10 km
Po wczorajszej, zdrowej dawce, można było zakładać, że dziś będę chodził na rękach. Założenie błędne: samopoczucie doskonałe, żadnych dolegliwości. Nosiło mnie od rana, nie był sensu się zmuszać do siedzenia w domu, gdy pogoda cudna, a żurawie drą się nad głową. Dyszka zrobiona w tempie relaksowym, bez patrzenia na zegarek, bez zadyszki. Ot, taki szybszy spacerek przed obiadem, skromnym z konieczności, bo w lodówce zrobiło się pusto (Ola od czwartku na wyjeździe, a mnie się nie chce wiosłować w garach).
Umówiłem się wczoraj z chłopakiem z Nowogardu, że mi podeśle fotkę z akcji "Nowogard biega", przy pomocy której próbuje rozruszać miasto. Nowogard jednak niespecjalnie chce biegać, na wspólny trening przybyły jedynie trzy osoby plus organizator akcji. Ale, jak mówi, się nie załamuje, nie zrezygnuje tak łatwo.
Kolejny dowód na to, że Nowogard leży nie o 20 km, a o lata świetlne od Goleniowa. Dziwne miasto.
Za 3 tygodnie pierwszy start, Bieg Zaślubin w Kołobrzegu. 18 osób z Goleniowa, 4 z Klinisk, 2 z Maszewa i 1 z Nowogardu. Wśród goleniowian dominuje Hanza, aż osiem razy ten szyld wisi na liście startowej. PMT tylko jeden raz. Kurka, hanzowcy nakryją mnie czapkami... :(( Ale za to na liście maratonu w Nicei nie ma ani jednego! :))
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
niedziela, 23 lutego 2014
sobota, 22 lutego 2014
Wybieganie
25 km
Było, jak przypuszczałem. Wczorajsze wieloskoki nie polepszyły stanu ścięgien Achillesa, rano dawały o sobie znać. Zastanawiałem się nawet, czy by przypadkiem nie zrezygnować z dzisiejszego treningu. Ostatecznie trening się odbył, na trasie, z której w razie czego można się było wycofać w połowie. Wytrzymałem.
Na początek rozważanie nt. stroju. Wyjście na balkon sugerowało bieg na krótki rękaw. Dobrze jednak, prócz wychylenia się na balkon, wynieść na przykład śmieci. Tak zrobiłem i zweryfikowałem poziom optymizmu. Był kompromis: góra na długi rękaw z podkoszulkiem, dół to krótkie spodenki, ale w połączeniu z długimi skarpetami narciarskimi. I ten zestaw świetnie się sprawdził, nawet skarpety, które wprawdzie szybko mi się zsunęły z łydek, ale dzięki temu jeszcze lepiej ocieplały achillesy.
Najpierw bieg wzdłuż Iny do mostu na S3. Skręt w lewo, do Domastryjewa, potem lasem do GPP, trzy kilometry ulicą Prostą, skok na drugą stronę torów, przejście pod wiaduktem, po czym zanurzenie w las i dalej w stronę leśniczówki Łęsko. Trzy mosty, skręt do Bącznika, tam krótkie starcie z sobakami (jedna trafiona, reszta zaraz się zmyła), do Bolechowa, potem asfaltem do Zabrodu, za przysiółkiem znów zanurzenie w leśne ostępy i wybiegnięcie na drogę tuż przed starym basenem. Potem standard: do ronda, w lewo przez most, na koniec znów bieg brzegiem rzeki aż do ul. Szczecińskiej. Dokładnie 25 km.
Nie powiem, naorałem się. Ciężkie było ostatnie 5 km, kiedy wyraźnie już czułem skutki braku picia i utraty elektrolitów. Mniej, niż zakładałem, dokuczały achillesy, ale to one były głównym ograniczeniem w czasie biegu. Stanowczo trzeba wykreślić z treningu wieloskoki, nie ma sensu szarpać ścięgien, które i tak dostają nieźle.
Obawiałem się trochę leśnych odcinków, bo kiedy przyczepy achillesów pobolewają, każda nierówność jest niemiło odczuwana. Obawy były zbyteczne, drogi w lasach są teraz w świetnym stanie, ubite i równe, wilgotne, więc biegnie się naprawdę dobrze. W lasach już ani śladu po zimie, leszczyna kwitnie, przebiśniegi dawno wylazły, a nad głową przez cały trening miałem krążące wysoko żurawie, głośno krzyczące. Żurawie swoje wiedzą, bez powodu się nie meldują. Z miasta wywiało też dzikie kaczki, które mają świetne wyczucie pogody: póki grozi zima, siedzą przy ludziach licząc na łaskawy chleb. Jak tylko ryzyko mrozów znika - kaczki znikają także. Bądźmy więc dobrej myśli.
Zapisałem się na maraton z Nicei do Cannes.
Było, jak przypuszczałem. Wczorajsze wieloskoki nie polepszyły stanu ścięgien Achillesa, rano dawały o sobie znać. Zastanawiałem się nawet, czy by przypadkiem nie zrezygnować z dzisiejszego treningu. Ostatecznie trening się odbył, na trasie, z której w razie czego można się było wycofać w połowie. Wytrzymałem.
Na początek rozważanie nt. stroju. Wyjście na balkon sugerowało bieg na krótki rękaw. Dobrze jednak, prócz wychylenia się na balkon, wynieść na przykład śmieci. Tak zrobiłem i zweryfikowałem poziom optymizmu. Był kompromis: góra na długi rękaw z podkoszulkiem, dół to krótkie spodenki, ale w połączeniu z długimi skarpetami narciarskimi. I ten zestaw świetnie się sprawdził, nawet skarpety, które wprawdzie szybko mi się zsunęły z łydek, ale dzięki temu jeszcze lepiej ocieplały achillesy.
Najpierw bieg wzdłuż Iny do mostu na S3. Skręt w lewo, do Domastryjewa, potem lasem do GPP, trzy kilometry ulicą Prostą, skok na drugą stronę torów, przejście pod wiaduktem, po czym zanurzenie w las i dalej w stronę leśniczówki Łęsko. Trzy mosty, skręt do Bącznika, tam krótkie starcie z sobakami (jedna trafiona, reszta zaraz się zmyła), do Bolechowa, potem asfaltem do Zabrodu, za przysiółkiem znów zanurzenie w leśne ostępy i wybiegnięcie na drogę tuż przed starym basenem. Potem standard: do ronda, w lewo przez most, na koniec znów bieg brzegiem rzeki aż do ul. Szczecińskiej. Dokładnie 25 km.
Nie powiem, naorałem się. Ciężkie było ostatnie 5 km, kiedy wyraźnie już czułem skutki braku picia i utraty elektrolitów. Mniej, niż zakładałem, dokuczały achillesy, ale to one były głównym ograniczeniem w czasie biegu. Stanowczo trzeba wykreślić z treningu wieloskoki, nie ma sensu szarpać ścięgien, które i tak dostają nieźle.
Obawiałem się trochę leśnych odcinków, bo kiedy przyczepy achillesów pobolewają, każda nierówność jest niemiło odczuwana. Obawy były zbyteczne, drogi w lasach są teraz w świetnym stanie, ubite i równe, wilgotne, więc biegnie się naprawdę dobrze. W lasach już ani śladu po zimie, leszczyna kwitnie, przebiśniegi dawno wylazły, a nad głową przez cały trening miałem krążące wysoko żurawie, głośno krzyczące. Żurawie swoje wiedzą, bez powodu się nie meldują. Z miasta wywiało też dzikie kaczki, które mają świetne wyczucie pogody: póki grozi zima, siedzą przy ludziach licząc na łaskawy chleb. Jak tylko ryzyko mrozów znika - kaczki znikają także. Bądźmy więc dobrej myśli.
Zapisałem się na maraton z Nicei do Cannes.
piątek, 21 lutego 2014
Wieloskoki niekoniecznie korzystne
10 km
Dziś miały być cztery serie po sześć odcinków wieloskoków, każdy po 60 m. Ćwiczenie, które ma wzmacniać ścięgna i rozciągać wiązadła stawowe. Bardzo szybko się zorientowałem, że to niekoniecznie jest to, co mi teraz jest potrzebne. Wzmacnianie ścięgien, mięśni i wiązadeł jest efektem reakcji na mikrourazy powodowane przez wysiłek większy od dotychczasowego. Moje achillesy nie potrzebują ani mikrourazów, ani tym bardziej urazów, jakich się można nabawić wykonując podskoki. Jedną serię wykonałem, przyznam, że ćwiczenie ma sens, bo faktycznie szybko i skutecznie rozciąga stawy, ale nie spodobało mi się oddziaływanie na ścięgna. O ile przez pierwszą połowę biegu w ogóle ich nie czułem, to już po pierwszej serii wieloskoków poczułem, że je mam. Odpuściłem więc dalsze serie w słusznym przeczuciu, że niekoniecznie dobrze mi to posłuży. Może to sprawiły te wieloskoki, może późniejszy bieg po leśnych górkach - fakt, że o ile rano achillesy nie dawały w ogóle znać o sobie, to teraz je czuję. To nie najlepsza wiadomość przed jutrzejszą dawką, czyli 25-30 km. Ale dam radę.
Dziś otwarcie zapisów do maratonu Nicea-Cannes. Do końca lutego cena promocyjna, 45 €. Jutro się zapisuję.
A teraz parę fotek, które zapewne zachęcą tych, którzy o maratonie na Lazurowym Wybrzeżu myślą "może, kiedyś". Fotki dedykowane są Magdzie G., jak się dowiedziałem - fance Cote d'Azur. Magda, ciśnij! :)
Dziś miały być cztery serie po sześć odcinków wieloskoków, każdy po 60 m. Ćwiczenie, które ma wzmacniać ścięgna i rozciągać wiązadła stawowe. Bardzo szybko się zorientowałem, że to niekoniecznie jest to, co mi teraz jest potrzebne. Wzmacnianie ścięgien, mięśni i wiązadeł jest efektem reakcji na mikrourazy powodowane przez wysiłek większy od dotychczasowego. Moje achillesy nie potrzebują ani mikrourazów, ani tym bardziej urazów, jakich się można nabawić wykonując podskoki. Jedną serię wykonałem, przyznam, że ćwiczenie ma sens, bo faktycznie szybko i skutecznie rozciąga stawy, ale nie spodobało mi się oddziaływanie na ścięgna. O ile przez pierwszą połowę biegu w ogóle ich nie czułem, to już po pierwszej serii wieloskoków poczułem, że je mam. Odpuściłem więc dalsze serie w słusznym przeczuciu, że niekoniecznie dobrze mi to posłuży. Może to sprawiły te wieloskoki, może późniejszy bieg po leśnych górkach - fakt, że o ile rano achillesy nie dawały w ogóle znać o sobie, to teraz je czuję. To nie najlepsza wiadomość przed jutrzejszą dawką, czyli 25-30 km. Ale dam radę.
Dziś otwarcie zapisów do maratonu Nicea-Cannes. Do końca lutego cena promocyjna, 45 €. Jutro się zapisuję.
A teraz parę fotek, które zapewne zachęcą tych, którzy o maratonie na Lazurowym Wybrzeżu myślą "może, kiedyś". Fotki dedykowane są Magdzie G., jak się dowiedziałem - fance Cote d'Azur. Magda, ciśnij! :)
| Jak widać, znak nie wszystkim się podobał... |
| A przy drodze rosną sobie figi... |
| Wbrew pozorom, to Francja |
| Koniec maja, Nicea |
| Widok na port jachtowy w Nicei |
| Stary port, obecnie jachtowy. Nicea |
| Bulwar Anglików, tu będzie start maratonu |
| A to knajpka w ryneczku, na pierwszym planie wino butelkowane dla tej restauracji. Ceny bardzo atrakcyjne |
| Monako, kasyno |
| Monako, w tle półwysep z zamkiem książęcym |
| Winnica w Prowansji |
| Zachód słońca, Nicea |
| Port, Nicea |
| Wioska, Korsyka |
| Widok na zatokę i Niceę |
| Bulwar Anglików, tu będzie prowadzić trasa |
| Tu kopia obrazu pokazującego, jak kiedyś wyglądał widok z tego miejsca. Nicea |
| Pizza w Monako kosztowała 9 € |
| Ogród książęcy, Monako |
| Monako, jakżeby inaczej :) |
| I tu też port księcia |
| A tu księżna |
| Wiadomo |
![]() |
| Nicea, atakujemy mule |
| Prowansja, winnica |
| Wieś w Prowansji. Za dwie kawy i dwa duże kieliszki wina zapłaciłem 4 € |
| Wąskotorówka, którą przyjechaliśmy z Nicei |
czwartek, 20 lutego 2014
10 km relaksu
10 km
Dziś lekko i bez szaleństw, trzeba nieco przystopować, by nie przegrzać obwodów. Dlatego tylko podstawowa trasa, przez las, G. Lotnika i park przemysłowy, a stamtąd najkrótszą drogą powrót do Goleniowa. Najkrótszą drogą z bezpiecznych, a więc leśną przesieką równoległą do drogi asfaltowej. 400 metrów dłużej, za to bez ryzyka, że jakiś debil rozjedzie.
Dziś mi chodziło wyłącznie o zaliczenie trasy, bez żadnego ciśnienia na wyniki i rekordy. Tempo lekkie, w granicach 5:10-5:15 na kilometr. Przed południem pobolewał mnie prawy przyczep achillesa, ale przed biegiem ból znacznie zelżał, był niezauważalny. Nieco wrócił podczas biegu po lesie, znów zanikł, kiedy wybiegłem na asfalt. Podejrzewam, że niekorzystnie wpływają podbiegi na wiadukcie, kiedy ścięgna Achillesa doznają obciążenia znacznie większego, niż normalnie, na równej drodze. Na szczęście, nie widzę tendencji do pogarszania się tej sytuacji. Spróbuję przetrzymać, przy lekkim wspomaganiu farmakologicznym (Movalis). Żadnych leków przeciwbólowych, one niczego nie załatwią, a tylko zaciemniają obraz, dając złudę, że wszystko jest w porządku. Mam nadzieję, że sprawę załatwi zrzucenie paru kilogramów wagi.
A właśnie. Wczoraj przeczytałem wpis na jakimś blogu prowadzonym przez kobitkę biegającą, która zachwala prostą metodę: jedzenie co drugi dzień, ale bez przesady: w dzień głodówki - jeden niewielki posiłek w połowie dnia. Twierdzi, że u niej to zadziałało. Chyba spróbuję; rzecz tym łatwiejsza, że po takim dniu, jak wczoraj, niespecjalnie mi się chce jeść. Dawka wysiłku była na tyle duża, że odebrała apetyt, w związku z tym głodówka nie jest żadnym poświęceniem. Normalnie - nie chce się jeść, i tyle. I jest bonus: na głodniaka naprawdę biega się bardzo przyjemnie. Tak, wiem, przed maratonem trzeba wciągnąć małe co nieco, ale przecież nie biegamy maratonów codziennie. Na 10-20 km wyjść na czczo to naprawdę nie problem.
Jutro otwarcie zapisów na "Marathon des Alpes-Maritimes Nice-Cannes". Zdecydowane:
jedziemy. Nie wiem tylko, czy samolot, czy samochód. Na razie nie ma możliwości rezerwacji lotów na jesień, nie znam więc poziomu cen. Samochód to dość niskie koszty, ale droga daleka i na pewno nie dałoby się wrócić na Milę. Bieg w Nicei jest 9 listopada, a trudno przecież siadać za kierownicę zaraz po maratonie i jechać kilkanaście godzin. Trzymam więc kciuki za LOT, żeby nie wyper...lił się na pysk przed końcem listopada...
Dziś lekko i bez szaleństw, trzeba nieco przystopować, by nie przegrzać obwodów. Dlatego tylko podstawowa trasa, przez las, G. Lotnika i park przemysłowy, a stamtąd najkrótszą drogą powrót do Goleniowa. Najkrótszą drogą z bezpiecznych, a więc leśną przesieką równoległą do drogi asfaltowej. 400 metrów dłużej, za to bez ryzyka, że jakiś debil rozjedzie.
Dziś mi chodziło wyłącznie o zaliczenie trasy, bez żadnego ciśnienia na wyniki i rekordy. Tempo lekkie, w granicach 5:10-5:15 na kilometr. Przed południem pobolewał mnie prawy przyczep achillesa, ale przed biegiem ból znacznie zelżał, był niezauważalny. Nieco wrócił podczas biegu po lesie, znów zanikł, kiedy wybiegłem na asfalt. Podejrzewam, że niekorzystnie wpływają podbiegi na wiadukcie, kiedy ścięgna Achillesa doznają obciążenia znacznie większego, niż normalnie, na równej drodze. Na szczęście, nie widzę tendencji do pogarszania się tej sytuacji. Spróbuję przetrzymać, przy lekkim wspomaganiu farmakologicznym (Movalis). Żadnych leków przeciwbólowych, one niczego nie załatwią, a tylko zaciemniają obraz, dając złudę, że wszystko jest w porządku. Mam nadzieję, że sprawę załatwi zrzucenie paru kilogramów wagi.
A właśnie. Wczoraj przeczytałem wpis na jakimś blogu prowadzonym przez kobitkę biegającą, która zachwala prostą metodę: jedzenie co drugi dzień, ale bez przesady: w dzień głodówki - jeden niewielki posiłek w połowie dnia. Twierdzi, że u niej to zadziałało. Chyba spróbuję; rzecz tym łatwiejsza, że po takim dniu, jak wczoraj, niespecjalnie mi się chce jeść. Dawka wysiłku była na tyle duża, że odebrała apetyt, w związku z tym głodówka nie jest żadnym poświęceniem. Normalnie - nie chce się jeść, i tyle. I jest bonus: na głodniaka naprawdę biega się bardzo przyjemnie. Tak, wiem, przed maratonem trzeba wciągnąć małe co nieco, ale przecież nie biegamy maratonów codziennie. Na 10-20 km wyjść na czczo to naprawdę nie problem.
Jutro otwarcie zapisów na "Marathon des Alpes-Maritimes Nice-Cannes". Zdecydowane:
| Tu, na dole, będzie start maratonu Nicea-Cannes |
środa, 19 lutego 2014
Poprawa
18 km
Achillesowi pomógł Movalis i coś, co poradził mi pewien ortopeda: rozmasowywanie bolącego miejsca i mocne ugniecenie palcem przez 2-3 sekundy miejsca, gdzie najbardziej boli. To coś jakby "wyciskanie bólu" - przyjemność niewielka, ale po tej chwili ostrego bólu następuje wyraźna poprawa. U mnie nastąpiła, więc zgodnie z planem dzisiejsza dawka biegu nieco wydłużona. W planie było do 15 km, ale o 18 nikt się przecież nie obrazi. Większość drogi w terenie, co dla podrażnionego achillesa nie jest luksusem, pod koniec biegu ból się nieco zaostrzył, lecz nie do tego stopnia, by utrudnić czy uniemożliwić bieganie. Teraz też robię sobie masowanie i "wyciskanie". Jutro tylko zwykła dycha, będzie dobrze.
Biegnąc przez park przemysłowy zmierzyłem sobie prędkość biegu, jakim mógłbym pokonać co najmniej parę kilometrów jednym cięgiem. 3 km zrobione w 15:30, a więc 5:10 na kilometr. Po trzech testowych kilometrach oddech do normy wrócił mi praktycznie natychmiast, tętno tuż po zakończeniu biegu było na poziomie 120, po dwóch minutach wróciło do normy. Nie wiem, jak to się ma do standardów, trzeba będzie poszukać. Nie wydaje mi się, żeby było źle.
Może to tylko chciejstwo, ale mam wrażenie, że forma idzie w górę. Mało prawdopodobne, żeby półtora tygodnia pracy na nieco podkręconych obrotach już dało efekt. Odczucie poprawy wynika pewnie raczej z faktu, że zabrałem się za jakąś metodyczną robotę, bieganie jest ukierunkowane. Ale, jak to mówią, tak naprawdę wszystko zależy od tego, co w głowie, a tam jest OK. ;)
Achillesowi pomógł Movalis i coś, co poradził mi pewien ortopeda: rozmasowywanie bolącego miejsca i mocne ugniecenie palcem przez 2-3 sekundy miejsca, gdzie najbardziej boli. To coś jakby "wyciskanie bólu" - przyjemność niewielka, ale po tej chwili ostrego bólu następuje wyraźna poprawa. U mnie nastąpiła, więc zgodnie z planem dzisiejsza dawka biegu nieco wydłużona. W planie było do 15 km, ale o 18 nikt się przecież nie obrazi. Większość drogi w terenie, co dla podrażnionego achillesa nie jest luksusem, pod koniec biegu ból się nieco zaostrzył, lecz nie do tego stopnia, by utrudnić czy uniemożliwić bieganie. Teraz też robię sobie masowanie i "wyciskanie". Jutro tylko zwykła dycha, będzie dobrze.
Biegnąc przez park przemysłowy zmierzyłem sobie prędkość biegu, jakim mógłbym pokonać co najmniej parę kilometrów jednym cięgiem. 3 km zrobione w 15:30, a więc 5:10 na kilometr. Po trzech testowych kilometrach oddech do normy wrócił mi praktycznie natychmiast, tętno tuż po zakończeniu biegu było na poziomie 120, po dwóch minutach wróciło do normy. Nie wiem, jak to się ma do standardów, trzeba będzie poszukać. Nie wydaje mi się, żeby było źle.
Może to tylko chciejstwo, ale mam wrażenie, że forma idzie w górę. Mało prawdopodobne, żeby półtora tygodnia pracy na nieco podkręconych obrotach już dało efekt. Odczucie poprawy wynika pewnie raczej z faktu, że zabrałem się za jakąś metodyczną robotę, bieganie jest ukierunkowane. Ale, jak to mówią, tak naprawdę wszystko zależy od tego, co w głowie, a tam jest OK. ;)
wtorek, 18 lutego 2014
Achillesy nie lubią podbiegów
7 km + 5 km podbiegi
Po wczorajszym nogi nieco sztywne, pobolewa prawy achilles. Plan to jednak plan, nie ma wykrętów. Przed wyjściem w teren tabletka Movalisu, dobre rozciągnięcie mięśni, stawów, ścięgien. Pomogło, cały trening dało się wytrzymać. Najpierw najkrótszą drogą do wiaduktu, po drodze dobrze się rozgrzałem. Całą dziesiątkę podbiegów machnąłem jednym rzutem, bez przerw na odpoczynek. Przerwy nie są konieczne, bo po każdym podbiegu drugie tyle (250 m) to bieg w dół, jest czas na dojście do siebie i powrót do normalnego tętna i takiegoż oddechu. Krótka przerwa po zakończeniu podbiegów, rozciągnięcie stawów kolanowych i skokowych, masaż achillesa, który dostał nieźle w d.. na tych podbiegach. Powrót do domu nieco dłuższą drogą przez las, z obiegnięciem tzw. jeziorka i skokiem za tory.
Ciekawe, w jakim stanie jutro będzie podwozie, 2,5 km biegu pod górę to niezłe obciążenie. Przed tygodniem trochę pobolewało, za drugim razem mniej. Jutro chwila prawdy nt. wpływu tego typu obciążenia na układ ruchu.
Przymierzyłem nowe Nike. Wrażenie - super. Lekkie, na pewno lżejsze od starszego modelu; może to nie najważniejsze, ale dobrze nastawia do modelu +30. Teraz trzeba je rozbiegać, żeby dobrze leżały na stopach, gdy przyjdzie do zawodów. Do tego są po prostu ładne: wyglądają na lekkie, tak samo wyglądają na stopie, na razie nie ma się o co czepiać. Poczekajmy, aż sprawdzą się w polu.
Zostały trzy dni do rozpoczęcia zapisów do maratonu Nicea-Cannes. Długo się zastanawiałem, ale decyzja oczywista: jedziemy. Pierwsze 7 km znam, to Boulevard des Anglais w Nicei, piękna avenue wzdłuż zatoki, w czerwcu ubiegłego roku szliśmy sobie tamtędy z Olą z plecakami... Czemu by nie przebiec tego kawałka i paru dalszych kilometrów do Cannes?
Oczywiście, prócz mnie i Oli będzie obstawa, nastawiona nie tyle na konsumpcję uroków krajobrazu, co konsumpcję sensu stricto, na przykład w knajpce na ryneczku w Nicei, z mulami z presto... Anusia umie docenić dobrą, prowansalską kuchnię, warto w dziewczę zainwestować :)
Po wczorajszym nogi nieco sztywne, pobolewa prawy achilles. Plan to jednak plan, nie ma wykrętów. Przed wyjściem w teren tabletka Movalisu, dobre rozciągnięcie mięśni, stawów, ścięgien. Pomogło, cały trening dało się wytrzymać. Najpierw najkrótszą drogą do wiaduktu, po drodze dobrze się rozgrzałem. Całą dziesiątkę podbiegów machnąłem jednym rzutem, bez przerw na odpoczynek. Przerwy nie są konieczne, bo po każdym podbiegu drugie tyle (250 m) to bieg w dół, jest czas na dojście do siebie i powrót do normalnego tętna i takiegoż oddechu. Krótka przerwa po zakończeniu podbiegów, rozciągnięcie stawów kolanowych i skokowych, masaż achillesa, który dostał nieźle w d.. na tych podbiegach. Powrót do domu nieco dłuższą drogą przez las, z obiegnięciem tzw. jeziorka i skokiem za tory.
Ciekawe, w jakim stanie jutro będzie podwozie, 2,5 km biegu pod górę to niezłe obciążenie. Przed tygodniem trochę pobolewało, za drugim razem mniej. Jutro chwila prawdy nt. wpływu tego typu obciążenia na układ ruchu.
Przymierzyłem nowe Nike. Wrażenie - super. Lekkie, na pewno lżejsze od starszego modelu; może to nie najważniejsze, ale dobrze nastawia do modelu +30. Teraz trzeba je rozbiegać, żeby dobrze leżały na stopach, gdy przyjdzie do zawodów. Do tego są po prostu ładne: wyglądają na lekkie, tak samo wyglądają na stopie, na razie nie ma się o co czepiać. Poczekajmy, aż sprawdzą się w polu.
Zostały trzy dni do rozpoczęcia zapisów do maratonu Nicea-Cannes. Długo się zastanawiałem, ale decyzja oczywista: jedziemy. Pierwsze 7 km znam, to Boulevard des Anglais w Nicei, piękna avenue wzdłuż zatoki, w czerwcu ubiegłego roku szliśmy sobie tamtędy z Olą z plecakami... Czemu by nie przebiec tego kawałka i paru dalszych kilometrów do Cannes?
Oczywiście, prócz mnie i Oli będzie obstawa, nastawiona nie tyle na konsumpcję uroków krajobrazu, co konsumpcję sensu stricto, na przykład w knajpce na ryneczku w Nicei, z mulami z presto... Anusia umie docenić dobrą, prowansalską kuchnię, warto w dziewczę zainwestować :)
poniedziałek, 17 lutego 2014
Jest dobrze
11 km
Najpierw przed południem doskonałe samopoczucie i żałowałem, że z braku czasu nie mogę wyrwać się do lasu. Około godz. 14 znienacka dołek glikemiczny, ręce drżą, słabo mi się zrobiło, pomogły dwa jabłka i walnięcie się na kanapę na pół godziny. Siły wróciły, ale nie byłem pewien, czy wróciła poranna forma. Parę po czwartej ruszyłem w drogę, okazało się, że wszystko jest w należytym porządku. Bieg od początku bardzo wydajny, dynamiczny, z zapasem sił. "Dychę" przebiegłem w 51 minut, rezultat bardzo niezły, gdy pamiętać o dwukrotnym przekraczaniu torów kolejowych i przebiegnięciu przez dwie leśne kwatery, gdzie trwa ścinka drzew, więc trzeba było truchtać powoli, patrząc dobrze pod nogi. Górki i rozjechane odcinki leśnych dróg też nie przeszkadzały, dychę skończyłem wypoczęty, bo też wcale nie cisnąłem na jak najlepszy rezultat. 51 minut bardzo mnie zadowala, to dobry wynik, jak na bieg terenowy w nienajlepszych warunkach.
Przyszły zamówione Nike Pegasus +30. Jeszcze w nich się nie przebiegłem, ale robią bardzo dobre wrażenie. Wyraźnie lżejsze, są smuklejsze, na stopie leżą wprost idealnie. Ciekawy jestem wrażenia w czasie biegu. Jest jednak ryzyko: kiedy po nówkach wrócę do starych, mocno już sklepanych Nike +26, wrażenie będzie koszmarne i pewnie szybko się pozbędę starych, dotąd lubianych butów.
Najpierw przed południem doskonałe samopoczucie i żałowałem, że z braku czasu nie mogę wyrwać się do lasu. Około godz. 14 znienacka dołek glikemiczny, ręce drżą, słabo mi się zrobiło, pomogły dwa jabłka i walnięcie się na kanapę na pół godziny. Siły wróciły, ale nie byłem pewien, czy wróciła poranna forma. Parę po czwartej ruszyłem w drogę, okazało się, że wszystko jest w należytym porządku. Bieg od początku bardzo wydajny, dynamiczny, z zapasem sił. "Dychę" przebiegłem w 51 minut, rezultat bardzo niezły, gdy pamiętać o dwukrotnym przekraczaniu torów kolejowych i przebiegnięciu przez dwie leśne kwatery, gdzie trwa ścinka drzew, więc trzeba było truchtać powoli, patrząc dobrze pod nogi. Górki i rozjechane odcinki leśnych dróg też nie przeszkadzały, dychę skończyłem wypoczęty, bo też wcale nie cisnąłem na jak najlepszy rezultat. 51 minut bardzo mnie zadowala, to dobry wynik, jak na bieg terenowy w nienajlepszych warunkach.
Przyszły zamówione Nike Pegasus +30. Jeszcze w nich się nie przebiegłem, ale robią bardzo dobre wrażenie. Wyraźnie lżejsze, są smuklejsze, na stopie leżą wprost idealnie. Ciekawy jestem wrażenia w czasie biegu. Jest jednak ryzyko: kiedy po nówkach wrócę do starych, mocno już sklepanych Nike +26, wrażenie będzie koszmarne i pewnie szybko się pozbędę starych, dotąd lubianych butów.
niedziela, 16 lutego 2014
Relaks
8 km
Dziś, zgodnie z wczorajszym planem, jedynie relaksowa przebieżka po lesie. Wysiłek zerowy. Pogoda świetna, bo ciepło, słonecznie i tylko lekki wiatr. Zajrzałem w miejsca, gdzie można się spodziewać zwiastunów wiosny: a jakże, są. Bazie na wierzbach rosnących nad Iną, przy drodze lubczyńskiej kępy przebiśniegów, jeszcze nierozwitniętych, ale czekających już na ten moment, to kwestia paru dni. Być może wiosna w tym roku przyjdzie wcześniej, niż przed rokiem, kiedy to jeszcze w kwietniu była Syberia. Wtedy szukanie przebiśniegów nie miało sensu i szans na powodzenie.
Pierwszy tydzień przygotowań do Hamburga zaliczony. Kilometraż nieco przekroczony, 90 km zamiast 67-78 przewidzianych w grafiku. Nie szkodzi, zdyscyplinuję się.
Dziś, zgodnie z wczorajszym planem, jedynie relaksowa przebieżka po lesie. Wysiłek zerowy. Pogoda świetna, bo ciepło, słonecznie i tylko lekki wiatr. Zajrzałem w miejsca, gdzie można się spodziewać zwiastunów wiosny: a jakże, są. Bazie na wierzbach rosnących nad Iną, przy drodze lubczyńskiej kępy przebiśniegów, jeszcze nierozwitniętych, ale czekających już na ten moment, to kwestia paru dni. Być może wiosna w tym roku przyjdzie wcześniej, niż przed rokiem, kiedy to jeszcze w kwietniu była Syberia. Wtedy szukanie przebiśniegów nie miało sensu i szans na powodzenie.
Pierwszy tydzień przygotowań do Hamburga zaliczony. Kilometraż nieco przekroczony, 90 km zamiast 67-78 przewidzianych w grafiku. Nie szkodzi, zdyscyplinuję się.
sobota, 15 lutego 2014
Wybieganie
20 km
Pogoda mnie zwiodła. Z rana cholernie wiało, zacinał deszcz. Trzeba było zrezygnować z otwartej przestrzeni, skryć się w lesie. Więc najpierw w kierunku Góry Lotnika, potem w stronę Łęska, skręt w prawo gdzieś na 2 km przed leśniczówką, powrót duktami w okolice wiaduktu na "trójce", skok na drugą stronę torów, ominięcie lasami parku przemysłowego, na szosę lubczyńską wyskok prawie na wysokości Komarowa, a potem powrót do Goleniowa.
Ładny kawałek drogi, ale zaplanowanego dystansu nie byłem w stanie zrobić z powodów czysto zewnętrznych: musiałem pilnie jechać na koncert do Nowogardu, żeby móc przygotować jutro relację do Kuriera. Ale "trzydziestkę" zrobiłbym dziś bez żadnego problemu, biegło się po prostu doskonale: lekko, wydajnie, wydłużonym krokiem, praktycznie bez zmęczenia. Achillesy sprawowały się wzorowo, nic nie psuło przyjemności sobotniego biegu.
Jutro plan przewiduje odpoczynek. Zrobię tylko jakieś 5-7 km lekkim truchtem, żeby nogi nie zapomniały, do czego służą.
Pogoda mnie zwiodła. Z rana cholernie wiało, zacinał deszcz. Trzeba było zrezygnować z otwartej przestrzeni, skryć się w lesie. Więc najpierw w kierunku Góry Lotnika, potem w stronę Łęska, skręt w prawo gdzieś na 2 km przed leśniczówką, powrót duktami w okolice wiaduktu na "trójce", skok na drugą stronę torów, ominięcie lasami parku przemysłowego, na szosę lubczyńską wyskok prawie na wysokości Komarowa, a potem powrót do Goleniowa.
Ładny kawałek drogi, ale zaplanowanego dystansu nie byłem w stanie zrobić z powodów czysto zewnętrznych: musiałem pilnie jechać na koncert do Nowogardu, żeby móc przygotować jutro relację do Kuriera. Ale "trzydziestkę" zrobiłbym dziś bez żadnego problemu, biegło się po prostu doskonale: lekko, wydajnie, wydłużonym krokiem, praktycznie bez zmęczenia. Achillesy sprawowały się wzorowo, nic nie psuło przyjemności sobotniego biegu.
Jutro plan przewiduje odpoczynek. Zrobię tylko jakieś 5-7 km lekkim truchtem, żeby nogi nie zapomniały, do czego służą.
piątek, 14 lutego 2014
Moulin Rouge w JF Duet
5 km + 5 km
Pięć kilometrów "tranzytu" Goleniów-wiadukt plus około 5 km podbiegów. Tym razem nieco wolniej, bo czułem prawego achillesa i chciałem go oszczędzić. Za to wszystkie podbiegi zaliczyłem jednym cięgiem, sumaryczny wysiłek był całkiem konkretny. Ale teraz, po paru godzinach nie czuję, by doszło do przeciążenia organizmu, nie czuję zmęczenia ani senności. Czuję za to coś, co w sumie mi bardzo odpowiada, mianowicie brak apetytu (co skądinąd jest dowodem, że wysiłek jednak był...). Na 'osirowej' gali sportowców wypiłem tylko dwie filiżanki gorzkiej kawy i skubnąłem winogrona. Ku swojemu zdziwieniu, ciasta nie ruszyłem (cholera wie, może było policzone...)

A właśnie, przejdźmy do sedna. :)
"Gala sportowców" była imprezą typowo 'osirową'. Zaczynając od nazwy, po której naiwny mógłby oczekiwać czegoś w rodzaju rewii w "Moulin Rouge", a była to nawet (i tylko) dość sympatyczna i na szczęście krótka akademia, na której wręczano książki o historii Mili Goleniowskiej i "takie cóś", lekko koszmarny, pamiątkowy gadżet nie mający żadnego zastosowania. Lepszy zestaw dostali trenerzy, mianowicie rytualną książkę o Mili (którą oczywiście każdy już ma) i - uwaga! - apteczkę z zestawem środków opatrunkowych. Medali nie rozdawano.
Był też akcent dość nieprawdopodobny w wykonaniu pana Adama Wosika, który za pieniądze podjął się prowadzenia "Gali sportowców". Ponieważ jego eksces już opisałem na portalu GG, pozwolę sobie wkleić to, co tam można przeczytać:
Pięć kilometrów "tranzytu" Goleniów-wiadukt plus około 5 km podbiegów. Tym razem nieco wolniej, bo czułem prawego achillesa i chciałem go oszczędzić. Za to wszystkie podbiegi zaliczyłem jednym cięgiem, sumaryczny wysiłek był całkiem konkretny. Ale teraz, po paru godzinach nie czuję, by doszło do przeciążenia organizmu, nie czuję zmęczenia ani senności. Czuję za to coś, co w sumie mi bardzo odpowiada, mianowicie brak apetytu (co skądinąd jest dowodem, że wysiłek jednak był...). Na 'osirowej' gali sportowców wypiłem tylko dwie filiżanki gorzkiej kawy i skubnąłem winogrona. Ku swojemu zdziwieniu, ciasta nie ruszyłem (cholera wie, może było policzone...)
A właśnie, przejdźmy do sedna. :)
"Gala sportowców" była imprezą typowo 'osirową'. Zaczynając od nazwy, po której naiwny mógłby oczekiwać czegoś w rodzaju rewii w "Moulin Rouge", a była to nawet (i tylko) dość sympatyczna i na szczęście krótka akademia, na której wręczano książki o historii Mili Goleniowskiej i "takie cóś", lekko koszmarny, pamiątkowy gadżet nie mający żadnego zastosowania. Lepszy zestaw dostali trenerzy, mianowicie rytualną książkę o Mili (którą oczywiście każdy już ma) i - uwaga! - apteczkę z zestawem środków opatrunkowych. Medali nie rozdawano.
Był też akcent dość nieprawdopodobny w wykonaniu pana Adama Wosika, który za pieniądze podjął się prowadzenia "Gali sportowców". Ponieważ jego eksces już opisałem na portalu GG, pozwolę sobie wkleić to, co tam można przeczytać:
Niepowodzenie intelektualne
Adam Wosik, prowadzący dzisiejszą „Galę Sportowców”,
tytułowym zwrotem podsumował własny, mało elegancki i kompletnie
nietrafiony wyskok na samym początku
imprezy. Zdaniem wielu go słuchających, był to „przypał miesiąca”.
imprezy. Zdaniem wielu go słuchających, był to „przypał miesiąca”.
Adam
Wosik związany jest ze sportem i zajmuje się między innymi odpłatnym
prowadzeniem imprez sportowych. Dlatego został wynajęty do
prowadzenia dzisiejszej uroczystości zorganizowanej dla goleniowskich
sportowców. Skoro działał odpłatnie, to należało od niego oczekiwać
zawodowstwa, w tym merytorycznego przygotowania do występu i wysokiej
kultury w czasie pracy.
Brakiem profesjonalizmu było mylenie dyscyplin, zawodników, trenerów i rezultatów, to jednak jest wybaczalne. Trudno jednak przejść milcząco obok wesołego, zdaniem pana Wosika, wstępu. Otóż, prosząc na scenę wiceburmistrza Tomasza Banacha, ni z tego, ni z owego zaczął sobie z niego pokpiwać, że nie bierze wzoru ze swojego szefa (Roberta Krupowicza), który przebiegł milę w ostatniej Goleniowskiej Mili Niepodległości. Padły uwagi, że powinien się zacząć ruszać, trochę potrenować, to może Krupowiczowi dorówna, że powinien się odważyć itd.
Zgromadzeni na sali zaczęli patrzeć na siebie, nie ukrywając zdziwienia. Raz, że dowcipy były płaskie, dwa – że pan Wosik był konferansjerem na ostatniej Mili i powinien się nieco orientować w temacie. Powinien wiedzieć, że T. Banach przebiegł wtedy nie tylko milę, ale z niezłym rezultatem zaliczył bieg na 10 km. Bez trudu mógł się też dowiedzieć, że Banach był uczestnikiem wrześniowego Maratonu Puszczy Goleniowskiej, a łatwo dostępną wiedzą jest, że wiceburmistrz jest bardzo aktywnym sportowcem-amatorem i do ruchu nie trzeba go namawiać. Obciach konferansjera tym większy, że niefortunne dowcipy wygłaszał do sportowców, o tym wszystkim doskonale wiedzących.
Chwilę potem dziurawa wiedza pana Wosika została uzupełniona przez wiceburmistrza Banacha. Dopiero wówczas prowadzący się zorientował, jakie faux pas popełnił. Więcej dowcipów już nie było.
Już mi się nawet nie chce tego komentować. Ręce ze świstem opadają na ziemię.
Na imprezie zjawił się Robert Kopcewicz. I bardzo dobrze, bo skoro rzecz jest opłacana z pieniędzy publicznych, prawo wstępu ma każdy obywatel gminy, nawet nieproszony. Słusznie zauważył, że nic nie stało na przeszkodzie, by zaprosić też paru amatorów mających
pewne sukcesy, w tym jego samego (sukcesy jak najbardziej prawdziwe i zapracowane). Można założyć, że w magazynie OSiR znalazłaby się jeszcze jedna książka o Mili Goleniowskiej, a w sklepie 'Wszystko po 2 złote' jeszcze jedno "takie cóś". Uścisk dłoni burmistrza jak zawsze gratis. Niestety, udział Roberta w rewii OSiR-u skończył się spożyciem banana, ciasteczka i łyknięciem wody, czym naraził budżet gminy na stratę w wysokości 1,72 zł netto.
Jutro prezes chce mnie zamordować, bo mam przebiec 25-30 km. O dziwo, kilka godzin po dzisiejszym biegu na wiadukcie czuję się o niebo lepiej, niż rano. Prawdopodobnie podejmę wyzwanie i trzydziestkę zrobię. Trasa będzie zależna od pogody, a ta, niestety, z rana ma być marna. Robert namawia mnie na bieg przez Borzysławiec, Lubczynę i Rurzycę. Się zobaczy.
Brakiem profesjonalizmu było mylenie dyscyplin, zawodników, trenerów i rezultatów, to jednak jest wybaczalne. Trudno jednak przejść milcząco obok wesołego, zdaniem pana Wosika, wstępu. Otóż, prosząc na scenę wiceburmistrza Tomasza Banacha, ni z tego, ni z owego zaczął sobie z niego pokpiwać, że nie bierze wzoru ze swojego szefa (Roberta Krupowicza), który przebiegł milę w ostatniej Goleniowskiej Mili Niepodległości. Padły uwagi, że powinien się zacząć ruszać, trochę potrenować, to może Krupowiczowi dorówna, że powinien się odważyć itd.
Zgromadzeni na sali zaczęli patrzeć na siebie, nie ukrywając zdziwienia. Raz, że dowcipy były płaskie, dwa – że pan Wosik był konferansjerem na ostatniej Mili i powinien się nieco orientować w temacie. Powinien wiedzieć, że T. Banach przebiegł wtedy nie tylko milę, ale z niezłym rezultatem zaliczył bieg na 10 km. Bez trudu mógł się też dowiedzieć, że Banach był uczestnikiem wrześniowego Maratonu Puszczy Goleniowskiej, a łatwo dostępną wiedzą jest, że wiceburmistrz jest bardzo aktywnym sportowcem-amatorem i do ruchu nie trzeba go namawiać. Obciach konferansjera tym większy, że niefortunne dowcipy wygłaszał do sportowców, o tym wszystkim doskonale wiedzących.
Chwilę potem dziurawa wiedza pana Wosika została uzupełniona przez wiceburmistrza Banacha. Dopiero wówczas prowadzący się zorientował, jakie faux pas popełnił. Więcej dowcipów już nie było.
Już mi się nawet nie chce tego komentować. Ręce ze świstem opadają na ziemię.
Na imprezie zjawił się Robert Kopcewicz. I bardzo dobrze, bo skoro rzecz jest opłacana z pieniędzy publicznych, prawo wstępu ma każdy obywatel gminy, nawet nieproszony. Słusznie zauważył, że nic nie stało na przeszkodzie, by zaprosić też paru amatorów mających
pewne sukcesy, w tym jego samego (sukcesy jak najbardziej prawdziwe i zapracowane). Można założyć, że w magazynie OSiR znalazłaby się jeszcze jedna książka o Mili Goleniowskiej, a w sklepie 'Wszystko po 2 złote' jeszcze jedno "takie cóś". Uścisk dłoni burmistrza jak zawsze gratis. Niestety, udział Roberta w rewii OSiR-u skończył się spożyciem banana, ciasteczka i łyknięciem wody, czym naraził budżet gminy na stratę w wysokości 1,72 zł netto.
Jutro prezes chce mnie zamordować, bo mam przebiec 25-30 km. O dziwo, kilka godzin po dzisiejszym biegu na wiadukcie czuję się o niebo lepiej, niż rano. Prawdopodobnie podejmę wyzwanie i trzydziestkę zrobię. Trasa będzie zależna od pogody, a ta, niestety, z rana ma być marna. Robert namawia mnie na bieg przez Borzysławiec, Lubczynę i Rurzycę. Się zobaczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


