niedziela, 12 maja 2013

Ulgowa piątka

5 km

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów - na bieżni. Pod wieczór pogoda się skiepściła, popadało nieco, nie chciałem ryzykować zmoczenia zimnym deszczem. Na bieżni byłem sam, warunki wręcz luksusowe, żużel wilgotny, dobra przyczepność. Zrobiłem pięć kilometrów, uprawniających do wypicia wieczornego piwka "Noteckiego". Dawka ulgowa, niech trochę odpocznę po wczorajszym zdrowym przydziale wysiłku.

Zauważyłem ciekawe zjawisko: rowerzyści ze słuchawkami na uszach. Patrzę i trudno mi uwierzyć, że można robić coś podobnie głupiego. To przecież oznacza kompletny brak kontaktu słuchowego z otoczeniem, brak podstawowych informacji o tym, co dzieje się wokół, a w szczególności za plecami. To znacząco podnosi ryzyko jazdy rowerem. Ciekawe, czy to jest zgodne z przepisami, bo przecież nie wolno prowadzić samochodu mając na uszach słuchawki.

Nabieram ochoty na tę Nową Sól. Na liście startowej znalazłem jeszcze Roberta i chłopaka z Goleniowa. Trzeba pogadać, żeby koszty wyjazdu obniżyć.

sobota, 11 maja 2013

Półmaraton w kajaku


16,5 km, kajak
10 km bieg
Dziki kanał

Wyjątkowo późny pierwszy w tym roku wypad na kajak. Były lata, że pierwszy wyjazd na jeziora odbywał się w połowie marca, ale w tym roku zima była konkretna. Dziś jednak się skusiłem, start w Lubczynie, trawers jeziora aż do kanału Leśniczówka łączącego je z Odrą, przepłynięcie kanału, po czym w stronę morza torem żeglugowym (nie do końca to zgodne z przepisami, ale dotąd nikt się nie czepił). Podpłynąłem do Świętej, nawrót w stronę betonowca, potem powrót do Lubczyny. 
Chwilę potem - w porcie
Ciekawy byłem, w jakiej będę formie, długo w kajaku nie siedziałem. Było w porządku, jezioro przepłynąłem bez chwili przerwy, w dobrym tempie i dobrej kondycji, choć pod wiatr. Kanał zrobiłem powoli i w ciszy, bo zdarza się tam natknąć na bobry, jelenie, dziki, nawet bieliki. Tym razem nikt mnie nie witał. Na Odrze też cicho i pusto, nie płynęła żadna większa jednostka, co zazwyczaj ubarwia wyprawę niezłym bujaniem. Nie udało mi się też trafić na fokę, jaka zalęgła się na jeziorze w okolicy betonowca.
Nie wiem jeszcze, czy wyskoczę na jakiś bieg. Chciałbym wpaść na koncert zespołów ukraińskich w GDK, a potem na piekielnie ciekawe przedstawienie w Bramie: chłopak kupił kiedyś na bazarze kilkadziesiąt amatorskich taśm filmowych, zaczął je analizować, ustalił autorkę filmów, odtworzył historię jej życia, a nawet ją odnalazł w jakimś niemieckim domu starców. Na koniec zrobił fascynującą opowieść o życiu. Raz już to widziałem, chciałbym zerknąć jeszcze raz.

Uzupełnienie: w końcu zrezygnowałem z części koncertu, obskoczyłem wczorajszy szlak. Na długiej prostej w parku sprawdzałem, jakie tempo jestem w stanie wytrzymać przez dłuższy czas bez przyspieszonego oddechu. Wychodzi, że między 5:10 a 5:20, wedle stanu na dzisiaj. Bieg w tempie 5:00 i szybciej już mi oddech przyspiesza, a to znaczy, że nie ma co liczyć na przebiegnięcie z taką szybkością maratonu. Ale rezerwy są. ;)

piątek, 10 maja 2013

Replay

10 km

Wczorajsza trasa, spodobała mi się. Dobrze jest co pewien czas coś zmienić. Nic gorszego, jak wiedzieć, co będzie za 100 m, za 200 czy 300.
W parku znów nieco podgoniłem. Pierwszy kilometr z prędkością 5:00, drugi i trzeci po 4:38 na km. W tym tempie dam radę przebiec 3 km, ale nie ma mowy, by zrobić 42. Dzisiaj. Zobaczymy, co będzie za jakiś czas.
Parę dni ciepła, wiosna nagle eksplodowała zielenią. Znienacka na drzewach i krzakach pojawiły się gęste liście, świat zmienił wygląd. Na szczęście, gorąco ustąpiło, burze doprowadziły powietrze do przyzwoitego stanu: jest chłodne i wilgotne, pięknie pachnie z rana. Jest dobrze.

czwartek, 9 maja 2013

Byłem szefem stada

10 km

Dobrze jest przełamać niechęć do ruszenia tyłka z kanapy. Owa niechęć opadła mnie po całym dniu w redakcji, gdzie zajmowałem się dziś przygotowaniem numeru Gazety Goleniowskiej. Jak zwykle, nie za bardzo było z czego to zrobić. Fotograf narobił sporo zdjęć, 99 procent do skasowania bez oglądania. Narastała we mnie złość, bo oczywiście musiałem się ratować własnymi zdjęciami, które na szczęście (i w przewidywaniu tego, co się zdarzyło) zrobiłem. Złość przeszła we wkurwienie, kiedy nakryłem Zawadzkiego na kradzieży tekstu. Stary dziadyga skopiował informację przygotowaną przez miłą panią sekretarz gminy ze Stepnicy i - gnojek jeden - podpisał to swoim nazwiskiem. Poznałem, bo: 1/ nie był to styl pisania Zawadzkiego; 2/tekst był bez błędów ortograficznych - rzecz poza zasięgiem tegoż pana; 3/nawet czcionka była taka, jakiej on nie używa. Dziad najpierw mi wpierał, że to on sam pisał, potem jednak się przyznał do kradzieży.
Tekstów też oczywiście było za mało, na szczęście to też przewidziałem. Weekend spędziłem tam, gdzie coś się działo, dlatego jutro w gazecie będą głównie moje teksty i zdjęcia. Serdecznie polecam ;)
Tak więc kiedy już się przełamałem, ruszyłem w plener. Dobiegłem do torów, przeskoczyłem, a tam napotkałem cztery konie z pobliskiej stadniny. Wybrały się zobaczyć, co słychać w lesie. Obwąchały mnie, po czym lekkim kłusikiem ruszyły za mną. Musiało to ciekawie wyglądać: ja na przedzie, za mną gęsiego cztery konie. Biegły tak ze mną ze dwa kilometry, po czym skręciły w kierunku stadniny. Muszą dobrze znać drogę, pewnie nie pierwszy raz ruszały na spacerek po lesie.
Zmieniłem trochę trasę, pobiegłem starą asfaltową drogą przez las, którą w latach '70 wożono żwir na budowę nasypów w rejonie wiaduktu nad torami na "trójce". Ponownie przeskoczyłem tory, a w parku przemysłowym na prostej nieco podgoniłem tempo. Pierwszy kilometr w czasie 4:47, drugi 4:38, na trzecim nieco zwolniłem, ale zdziwiłem się mile, kiedy sprawdziłem czas: 4:41. Niby tylko trzy sekundy różnicy, a ów kilometr zrobiłem bez zadyszki, na luzie, w odróżnieniu od poprzedniego. Znaczy, że trzeba pobiegać trochę właśnie w okolicy 4:40 na kilometr. Bieganie w tempie 5:20-5:30 zdecydowanie mnie rozleniwiło ;).
Ciekawy był efekt tego "przedmuchania zaworów" na prostej w parku. Ostatnie dwa kilometry przebiegłem w tempie około 5:00 na kilometr, a miałem wrażenie, że biegnę omalże truchtem, bez żadnego wysiłku. Znaczy, że trzeba częściej 'przygazować' i obudzić organizm ze snu zimowego. Wszak wiosna!

środa, 8 maja 2013

Duchota

Wczoraj 13 km
Dziś 7 km

Wczorajsza trasa wyjątkowo ciężko szła. Pogoda nienadzwyczajna, duszno i parno, na pewno to nie zachęcało do wysiłku. Zmusiłem się, dokończyłem bieg, w garażu wypiłem prawie całą butlę wody. Ciężko i nieprzyjemnie.
Dziś odmiana. Przeszła w dzień  burza, trochę popadało. Nadal parno, ale przynajmniej powietrze nieco świeższe i pachnące wiosną. Wybrałem się do parku przemysłowego, ale trasę skróciłem, zamiast tłuc kilometry przebiegłem się nieco szybciej, wychodząc z ustalonego rytmu 3/3. Jak to ktoś napisał, żeby biegać szybciej, trzeba po prostu biegać szybciej. Popróbuję.

Jutro idę złożyć wniosek o zgodę na zainstalowanie bazy przed urzędem na czas trwania biegu 27/27. Do imprezy zostało półtora miesiąca, czas wszystko ogarnąć.

Młody zapisał mi się na Maraton Puszczy Goleniowskiej. Jak sądzę, chodzi mu o "dyszkę". Miło, że budzi się w nim biegacz.

poniedziałek, 6 maja 2013

Zaczynam mieć dość lata

10 km

Zaczyna się robić gorąco. Jeszcze miesiąc temu wydawało się, że nie może być nic przyjemniejszego. Każdy powyżej uszu miał zimy, szarzyzny, monotonii i ciemności. Ale zaczyna się czas upałów, much i robali, piaszczystych dróg w lasach, suchości w ustach i myślenia o tym, żeby wreszcie dobiec i móc się napić. W sumie nie wiadomo, co lepsze, zima czy lato. ;)

Rajd po górkach w okolicy Góry Lotnika. Trzeba zmienić trasę, bo bieganie po sypkim piachu jest wyczerpujące i bardzo obciąża układ ruchu. Asfalt, mimo wszystko, jest zdrowszy.

Rozważałem start pod koniec miesiąca w półmaratonie w Tarnowie Podgórnym. Za wiele sobie liczą, stówa za półmaraton to przesada. Ale dzień wcześniej jest półmaraton w Nowej Soli, wpisowe 30 zł. Może tam?

niedziela, 5 maja 2013

Goleniów-Łęsko-Goleniów

19 km

Do niedawna drażniło mnie utwardzanie leśnych dróg gruzem i szutrem. Las to las - myślałem, nie ma co tam robić autostrad. Ale teraz doceniam, że nawierzchnia jest w miarę równa i stabilna, nie robią się tam kałuże i nie grzęźnie się w osypującym się piachu. Co tu kryć: jest wygodniej. Niech utwardzają.
Przed południem dłuższa wycieczka przez Łęsko i Bącznik. Jeszcze nie jest gorąco, nie czają się na człowieka różne robale, ale butelka wody zabrana na drogę zdecydowanie się przydała. Przyjemnie popatrzeć na zieleniejący już las, kończy się półroczna szarzyzna i zimnica. Wiosna.

Młody do Poznania zabrał ufundowane przez rodzicieli buty biegowe, spodenki, koszulkę i bluzę. Miejmy nadzieję, łyknął bakcyla na dobre. 

sobota, 4 maja 2013

Odhaczone z rana

12,5 km

Trening zaraz po porannej kawie i lekturze pierwszego rozdziału grubej książki o historii Londynu. Jeszcze chłodno było, żeby nie zmarznąć - trzeba się było ruszać, ale przecież właśnie po to opuściłem zacisze domowe. Najpierw drogą na Lubczynę, potem przez park przemysłowy, do parkingu na "trójce". Tam mnie zaczepił gość, którego pewnie wolałbym nie spotkać nocą w ciemnej uliczce. Gość zagadał do mnie życzliwie: to co, maraton? Co jest, na czole mam wypisane te maratony? - pomyślałem sobie. Na czole nie, ale na koszulce z poznańskiego maratonu jak najbardziej, gość to przeczytał i uznał, że jestem w porządku. Pogadaliśmy chwilę, gość wyraził podziw, przybiliśmy potem piątkę, przeskoczyłem ekspresówkę i ruszyłem w las.
Zaraz biorę młodego, jedziemy do Decathlonu po buty i ciuchy do biegania. Po południu w Kliniskach Albercik zwołuje posiedzenie z okazji zrobienia Korony Maratonów Polskich, zdaje się, że i Damian zostanie koronowany. Pięknie. Wstyd by było nie pojechać. Pomyślą, że zazdroszczę ;)

Właśnie wróciliśmy z Klinisk, korona Albercika ochrzczona. Damian na swoją musi jeszcze chwilę poczekać, został mu jeszcze do zaliczenia Wrocław we wrześniu.

piątek, 3 maja 2013

Połowa weekendu

10 km

Wczoraj wolne, dziś przed południem wypad do parku przemysłowego. Po równej drodze, w spokojnym tempie. W drodze powrotnej 3 kilometry w szybszym tempie, rzędu 5:05 na kilometr, bo trzeba nieco poćwiczyć szybkość. 
Michał, przez nikogo niepoganiany, wybrał się dziś z kumplem na bieg. Zrobili 7,5 km. Kumpel trochę zryty, Michał nie narzeka. Pora porozmawiać, podsunąć parę wskazówek, żeby to jego bieganie miało sens, efekty i żeby nie skończyło się rozczarowaniem.

środa, 1 maja 2013

Święto Grilla

12,5 km

1 Maja, Święto Spieczonej Kiełbasy. Po Polsce zaczyna się snuć odór przypalonego na grillu tłuszczu, zwęglonej kiełbasy, zeschniętej w podeszwę karkówki. Naród zgłodniały wiosennych rarytasów grilluje zawzięcie. 
Nastrój udzielił się i rodzince. Popołudnie spędziliśmy na działce Babci Jadzi, wciągając kiełbaski, kaszankę i karkówkę. Skusiłem się na kiełbasę i kaszankę, karkówkę już sobie odpuściłem, bo wiem, co by się działo na wieczornym biegu. Piwko też tylko jedno. I to się opłaciło, bo dzięki wstrzemięźliwości bieg nie wiązał się z pieczeniem w żołądku i innymi sensacjami. Kolacyjka już spokojniejsza: twarożek, pomidorki, porterek.
W południe spotkanie z Piotrkiem, zrelacjonował mi spotkanie u burmistrza w sprawie bieżni. Oczywiście, Jacek Kostrzeba zgłosił postulat budowy bieżni sześciotorowej, z nawierzchnią  gorszej jakości ("To się poprawi za 15 lat..."). Kostrzebę wyśmiano po interwencji Piotrka, który stanowczo optował za obiektem czterotorowym. Bieżnia będzie więc miała cztery tory, za to z nawierzchnią typu 'mondo', podobno obecnie najlepszą w świecie. Czemu nie, nie mam nic przeciw nowoczesności w domu i zagrodzie. 

Wieczorny bieg przyjemny wielce, choć było chłodno. Najpierw Góra Lotnika, potem przeskok przez "trójkę" na wysokości parkingu. Coś tam pokrzykiwał 'krokodylek', ale go zignorowałem, gość nie miałby szans mnie dogonić. Potem klasyka: park przemysłowy, wiadukt, droga lubczyńska i wreszcie kierunek - dom. 

Mam wrażenie, że ostatnio nieco przybrałem na wadze. Postanowienie na tę okoliczność: zero słodyczy. Pierwszy dzień za mną, bohatersko omijam napoczętą przez Oleńkę czekoladę, udaję, że nie widzę stert słodyczy w dziennym pokoju.