7 km
Wczoraj wynalazłem rewelacyjną terapię bólów kręgosłupa. Jeśli łupie cię tak, że ani się schylić, ani dłużej postać, ani posiedzieć w tej samej pozycji to siadaj w kajak, walnij sobie 50 km - przejdzie. Mi przeszło.
Pod wieczór wizyta na miejscu wypadku pod Babigoszczą. Zdaje się, że kierowca nowiutkiej skody życie stracił przez chwilę nieuwagi: zjechał w lewo, zaczepił o jeden samochód, czołowo zderzył się z drugim. Może by i żył, gdyby miał zapięte pasy. Nie miał. Głową trzasnął w szybę, klatką piersiową w kierownicę. Kierowca drugiego samochodu uczestniczącego w czołówce miał pasy zapięte. Pokieraszowany, ale żyje, choć jego auto wyglądało dużo gorzej.
Po powrocie do domu decyzja o powrocie na biegowe ścieżki. Na początek 'siódemka' na rozruch. Starczy, bo przerwa była za długa na jakieś wyczyny na pierwszy raz. Przyjemne zdziwienie, bo spodziewałem się ciężkiego biegania, tymczasem była sympatyczna i bezproblemowa przebieżka w zupełnie przyzwoitym tempie. Jutro zobaczymy, jak na tę przyjemność zareagują achillesy. Na razie nie protestują ;)
Wciąż jestem pod wrażeniem osobliwego marketingu, jaki uprawia pewien nowogardzki biznesmen branży pogrzebowej, który parę dni temu otworzył swój "salon" w Goleniowie. Czarne parasole z napisem "Usługi Pogrzebowe..." - OK, może jakiś hipster się skusi. Smycz z tą samą treścią po prostu wyrzuca się do śmieci, chyba że ktoś je kolekcjonuje - to może być rarytas. Prawdziwie zafascynowały mnie breloczki do kluczy, z ładnie wykonaną, drewnianą... trumienką, całkiem sporą, 6 cm długości. To już nawet dla osoby z dużym poczuciem humoru może być przesadą. Jutro przyniosę fotografię tych gadżetów, dorzucę jako ilustrację. Bo założę się, że nie wszyscy wierzą, że to prawda. Przypominam: biznesmen jest z Nowogardu, to naprawdę wiele tłumaczy ;)
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
niedziela, 12 lipca 2015
sobota, 11 lipca 2015
Tak lubię!
52 km na wiosłach
Wreszcie wolny dzień, odpowiednia pogoda i kręgosłup po tygodniu przestał mnie męczyć. Kajak na wóz, kierunek Drawno, czyli na Drawę. Po drodze przejechałem arcyciekawą drogę między Dobrzanami a wsią Ciemnik, poprowadzoną tak, że ma się wrażenie jazdy po górach. Kto nie był - polecam przy okazji. Iński Park Krajobrazowy zachwycający.
W Drawnie dziki tłum. Na moich oczach odbija z przystani PTTK kilkadziesiąt kajaków i wszyscy płyną w kierunku parku narodowego, czyli dość trudnego, ale cholernie atrakcyjnego odcinka Drawy. Pytam gościa od kajaków, ilu w ogóle popłynęło. "Tak na moje oko z 600 kajaków będzie. Tylko od nas wypożyczyli 200..." - odpowiada mi gościu. Dziękuję, to już jest powód, żeby popłynąć gdzie indziej. Drugi jest prozaiczny: prawie cały ten tłum w kajakach już wypływa podpity, albo łoi po drodze (często jedno z drugim). Od czerwca weszły nowe przepisy, nakładające surowe sankcje na płynących po pijanemu. Nikt się nimi nie przejmuje, nadal najważniejszym ładunkiem w kajakach jest wóda i piwsko. Nikt też nie sprawdza, czy płynący są trzeźwi. Zresztą, w cholerę z dorosłymi, niech się po pijanemu potopią. Gorzej, że z pijanymi w kajakach często siedzą dzieci. Lepiej sobie nie wyobrażać, co się może stać.
Decyzja prosta: w górę rzeki. Trasę znam, kiedyś już ją płynąłem. Najpierw dwa jeziora na krechę, na rozgrzewkę. Potem poplątany labirynt ujścia Drawy do jeziora Grażyna, w którym na parę minut się gubię, ale w końcu wypływam z
wysokich na dwa metry trzcin, drę w górę. Prąd niby niezbyt mocny, ale odczuwalny, wyraźnie spowalnia płynięcie. Wpadam w rytm, pociągnięcia równe, blisko kadłuba (są bardziej efektywne), o prawidłowym trzymaniu wiosła nie muszę już sobie przypominać, to już wyrobiony odruch.
Rościn i 10 km płynięcia pod górę. Zero zmęczenia, kondycja wzorowa. Nie zatrzymuję się, ciągnę w górę. Zaraz za wsią las się kończy, rzeka płynie przez ogromne torfowiska. I tak aż do samej Prostyni, przy moście robię sobie przerwę na drugie śniadanie. Defiluje przede
mną łabędzia rodzina, matka z sześciorgiem przychówku. Tata-łabędź przepływa blisko mnie ostrzegawczo sycząc. Rzucam mu kawałek bułki - przestaje syczeć, zjada i odpływa. Przekupiony.
Po parominutowej przerwie decyzja: wracać do Drawna, czy dalej w górę? Do Drawna 19 km, sił sporo, więc decyzja: w górę. Kolejne 5 km to płynięcie szerokim i dość głębokim kanałem, sztucznym przekopem z początku ub. wieku (Stara Drawa jeszcze istnieje, ale to zarastający, wolno płynący strumyk, żadna atrakcja). Kanał prowadzi do jeziora, za którym jest elektrownia wodna Borowo - cel wyprawy. Piętnaście minut odpoczynku, fotki, esemesy. I z powrotem do kajaka.
Powrotna droga wprawdzie z prądem, ale zmęczenie zaczyna dawać o sobie, a i w krzyżu
pobolewa, i dupsko protestuje przeciw kolejnej godzinie siedzenia w jednej pozycji. Nie ma jednak rady, trzeba wrócić do autka. Wracam już jako ostatni, wszystkie grupy, które mijałem płynąc w górę już albo dotarły do Drawna, albo porozbijały obozowiska na leśnych polanach nad rzeką. Ja nie mam wyjścia: jeśli chcę wrócić do domu, to autko grzecznie czeka na przystani w Drawnie... Docieram do niej po trzech godzinach od wyruszenia spod elektrowni, kompletnie zryty, ale zadowolony z wyprawy. Pakowanie sprzętu, w drogę. O wpół do dziesiątej wieczorem mogę się wreszcie wykąpać i przebrać.
Polecam wszystkim Drawę na odcinku Prostynia-Drawno. Rzeka płynie dość leniwie, jest zupełnie bezpieczna, w sam raz na rodzinny spływ, nawet z małymi dziećmi. Do tego czysta woda, cudowna przyroda, czyste brzegi i umiarkowana ilość ludków w kajakach. Pięknie, kameralnie :)
Wreszcie wolny dzień, odpowiednia pogoda i kręgosłup po tygodniu przestał mnie męczyć. Kajak na wóz, kierunek Drawno, czyli na Drawę. Po drodze przejechałem arcyciekawą drogę między Dobrzanami a wsią Ciemnik, poprowadzoną tak, że ma się wrażenie jazdy po górach. Kto nie był - polecam przy okazji. Iński Park Krajobrazowy zachwycający.
| Całe pola grążeli |
Decyzja prosta: w górę rzeki. Trasę znam, kiedyś już ją płynąłem. Najpierw dwa jeziora na krechę, na rozgrzewkę. Potem poplątany labirynt ujścia Drawy do jeziora Grażyna, w którym na parę minut się gubię, ale w końcu wypływam z
| W tej Kambodży trochę się pogubiłem |
Rościn i 10 km płynięcia pod górę. Zero zmęczenia, kondycja wzorowa. Nie zatrzymuję się, ciągnę w górę. Zaraz za wsią las się kończy, rzeka płynie przez ogromne torfowiska. I tak aż do samej Prostyni, przy moście robię sobie przerwę na drugie śniadanie. Defiluje przede
| Defilada |
Po parominutowej przerwie decyzja: wracać do Drawna, czy dalej w górę? Do Drawna 19 km, sił sporo, więc decyzja: w górę. Kolejne 5 km to płynięcie szerokim i dość głębokim kanałem, sztucznym przekopem z początku ub. wieku (Stara Drawa jeszcze istnieje, ale to zarastający, wolno płynący strumyk, żadna atrakcja). Kanał prowadzi do jeziora, za którym jest elektrownia wodna Borowo - cel wyprawy. Piętnaście minut odpoczynku, fotki, esemesy. I z powrotem do kajaka.
Powrotna droga wprawdzie z prądem, ale zmęczenie zaczyna dawać o sobie, a i w krzyżu
| Elektrownia Borowo |
Polecam wszystkim Drawę na odcinku Prostynia-Drawno. Rzeka płynie dość leniwie, jest zupełnie bezpieczna, w sam raz na rodzinny spływ, nawet z małymi dziećmi. Do tego czysta woda, cudowna przyroda, czyste brzegi i umiarkowana ilość ludków w kajakach. Pięknie, kameralnie :)
| Przy brzegach od metra lilii wodnych |
| Tyle jeszcze zostało do samochodu... |
| Przystanek w Prostyni, przy moście na trasie nr 20 |
sobota, 4 lipca 2015
Grochówka z kostką lodu
Niech szlag ten upał. 36... Znajomy donosi z Sardynii, że tam 30 w szczycie. A pojechał się wygrzać :).
W południe otwarcie mariny w Lubczynie. Uroczystość w typowo 'osirowym' stylu, w duchu "regat o złotą kotwicę dyrektora OSiR". Na początek defilada jachtów, motorówek i czego tam jeszcze przed zalegającą na plaży publicznością. Objawów wzruszenia publiczności nie zanotowano, podobnie jak w ogóle jakiejkolwiek reakcji na co najmniej dziwaczne manewry, z jakimiś racami, syrenami i innymi bzdurami. Żeby cyrk był zupełny - była flauta, więc żaglówki pływały na silnikach, ze zwiniętymi żaglami. To coś jak wyścigi F1 z bolidami na holu...
Po powrocie armady do brzegu kolejna część szwancparady: wręczanie jakichś sekstantów, oczywiście złotych, osobom, które się dla mariny zasłużyły. Ojciec Dyrektor miał przykazane, że żadnego bibelotu Heńkowi Zajko ma nie wręczać. OD wiedział jak zwykle swoje, złotą pierdółkę wręczył, oczywiście osobiście. Heniek ścierpiał.
Na koniec poczęstunek. Przypominam: 36 stopni, o czym było wiadomo co najmniej od dwóch dni. A mimo to OD zaprosił wszystkich na... gorącą wojskową grochówkę. Wziąłem miskę, stało toto przede mną 15 minut, ni cholery nie chciało ostygnąć. Wymieniam SMS-y ze znajomym bytującym na Sardynii. Radzi mi, żebym wrzucił do grochówki parę kostek lodu, udekorował ją plasterkiem cytryny, wbił parasolkę (cień!), ale zwinął ją przed jedzeniem. Złośliwy... ;)
Z ostatniej atrakcji, na jaką zapraszał Ojciec Dyrektor, rezygnuję. Pociłem się na samą myśl o siedzeniu w rozgrzanym namiocie i oglądaniu pokazu zdjęć z przebudowy mariny. Ojciec D. chwalił się, że będzie ich pięćset...
Zrezygnowałem z planów kajakowych. Rzeźnia, a na wodzie niewiele lepiej. Poleżałem w domu, poczytałem gazety, a pod wieczór z Oleńką wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową. Wspólnie zrobiliśmy dyszkę, potem kolejną piętnastkę zrobiłem już samodzielnie.
Na szczęście, zmieniła się prognoza na jutro. Miało lać po południu, trochę popada jednak tylko przed południem. Więc - kajak! :))
Na Lyon pisze się szwagierka. Zdaje się, to nie ostatnia kandydatura. Powinno być pięknie: przylot w środę, w czwartek odbijanie szpunta na beczkach z Beaujolais Nouveau 2015, piątek na reanimację po odbijaniu szpunta, w sobotę maraton. W niedzielę msza, mam nadzieję - dziękczynna za ostatni w roku maraton, a nie żałobna... :)
Północ. Pod "Tanimi Fajami" conocne darcie ryja przez zachlaną polską dzicz. Mam coraz większą ochotę przejrzeć na Allegro oferty sprzedaży karabinów snajperskich. Albo nawiązać współpracę z jakimś kołem łowieckim. Może jakieś małe nocne polowanie na Szczecińskiej?
W południe otwarcie mariny w Lubczynie. Uroczystość w typowo 'osirowym' stylu, w duchu "regat o złotą kotwicę dyrektora OSiR". Na początek defilada jachtów, motorówek i czego tam jeszcze przed zalegającą na plaży publicznością. Objawów wzruszenia publiczności nie zanotowano, podobnie jak w ogóle jakiejkolwiek reakcji na co najmniej dziwaczne manewry, z jakimiś racami, syrenami i innymi bzdurami. Żeby cyrk był zupełny - była flauta, więc żaglówki pływały na silnikach, ze zwiniętymi żaglami. To coś jak wyścigi F1 z bolidami na holu...
| Ojciec Dyrektor już się czai na Heńka z pozłacanym gówienkiem |
Na koniec poczęstunek. Przypominam: 36 stopni, o czym było wiadomo co najmniej od dwóch dni. A mimo to OD zaprosił wszystkich na... gorącą wojskową grochówkę. Wziąłem miskę, stało toto przede mną 15 minut, ni cholery nie chciało ostygnąć. Wymieniam SMS-y ze znajomym bytującym na Sardynii. Radzi mi, żebym wrzucił do grochówki parę kostek lodu, udekorował ją plasterkiem cytryny, wbił parasolkę (cień!), ale zwinął ją przed jedzeniem. Złośliwy... ;)
Z ostatniej atrakcji, na jaką zapraszał Ojciec Dyrektor, rezygnuję. Pociłem się na samą myśl o siedzeniu w rozgrzanym namiocie i oglądaniu pokazu zdjęć z przebudowy mariny. Ojciec D. chwalił się, że będzie ich pięćset...
Zrezygnowałem z planów kajakowych. Rzeźnia, a na wodzie niewiele lepiej. Poleżałem w domu, poczytałem gazety, a pod wieczór z Oleńką wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową. Wspólnie zrobiliśmy dyszkę, potem kolejną piętnastkę zrobiłem już samodzielnie.
Na szczęście, zmieniła się prognoza na jutro. Miało lać po południu, trochę popada jednak tylko przed południem. Więc - kajak! :))
Na Lyon pisze się szwagierka. Zdaje się, to nie ostatnia kandydatura. Powinno być pięknie: przylot w środę, w czwartek odbijanie szpunta na beczkach z Beaujolais Nouveau 2015, piątek na reanimację po odbijaniu szpunta, w sobotę maraton. W niedzielę msza, mam nadzieję - dziękczynna za ostatni w roku maraton, a nie żałobna... :)
Północ. Pod "Tanimi Fajami" conocne darcie ryja przez zachlaną polską dzicz. Mam coraz większą ochotę przejrzeć na Allegro oferty sprzedaży karabinów snajperskich. Albo nawiązać współpracę z jakimś kołem łowieckim. Może jakieś małe nocne polowanie na Szczecińskiej?
piątek, 3 lipca 2015
Gorąco
Za gorąco, żeby biegać. Ani z tego przyjemności, ani pożytku. Nie chciało mi się też po południu wsiadać do rozgrzanego auta i jechać nad wodę. Więc przejażdżka rowerem, wczoraj 50 km, dziś 20. Rośnie moje zadowolenie z zakupu. Właściwy rozmiar, rower jest lekki i szybki, chodzi bezgłośnie, siodełko wygodne, hamulce sprawne. Po prostu - chce się jechać.
Mimo gorąca mnóstwo ludzi jednak biega. Ciekawe: głównie babki. Faceci zapewne dokonali wyboru między bieganiem a piwem, wygrało piwo. Na ścieżkach rowerowych od metra rowerzystów, nigdy ich tylu nie było. Popularność rowerów i ruchu w ogóle to jedno, ale swoje zrobiły ścieżki rowerowe, na których ludzie po prostu czują się bezpieczniej. Wkrótce ich przybędzie, w najbliższych planach są ścieżki wzdłuż Maszewskiej, Nowogardzkiej, Wojska Polskiego, Przestrzennej, Dworcowej i Spacerowej. W przyszłym roku na pewno powstanie cd. ścieżki w kierunku Lubczyny - robi się więc sieć, a nie plątanina krótkich kawałków, zaczynających się w niespodziewanym miejscu, a kończących się w równie bezsensownym (np. ścieżka wokół ronda przy szpitalu - dzieło wizjonera Wojciechowskiego).
W sobotę otwarcie przystani w Lubczynie, chciał nie chciał - trzeba jechać, opstrykać. Zaraz potem wypad na jakąś wodę, ochłodzić się i oderwać wzrok od komputera...
Od poniedziałku ma już być kładziona niebieska wykładzina na bieżni. Prawie pół stadionu jest już przygotowane, nierówności asfaltu zaklajstrowane. Można jechać!
Mimo gorąca mnóstwo ludzi jednak biega. Ciekawe: głównie babki. Faceci zapewne dokonali wyboru między bieganiem a piwem, wygrało piwo. Na ścieżkach rowerowych od metra rowerzystów, nigdy ich tylu nie było. Popularność rowerów i ruchu w ogóle to jedno, ale swoje zrobiły ścieżki rowerowe, na których ludzie po prostu czują się bezpieczniej. Wkrótce ich przybędzie, w najbliższych planach są ścieżki wzdłuż Maszewskiej, Nowogardzkiej, Wojska Polskiego, Przestrzennej, Dworcowej i Spacerowej. W przyszłym roku na pewno powstanie cd. ścieżki w kierunku Lubczyny - robi się więc sieć, a nie plątanina krótkich kawałków, zaczynających się w niespodziewanym miejscu, a kończących się w równie bezsensownym (np. ścieżka wokół ronda przy szpitalu - dzieło wizjonera Wojciechowskiego).
W sobotę otwarcie przystani w Lubczynie, chciał nie chciał - trzeba jechać, opstrykać. Zaraz potem wypad na jakąś wodę, ochłodzić się i oderwać wzrok od komputera...
Od poniedziałku ma już być kładziona niebieska wykładzina na bieżni. Prawie pół stadionu jest już przygotowane, nierówności asfaltu zaklajstrowane. Można jechać!
czwartek, 2 lipca 2015
Zakup
20 km, rower
Wreszcie przechodzi mi ból krzyża, który wykluczał jakiekolwiek bieganie. Jak na złość, nadchodzą upały - ani myślę katować się bieganiem w takich warunkach.
Chyba więc w najbliższych dniach rower i kajak. Dziś kupiłem nowy rower, szosowego Treka w wersji ze średniej półki, za niecałe 4 koła. Z ramą pod mój wzrost, lekki, z wygodnym siodełkiem, z hamulcami tarczowymi - bardzo skutecznymi. Próbny objazd wypadł bardzo pozytywnie. Jedzie się lekko i bardzo szybko. Przyjemność.
Kolega, u którego rower kupiłem dorzucił mi za darmo kask. Nie lubię, ale nie broniłem się, będę w nim jeździł. Dziś oglądałem skutki wypadku, który wprawdzie za przyczynę miał ostrą i szybką jazdę młodego kierowcy samochodu, ale tragiczny skutek to jazda rowerem bez kasku. Chłopak z szóstej klasy, potrącony przez samochód upadł wyjątkowo nieszczęśliwie: uderzając głową w krawężnik. Gdyby miał kask, głowa by pewnie ocalała. Niestety, nie miał. Zabrali go do szpitala z poważnym urazem czaszki.
Zapisany na Marathon International du Beaujolais. 21 listopada, Ville de Franche koło Lyonu. Tam jeszcze nie byłem, a warto (prawda, Magda?). Koniec listopada, najbardziej ponury czas w roku, warto spędzić tam, gdzie wymyślono sposób na poprawę humoru. Wprawdzie Beaujolais Nouveau to żadne wino, ale to przecież będzie pierwszy trunek anno 2015. Nie wiem tylko, czy popijanie go na półtora dnia przed maratonem nie będzie zgubne - po tym cienkuszu głowa potrafi mocno boleć. Najwyżej będę się oszczędzał :)
Wreszcie przechodzi mi ból krzyża, który wykluczał jakiekolwiek bieganie. Jak na złość, nadchodzą upały - ani myślę katować się bieganiem w takich warunkach.
Chyba więc w najbliższych dniach rower i kajak. Dziś kupiłem nowy rower, szosowego Treka w wersji ze średniej półki, za niecałe 4 koła. Z ramą pod mój wzrost, lekki, z wygodnym siodełkiem, z hamulcami tarczowymi - bardzo skutecznymi. Próbny objazd wypadł bardzo pozytywnie. Jedzie się lekko i bardzo szybko. Przyjemność.
Kolega, u którego rower kupiłem dorzucił mi za darmo kask. Nie lubię, ale nie broniłem się, będę w nim jeździł. Dziś oglądałem skutki wypadku, który wprawdzie za przyczynę miał ostrą i szybką jazdę młodego kierowcy samochodu, ale tragiczny skutek to jazda rowerem bez kasku. Chłopak z szóstej klasy, potrącony przez samochód upadł wyjątkowo nieszczęśliwie: uderzając głową w krawężnik. Gdyby miał kask, głowa by pewnie ocalała. Niestety, nie miał. Zabrali go do szpitala z poważnym urazem czaszki.
Zapisany na Marathon International du Beaujolais. 21 listopada, Ville de Franche koło Lyonu. Tam jeszcze nie byłem, a warto (prawda, Magda?). Koniec listopada, najbardziej ponury czas w roku, warto spędzić tam, gdzie wymyślono sposób na poprawę humoru. Wprawdzie Beaujolais Nouveau to żadne wino, ale to przecież będzie pierwszy trunek anno 2015. Nie wiem tylko, czy popijanie go na półtora dnia przed maratonem nie będzie zgubne - po tym cienkuszu głowa potrafi mocno boleć. Najwyżej będę się oszczędzał :)
poniedziałek, 29 czerwca 2015
En novembre Beaujolais?
Wczoraj 58 km, dziś relaks
Wczoraj odpoczynek po intensywnym wiosłowaniu po zalewie. Najpierw wyprawa do Sowna, przez Bolechowo (asfalt), potem leśnymi duktami aż do byłej RAB, czyli pretekstu do rozpętania wojny 1939 r. - autostrady Berlin-Królewiec.
Na węźle w okolicy Sowna krótka przerwa na obejrzenie pozostałości po ostatniej drogowej inwestycji Adolfa H. Zostało sporo, praktycznie gotowy węzeł drogowy, potrzebujący jedynie pokrycia asfaltem. Obejrzałem sobie Sowno, z pozostałościami niemieckiej, stylowej zabudowy. O polskiej zabudowie przez miłosierdzie nie wspomnę, to rozpacz łamana przez tragedię.
Powrót do Goleniowa przez Strumiany. Długa prosta, dupsko boli, ale kres przewidywalny: z roweru trzeba zejść w Kliniskach. Oryginalne, jedyne w kraju przejście drogowe na dwupasmowej trasie ekspresowej S3. Jak zwykle, wchodzi się na przejście po paru minutach czekania, aż któryś z przejeżdżających tumanów wpadnie na pomysł, by się zatrzymać. Żaden debil nie zauważył ani znaków, ani przejścia. Połowę skrzyżowania pokonałem w chwili, kiedy strumień debili na chwilę się przerwał. Druga połowa była gorsza, nikt nie stanął. Wkurzyłem się, w pewnym momencie wykonałem ruch udający wjazd rowerem na jezdnię. Gwałtowne hamowanie, nagle robi się przejście. Przechodzę. Nic mnie nie obchodzi, co o tym myśli blond dziewczę, które zmusiłem do hamowania.
A dziś Oleńka wynalazła niebywale tanie połączenie lotnicze do Lyonu. Za 1,6 tys. zł w obie strony mogę lecieć choćby na piwo. Ale w trzecim tygodniu listopada nie leci się na piwo, tylko na Beaujolais Nouveau, albo na maraton organizowany w tej okazji. Więc wybieramy tę drugą opcję :)
Wczoraj odpoczynek po intensywnym wiosłowaniu po zalewie. Najpierw wyprawa do Sowna, przez Bolechowo (asfalt), potem leśnymi duktami aż do byłej RAB, czyli pretekstu do rozpętania wojny 1939 r. - autostrady Berlin-Królewiec.
Na węźle w okolicy Sowna krótka przerwa na obejrzenie pozostałości po ostatniej drogowej inwestycji Adolfa H. Zostało sporo, praktycznie gotowy węzeł drogowy, potrzebujący jedynie pokrycia asfaltem. Obejrzałem sobie Sowno, z pozostałościami niemieckiej, stylowej zabudowy. O polskiej zabudowie przez miłosierdzie nie wspomnę, to rozpacz łamana przez tragedię.
Powrót do Goleniowa przez Strumiany. Długa prosta, dupsko boli, ale kres przewidywalny: z roweru trzeba zejść w Kliniskach. Oryginalne, jedyne w kraju przejście drogowe na dwupasmowej trasie ekspresowej S3. Jak zwykle, wchodzi się na przejście po paru minutach czekania, aż któryś z przejeżdżających tumanów wpadnie na pomysł, by się zatrzymać. Żaden debil nie zauważył ani znaków, ani przejścia. Połowę skrzyżowania pokonałem w chwili, kiedy strumień debili na chwilę się przerwał. Druga połowa była gorsza, nikt nie stanął. Wkurzyłem się, w pewnym momencie wykonałem ruch udający wjazd rowerem na jezdnię. Gwałtowne hamowanie, nagle robi się przejście. Przechodzę. Nic mnie nie obchodzi, co o tym myśli blond dziewczę, które zmusiłem do hamowania.
A dziś Oleńka wynalazła niebywale tanie połączenie lotnicze do Lyonu. Za 1,6 tys. zł w obie strony mogę lecieć choćby na piwo. Ale w trzecim tygodniu listopada nie leci się na piwo, tylko na Beaujolais Nouveau, albo na maraton organizowany w tej okazji. Więc wybieramy tę drugą opcję :)
sobota, 27 czerwca 2015
Zalew
26 km kajak
Prognoza na dziś była przesympatyczna: ciepło, prawie bezwietrznie, lekkie zachmurzenie, bez opadów. Pogoda idealna na kajakowanie po otwartych wodach. Przez moment rozważałem, czy się nie wybrać na kajakowy maraton na Drawie (otwarcie sezonu), ale trzeba by wyjechać wcześnie rano, zwyczajnie mi się nie chciało. Pospałem więc do wpół do dziewiątej, odpiłem poranną kawę i niespiesznie zebrałem się do aktywności.
Zdecydowałem się na Stepnicę - bo blisko i w tym roku jeszcze tam nie pływałem. Przy nowej przystani obok portu rybackiego jest idealny dla kajakarzy slip, jest gdzie zrzucić kajak na wodę i bezpiecznie zostawić samochód.
Na początek kierunek Police. Przerwa na ostatnim cyplu przed torem wodnym, fotki i uporządkowanie ekwipunku. Tym razem kamizelka ratunkowa na plecach - nie lubię, ale na otwartych wodach bezwarunkowo potrzebna. Powrót do kajaka i sprawny trawers toru wodnego. Dziś sobota, ruchu statków nie było, za to sporo jachtów, między którymi trzeba było szybko się przemieszczać. Na środku ostro bujało, akurat nad głową wisiała mi jakaś ciężka chmura, powiało, wodę zburzyło, białe grzywacze i fale prawie metrowe. Nic groźnego, ale trzeba uważać, bo wypieprzenie się na środku toru wodnego to pomysł zdecydowanie głupi. Ale po półgodzinie było już bezpiecznie, przy brzegu prawie nie wiało, woda spokojna. Podpłynąłem pod hałdy fosfogipsów w Policach, dość ponuro toto wyglądało na tle szarych chmur. Zwrot na prawo i wzdłuż brzegu w kierunku Trzebieży. Woda spokojna, więc można było poćwiczyć kajakowe 'akcenty', jak mawiają trenery. Pół kilometra sprintu na wysokich obrotach, potem kilometr bardzo spokojnego wiosłowania. Do portu wpadłem na końcówce sprintu, starsze małżeństwo z niemieckiego jachtu zaczęło bić mi brawo, pewnie pomyśleli, że właśnie na metę wpadł pierwszy zawodnik nieznanych im zawodów. Szczerze podziękowałem, z godnością (ledwo dysząc) popłynąłem
dalej, w głąb portu. Na małej plaży za portem zrobiłem kilkanaście minut przerwy, bo choć w kajaku siedzisko jest wyjątkowo wygodne, to po trzech godzinach siedzenia w jednej pozycji wygodne być przestało.
Z Trzebieży widać było drugi brzeg zalewu, za wyspą Chełminek jak na dłoni Kopice, gdzie jest mały, bardzo sympatyczny porcik na użytek mieszkańców wsi i właścicieli tamtejszych domków letniskowych. Znów trzeba było przemknąć się przez tor wodny, tym razem pusty, a woda spokojna. Za Chełminkiem pełen luz, leniwe wiosłowanie do samych Kopic. Tam chwila oddechu bez wysiadania z kajaka, zwrot na południe, kierunek Stepnica. Jakaś półdzika plaża z pomostem, w sam raz na przerwę dla rozprostowania nóg. I ostatni etap, do Stepnicy. W Gąsierzynie nie wysiadam już z kajaka, szkoda czasu - za plecami ciemne chmury, będzie padać. Ostrzej do wioseł: pociągnięcia dłuższe, pióra blisko burty, drążek możliwie w pionie. Kajak od razu rusza do przodu, przy dziobie pojawia się piana. Ostatnie trzy kilometry chyba w najlepszym tempie z całej wyprawy. I dobrze, bo zdążyłem dopłynąć, załadować kajak, a kiedy ruszałem w drogę - zaczęło padać.
Nabieram ochoty na kajakową wyprawę do Nowego Warpna i Altwarp. Jeśli trafią się dobre warunki, można obrócić w jeden dzień, to raptem 20 km w jedną stronę. Gorzej, jeśli będzie fala, zapewne boczna, wtedy trzeba by to rozłożyć na dwa dni. Hmm, a z Nowego Warpna przecież całkiem blisko jest już na wyspę Wolin... Może jakiś tour wokół polskiego zalewu by zmontować?
Po powrocie wyprawa z Oleńką do Pizza Hut, jakaś nagroda się przecież należy ;)
Prognoza na dziś była przesympatyczna: ciepło, prawie bezwietrznie, lekkie zachmurzenie, bez opadów. Pogoda idealna na kajakowanie po otwartych wodach. Przez moment rozważałem, czy się nie wybrać na kajakowy maraton na Drawie (otwarcie sezonu), ale trzeba by wyjechać wcześnie rano, zwyczajnie mi się nie chciało. Pospałem więc do wpół do dziewiątej, odpiłem poranną kawę i niespiesznie zebrałem się do aktywności.
Zdecydowałem się na Stepnicę - bo blisko i w tym roku jeszcze tam nie pływałem. Przy nowej przystani obok portu rybackiego jest idealny dla kajakarzy slip, jest gdzie zrzucić kajak na wodę i bezpiecznie zostawić samochód.Na początek kierunek Police. Przerwa na ostatnim cyplu przed torem wodnym, fotki i uporządkowanie ekwipunku. Tym razem kamizelka ratunkowa na plecach - nie lubię, ale na otwartych wodach bezwarunkowo potrzebna. Powrót do kajaka i sprawny trawers toru wodnego. Dziś sobota, ruchu statków nie było, za to sporo jachtów, między którymi trzeba było szybko się przemieszczać. Na środku ostro bujało, akurat nad głową wisiała mi jakaś ciężka chmura, powiało, wodę zburzyło, białe grzywacze i fale prawie metrowe. Nic groźnego, ale trzeba uważać, bo wypieprzenie się na środku toru wodnego to pomysł zdecydowanie głupi. Ale po półgodzinie było już bezpiecznie, przy brzegu prawie nie wiało, woda spokojna. Podpłynąłem pod hałdy fosfogipsów w Policach, dość ponuro toto wyglądało na tle szarych chmur. Zwrot na prawo i wzdłuż brzegu w kierunku Trzebieży. Woda spokojna, więc można było poćwiczyć kajakowe 'akcenty', jak mawiają trenery. Pół kilometra sprintu na wysokich obrotach, potem kilometr bardzo spokojnego wiosłowania. Do portu wpadłem na końcówce sprintu, starsze małżeństwo z niemieckiego jachtu zaczęło bić mi brawo, pewnie pomyśleli, że właśnie na metę wpadł pierwszy zawodnik nieznanych im zawodów. Szczerze podziękowałem, z godnością (ledwo dysząc) popłynąłem
dalej, w głąb portu. Na małej plaży za portem zrobiłem kilkanaście minut przerwy, bo choć w kajaku siedzisko jest wyjątkowo wygodne, to po trzech godzinach siedzenia w jednej pozycji wygodne być przestało.
Z Trzebieży widać było drugi brzeg zalewu, za wyspą Chełminek jak na dłoni Kopice, gdzie jest mały, bardzo sympatyczny porcik na użytek mieszkańców wsi i właścicieli tamtejszych domków letniskowych. Znów trzeba było przemknąć się przez tor wodny, tym razem pusty, a woda spokojna. Za Chełminkiem pełen luz, leniwe wiosłowanie do samych Kopic. Tam chwila oddechu bez wysiadania z kajaka, zwrot na południe, kierunek Stepnica. Jakaś półdzika plaża z pomostem, w sam raz na przerwę dla rozprostowania nóg. I ostatni etap, do Stepnicy. W Gąsierzynie nie wysiadam już z kajaka, szkoda czasu - za plecami ciemne chmury, będzie padać. Ostrzej do wioseł: pociągnięcia dłuższe, pióra blisko burty, drążek możliwie w pionie. Kajak od razu rusza do przodu, przy dziobie pojawia się piana. Ostatnie trzy kilometry chyba w najlepszym tempie z całej wyprawy. I dobrze, bo zdążyłem dopłynąć, załadować kajak, a kiedy ruszałem w drogę - zaczęło padać.
Nabieram ochoty na kajakową wyprawę do Nowego Warpna i Altwarp. Jeśli trafią się dobre warunki, można obrócić w jeden dzień, to raptem 20 km w jedną stronę. Gorzej, jeśli będzie fala, zapewne boczna, wtedy trzeba by to rozłożyć na dwa dni. Hmm, a z Nowego Warpna przecież całkiem blisko jest już na wyspę Wolin... Może jakiś tour wokół polskiego zalewu by zmontować?
Po powrocie wyprawa z Oleńką do Pizza Hut, jakaś nagroda się przecież należy ;)
czwartek, 25 czerwca 2015
Trafiony
15 km rowerka
Obudziłem się wczoraj i od razu wiedziałem, że będzie problem z kręgosłupem. Nic nie bolało, zupełnie normalnie się poruszałem, tylko to paragrafowate wygięcie... Zapobiegawczo łyknąłem Movalis, żeby zmniejszyć nieprzyjemne przyszłe skutki awarii. Koło południa w krzyżu już łupało, po południu ledwo chodziłem, przygięty niczym moja prababcia w wieku 85 lat. Nie było mowy o jakiejkolwiek aktywności. Dziś już nieco lepiej, choć o bieganiu nawet nie pomyślałem. Ale rower jest rozsądną alternatywą na takie okoliczności - krzyża nie obciąża, a energię pozwala zużywać. Przejechałem się wokół Goleniowa, przy okazji stwierdzając, że w czasie zeszłotygodniowej nocnej wyprawy zniszczyłem oponę. Przetarty kord na kilkunastu centymetrach, zrobił się balon przez który rower nieprzyjemnie drga i podskakuje przy nieco większych szybkościach. Dobrze, że felga jest cała i nieuszkodzona, opona to paręnaście złotych, się załatwi.
Dziś na stadion przyjechało błękitne Mondo i beczki z klejem niezbędnym do przymocowania go do asfaltu. Za kilka dni rozpocznie się układanie, będzie na co popatrzeć.
Michu podesłał swoje dyplomowe nagranie, za które dostał 4,5 na egzaminie. Prezentuję wersję ostateczną, ale po prawej stronie u dołu okienka jest odnośnik do wersji surowej, czyli materiału wyjściowego. Różnica kolosalna. A zespół D-Kolt słucha się naprawdę miło. To kumple Micha z wydziału. Polecam więc D-Kolt - Człowiek Nikt. A tu jeszcze jeden kawałek w obu wersjach: D-Kolt Miasto Bogów. Dla mnie najważniejsze jest, że po obróbce wokal jest w pełni zrozumiały, uwielbiam wiedzieć, o czym się śpiewa :)
Zdolne dziecię!
Obudziłem się wczoraj i od razu wiedziałem, że będzie problem z kręgosłupem. Nic nie bolało, zupełnie normalnie się poruszałem, tylko to paragrafowate wygięcie... Zapobiegawczo łyknąłem Movalis, żeby zmniejszyć nieprzyjemne przyszłe skutki awarii. Koło południa w krzyżu już łupało, po południu ledwo chodziłem, przygięty niczym moja prababcia w wieku 85 lat. Nie było mowy o jakiejkolwiek aktywności. Dziś już nieco lepiej, choć o bieganiu nawet nie pomyślałem. Ale rower jest rozsądną alternatywą na takie okoliczności - krzyża nie obciąża, a energię pozwala zużywać. Przejechałem się wokół Goleniowa, przy okazji stwierdzając, że w czasie zeszłotygodniowej nocnej wyprawy zniszczyłem oponę. Przetarty kord na kilkunastu centymetrach, zrobił się balon przez który rower nieprzyjemnie drga i podskakuje przy nieco większych szybkościach. Dobrze, że felga jest cała i nieuszkodzona, opona to paręnaście złotych, się załatwi.
Dziś na stadion przyjechało błękitne Mondo i beczki z klejem niezbędnym do przymocowania go do asfaltu. Za kilka dni rozpocznie się układanie, będzie na co popatrzeć.
Michu podesłał swoje dyplomowe nagranie, za które dostał 4,5 na egzaminie. Prezentuję wersję ostateczną, ale po prawej stronie u dołu okienka jest odnośnik do wersji surowej, czyli materiału wyjściowego. Różnica kolosalna. A zespół D-Kolt słucha się naprawdę miło. To kumple Micha z wydziału. Polecam więc D-Kolt - Człowiek Nikt. A tu jeszcze jeden kawałek w obu wersjach: D-Kolt Miasto Bogów. Dla mnie najważniejsze jest, że po obróbce wokal jest w pełni zrozumiały, uwielbiam wiedzieć, o czym się śpiewa :)
Zdolne dziecię!
środa, 24 czerwca 2015
Normalność
Wczoraj 10, dziś 8 km
Nocne jeżdżenie po bezdrożach wydaje się już bardzo odległą przeszłością. Wspomnienie siodełka tnącego na pół też się zaciera. Za mną dwie wyprawy biegowe. Wczoraj na zwykłą trasę w okolice Góry Lotnika, dziś nieco krótsza, lasami po zachodniej stronie Goleniowa. Wczoraj biegało się wspaniale, dziś gorzej, ale też ciśnienie było wyjątkowo nieprzyjazne, niezachęcające. Już nawet miałem pretekst, przecież padało... Około 20 jednak się przejaśniło i uznałem, że nie ma co sobie szukać alibi, tylko wdziać na siebie wdzianko biegowe i wio, w las. Dzisiejszy bieg do najwybitniejszych na pewno nie należał, ale zawsze to parę kalorii zgubione w ściółce leśnej...
Na kapitalną scenkę trafiłem wczoraj tuż za torami. Wybiegam na ścieżkę wzdłuż torów i widzę dwa namiętnie się tłukące koziołki. Małe toto, różki króciutkie - młodzież. Koźlaki tak zawzięcie walczyły, że zupełnie mnie nie zauważyły. Podszedłem do nich na około 4-5 metrów, dłuższą chwilę przyglądałem się bójce, dopiero wtedy jeden z młodych mnie dostrzegł. Zerknął na mnie on, zerknął drugi, potem spojrzały na siebie jakby pytając jeden drugiego: "a tego znasz?" - po czym znienacka wyrwały na otwartą przestrzeń, gnając jak szalone obok siebie. W tym momencie znów najlepsi kumple, momentalnie zapomnieli, że przed chwilą coś do siebie mieli...
Michu dziś skończył studia, zaliczył na 4 egzamin dyplomowy. Tak więc 23 czerwca 2015 najmłodsze dziecię mi ostatecznie dorosło. Co nie znaczy się usamodzielniło, o nie! Dzieci mamy mądre i dobrze one wiedzą, że do samodzielności nie ma co się spieszyć. Zwyczajnie się nie opłaca ;) Tak naprawdę, to Michał ma jeszcze co najmniej rok studiowania i walki o ukończenie drugiego kierunku. Może i kolejne dwa na jakąś magisterkę. Ale dziś zdał, co miał zdać i oficjalnie dorósł :)
Nocne jeżdżenie po bezdrożach wydaje się już bardzo odległą przeszłością. Wspomnienie siodełka tnącego na pół też się zaciera. Za mną dwie wyprawy biegowe. Wczoraj na zwykłą trasę w okolice Góry Lotnika, dziś nieco krótsza, lasami po zachodniej stronie Goleniowa. Wczoraj biegało się wspaniale, dziś gorzej, ale też ciśnienie było wyjątkowo nieprzyjazne, niezachęcające. Już nawet miałem pretekst, przecież padało... Około 20 jednak się przejaśniło i uznałem, że nie ma co sobie szukać alibi, tylko wdziać na siebie wdzianko biegowe i wio, w las. Dzisiejszy bieg do najwybitniejszych na pewno nie należał, ale zawsze to parę kalorii zgubione w ściółce leśnej...
Na kapitalną scenkę trafiłem wczoraj tuż za torami. Wybiegam na ścieżkę wzdłuż torów i widzę dwa namiętnie się tłukące koziołki. Małe toto, różki króciutkie - młodzież. Koźlaki tak zawzięcie walczyły, że zupełnie mnie nie zauważyły. Podszedłem do nich na około 4-5 metrów, dłuższą chwilę przyglądałem się bójce, dopiero wtedy jeden z młodych mnie dostrzegł. Zerknął na mnie on, zerknął drugi, potem spojrzały na siebie jakby pytając jeden drugiego: "a tego znasz?" - po czym znienacka wyrwały na otwartą przestrzeń, gnając jak szalone obok siebie. W tym momencie znów najlepsi kumple, momentalnie zapomnieli, że przed chwilą coś do siebie mieli...
Michu dziś skończył studia, zaliczył na 4 egzamin dyplomowy. Tak więc 23 czerwca 2015 najmłodsze dziecię mi ostatecznie dorosło. Co nie znaczy się usamodzielniło, o nie! Dzieci mamy mądre i dobrze one wiedzą, że do samodzielności nie ma co się spieszyć. Zwyczajnie się nie opłaca ;) Tak naprawdę, to Michał ma jeszcze co najmniej rok studiowania i walki o ukończenie drugiego kierunku. Może i kolejne dwa na jakąś magisterkę. Ale dziś zdał, co miał zdać i oficjalnie dorósł :)
niedziela, 21 czerwca 2015
The day after
10 km wczoraj, 20 (rower) dziś
W Stargardzie jak zwykle przyjemnie. Wyjątkowo dużo ludzi, już na półtorej godziny przed biegiem parking był pełny, z trudem i nieco na siłę wcisnąłem się na jakieś miejsce. Sporo znajomych, chyba cały biegający Goleniów i Maszewo (nie licząc tych, którzy po 147ultra dochodzili do siebie). Wspólne zdjęcia przed startem, a parę po dziewiątej w drogę. Czułem wczorajsze kilometry i godziny spędzone na rowerze. Dokuczała też pięta - to też efekt kilkunastogodzinnego, ciągłego napięcia ścięgna. Dwa pierwsze kilometry ze sporym bólem, potem jakoś się on rozszedł. Bieg w stałym tempie rzędu 5:20 na kilometr, w przelotowym rytmie oddechu 3/3. Zero zmęczenia, choć upociłem się masakrycznie - to ma związek ze zmęczeniem i wybiciem organizmu z rytmu. Po biegu nie zwlekaliśmy, szybkie przebranie i do domu, spać. Spałem do 10 - jak rzadko kiedy.
A po południu relaks ruchowy: rowerek i tour wokół Goleniowa. Miło stwierdzić, że po dobie przerwy da się znów siedzieć na siodełku, a i flaka w kole chyba nie ma, bo dętka trzyma powietrze. Niewykluczone, że jakiś dowcipniś zwyczajnie spuścił mi trochę powietrza, kiedy rower stał przed domem kultury w Nowogardzie. Lepsze to jednak i tańsze niż wymiana dętki :)
A po południu relaks ruchowy: rowerek i tour wokół Goleniowa. Miło stwierdzić, że po dobie przerwy da się znów siedzieć na siodełku, a i flaka w kole chyba nie ma, bo dętka trzyma powietrze. Niewykluczone, że jakiś dowcipniś zwyczajnie spuścił mi trochę powietrza, kiedy rower stał przed domem kultury w Nowogardzie. Lepsze to jednak i tańsze niż wymiana dętki :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)