, niż w grudniu.

środa, 28 stycznia 2015

Dzień bez ciśnienia

10 km

Jezu, co za dzień. Ciśnienie chyba ujemne, nie byłem w stanie się pozbierać i zabrać za jakąkolwiek pożyteczną robotę. Wokół mnie pełno było jakichś takich bladawych postaci ze wzrokiem mętnym, szukających jakiegoś mocniejszego punktu, o który by można się było oprzeć, odpocząć, a najlepiej się pierdyknąć na parę minut i zamknąwszy oczy drzemnąć się troszkę. Po południu sprawdziłem: ciśnienie faktycznie makabryczne, na poziomie 740 mm Hg, a jutro ma być jeszcze gorzej.
Myślałem, że na nogi postawi mnie dyszka w lesie. Dupa. Bieg kompletnie mi nie szedł, nogi jakieś sztywne, mięśnie drewniane, a do tego jeszcze znajome napieprzanie w prawej pięcie. Zero przyjemności, ale się, cholerka, zaciąłem. Nie, nie odpuszczę - pomyślałem sobie. I dobrze, bo potem jakoś tam poszło, choć bólu w stopie nie udało się zadeptać, nie zdołał jednak mnie pokonać. Dotrwałem, choć nie był to trening, który przejdzie do historii. Nie przejdzie. 
Jutro zrobię sobie wolne. I tak muszę jechać do Nowogardu, czuję przez skórę, że będzie dalszy ciąg cyrku pt. "Nowogardzka rada radzi". Pewnie nie będzie wyboru kolejnego przewodniczącego, ale może się pobiją przy ustalaniu składów komisji? Na pewno będzie zaś pyskówka przy głosowaniu nad budżetem na ten rok, bo interesy w Nowogardzie są sprzeczne do bólu. A kto nie z nami, ten przeciw nam - uważają wszyscy. Więc się pałuje każdy z każdym. Mnie to nie wadzi, a nawet się podoba.

wtorek, 27 stycznia 2015

2 : 0 dla klienta

11 km

Wczoraj dzień przerwy na regenerację. Przydała się, dziś śladu po skutku niedzielnego błędnego dopasowania skarpet do butów. Aż się chciało wyruszyć w las, choć pogoda specjalnie nie nastrajała, było szaro, trochę wietrznie, coś tam kapało z nieba. Pogodę wynagradzał brak jakichkolwiek dolegliwości i dobra forma. Jedenastokilometrową trasę obróciłem w godzinkę i pięć minut - jak na terenową trasę i parominutową przerwę w połowie (rozciąganie!) - nieźle. 
Do końca żadnych problemów z bólem w pięcie. Buty dobrane prawidłowo: twarde brooksy, gruba skarpeta, podłoże miękkie. Bieg wydłużonym krokiem, lądowanie na całej stopie, nieobciążające pięty uderzeniem, a achillesa szarpnięciem. Trzeba poobserwować, czy to się przekłada na kondycję podwozia.

Orange oddało pieniądze, ze wszystkimi kosztami i odsetkami. Ciekawe, jak by zareagowali, gdybym się domagał jakiejś rekompensaty finansowej? Nie dowiem się, nie miałem zamiaru walczyć o nic ponad to, co mi się należy jak psu buda, bo moje.
Porozmawiałem też sobie z panią, która ośmieliła się wystąpić z tezą, że to wszystko moja wina. Przedstawiłem jej fakty, pani po minucie zmieniła politykę i bardzo przepraszała za skandaliczne (tak to nazwała) zachowanie własnej firmy, z lansowania mojej winy się wycofała. Mam dostać oficjalne przeprosiny na piśmie od kierownictwa firmy. Czekam niecierpliwie.

A na tapecie pałowanie z kolejną firmą, tym razem jest to Plus. Od pół roku naliczają mi dwukrotną opłatę za internet, podobnie jak Orange nie reagują na reklamacje, za to straszą odłączeniem, jeśli nie zapłacę. Cynicznie płacę, wyrabiając sobie dobrą pozycję do awantury. Wczoraj telefon na plusową infolinię, po dłuższym czasie udało mi się dobić do biedaka, który ma nieprzyjemność przyjmować telefony od zjeżonych klientów. Ja byłem spokojny i uprzejmy, wyłuszczyłem sprawę i zażądałem wyjaśnień. Pan przyznał mi rację (czym mnie nie zdziwił) i poinformował, że reklamacja została rozpatrzona pozytywnie i właśnie są wystawiane noty korygujące wszystkie dotychczasowe faktury. Trochę się zapędził sugerując, bym zapłacił również tę ostatnią błędną, wystawioną przedwczoraj. Zapytałem go o sens tego w sytuacji, kiedy mam nadpłatę na pół roku do przodu. Pan przyznał, że to bez sensu i poradził, żebym nie płacił. Z tej rady skorzystam.
Czekam teraz na obiecane noty korygujące, wysłane podobno internetem. Na razie nie doszły. Czyli - jest normalnie.

niedziela, 25 stycznia 2015

Średniowiecznym szlakiem

14 km

Coś dla odmiany. Kierunek północ. Starym szlakiem z Goleniowa nad morze. Nie każdy wie, że droga wychodząca z Bramy Wolińskiej jest starym, średniowiecznym traktem prowadzącym nad morze. Od Bramy Wolińskiej ulicą Słowackiego do końca, a potem prosto, jak prowadzi. Trzeba przeskoczyć "trójkę" nieco naginając przepisy :) i dalej biec prosto, nie zbaczając na ni w lewo, ni w prawo. Droga doprowadzi prosto do leśniczówki przed Stepnicą, a potem do asfaltowej drogi, a nią do Stepnicy. Trasa jest ciekawa, bo pokazuje, jakimi drogami podróżowało się przez setki lat. Na Pomorzu Zachodnim drogi brukowane pojawiły się dopiero od 1830 roku, kiedy jako pierwszą utwardzono drogę ze Szczecina do Dąbia, dzisiejszą Przestrzenną. Krótko potem zbudowano bitą drogę z Dąbia do Goleniowa i dalej do Kołobrzegu. Można sobie próbować wyobrazić, jaką rewolucją było zbudowanie szlaku klejowego, którym z Goleniowa do Szczecina można się było dostać w niecałe dwie godziny. Dotąd taka wyprawa zajmowała cały dzień i z pewnością do połowy XIX wieku było mnóstwo goleniowian, którzy w swoim życiu Szczecina na oczy nie widzieli.
Średniowieczną drogę najbardziej przypomina odcinek tuż za leśniczówką na końcu ulicy Słowackiego. Szeroki trakt, rozjeżdżony przez pojazdy. Na pewno nie uczęszczany nadmiernie, bo kto by ruszał w daleką drogę bez powodu? Tak to wyglądało jeszcze całkiem niedawno...

Trasę trzeba było skrócić z banalnego powodu. Włożyłem za grube skarpety, pegasusy zrobiły się za ciasne i gdzieś od trzeciej części biegu zaczął mi dokuczać ból prawej pięty, mocno dociśniętej do ścianki buta. Skręt do Miękowa i długą prostą powrót do Goleniowa. 

Zamówiłem dziś kolejną parę obuwia, też Nike Pegasus 30+. Poświąteczna wyprzedaż, korzystna cena: 220 złotych za buty z katalogową ceną 470. Wziąłem o pół numeru większe, niż poprzednie, więc spokojnie zmieści się grubsza skarpeta. 

sobota, 24 stycznia 2015

A la mariniere

20 km

Wczorajsze nieróbstwo usprawiedliwiam przed sobą tym, że po południu przybyła kobieca brygada wsparcia dla Oleńki, siedzącej już drugi tydzień w bezruchu po operacji stopy. Mela z Magdą przyniosły oczywiście dobra niezbędne do nawiązania werbalnego kontaktu z dochodzącą do siebie przyjaciółką, a ponieważ kontakt musi być słodki, przyniesione dobra takie właśnie były. 
Przyjęte kalorie zostały dziś odpracowane na rytualnej, sobotniej trasie przez Bącznik. Zarypiście zimno, może nie tyle z powodu temperatury, co przenikliwego wiatru na odkrytym terenie. Tego było niewiele, ale półkilometrowy odcinek przez most na Inie dało się odczuć. Byłoby gorzej, gdyby nie biała kamizelka PZU, jaką na siebie wrzuciłem, mimo że dzień. Cienka, ale gęsto utkana, dobrze zabezpieczała przed wiatrem. Ola miała dobry pomysł, bo często się wybieram na treningi ubrany średnio stosownie; nie to, że brakuje elegancji w postaci krawata czy żabotu. Brakuje sensu. Kobiece oko bywa wtedy nieocenione.
Tym razem buty dobrane prawidłowo. Podłoże twarde, miękkie pegasusy były w sam raz. Zrezygnowałem z biegu przez las, od Zabrodu do Goleniowa pociągnąłem asfaltem. Dziś ruch był praktycznie żaden, nie trzeba było skakać na pobocze unikając zderzenia z wiejskimi bolidami. Można było trochę wydłużyć krok, przyspieszyć tempa i nie bać się, że się człowiek wypierdzieli na banalnym korzeniu na leśnej ścieżce. Uwinąłem się w dwie godziny, wliczając krótki postój przy konikach w Łęsku i przejście spokojnym krokiem paruset metrów w Bolechowie. Żadnego zmęczenia, żadnych nieprzyjemnych konsekwencji - super. 
Wreszcie czuję, że waga mi spadła. 3-4 kilo mniej, nic tłustego nie trzęsie się już na brzuchu i na biodrach, legginsy przestały się zsuwać z brzucha, a jeansy, dotąd opięte jak sznurek na baleronie, stały się luźne. Brzuch prawie płaski, a więc jeszcze nie płaski, ale to już nie jest samara z okolic świąt!


W nagrodę za rzetelny, nieudawany trening, kolacja z górnej półki. Świeże, holenderskie mule zrobione a la mariniere, a więc w najprostszy i dlatego najlepszy sposób: oliwa, białe wino, w tym podgotowana drobno pokrojona cebula, wrzucone mule, po pięciu minutach solidnie posypane świeżą, posiekaną pietruszką, wstrząśnięte ale nie zmieszane - et voila, gotowe. Do tego stawia się koszyczek pokrojonej bagietki i białe wino. Mule są najsmaczniejsze, kiedy muszelki otwiera się palcami, a sympatycznego małżyka wyciąga się językiem i zębami. Bagietkę się macza w słonej zupie, powstałej z wina, oliwy, wody z małży, cebuli i pietruszki. Jezu, jakie to dobre!! I już niedrogie, bo kilogram muli w Lidlu kosztuje jedynie 3 euro (jak we Francji!), do tego butelka białego wina - i ekstra kolacja na dwie osoby jest za 25 złotych, czyli za 1 pizzę w byle pizzerii. 

Kolejny niebanalny chanteur z Francji. Benabar - postać mi dotąd nieznana - kultywuje kapitalne tradycje śpiewania piosenek z tekstem. To, co śpiewa, jest dowcipne, lekkie ale inteligentne, napisane pięknym językiem, a wykonane precyzyjnie i z jajem. Ma świetne teledyski: proszę zwrócić uwagę, że nikt tam bez sensu nie kręci dupami, coś się naprawdę dzieje, a obraz ma związek z tekstem piosenek (ok, to akurat nie każdy doceni :)  ), urocze jest nawiązanie do kabaretowej aranżacji. Dla przykładu piosenka o urokach Paryża nocą, ze specjalną dedykacją dla państwa MiLK ;) Paris by night 

Pałowanie z Orange się rozkręca. Sprawa zgłoszona na policję pod hasłem 'kradzież', dotarłem też do osób z Warszawy, którym mogłem wreszcie zadać parę prostych pytań z niełatwymi odpowiedziami. Lekka panika, zaraz zaczęły się telefony, przepraszanie i zapewnianie, że już, że natychmiast w poniedziałek rano będę miał na koncie pieniądze z odsetkami i wszelkimi kosztami. Na koniec zadzwoniła jednak do mnie pewna śmiała pani z sugestią, że to jednak moja wina, bo trzy dni za późno oddałem ten cały cholerny sprzęt do połączenia z Neostradą a na pewno winne są panienki z punktu w Goleniowie, bo powinny były to zauważyć. Panią spławiłem, po czym kolejny raz udałem się do goleniowskiego punktu Orange. Powiedziałem dziewczynom, że bohaterowie z Warszawy wymyślili sobie, że to one są winne - niech wiedzą, dla jakiej szmaciarskiej firmy pracują. Jeszcze raz wszystko sprawdziliśmy - babina z Warszawy łże jak bura suka, sprzęt zdany w terminie. Zadzwonię do francy w poniedziałek, powiem parę szczerych słów.

czwartek, 22 stycznia 2015

I po zapisach

15 km

Ubawiło mnie tempo, w jakim zapełniała się lista startowa na "Setkę Progdariusza". Pierwsze zgłoszenia były już w pierwszej minucie po północy, o 0.05 było już 37 nazwisk, o 0.08 - 50 zgłoszeń, a po pierwszym kwadransie - 62 osoby. Kiedy szedłem spać, zgłoszeń było coś z 80. Rano przed godziną dziewiątą zajrzałem ponownie - setka wpisów, zgłoszenia zamknięte. Pozamiatane. A koło południa przyszedł do mnie taki jeden, co to chciał się wyspać i pyta, czy by się nie dało, żebym porozmawiał z Darkiem, może jedno miejsce się znajdzie?... 

Gazeta zakończona około 13, wyrobiłem się bez kłopotu. Mniejszy z tym problem, niż mi się wydawało. Potem trzeba jeszcze było objechać parę miejsc i pogadać w sprawie tematów do przyszłej gazety. W las wyruszyłem prawie o wpół do czwartej, pomyślałem, że można by oblecieć nieco większy niż zwykle kawałek, więc obiegłem Górę Lotnika, potem w stronę "trójki", powrót do wiaduktu, a stamtąd już normalnie, wzdłuż torów do przejazdu na Żerowmskiego i kierunek - dom. Zapadający o 17 zmrok zastał mnie na skraju lasu, zdążyłem.
Znów trafiłem na piękne stado jeleni, tym razem nie było w nim żadnego rogacza. Pewnie pogubiły poroża, trzeba by się któregoś dnia wybrać i pochodzić po lesie w poszukiwaniu wieńców. Mogą być całkiem ładne.

Wieczorem sprawdziłem konto. Oczywiście, cholerni złodzieje z Orange pieniędzy nie oddali. Jutro rano składam zawiadomienie na policji o włamaniu na konto i kradzieży pieniędzy. Przejdę się też do Irenki Henkelman, w końcu rzecznik praw konsumentów jest akurat na takie okoliczności. Naturalnie, temat przeciągnę przez GG, a na początku tygodnia wrzucę do Kuriera. 

środa, 21 stycznia 2015

Wku...w

11 km

Całodzienne siedzenie w redakcji i praca nad piątkowym numerem GG. Pisanie tekstów, ale przede wszystkim robota redaktorska - dużo trudniejsza, niż jeszcze parę miesięcy temu, bo gazeta jest obszerniejsza. Wcześniej dało się ją złożyć w jeden dzień, teraz potrzebne są dwa. Ale dziś udało się zrobić więcej niż połowę, jutro pewnie bez problemu skończymy. Będę miał wyobrażenie, jak teraz to robić.
Bieg po tej samej trasie, co wczoraj. 11 km crossu, warunki nieco gorsze, bo popadało i ścieżki rozmiękły. Bez ciśnienia na rezultat, bo dziś miał to być relaks po intensywnej pracy. Godzinka z paroma minutami jak na dzisiejsze warunki nie jest złym wynikiem.

A pod wieczór wkurw. Firma Orange wyprowadziła mnie z równowagi i podniosła ciśnienie. Gnojki, ukradli mi 9 stów z konta. Pobrali sobie opłatę za sprzęt do Neostrady, który zwróciłem i mam na to potwierdzenie. Paręnaście dni temu przysłali mi wezwanie do zapłaty, sprawę wyjaśniałem, miał zapanować porządek. Jak widać, porządek w rozumieniu profesjonalistów z Orange oznacza to samo, co złodziejstwo.
Zastanawiam się, co dalej z tym zrobić. Chyba zgłoszę sprawę policji, niech gliniarze trochę popiszą, a łachmyty z Orange niech się tłumaczą. Ostatecznie i tak sprawę umorzą, ale co sobie popiszą, to popiszą. 

wtorek, 20 stycznia 2015

Dzień bez ciśnienia

11 km

Dzisiaj wyraźnie już poczułem, że dzień jest dłuższy. Na leśną trasę ruszyłem dokładnie o 15.10, jak pociąg do Yumy, a choć specjalnie się nie spieszyłem, to gdy dobrą godzinę później wybiegałem z lasu, wciąż było widno. W domu sprawdziłem - zachód słońca jest już później o 38 minut. 
Przymierzałem się do biegu z rana, ale pogoda była tak podła, że wszelka ochota mi odeszła. Ciśnienia praktycznie nie było, nawet dwie kawy walnięte jedna po drugiej nic nie dały. Podziwiałem, że mimo to byli jednak chętni do rannego biegania. Najwidoczniej mniej wrażliwi na parszywe ciśnienie.

Rano dokładnie obszedłem bieżnię in statu nascendi. Pomyślałem sobie, że zanim spadnie pierwszy większy śnieg, warto się rozejrzeć za bezpiecznym kawałkiem gruntu do pobiegania nawet w ciemnościach. I wychodzi mi, że niedokończona bieżnia, na której do wiosny nic się nie będzie działo, jak najbardziej się nadaje. Jej stan jest nie gorszy, niż przed przebudową, a chyba nawet lepszy, bo nie widać kałuż nawet tuż po deszczu. Wprawdzie to oficjalnie teren budowy, ale chyba nie ma się co przejmować, przecież nie rozstrzelają (chyba...). Na pewno przyjdzie jakiś tamtejszy panjanek i będzie próbował przeganiać, ale spokojnie można go zignorować. 

Informacja bezpośrednio od prezesa PMT w odpowiedzi na liczne pytania, od której będzie się można zapisywać na jego jubileuszowy maraton 16 maja. Informacja jest konkretna, dokładnie od pierwszej sekundy czwartku 22 stycznia, kiedy to sławny Progdariusz się narodził. I nie ma sensu zwlekać w nadziei, że komuś przypadnie numer 100. Prezes, jak zwykle jednogłośnie i bezapelacyjnie, numer 100 przydzielił sobie. 

Można się już zapisywać na maraton u Mańka w Jastrowiu. Zapisany, Maniek potwierdził. Jak wynika z tego, co do mnie znajomki piszą, nie tylko ja na ten pomysł wpadłem. Tak więc 28 marca Jastrowie - prawdziwy początek sezonu. Otwarte pytanie, czy to będzie początek wiosenny jak przed rokiem, czy też ostro zimowy jak dwa lata temu? Nie ma natomiast wątpliwości, co będzie na obiad. Zawiódłbym się, gdyby nie było kotleta schabowego w nostalgicznym stylu lat siedemdziesiątych, z rosołem wcześniej i kompotem na koniec. 

Przypomniałem sobie, że pora zapłacić za prawo biegania w Kołobrzegu. Zapłacone.

niedziela, 18 stycznia 2015

Wybieganie

20 km, przedwczoraj 11.

Rześki poranek. Bezchmurnie, bezwietrznie, lekki mrozik, który wczorajszą wieczorną mgłę przemienił w szadź. Parę po 10, kiedy ruszałem na trasę, wszystko wokół było jeszcze szarobiałe. Ziemia w lesie zmarznięta, twarda, równie twarde brooksy niekoniecznie mi się sprawdzały - za mała amortyzacja, po paru kilometrach zaczęła pobolewać prawa pięta. Nie było to jednak coś gmatwającego plany, jedynie psuło przyjemność z zimowego, niedzielnego biegu.
Krótka przerwa na moście przed Bącznikiem. Woda wysoka, ładnie teraz widać zarośnięte już starorzecza - dawne koryto Iny. Kiedy woda wzbiera, natychmiast odnajduje stare nurty. Dopiero wtedy widać, jak krajobraz się zmieniał, niekoniecznie zresztą było to dawno. Jeszcze na mapach sprzed niecałych stu lat widać, że dzisiejsze starorzecze na wysokości Góry Lotnika było czynnym fragmentem koryta rzeki. A przy betonowym moście w okolicy Bącznika widać, że na sporym odcinku rzeki koryto przesunęło się już o ponad połowę szerokości, wszystko to stało się przez około 20 lat.
Za Zabrodem skręt w las, nad brzeg Iny. Na szczęście, ten szlak jest w dobrym stanie, nierozjeżdżony przez ciężarówki z drewnem. Trzeba będzie poszukać w miarę wygodnej ścieżki od Zabrodu do mostu w Bączniku. Sądząc po zdjęciach satelitarnych, da się wytyczyć wygodny szlak biegowy na skraju doliny Iny. Kłopot będzie mniej więcej w połowie drogi między mostem i Zabrodem, gdzie jest duże starorzecze wymagające obejścia. 

W piątek rozdano statuetki "Barnima". Jedną dostał wicemistrz z Zurychu. Odbierająca ją siostra wicemistrza odczytała podziękowania dla różnych osób, o których laureat pomyślał, że coś im zawdzięcza. Wynika, że Sebastianowi, który w ciągu roku wsparł wicemistrza niemałą kwotą 15 tys. zł, ten nic nie zawdzięcza. Nie padło "dziękuję". Ciekawe, ile trzeba dać, żeby usłyszeć to magiczne słówko?

środa, 14 stycznia 2015

Vectry nie ma

12 km

Wiosna idzie jak nic, bo przecież w ponurą zimę tak udanego treningu nie da się zrobić. Rozgarnąłem zawodowe sprawy na boki i w las zapuściłem się już przed 14, by nie musieć z niepokojem patrzeć w niebo, czy tam jeszcze jest kawałek światła. Od początku para w kotle, zero dolegliwości, więc trening na wysokich obrotach: długi krok, niezła szybkość. Runda dokładnie taka sama, jak wczoraj. Czas w przybliżeniu 1.07, więc zupełnie nieźle jak na leśny teren, gdzie z definicji biegnę wolniej, niż po asfalcie, a do tego była dwuminutowa przerwa na wysokości Góry Lotnika i sesja fotograficzna w miejscu, gdzie stała vectra. Pierwszy raz od paru miesięcy nie było żadnych ograniczeń, dało się nieco przycisnąć tempo, a efekt był wyraźny.
Wziąłem aparat, żeby zrobić fotki vectry. I oczywiście niemieckiego złomu już nie było, zapewne dziś został z lasu wywieziony. Czas był na to, bo samochód zaczął się obracać w g..., lada dzień ktoś wpadłby na pomysł, żeby wylać olej na ziemię, a wrak podpalić. Na szczęście, niemieckie ścierwo zabrano, pewnie na koszt nadleśnictwa. Zostało tylko nieco potłuczonego szkła.
Czas siąść i zapisać się na występy w pierwszej połowie roku. Parę medali się należy: Jastrowie i Stargard są pewne, Paris aussi, pewnie znów podjedziemy do Kołobrzegu, no i oczywiście urodziny prezesa ProGDariusza trzeba uczcić maratonem; mam nadzieję, że przez miesiąc dojdę do siebie po paryskim występie. A co do reszty - trzeba się wczytać w propozycje na maratonachpolskich.pl