Wpadli Gapińscy, a ja już się miałem ubierać i ruszyć w plener. Gości wyrzucić nie wypadało. Z bólem serca zrezygnowałem z treningu na rzecz tradycyjnej polskiej gościnności. Posłuchałem trochę o oryginalnym maratonie w Anglii, poprowadzonym ścieżkami i dróżkami, czasem przez prywatne podwórka, na szczęście nie przez chałupy. Pewnie nigdy tam nie pojadę, ale z opowieści wynika, że być warto. Przykład imprezy z pomysłem, z klimatem, bez wysadzenia.
Dzień zmarnowany w sądzie. Posiedziałem na ławie oskarżonych, a oskarża mnie prezes M., bohater wielu tekstów na temat przekrętów grubego i bardzo grubego kalibru. Oskarżenia brzmią dość absurdalnie w świetle tego, co napisano w aktach oskarżenia przygotowanych przez prokuraturę. Prezes M. nie przyjmuje ich do wiadomości, prezentuje się jako krynicę wszelkich cnót Wszechświata, bezecnie kalaną przez wszystkich wokół. A wokół spiski, knowania, szarganie, fałszywe oskarżenia, których jedynym celem jest jedyny sprawiedliwy na tym padole - onże pan M. Można było zgłupieć, mam wrażenie, że sędzia prowadzący sprawę rozpaczliwie się przed tym bronił. Zrobił dość duże oczy, kiedy pan M. zażądał ode mnie 840 tysięcy zł tytułem utraconych dochodów, 45 tysięcy jako zwrot kosztów leczenia psychiatrycznego, bąknął też coś o 30 milionach za jakąś halę widowiskową, którą podobno chciał postawić w Goleniowie, a ja mu nie pozwoliłem. Pilnowałem tylko, by wszystko było skrupulatnie protokołowane, bo będzie z tego świetny materiał dziennikarski, a zdaje się również materiał na osobny proces, tym razem z panem M. na ławie oskarżonych; przeholował chłopina z oskarżeniami, z których większość to ordynarne, chamskie pomówienia bez żadnych dowodów. Jak nietrudno zgadnąć, przyczyn takiego a nie innego zachowania pana M. należy upatrywać w jego problemach z głową, o których dość szeroko opowiedział już na wstępie. Tu się akurat zgadzamy: leczenie psychiatryczne jest zasadne.
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
czwartek, 9 października 2014
środa, 8 października 2014
Wciąż napieprza, kurka...
Jasny gwint, wciąż mnie napieprza prawa noga. Boli przyczep ścięgna, problemy robi też dwugłowy mięsień łydki, wciąż czujący skutki dwutygodniowego biegania po winnicy i szesnastu godzin za kółkiem w drodze powrotnej. O bieganiu nie było więc mowy, o rowerze - jak najbardziej. Objechałem kawałek gminy na północ od Goleniowa. Jakoś tak bez większego entuzjazmu i bez ochoty. Pogoda nie nastrajała, trochę wiało jesienią, smutnawo robi się na świecie...
Parę dni minęło od winobrania, już się zatarły wspomnienia o cholernym upale na początku, o kurzu i słodkim soku, który oblepiał wszystko, o ciężkich skrzynkach i kilkunastu tonach, jakie każdy z nas przerzucał każdego dnia. Zostały miłe wspomnienia ze spokojnego pobytu w Szampanii, zadowolenie z dobrze wykonanej, konkretnej roboty, no i zdecydowanie poprawiona kondycja fizyczna: ustąpiły bóle kręgosłupa, opalenizna trwa, mięśnie rąk jak stal. Problemy z prawym odnóżem kiedyś pójdą w cholerę, będzie dobrze. A, i stan konta zdecydowanie się poprawi, znam już rozliczenie. Oczywiście, to nie temat do publikacji, ale chyba nikt nie będzie zawiedziony, a niektórzy zarobią naprawdę kupę pieniędzy. W każdym razie nikt nie zgłasza, że ma dość i już nie pojedzie :)
Parę dni minęło od winobrania, już się zatarły wspomnienia o cholernym upale na początku, o kurzu i słodkim soku, który oblepiał wszystko, o ciężkich skrzynkach i kilkunastu tonach, jakie każdy z nas przerzucał każdego dnia. Zostały miłe wspomnienia ze spokojnego pobytu w Szampanii, zadowolenie z dobrze wykonanej, konkretnej roboty, no i zdecydowanie poprawiona kondycja fizyczna: ustąpiły bóle kręgosłupa, opalenizna trwa, mięśnie rąk jak stal. Problemy z prawym odnóżem kiedyś pójdą w cholerę, będzie dobrze. A, i stan konta zdecydowanie się poprawi, znam już rozliczenie. Oczywiście, to nie temat do publikacji, ale chyba nikt nie będzie zawiedziony, a niektórzy zarobią naprawdę kupę pieniędzy. W każdym razie nikt nie zgłasza, że ma dość i już nie pojedzie :)
wtorek, 7 października 2014
Biegać nie mogę, poczytałem zeitunga
Jeszcze mi dokucza prawa pięta, chyba trochę nadszarpnięta w niedzielę. Wczoraj kulałem, dziś już zdecydowanie mniej, ale wciąż o bieganiu nie ma mowy. Odpuszczę jeszcze i jutro, w zamian może rowerek, może basen? Jakaś alternatywa w każdym razie.
Wyszedł dziś pierwszy zeitung. Obejrzałem ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Trudno mi przyjąć do wiadomości, że ktoś planujący wydanie gazety mógł popełnić tak rażące błędy, wciąż mam wrażenie, że to podpucha. Ale jest faktem, że deklarowana sieć sprzedaży na terenie Goleniowa, składająca się ze sklepu Sano i poczty - to przymało. Jeszcze gorzej jest na terenie Nowogardu, gdzie owo wydawnictwo do nabycia wyłącznie na poczcie. Odsyłają jeszcze do kiosków, może nie wiedzą, że tych w Goleniowie nie ma, z wyjątkiem jednego, przy ul. Puszkina.
Dramatycznie pierwszy numer wygląda od strony reklamowej. Zdaje się, są jedynie dwa niewielkie ogłoszenia Banku Spółdzielczego. To już jest kompletna porażka.
Żadnej podpuchy nie ma natomiast w warstwie tekstowej. Kicha. Na pierwszej stronie hit sprzed dwóch miesięcy, list do burmistrza Nowogardu spisany na kamieniu. Temat dawno opisany i przebrzmiały. Żadnych aktualności, same evergreeny: co z figurką Wojciechowskiego, historia kryminału w Nowogardzie, sonda przeprowadzona wśród pasażerów pociągu Nowogard-Goleniów na temat "jak się państwu jedzie?" i inne takie. No i trochę wezwań do czytelników, żeby podrzucali tematy, bo państwo redaktorzy nie wiedzą, o czym pisać...
Czekam na numer 2, jeszcze spokojniejszy, niż dotąd.
Wyszedł dziś pierwszy zeitung. Obejrzałem ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Trudno mi przyjąć do wiadomości, że ktoś planujący wydanie gazety mógł popełnić tak rażące błędy, wciąż mam wrażenie, że to podpucha. Ale jest faktem, że deklarowana sieć sprzedaży na terenie Goleniowa, składająca się ze sklepu Sano i poczty - to przymało. Jeszcze gorzej jest na terenie Nowogardu, gdzie owo wydawnictwo do nabycia wyłącznie na poczcie. Odsyłają jeszcze do kiosków, może nie wiedzą, że tych w Goleniowie nie ma, z wyjątkiem jednego, przy ul. Puszkina.
Dramatycznie pierwszy numer wygląda od strony reklamowej. Zdaje się, są jedynie dwa niewielkie ogłoszenia Banku Spółdzielczego. To już jest kompletna porażka.
Żadnej podpuchy nie ma natomiast w warstwie tekstowej. Kicha. Na pierwszej stronie hit sprzed dwóch miesięcy, list do burmistrza Nowogardu spisany na kamieniu. Temat dawno opisany i przebrzmiały. Żadnych aktualności, same evergreeny: co z figurką Wojciechowskiego, historia kryminału w Nowogardzie, sonda przeprowadzona wśród pasażerów pociągu Nowogard-Goleniów na temat "jak się państwu jedzie?" i inne takie. No i trochę wezwań do czytelników, żeby podrzucali tematy, bo państwo redaktorzy nie wiedzą, o czym pisać...
Czekam na numer 2, jeszcze spokojniejszy, niż dotąd.
niedziela, 5 października 2014
Nowogard - dycha
10 km
Dyszka w Nowogardzie, ów sławetny półmaraton na 10 km. Bez kłopotu można by się pośmiać, ale śmiechu tym razem nie będzie. Impreza wyszła dość zgrabnie i trzeba docenić,
że organizatorzy paru rad posłuchali i nie pchali na siłę swoich pomysłów. Tak więc biuro zawodów działało sprawnie, pakiety wydawano błyskawicznie i bez ceregieli. W zestawie koszulka (bawełna przyda się na kolejne winobranie...), numer, agrafki, baton, parę ulotek i oczywiście nieśmiertelna smycz. Nie było dystrybutora z ciepłymi napojami, szczęście, że dzień był dość ciepły i kawę można było potraktować jako fanaberię, a nie konieczność. Gorzej, że tylko jeden kibelek był czynny, klucz do drugiego gdzieś "się" zawieruszył. Szczęśliwie, krzaków wokół nie brakowało.
Trasa bardzo sympatyczna. Kręta, pełna podbiegów i stoków, przez to robiąca wrażenie górskiej, a więc i męcząca, za to nie monotonna. Oznakowanie świetne, wszędzie pełno wolontariuszy. Gorzej z kibicami, którzy jeśli już stali, to jak nad grobem. Żywo było za to w okolicy mety, tam lud wiedział, do czego służą ręce. Po biegu medal (kichowaty) i gifty pobiegowe: grochówka, banany, woda. Losowania nagr
ód nie było, bali się nalotu z UKS, więc nie było sensu czekać pod sceną i przyglądać się dekoracji. Pojechaliśmy na obiad.
Z Goleniowa było parę osób. Mirek Guzikiewicz zaliczył swój pierwszy start na "dychę", zrobił czas nieco ponad 56 minut - świetnie, jak na niedawnego grubasa, ledwie chodzącego po korytarzach urzędu. Mój wynik 53:02 szaleństwem nie jest, ale po dłuższej przerwie w intensywnym bieganiu to wynik dość przyzwoity, obciachu nie było. Mogę się nawet pochwalić czwartym miejscem w kategorii wiekowej, choć ten wynik nieco blednie po uzupełnieniu, że moich równolatków wystartowało... pięciu :)
Dyszka w Nowogardzie, ów sławetny półmaraton na 10 km. Bez kłopotu można by się pośmiać, ale śmiechu tym razem nie będzie. Impreza wyszła dość zgrabnie i trzeba docenić,
że organizatorzy paru rad posłuchali i nie pchali na siłę swoich pomysłów. Tak więc biuro zawodów działało sprawnie, pakiety wydawano błyskawicznie i bez ceregieli. W zestawie koszulka (bawełna przyda się na kolejne winobranie...), numer, agrafki, baton, parę ulotek i oczywiście nieśmiertelna smycz. Nie było dystrybutora z ciepłymi napojami, szczęście, że dzień był dość ciepły i kawę można było potraktować jako fanaberię, a nie konieczność. Gorzej, że tylko jeden kibelek był czynny, klucz do drugiego gdzieś "się" zawieruszył. Szczęśliwie, krzaków wokół nie brakowało.
Trasa bardzo sympatyczna. Kręta, pełna podbiegów i stoków, przez to robiąca wrażenie górskiej, a więc i męcząca, za to nie monotonna. Oznakowanie świetne, wszędzie pełno wolontariuszy. Gorzej z kibicami, którzy jeśli już stali, to jak nad grobem. Żywo było za to w okolicy mety, tam lud wiedział, do czego służą ręce. Po biegu medal (kichowaty) i gifty pobiegowe: grochówka, banany, woda. Losowania nagr
| Część goleniowskiej ekipy |
Z Goleniowa było parę osób. Mirek Guzikiewicz zaliczył swój pierwszy start na "dychę", zrobił czas nieco ponad 56 minut - świetnie, jak na niedawnego grubasa, ledwie chodzącego po korytarzach urzędu. Mój wynik 53:02 szaleństwem nie jest, ale po dłuższej przerwie w intensywnym bieganiu to wynik dość przyzwoity, obciachu nie było. Mogę się nawet pochwalić czwartym miejscem w kategorii wiekowej, choć ten wynik nieco blednie po uzupełnieniu, że moich równolatków wystartowało... pięciu :)
piątek, 3 października 2014
Memento
Dzisiejsza dyszka mogła być ostatnia. Na długiej prostej w parku przemysłowym omal mnie nie rozjechał rozpędzony rowerzysta, jadący z pochyloną głową i nie patrzący przed siebie. Uskoczyłem, krzyknąłem, kiedy był parę metrów ode mnie i miałem już pewność, że mnie nie widzi. Przeprosił, pojechał dalej, potem jeszcze raz się mijaliśmy, już na wysokości stacji benzynowej. Chwilę pogadaliśmy, uświadomiłem mu, że przecież i ja się mogłem zagapić, mogłem mieć napchane do uszu tych elektronicznych gówien, mogłem wreszcie - jak to robi wiele osób - biec po niewłaściwej stronie jezdni. Wjechałby we mnie pełną prędkością, już bym był dowieziony gdzie należy albo przez karetkę, albo przez karawan. Chłopak nie dyskutował, przyznał, że zrobił głupotę. Pogadaliśmy chwilę, rozstaliśmy się w zgodzie.
Swoją drogą, tylko czekać, aż podobnego typu zdarzenie zanotujemy na nowej ścieżce rowerowej. To nieuniknione, a zgodnie z teorią prawdopodobieństwa, co może się zdarzyć, to się zdarzy. Oczywiście, to nie powód, by pieszych ze ścieżki zgonić na jezdnię czy na trawę, to przecież niedorzeczne. Ale naprawdę nie wiem, co by można zrobić.
Jestem w konsternacji. Właśnie dostałem sygnał, by zerknąć na fejsbukowy profil pana redaktora Macieja Pieczyńskiego, którego szczecińska centrala przysłała do Goleniowa, by robił nowy zeitung. Otóż, pan Maciej ma dziwne zainteresowania, nietypowe rzeczy go podniecają. Na swoim FB zamieścił film nakręcony w zoo w Delhi, pokazujący, jak tygrys zagryza człowieka. Pan Maciej podpisał film wedle swego mniemania dowcipnie: "Dzieło sztuki (mięsa)", a w komentarzach dodał "ciekawe, co czuł i myślał" oraz "inspirujące". Szczególnie zainteresowała mnie ta ostatnia uwaga. Jeśli takie rzeczy pana Pieczyńskiego inspirują, to aż strach myśleć, co będzie zamieszczał w swojej gazetce. Mówiąc jasno i bez ogródek, pan Maciej ma chyba jakiś psychiczny problem, publiczne podniecanie się podobnymi treściami nie jest przecież normalne .
Swoją drogą, tylko czekać, aż podobnego typu zdarzenie zanotujemy na nowej ścieżce rowerowej. To nieuniknione, a zgodnie z teorią prawdopodobieństwa, co może się zdarzyć, to się zdarzy. Oczywiście, to nie powód, by pieszych ze ścieżki zgonić na jezdnię czy na trawę, to przecież niedorzeczne. Ale naprawdę nie wiem, co by można zrobić.
Jestem w konsternacji. Właśnie dostałem sygnał, by zerknąć na fejsbukowy profil pana redaktora Macieja Pieczyńskiego, którego szczecińska centrala przysłała do Goleniowa, by robił nowy zeitung. Otóż, pan Maciej ma dziwne zainteresowania, nietypowe rzeczy go podniecają. Na swoim FB zamieścił film nakręcony w zoo w Delhi, pokazujący, jak tygrys zagryza człowieka. Pan Maciej podpisał film wedle swego mniemania dowcipnie: "Dzieło sztuki (mięsa)", a w komentarzach dodał "ciekawe, co czuł i myślał" oraz "inspirujące". Szczególnie zainteresowała mnie ta ostatnia uwaga. Jeśli takie rzeczy pana Pieczyńskiego inspirują, to aż strach myśleć, co będzie zamieszczał w swojej gazetce. Mówiąc jasno i bez ogródek, pan Maciej ma chyba jakiś psychiczny problem, publiczne podniecanie się podobnymi treściami nie jest przecież normalne .
czwartek, 2 października 2014
Niedziela - Nowogard
Dziś bieganie sobie odpuściłem, rowerek też. Czekam, co się wylęgnie z czającego się gdzieś głęboko przeziębienia. Na razie nie wychodzi poza drapanie w gardle, leciutko podniesioną temperaturę i suchość w nosie. Ale sytuacja jest rozwojowa.
Jutro się przebiegnę, pojutrze odpust, w niedzielę przejadę się do Nowogardu. Przyjrzę się, jak przebiega tam klonowanie Goleniowskiej Mili Niepodległości, sam przebiegnę się na dychę, może będę pierwszy? Będzie też okazja do przyjrzenia się, jak tego typu impreza jest celebrowana w Nowogardzie. W Goleniowie szczęśliwie minęły czasy facetów w długich płaszczach a la syn pułku, otwierających, zaszczycających i gratulujących, ale w Nowogardzie wciąż króluje lans i kult jednostki, tam wciąż najważniejsi są pan burmistrz wraz z panem przewodniczącym, wraz ze świtą i sforą piesków różnej maści, radośnie machających ogonkami i robiącymi przed nimi słupka. Może być śmiesznie, warto więc być. Jutro zadzwonię, poproszę o odłożenie dla mnie pakietu.
Goleniowska telewizja opublikowała relację z opisywanej dzień czy dwa temu konferencji prasowej. Zero zaskoczenia. Pani redaktor powiedziała, że konferencja była monotematyczna, po czym puściła krótką odpowiedź burmsitrza na pytanie kol. Palicy o TIR-y w centrum miasta. Pytanie, co oczywiste, zostało wycięte, znów więc wyszło na to, że to TVGoleniów wycisnęła z burmistrza odpowiedź na ważkie pytanie. Równie oczywiste, że słowem nie wspomniano, że panowie redaktorzy z TVG i zeitunga nie byli w stanie zadać burmistrzowi żadnego pytania z powodu swojej absolutnej niewiedzy nt. Goleniowa. Następna relacja z konferencji będzie więc jeszcze krótsza, bo tym razem nie będzie już żadnych pytań. :)
Kurka, zapomniałem wczoraj złożyć na biurko burmistrza wniosek o zapłatę 20 tysięcy złotych za dynamiczną promocję Goleniowa we Francji. Należy się, bo wszystkim napotkanym w winnicach mówiłem, że jestem z Goleniowa. Informowani patrzyli na mnie z pewnym zdziwieniem, bo i oni prawie wszyscy byli z Goleniowa, ale to przecież sprawa drugorzędna. Promowałem? Promowałem. Się należy. Trza pisać.
Zawiedzionych przepraszam, że nie komentuję expose nowej pani premier. Nie słuchałem, nie przeżywam, czytać nie zamierzam. I dobrze się z tym czuję.
Jutro się przebiegnę, pojutrze odpust, w niedzielę przejadę się do Nowogardu. Przyjrzę się, jak przebiega tam klonowanie Goleniowskiej Mili Niepodległości, sam przebiegnę się na dychę, może będę pierwszy? Będzie też okazja do przyjrzenia się, jak tego typu impreza jest celebrowana w Nowogardzie. W Goleniowie szczęśliwie minęły czasy facetów w długich płaszczach a la syn pułku, otwierających, zaszczycających i gratulujących, ale w Nowogardzie wciąż króluje lans i kult jednostki, tam wciąż najważniejsi są pan burmistrz wraz z panem przewodniczącym, wraz ze świtą i sforą piesków różnej maści, radośnie machających ogonkami i robiącymi przed nimi słupka. Może być śmiesznie, warto więc być. Jutro zadzwonię, poproszę o odłożenie dla mnie pakietu.
Goleniowska telewizja opublikowała relację z opisywanej dzień czy dwa temu konferencji prasowej. Zero zaskoczenia. Pani redaktor powiedziała, że konferencja była monotematyczna, po czym puściła krótką odpowiedź burmsitrza na pytanie kol. Palicy o TIR-y w centrum miasta. Pytanie, co oczywiste, zostało wycięte, znów więc wyszło na to, że to TVGoleniów wycisnęła z burmistrza odpowiedź na ważkie pytanie. Równie oczywiste, że słowem nie wspomniano, że panowie redaktorzy z TVG i zeitunga nie byli w stanie zadać burmistrzowi żadnego pytania z powodu swojej absolutnej niewiedzy nt. Goleniowa. Następna relacja z konferencji będzie więc jeszcze krótsza, bo tym razem nie będzie już żadnych pytań. :)
Kurka, zapomniałem wczoraj złożyć na biurko burmistrza wniosek o zapłatę 20 tysięcy złotych za dynamiczną promocję Goleniowa we Francji. Należy się, bo wszystkim napotkanym w winnicach mówiłem, że jestem z Goleniowa. Informowani patrzyli na mnie z pewnym zdziwieniem, bo i oni prawie wszyscy byli z Goleniowa, ale to przecież sprawa drugorzędna. Promowałem? Promowałem. Się należy. Trza pisać.
Zawiedzionych przepraszam, że nie komentuję expose nowej pani premier. Nie słuchałem, nie przeżywam, czytać nie zamierzam. I dobrze się z tym czuję.
środa, 1 października 2014
Bliskie spotkanie z zeitungiem
10 km
Po wczorajszej przejażdżce, tak jak podejrzewałem, lęgnie się przeziębienie. Na razie lekkie drapanie w gardle, ale znam te początki, jak zwykle potrwa to ze 2-3 tygodnie i skończy się charczeniem, katarem-gigantem i ogólnym rozbiciem. Na razie jednak żyję i walczę. Walka nie wygląda najgorzej. Mięśnie, skatowane u okrutnego Oliviera, zaczynają wracać do formy. Dzisiejsza dycha najzupełniej spokojna, w tempie 5.35 na kilometr, upociłem się jak małpa w saunie, bo nie wiedzieć po jaką cholerę wystroiłem się w dres zapięty pod szyję i z długimi rękawami. Ale może to i lepsze, niż czarny strój do jazdy rowerem we mgle :)
Cieszy, że ustępują różnego rodzaju uperdliwości-dolegliwości. Znaczy, że był to wynik solidnego obciążenia w Congy, nie zaś ciąg dalszy zdrowotnego syfu sprzed wyjazdu. Być może w niedzielę wybiorę się do Nowogardu, przebiegnę się w tamtejszym biegu "Ku Czci Burmistrza z SLD". Wprawdzie dziś się wkurzyłem, bo dostałem info z Kuriera, że podobno się wypięli na kurierowy patronat medialny i wybrali romans z Głosem Szczecińskim i nowym zeitungiem pt Nowiny Tego i Owego, ale jak powszechnie wiadomo, mam rzadką cechę przebaczania największym grzesznikom, dlatego sprawę odkładam na bok. Oczywiście, nie za daleko, by w razie potrzeby móc szybko po nią sięgnąć :) W każdym razie moja dobroć posunęła się tak daleko, że mimo wszystko chyba się przebiegnę.
A propos nowej gazetki, Gollnower Zeitung Zwei: dziś się odbyła konferencja prasowa z burmistrzem i jego zastępcami. Zazwyczaj wygląda ona tak, że my z GG zadajemy pytania, czasem nieco przypiekamy boczków panom z urzędu, zaś lekkopółśmieszny jegomość z TV Goleniów wszystko nagrywa jak leci, po czym wraca do redakcji, wycina wszystko, co mówią dziennikarze GG i puszcza to wszystko jako rzekomo własny dorobek dziennikarski. Dziś miało to wszystko wyglądać, jak wyglądało. Ale zaszła zmiana.
Na sali konferencyjnej byłem pierwszy. Krótko po mnie przyszedł chłopina z TVGoleniów, który najął się do roboty w zeitungu Nowiny ITD, a wraz z nim drugi chłopina, który - zdaje się - dowodzi przedsięwzięciem. Pierwszy chłopina rozstawił kamerę i przygotował się do nagrania. Drugi chłopina rozłożył zeszyty w gotowości do notowania. Przyszli burmistrzowie i moi redakcyjni koledzy. Zasiedli, po czym Robert Krupowicz jak zwykle oznajmił: no to słuchamy pytań.
Padło jedno pytanie. Potem cisza. Cisza trwała długo. W oczach panów burmistrzów pojawiło się lekkie zdziwienie, potem większe. Zerknęli na mnie, nie wytrzymałem, zacząłem się śmiać. Zrozumieli. GG nie miała zamiaru karmić ani TVGoleniów, ani tym bardziej polskojęzycznej prasy niemieckiej. Chłopina z TVG nie umiał zadać żadnego pytania, chłopak z zeitunga zwyczajnie nie wiedział, o co mógłby zapytać. Po 10 minutach konferencja się skończyła, Robert rzekł: u mnie drzwi jak zawsze otwarte. Poszedłem pogadać z burmistrzem, obie chłopiny mocno ogłupiałe zaczęły składać kamery i kajety.
I tak teraz będą wyglądać konferencje. Przynajmniej, dopóki istnieje zeitung.
Po wczorajszej przejażdżce, tak jak podejrzewałem, lęgnie się przeziębienie. Na razie lekkie drapanie w gardle, ale znam te początki, jak zwykle potrwa to ze 2-3 tygodnie i skończy się charczeniem, katarem-gigantem i ogólnym rozbiciem. Na razie jednak żyję i walczę. Walka nie wygląda najgorzej. Mięśnie, skatowane u okrutnego Oliviera, zaczynają wracać do formy. Dzisiejsza dycha najzupełniej spokojna, w tempie 5.35 na kilometr, upociłem się jak małpa w saunie, bo nie wiedzieć po jaką cholerę wystroiłem się w dres zapięty pod szyję i z długimi rękawami. Ale może to i lepsze, niż czarny strój do jazdy rowerem we mgle :)
Cieszy, że ustępują różnego rodzaju uperdliwości-dolegliwości. Znaczy, że był to wynik solidnego obciążenia w Congy, nie zaś ciąg dalszy zdrowotnego syfu sprzed wyjazdu. Być może w niedzielę wybiorę się do Nowogardu, przebiegnę się w tamtejszym biegu "Ku Czci Burmistrza z SLD". Wprawdzie dziś się wkurzyłem, bo dostałem info z Kuriera, że podobno się wypięli na kurierowy patronat medialny i wybrali romans z Głosem Szczecińskim i nowym zeitungiem pt Nowiny Tego i Owego, ale jak powszechnie wiadomo, mam rzadką cechę przebaczania największym grzesznikom, dlatego sprawę odkładam na bok. Oczywiście, nie za daleko, by w razie potrzeby móc szybko po nią sięgnąć :) W każdym razie moja dobroć posunęła się tak daleko, że mimo wszystko chyba się przebiegnę.
A propos nowej gazetki, Gollnower Zeitung Zwei: dziś się odbyła konferencja prasowa z burmistrzem i jego zastępcami. Zazwyczaj wygląda ona tak, że my z GG zadajemy pytania, czasem nieco przypiekamy boczków panom z urzędu, zaś lekkopółśmieszny jegomość z TV Goleniów wszystko nagrywa jak leci, po czym wraca do redakcji, wycina wszystko, co mówią dziennikarze GG i puszcza to wszystko jako rzekomo własny dorobek dziennikarski. Dziś miało to wszystko wyglądać, jak wyglądało. Ale zaszła zmiana.
Na sali konferencyjnej byłem pierwszy. Krótko po mnie przyszedł chłopina z TVGoleniów, który najął się do roboty w zeitungu Nowiny ITD, a wraz z nim drugi chłopina, który - zdaje się - dowodzi przedsięwzięciem. Pierwszy chłopina rozstawił kamerę i przygotował się do nagrania. Drugi chłopina rozłożył zeszyty w gotowości do notowania. Przyszli burmistrzowie i moi redakcyjni koledzy. Zasiedli, po czym Robert Krupowicz jak zwykle oznajmił: no to słuchamy pytań.
Padło jedno pytanie. Potem cisza. Cisza trwała długo. W oczach panów burmistrzów pojawiło się lekkie zdziwienie, potem większe. Zerknęli na mnie, nie wytrzymałem, zacząłem się śmiać. Zrozumieli. GG nie miała zamiaru karmić ani TVGoleniów, ani tym bardziej polskojęzycznej prasy niemieckiej. Chłopina z TVG nie umiał zadać żadnego pytania, chłopak z zeitunga zwyczajnie nie wiedział, o co mógłby zapytać. Po 10 minutach konferencja się skończyła, Robert rzekł: u mnie drzwi jak zawsze otwarte. Poszedłem pogadać z burmistrzem, obie chłopiny mocno ogłupiałe zaczęły składać kamery i kajety.
I tak teraz będą wyglądać konferencje. Przynajmniej, dopóki istnieje zeitung.
wtorek, 30 września 2014
Pierwszy trening
Wczoraj 12 km biegu, dziś 42 km rowerem
Pierwsze bieganie po ponad dwóch tygodniach przerwy. Odezwał się achilles, który nieźle dostał po garach podczas codziennego łażenia po winnicy, ciągnięcia ciężkiej taczki ze skrzynkami czy noszenia wiader z owocami. Zrobił się też problem z mięśniami prawej nogi, w których po kilkunastu godzinach jazdy w jednej pozycji powstały bolesne zastoiny krwi, stopniowo ustępujące, ale cholernie dokuczliwe. Niemniej, trening sympatyczny i efektywny, przy pięknej pogodzie kończącego się lata.
A dziś runda rowerem. Wybrałem się jak pajac, ubrany na czarno, bez przedniego światła, w dodatku nieco za późno, a do tego jeszcze była mgła. Na szczęście miałem czerwone tylne światło i nie bałem się specjalnie, że ktoś wjedzie mi w tyłek. Przeżyłem, ale jutro zaopatruję się w jakieś przyzwoite światełko do roweru.
Od wczoraj walczyłem o przeniesienie prawie dwóch setek kontaktów ze starej Lumii 610 do nowej Xperii. Walka przegrana, bo okazuje się, że wspaniali konstruktorzy owej Lumii nie przewidzieli, że ktoś może zechcieć pozbyć się ich telefonu zabierając ze sobą numery. Tzn. niby jakieś tam opcje są, ale czysto teoretyczne. Praktyka była banalna, choć żmudna: ręcznie przepisałem wszystko do komputera, a potem również ręcznie wprowadziłem kontakty do nowego telefonu. Jedyny plus tej paranoi jest taki, że mam listę awaryjną, na wszelki wypadek. Ale to mała pociecha.
Na stadionie wreszcie widać, że skończyła się rozbiórka, a ruszyła budowa. Przy okazji zamknięto na amen możliwość pobiegania wokół trawiastego boiska, nie ma przejścia. I tym sposobem pozbyto się wreszcie ze stadionu całego tego tuptającego towarzystwa, zapanował święty spokój.
Pierwsze bieganie po ponad dwóch tygodniach przerwy. Odezwał się achilles, który nieźle dostał po garach podczas codziennego łażenia po winnicy, ciągnięcia ciężkiej taczki ze skrzynkami czy noszenia wiader z owocami. Zrobił się też problem z mięśniami prawej nogi, w których po kilkunastu godzinach jazdy w jednej pozycji powstały bolesne zastoiny krwi, stopniowo ustępujące, ale cholernie dokuczliwe. Niemniej, trening sympatyczny i efektywny, przy pięknej pogodzie kończącego się lata.
| Mglista panorama z mostu na Inie w okolicy Bącznika |
Od wczoraj walczyłem o przeniesienie prawie dwóch setek kontaktów ze starej Lumii 610 do nowej Xperii. Walka przegrana, bo okazuje się, że wspaniali konstruktorzy owej Lumii nie przewidzieli, że ktoś może zechcieć pozbyć się ich telefonu zabierając ze sobą numery. Tzn. niby jakieś tam opcje są, ale czysto teoretyczne. Praktyka była banalna, choć żmudna: ręcznie przepisałem wszystko do komputera, a potem również ręcznie wprowadziłem kontakty do nowego telefonu. Jedyny plus tej paranoi jest taki, że mam listę awaryjną, na wszelki wypadek. Ale to mała pociecha.
Na stadionie wreszcie widać, że skończyła się rozbiórka, a ruszyła budowa. Przy okazji zamknięto na amen możliwość pobiegania wokół trawiastego boiska, nie ma przejścia. I tym sposobem pozbyto się wreszcie ze stadionu całego tego tuptającego towarzystwa, zapanował święty spokój.
niedziela, 28 września 2014
Było dobrze
| Pinot Noir, na białego bądź różowego szampana |
Tym razem jestem jednak bardzo zadowolony. Po raz pierwszy nie było żadnych problemów z dyscypliną, panował wzorowy porządek. Starannie dobrana ekipa okazała się „dream team”. Pracowali wzorowo, ani razu szef nie okazał niezadowolenia. Praca była dokładna i bardzo wydajna, choć do zebrania było wyjątkowo dużo winogron, bo rok był świetny. Patron nie mógł się nachwalić, że wreszcie serio jest traktowane polecenie, by czyścić grona z pleśni, co z kolei jest warunkiem otrzymania soku doskonałej jakości, nadającego się do produkcji szampana millesime (wytwarzanego z doskonałego soku z jednego rocznika; tylko on ma na butelce oznaczenie roku produkcji). Chciał czyste – takie dostawał. Nie było też problemu z zapewnieniem regularnych dostaw owoców, by zapewnić ciągłą pracę tłoczni. Jeśli było trzeba, ekipa bez dyskusji zostawała na polu dłużej, niż zwykle.
W tym roku winnice „Ulysse Collin”w Congy opanowali Polacy. Były tylko dwie starsze
kobitki, poza nimi wyłącznie ludzie rekrutowani przeze mnie. Podobnie tłocznia – strategiczne miejsce winobrania: szefem tłoczni był Maciek, jego najważniejszym współpracownikiem – Michał. Do pomocy mieli Francuza i mieszkającego we Francji Gruzina. Najmniejszych zastrzeżeń, w przyszłym roku Maciej ma być oficjalnie szefem tłoczni.
Dzień w Congy wyglądał jak z „Dnia świstaka”. Co rano to samo: pobudka jeszcze w nocy, śniadanie, parę minut na otrzepanie się z resztek snu i do winnicy. Drugie śniadanie około 9, przerwa obiadowa około 13, kolacja zazwyczaj o 20. Potem lulu i nazajutrz znów to samo. I tak aż do dnia ostatniego, kiedy to wieczorem odbywa się le cochelet – uroczysta kolacja na zakończenie winobrania. W
| Panorama winnic pod Congy |
Nowym pracownikom, którzy pewnie zdziwili się, że pokoje, w których przez parę dni mają mieszkać, nie są wymalowane na pastelowe kolory i nie ma w nich telewizorów, jak zwykle pokazałem koczowiska, w których mieszkają zbieracze winogron pracujący w innych winnicach: przyczepa kempingowa to tam szczyt luksusu, zazwyczaj śpią w namiotach, w nich też jedzą i gotują sobie zupki chińskie (bo tanio). O toaletach mogą pomarzyć, tojtojka to już jest pewien luksus. Prysznice też raczej nie są standardem. Po takim pokazie wszyscy zaczynają doceniać, że mają swoje łóżka, pokoje są ogrzewane, mają do dyspozycji niezłe zaplecze sanitarne, a wszystkie posiłki gotuje nam zatrudniony na czas winobrania kucharz.
Pod koniec naszego pobytu wybuchła zresztą lokalna afera, opisywana w tamtejszej prasie: żandarmeria zlikwidowała koczowisko, w którym żyło 240 Polaków zatrudnionych do zbierania winogron o parę wiosek dalej, niż Congy. Warunki, w jakich żyli, były po prostu straszne. Do tego zarabiali jakieś marne grosze. Regularny gułag…
Dopisała nam pogoda. Pierwsze kilka dni było bardzo upalne, potem jednodniowe załamanie pogody, pół dnia lało, a po tym znów słońce, choć już dużo chłodniej - co zresztą nie było żadną wadą, upałów każdy miał dość, chłodek był miły.
| Południowa sjesta w winnicy Barbonnes |
| Barbonnes. Cieszę się, że zobaczę ją dopiero za rok... |
| Wschód słońca widziany w drodze do la Gravelle |
| Jedno z podwórek. Kwiaty, kwiaty, kwiaty.... |
| Tęcza po krótkiej burzy, jaka przeszła nad Congy |
| Jean Paul, kucharz, zwany przez nas Janem Pawłem III |
| Maria z Olą, nienagannie ubrane spożywają śniadanie na trawie |
| To spora część tego, co chłopcy wypili po pracy. Nie wszystko trafiło na korytarz |
| Ranek w winnicy. Niekoniecznie miłe doświadczenie |
| Na skrajach winnic często sadzone są krzaki róż |
| Wjazd do Congy. Tonie w kwiatach |
| Inna panorama winnic w Szampanii |
| Merostwo w Congy. Też w kwiatach |
| Wiejska uliczka |
| ... i inny jej fragment |
| "Witaczem" we francuskich wioskach zawsze są kwiaty |
| Wschodzące słońce za mgłą |
| Marysia - wulkan optymizmu |
| Robić? Nie robić? Zlot porterów, czyli po polsku - wiadernych |
| Pomnik miejscowych żołnierzy, poległych w I wojnie |
| Przygotowanie do tłoczenia. W kilka minut do prasy chłopaki wrzucali po 4 tony owoców |
| Kolacja |
| Oczekiwanie na le cochelet |
| Marysia z szampanem po 300 euro |
| Votre sante! |
| Jean Paul prowadził restaurację, która miała 3 gwiazdki Michelina. A teraz nam polewał |
| Patron (właściciel winnicy), Olivier Collin |
| I jego hiszpańska żona, Sandra |
| Po szampanie, oczekiwanie na ostatnią kolację |
| Z głodu nie dało się umrzeć |
sobota, 27 września 2014
Jestem
A dziś MPG. Wielce byłem ciekaw, bo pierwszą edycję znam tylko z opowieści, byłem wówczas w Congy. Zrezygnowałem ze startu, bo w Congy odnowiła mi się kontuzja mięśnia gruszkowatego, pobolewał też prawy achilles, regularnie katowany chodzeniem z wiadrami wyjątkowo pięknych i słodkich w tym roku winogron. Michał nie odpuścił startu, zmniejszył jednak dystans z połówki do ćwiartki.
Na szczęście, mnie nie ujęto w grafiku zadań związanych z maratonem i mogłem spokojnie zająć się robieniem zdjęć tam, gdzie sobie upatrzyłem przed rokiem: na górkach pod koniec pierwszej długiej prostej. W końcu doczekałem się na ścieżce kolorowego tłumu biegaczy, rozciągniętego wzdłuż leśnej ścieżki. Parę zdjęć wygląda naprawdę nieźle, jedno z nich jest obok. Pięknie by wyglądał pionowy baner o podobnym wyglądzie, spróbuję na coś takiego namówić głównych organizatorów dzisiejszego leśnego zamieszania, Anetkę z Darkiem.
Maraton wypadł świetnie. Biegający lud zadowolony, bo było wszystko, co potrzeba biegaczom, nie było za to szwancparady z różnej maści garniturowcami, którzy jeszcze niedawno byli standardem na Ojcowsko-Urzędowej Mili Niepodległości. Nie było też oczywiście milowego namiotu małomiasteczkowych "wipów", gdzie jeszcze niedawno mogli się ochlać i obeżreć tego, na co zawodnicy nawet popatrzeć nie mogli. Z ważniejszych osób pojawił się wiceburmistrz T. Banach, ale w stroju sportowym, pobrał pakiet startowy i pobiegł na dychę, po czym dyskretnie ulotnił się, nie oczekując braw. I nic dziwnego, gość jest na poziomie.
Na trasie biegu było to, co potrzebne: na pierwszym okrążeniu tylko woda, potem pojawiły się substancje potrzebne do przetrzymania długotrwałego wysiłku na leśnej, niełatwej dziś trasie. Po biegu była lekko kwaśna zupa pomidorowa, był pieczony kurczak, kiełbaska, piweńko - wszystko w ilościach absolutnie zaspokajających zapotrzebowanie na energię, wodę i minerały. Nie słyszałem żadnych narzekań, co oznaczało z pewnością akceptację tej propozycji organizatorów.
Jedyny minus, kompletnie niezależny od organizatorów, to brak liczniejszej publiczności na mecie. O jej brak na trasie maratonu trudno mieć pretensje, w końcu trasa wytyczona jest lasem, a dziś nawet grzybiarzy za wielu nie było, bo i grzybów nie ma. Miło jest jednak, kiedy na mecie witają finiszerów oklaski i okrzyki dowodzące, że ktoś zauważa wysiłek biegających godzinę, dwie, czasem pięć.
Nie zmienia to jednak faktu, że imprezka była udana, kameralna, wręcz elitarna, z precyzyjnie zrealizowanym programem i bez żadnej wpadki. Parę osób po raz pierwszy w życiu wystartowało w maratonie, byli też debiutanci na krótszych dystansach. Niektórzy z debiutantów w ubiegłym roku pojawili się w Kliniskach jako kibice, w tym roku pobiegli z powodzeniem. Brawo!
Fotki z biegu są tutaj. Dziś idę spać, odsypiać dwutygodniowe zmęczenie i zarwaną noc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
