Powtórny eksperyment dowiódł, że jazda rowerem przy temperaturze niższej od -10 st. jest marnym pomysłem.
Z poprzedniej, sobotniej wyprawy wyciągnąłem wnioski. Ubrałem najgrubszą parę skarpet, narciarskich, sięgających pod kolana. Na nie cienkie worki foliowe, wreszcie buty. Wystającą z butów folię starannie przyciąłem, by nie sterczała z cholewek i nie intrygowała otoczenia. Rozważałem zabranie foliowych worków z funkcją zewnętrznej osłony na dłonie, ale ze względów estetycznych zrezygnowałem. I był to błąd. O ile stopy do końca były w dobrym (no, względnie dobrym) stanie, to palce rąk regularnie marzły, parę razy musiałem się zatrzymać i je rozgrzewać, za każdym razem coraz dłużej i z coraz gorszym efektem. Wracając do domu ledwie poradziłem sobie z wyjęciem kluczy z kieszeni i otwarciem zamka. Zaraz przypomniały mi się górskie historie, takie naprawdę górskie, na szczęście znane tylko z literatury, związane z utratą rękawicy podczas zimowej wyprawy. Jeśli wspinacz nie miał zapasowych rękawic, w praktyce równało się to wyrokowi śmierci, bo goła dłoń w ekstremalnym zimnie błyskawicznie zamarza i zamienia się w lodowy kikut.
Trzeba się będzie rozejrzeć za jakimś solidnym rozwiązaniem. Grube, bezpalczaste będą dobre, ale na pewno będą słono kosztować. Skoro jednak nie ma wyjścia...
Poza tym cholernym zimnem - warunki do jazdy po lesie wprost wymarzone. Nadal słonecznie, sucho, twardo, błoto nie leci za kołnierz. Idzie jednak śnieg, pojutrze ma padać. Idzie zima.
Tych, którzy wieczorami biegają po drodze między GPP a szosą do Modrzewia uprzedzam, że za parę dni zaczynają się na niej prace przy wzmacnianiu gruntu przy moście, tam, gdzie ziemia się obsuwa. Najprawdopodobniej w ogóle nie da się przejść, tym bardziej przejechać.
A na zdjęciu mała ciekawostka: starorzecze Iny, dawne jej koryto, odcięte bodajże w XVIII wieku. Widok z nasypu przy nowym moście. Mało kto pewnie wie, że obecne koryto, nad którym przerzucono most, jest sztucznym przekopem wykonanym o około 100 metrów na wschód po to, żeby wyprostować liczne zakręty rzeki i ułatwić przez to żeglugę. Wszystkie domy stojące w Domastryjewie (nawiasem mówiąc - samowola budowlana na ogromną skalę) zbudowano w dawnym korycie rzeki.
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
środa, 6 stycznia 2016
niedziela, 3 stycznia 2016
Ziąb
Świetny czas na rowerowy cross po lasach. Sucho, twardo, kiedy się nieco spuści powietrza z kół - jazda jak złoto, bezwstrząsowa. Opony świetnie trzymają się podłoża, błoto nie pryska spod kół, rower się nie ślizga. Jedyne zagrożenie, to łamiące się pod kołami gałęzie, co pewien czas pchające się w szprychy. Z tym trzeba się jednak pogodzić: las, to las. W lesie gałęzie się zdarzają :)
I tylko jedno przeszkadza: zamarzające po paru minutach palce rąk i stóp. Kurka, to naprawdę nieprzyjemne. Niby człowiek dobrze uszczelniony, okutany - a palce marzną. Wystarczy pojechać parę minut z dużą szybkością, a zaraz czuć, że mróz kąsa. Jeśli jazda jest pod wiatr - to jeszcze szybciej. I nie ma na to rady, bo kłania się elementarna fizyka, której nie ominiesz. Palce to końcówki, w czasie jazdy słabo ukrwione i wrażliwe na przechłodzenie, w dodatku wystawione na pęd powietrza. Ekstremalnie grube rękawice może by i pomogły, ale też mi przyjemność. Na pewno lepsze są rękawice bezpalcowe, takie, jakie mają pływający zimą kajakarze. Ale na stopy rady nie ma. Zaglądałem na internetową stronę Decathlonu, polecają ochraniacze na buty za 150-200 zł, ale szkoda pieniędzy: cudu to nie zdziała, bo jedynie osłabiają wyziębianie przodu stóp, nie zapobiegają mu w zupełności. Ten sam efekt da włożenie butów w rękaw z folii :) Jedyna skuteczna metoda, to zatrzymać się co pewien czas, przejść lub przetruchtać parędziesiąt metrów, aż wróci krążenie.
Zapisany na ciekawy bieg na Babiej Górze, 11 czerwca. 23,5 km, 1450 m przewyższenia. Trasę znam doskonale, nie raz tam byłem. Nie jestem pewien, czy rzeczywiście jest wymarzona do biegania. Na pewno jest do pokonania w 6 godzin - tyle wynosi limit. Jeśli trafi się ładna pogoda, to będą piękne widoki, z Babiej widać Kraków i Tatry, a nocą widać nawet czeskie Jesioniki, pasmo w sąsiedztwie Kotliny Kłodzkiej (ok 180 km). Zapowiada się jeden z ciekawszych startów :)
Jak widać na obrazku, góra jest konkretna. Bieg będzie praktycznie od jej podstawy, poprowadzony główną granią, na szczyt, potem na dwa kolejne, nieco niższe, na koniec względnie łagodny trawers mniej więcej w połowie wysokości i powrót do bazy u podstawy Babiej. Góra daje popalić, nawet przy dość dobrej pogodzie na szczycie ostro wieje i jest cholernie zimno. Ładna pogoda jest rzadkością, lepiej na nią nie liczyć. Nie jest wykluczone, że 11 czerwca w szczytowej partii Babiej będzie jeszcze zdecydowana zima - to w końcu jedyna góra w polskich Karpatach (poza Tatrami) z typowym piętrem alpejskim :)
I tylko jedno przeszkadza: zamarzające po paru minutach palce rąk i stóp. Kurka, to naprawdę nieprzyjemne. Niby człowiek dobrze uszczelniony, okutany - a palce marzną. Wystarczy pojechać parę minut z dużą szybkością, a zaraz czuć, że mróz kąsa. Jeśli jazda jest pod wiatr - to jeszcze szybciej. I nie ma na to rady, bo kłania się elementarna fizyka, której nie ominiesz. Palce to końcówki, w czasie jazdy słabo ukrwione i wrażliwe na przechłodzenie, w dodatku wystawione na pęd powietrza. Ekstremalnie grube rękawice może by i pomogły, ale też mi przyjemność. Na pewno lepsze są rękawice bezpalcowe, takie, jakie mają pływający zimą kajakarze. Ale na stopy rady nie ma. Zaglądałem na internetową stronę Decathlonu, polecają ochraniacze na buty za 150-200 zł, ale szkoda pieniędzy: cudu to nie zdziała, bo jedynie osłabiają wyziębianie przodu stóp, nie zapobiegają mu w zupełności. Ten sam efekt da włożenie butów w rękaw z folii :) Jedyna skuteczna metoda, to zatrzymać się co pewien czas, przejść lub przetruchtać parędziesiąt metrów, aż wróci krążenie.
Zapisany na ciekawy bieg na Babiej Górze, 11 czerwca. 23,5 km, 1450 m przewyższenia. Trasę znam doskonale, nie raz tam byłem. Nie jestem pewien, czy rzeczywiście jest wymarzona do biegania. Na pewno jest do pokonania w 6 godzin - tyle wynosi limit. Jeśli trafi się ładna pogoda, to będą piękne widoki, z Babiej widać Kraków i Tatry, a nocą widać nawet czeskie Jesioniki, pasmo w sąsiedztwie Kotliny Kłodzkiej (ok 180 km). Zapowiada się jeden z ciekawszych startów :)
Jak widać na obrazku, góra jest konkretna. Bieg będzie praktycznie od jej podstawy, poprowadzony główną granią, na szczyt, potem na dwa kolejne, nieco niższe, na koniec względnie łagodny trawers mniej więcej w połowie wysokości i powrót do bazy u podstawy Babiej. Góra daje popalić, nawet przy dość dobrej pogodzie na szczycie ostro wieje i jest cholernie zimno. Ładna pogoda jest rzadkością, lepiej na nią nie liczyć. Nie jest wykluczone, że 11 czerwca w szczytowej partii Babiej będzie jeszcze zdecydowana zima - to w końcu jedyna góra w polskich Karpatach (poza Tatrami) z typowym piętrem alpejskim :)
sobota, 2 stycznia 2016
Kurka, ale mróz!
| Droga do Stargardu i dawny słup milowy, okolica Bącznkia |
Dawno tak nie przemarzłem. Minęło parę godzin, wciąż mam
wrażenie, że mi zimno…
W planie była wyprawa w rejon Sowna, żeby pojeździć drogami,
które do połowy XIX wieku były głównymi szlakami komunikacyjnymi w naszym
rejonie. W tym fragmentem szlaku Berlin-Gdańsk-Królewiec, przebiegającym w
pobliżu Sowna, a dalej przez Maszewo i Nowogard. BTW, sporym fragmentem tej
starej drogi wiedzie trasa biegu 147ultra.
Sucho, słonecznie, ale mroźno i – to najgorsze – wietrznie. Mocno
wietrznie. Przewidując problemy ubrałem się ciepło: grube skarpety i rękawice z
najgrubszego polaru, czapka, dusiciel na szyję, spodnie i bluza z
technoctretchu, kurtka windstopper. Żeby osłabić siłę wiatru, do betonówki koło
Sowna jechałem lasem, też zresztą bardzo starą drogą Goleniów-Stargard, przez Bolechowo i Bącznik. Drzewa trochę
osłaniały od wiatru, ale i tak się dało odczuć, że jazda jest pod wiatr. Pod
koniec palce rąk i nóg były przemrożone, bolały cholernie. Pomogło zatrzymanie
się na skrzyżowaniu z betonówką przed Sownem, potruchtanie, roztarcie i
rozmasowanie dłoni. To przywróciło krążenie w palcach i chęć do dalszej drogi.
Owo skrzyżowanie, dziś mało znaczące, jeszcze 200 lat temu
było skrzyżowaniem wielu
ważnych dróg. O dziwo, prawie wszystkie do dziś
istnieją i w większości służą komunikacji lokalnej. Ale w przeszłości
przechodziła tędy droga z Berlina i Szczecina w kierunku Kołobrzegu i Gdańska,
krzyżując się z drogą prowadzącą od strony Kamienia Pomorskiego i Wolina przez
Goleniów w kierunku Stargardu. Fascynujące.
| Nie wygląda na główną drogę z Berlina do Gdańska? |
Po dojściu do siebie powrót na rower, przejazd lasem do
Warchlina. Przed wsią piękna aleja wysadzona starymi jesionami, wytyczająca
dość szeroką drogę – od razu widać, że musiała być istotna. Z Warchlina piękną
dębową aleją do Dąbrowicy, tam znów krótki postój na rozgrzanie
zamarzających
palców, po czym kierunek Rożnowo (nie wiedzieć czemu – Nowogardzkie…), z
Rożnowa polną drogą do Danowa, a z niego lasem, osłonięty trochę od wiatru, do
Podańska i wreszcie Goleniowa. Do domu dociągnąłem kompletnie wychłodzony,
trzęsący się z zimna. Pięćdziesiątka ‘piercowki’, gorąca herbata z imbirem,
potem kawa, koc i książka. Koniecznie trzeba się zaopatrzyć w odpowiednie do
zimowej jazdy obuwie i rękawice.
| "Autostrada" w okolicy Warchlina |
Na razie mam dość zimowych wypraw kolarskich…
piątek, 1 stycznia 2016
Sylwestrowo, noworocznie
Koniec roku pożegnany sylwestrowym biegiem w Maszewie. Przyjemniej, niż przed rokiem, mróz ściął błoto na polnych drogach i ślisko nie było. Rozjeżdżone błocko zamarzło w czasem bardzo fantastycznych formach, o które łatwo się było potknąć - w sumie to lepsze, niż się śliznąć i wylądować w kałuży.
Sześciokilometrowa rundka po obrzeżach miasteczka, w rekreacyjnym tempie. Na koniec bąbelki (nie mylić z szampanem) i szybki powrót do domu, za zimno było na pogaduszki, nawet przy ognisku.
Dziś spanie do dziesiątej, spokojna kawa, a potem rower i noworoczna runda po lesie, z wizytą nad starorzeczami Iny i na Górze Lotnika. Cicho, pusto i bezwietrznie. Klimatycznie. Szkoda tylko, że przemarzały mi palce stóp, psując przyjemność z jazdy po leśnych ścieżkach.
Po obiedzie kanapa i Kindle, podchoinkowy prezent. Łykam książkę za książką. Rewelacyjny gadżet, nie dałbym go sobie już odebrać. Cała biblioteka w jednym pudełeczku wielkości cienkiej książeczki.
Sześciokilometrowa rundka po obrzeżach miasteczka, w rekreacyjnym tempie. Na koniec bąbelki (nie mylić z szampanem) i szybki powrót do domu, za zimno było na pogaduszki, nawet przy ognisku.
Dziś spanie do dziesiątej, spokojna kawa, a potem rower i noworoczna runda po lesie, z wizytą nad starorzeczami Iny i na Górze Lotnika. Cicho, pusto i bezwietrznie. Klimatycznie. Szkoda tylko, że przemarzały mi palce stóp, psując przyjemność z jazdy po leśnych ścieżkach.
Po obiedzie kanapa i Kindle, podchoinkowy prezent. Łykam książkę za książką. Rewelacyjny gadżet, nie dałbym go sobie już odebrać. Cała biblioteka w jednym pudełeczku wielkości cienkiej książeczki.
wtorek, 29 grudnia 2015
Kraków minął za szybko
Generalnie, przyjemniej się biegało po Krakowie, niż teraz po goleniowskich dróżkach.
Wigilijna runda szczególnie udana. Start koło pierwszej po południu, na nadwiślańskich bulwarach już pustawo, choć pogoda przepiękna i jak na koniec grudnia - bardzo ciepło. Podgórze, potem bieg pod górę, wiaduktem nad trasą szybkiego ruchu i podbieg na Kopiec Krakusa. Parę minut poświęcone panoramie miasta, po czym powrót nad Wisłę, dalej bulwarami do Wawelu. Słitfocia ze smokiem, po czym rundka Plantami wokół Starego Miasta. Planty dziwne, bo puste, na alejkach pojedynczy ludzie, a jeśli z rzadka grupki - to obcokrajowców. Powrót pod Wawel, Starowiślną na ul. Dietla, biegnącą zasypanym 160 lat temu starym korytem Wisły i domek, na kolację.
W święta biegać się nie chciało. Miło było posiedzieć z dzieciakami, pogadać, pograć w coś, obejrzeć zestaw nieśmiertelnych filmów świątecznych, co roku oglądanych wspólnie całą rodziną. Były wyprawy do Lanckorony, do Kalwarii, do Ojcowskiego Parku Narodowego. W Kalwarii prócz klasztoru bernardynów oczywiście fotka przy domu matki Cumy (tego z Vinci). Domek stoi tuż przy klasztorze, choć łatwo go przeoczyć ;) A, polecam gorąco muzeum w dawnej fabryce Schindlera. Wprawdzie o historii przedstawionej w filmie jest tam niewiele, dwie małe salki pod koniec zwiedzania, ale wystawa poświęcona życiu Krakowa w czasie okupacji jest rewelacyjna: atrakcyjna wizualnie, z przeciekawymi eksponatami i informacjami, pokazanymi w bardzo nowoczesny i sugestywny sposób. Muzeum równie godne polecenia, co nowe muzeum pod płytą Rynku.
A teraz Goleniówek. Wczoraj dyszka, dzisiaj dyszka, jutro odpust, a w czwartek sylwestrowy bieg w Maszewie. Nowa świecka tradycja :)
Wigilijna runda szczególnie udana. Start koło pierwszej po południu, na nadwiślańskich bulwarach już pustawo, choć pogoda przepiękna i jak na koniec grudnia - bardzo ciepło. Podgórze, potem bieg pod górę, wiaduktem nad trasą szybkiego ruchu i podbieg na Kopiec Krakusa. Parę minut poświęcone panoramie miasta, po czym powrót nad Wisłę, dalej bulwarami do Wawelu. Słitfocia ze smokiem, po czym rundka Plantami wokół Starego Miasta. Planty dziwne, bo puste, na alejkach pojedynczy ludzie, a jeśli z rzadka grupki - to obcokrajowców. Powrót pod Wawel, Starowiślną na ul. Dietla, biegnącą zasypanym 160 lat temu starym korytem Wisły i domek, na kolację.
W święta biegać się nie chciało. Miło było posiedzieć z dzieciakami, pogadać, pograć w coś, obejrzeć zestaw nieśmiertelnych filmów świątecznych, co roku oglądanych wspólnie całą rodziną. Były wyprawy do Lanckorony, do Kalwarii, do Ojcowskiego Parku Narodowego. W Kalwarii prócz klasztoru bernardynów oczywiście fotka przy domu matki Cumy (tego z Vinci). Domek stoi tuż przy klasztorze, choć łatwo go przeoczyć ;) A, polecam gorąco muzeum w dawnej fabryce Schindlera. Wprawdzie o historii przedstawionej w filmie jest tam niewiele, dwie małe salki pod koniec zwiedzania, ale wystawa poświęcona życiu Krakowa w czasie okupacji jest rewelacyjna: atrakcyjna wizualnie, z przeciekawymi eksponatami i informacjami, pokazanymi w bardzo nowoczesny i sugestywny sposób. Muzeum równie godne polecenia, co nowe muzeum pod płytą Rynku.
A teraz Goleniówek. Wczoraj dyszka, dzisiaj dyszka, jutro odpust, a w czwartek sylwestrowy bieg w Maszewie. Nowa świecka tradycja :)
niedziela, 20 grudnia 2015
W dzikim towarzystwie
10 km
Wieczorem typowa trasa do GPP i dalej do szosy na Modrzewie, powrót tą samą drogą. W ciemnościach, bo zapomniałem zabrać latarki. Mały problem, bo nieczynną jeszcze szosą nic nie jeździ, a przez chmury prześwitywał księżyc, było więc co nieco widać. Stracha napędziło mi stado dzików, które przebiegło w ciemnościach przez jezdnię paręnaście metrów ode mnie. Nieprzyjemna chwila, kiedy człowiek się orientuje, że nie jest sam, a chrząkające towarzystwo jest bardzo blisko. Potem, już blisko szosy do Lubczyny, wypatrzyłem na skraju lasu dwie pary oczu wpatrujące się we mnie. Znów dreszczyk, ale tym razem to były sarny...
Za dnia przejechałem się rowerem lasami w okolicę Miękowa, to i owo sprawdzić w terenie. Znalazłem w internecie kopię bardzo ciekawej mapy, pokazującej przebieg dróg w okolicach Goleniowa i Maszewa około roku 1840. Nie ma jeszcze linii kolejowej, ale są już wybudowane w latach trzydziestych bite drogi ze Szczecina w kierunku Wolina i Nowogardu, dzisiejsze drogi nr 3 i 6. Najważniejsze, że są wyraźnie oznaczone wszystkie drogi, które były szlakami komunikacyjnymi przed wybudowaniem wspomnianych dwóch głównych i dziś dróg. Co ciekawe, zdecydowana ich większość istnieje również dziś, i to w stanie niewiele różnym od tego sprzed prawie dwustu lat. Teraz są to mało istotne drogi lokalne, typowe piaszczyste gościńce, często skryte w lasach. Dziś przejechałem odcinek takiej drogi z Goleniowa do Miękowa, pojechałem też kawałek drogą do Babigoszczy. Drogi w rejonie Goleniowa są mniej interesujące, bo dopiero od około 1830 roku Goleniów znalazł się na ważnej trasie komunikującej Szczecin z Gdańskiem, wcześniej była to leśna pipidówka, do której nie było po co jechać. Ale już w okolicy Maszewa mamy drogi, które stanowiły główne trakty komunikacyjne z Berlina do Gdańska i Królewca, na przykład najkrótszą drogę łączącą Darż z Maszewem - najprawdziwszy zabytek drogownictwa jeszcze średniowiecznego. Kusi, żeby przejechać tą drogą z Maszewa do Dąbia.
Wieczorem typowa trasa do GPP i dalej do szosy na Modrzewie, powrót tą samą drogą. W ciemnościach, bo zapomniałem zabrać latarki. Mały problem, bo nieczynną jeszcze szosą nic nie jeździ, a przez chmury prześwitywał księżyc, było więc co nieco widać. Stracha napędziło mi stado dzików, które przebiegło w ciemnościach przez jezdnię paręnaście metrów ode mnie. Nieprzyjemna chwila, kiedy człowiek się orientuje, że nie jest sam, a chrząkające towarzystwo jest bardzo blisko. Potem, już blisko szosy do Lubczyny, wypatrzyłem na skraju lasu dwie pary oczu wpatrujące się we mnie. Znów dreszczyk, ale tym razem to były sarny...
| Tak dziś wygląda "droga nr 3 sprzed dwustu lat" na kilometr przed Miękowem |
Za dnia przejechałem się rowerem lasami w okolicę Miękowa, to i owo sprawdzić w terenie. Znalazłem w internecie kopię bardzo ciekawej mapy, pokazującej przebieg dróg w okolicach Goleniowa i Maszewa około roku 1840. Nie ma jeszcze linii kolejowej, ale są już wybudowane w latach trzydziestych bite drogi ze Szczecina w kierunku Wolina i Nowogardu, dzisiejsze drogi nr 3 i 6. Najważniejsze, że są wyraźnie oznaczone wszystkie drogi, które były szlakami komunikacyjnymi przed wybudowaniem wspomnianych dwóch głównych i dziś dróg. Co ciekawe, zdecydowana ich większość istnieje również dziś, i to w stanie niewiele różnym od tego sprzed prawie dwustu lat. Teraz są to mało istotne drogi lokalne, typowe piaszczyste gościńce, często skryte w lasach. Dziś przejechałem odcinek takiej drogi z Goleniowa do Miękowa, pojechałem też kawałek drogą do Babigoszczy. Drogi w rejonie Goleniowa są mniej interesujące, bo dopiero od około 1830 roku Goleniów znalazł się na ważnej trasie komunikującej Szczecin z Gdańskiem, wcześniej była to leśna pipidówka, do której nie było po co jechać. Ale już w okolicy Maszewa mamy drogi, które stanowiły główne trakty komunikacyjne z Berlina do Gdańska i Królewca, na przykład najkrótszą drogę łączącą Darż z Maszewem - najprawdziwszy zabytek drogownictwa jeszcze średniowiecznego. Kusi, żeby przejechać tą drogą z Maszewa do Dąbia.
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Spokojnie, bezpiecznie
10 km
Licznik wejść mówi, że zaproponowany wczoraj teledysk wzbudził zainteresowanie. Słusznie, jest niebanalny, a zainteresowanie dobrą sztuką jest zdrowe ;)
Dyszka w dobrym tempie i w dobrej formie. Ścieżka rowerowa, potem pusta nowa droga przez Inę, przy szosie do Modrzewia zwrot na pięcie i powrót tą samą trasą. Spokojnie, bezpiecznie, nikt nie próbuje rozjechać. I psa z kulawą nogą. Tylko czasem coś w lesie zaskrzypi, z rzadka rozedrze dziób jakieś ptaszysko, zakłócając błogą ciszę. I jeszcze przez zimę tak będzie, bo droga będzie udostępniona samochodom za jakieś 3-4 miesiące, a wtedy dzień już będzie dłuższy o parę godzin.
Licznik wejść mówi, że zaproponowany wczoraj teledysk wzbudził zainteresowanie. Słusznie, jest niebanalny, a zainteresowanie dobrą sztuką jest zdrowe ;)
Dyszka w dobrym tempie i w dobrej formie. Ścieżka rowerowa, potem pusta nowa droga przez Inę, przy szosie do Modrzewia zwrot na pięcie i powrót tą samą trasą. Spokojnie, bezpiecznie, nikt nie próbuje rozjechać. I psa z kulawą nogą. Tylko czasem coś w lesie zaskrzypi, z rzadka rozedrze dziób jakieś ptaszysko, zakłócając błogą ciszę. I jeszcze przez zimę tak będzie, bo droga będzie udostępniona samochodom za jakieś 3-4 miesiące, a wtedy dzień już będzie dłuższy o parę godzin.
niedziela, 13 grudnia 2015
Śladem pociągu
17 km
Sobota pod znakiem pieszej wędrówki z Maszewa do Goleniowa, śladem dawnej linii kolejowej. Pod "Biedronką" w Maszewie zebrało się z dziesięć osób zainteresowanych wyprawą. Przejście do Goleniowa, z przerwami na pogaduszki, objaśnienia historyczne i odpoczynek zajęło coś ze cztery godziny. Czas zdecydowanie dobrze wykorzystany, pierwszy raz wybrałem się tą drogą od ostatniego przejazdu koleją, jakoś na początku lat 90. O dziwo, trasa niespecjalnie zarosła, w większości jest do w miarę wygodnego przejścia, a z wyjątkiem bardzo krótkich odcinków da się po niej łatwo przejechać rowerem terenowym. Bez rujnujących nakładów udałoby się tę drogę przystosować do funkcji szlaku rowerowego. Wyciąć trochę chaszczy, wyrównać, miejscami ubić - i proszę bardzo, zapraszamy na wyprawę. Przed Maszewem za bardzo się nie rozpędzać, bo mostu nie ma. Był, ale został rozebrany, oczywiście dla dobra publicznego - w trosce o bezpieczeństwo mieszkańców sympatycznego miasteczka.
A dziś wietrzna i mokra niedziela. Nie bardzo mi się chce, ale sumienie wygania na dwór. Chyba się przebiegnę, 8-10 km nie powinno zaszkodzić.
Dziś słońce zaszło o 15.40 i na tym koniec, wcześniej nie będzie już zachodzić. Od drugiej połowy tygodnia zachód słońca coraz później. Wiosna idzie :) A, właśnie: leszczyna już kwitnie.
Się przebiegłem. Miło, ciepło, bezwietrznie. 9 km nową drogą i przez GPP. A teraz relaks.
Miły teledysk. Warto obejrzeć w całości :) Devill Doll
Sobota pod znakiem pieszej wędrówki z Maszewa do Goleniowa, śladem dawnej linii kolejowej. Pod "Biedronką" w Maszewie zebrało się z dziesięć osób zainteresowanych wyprawą. Przejście do Goleniowa, z przerwami na pogaduszki, objaśnienia historyczne i odpoczynek zajęło coś ze cztery godziny. Czas zdecydowanie dobrze wykorzystany, pierwszy raz wybrałem się tą drogą od ostatniego przejazdu koleją, jakoś na początku lat 90. O dziwo, trasa niespecjalnie zarosła, w większości jest do w miarę wygodnego przejścia, a z wyjątkiem bardzo krótkich odcinków da się po niej łatwo przejechać rowerem terenowym. Bez rujnujących nakładów udałoby się tę drogę przystosować do funkcji szlaku rowerowego. Wyciąć trochę chaszczy, wyrównać, miejscami ubić - i proszę bardzo, zapraszamy na wyprawę. Przed Maszewem za bardzo się nie rozpędzać, bo mostu nie ma. Był, ale został rozebrany, oczywiście dla dobra publicznego - w trosce o bezpieczeństwo mieszkańców sympatycznego miasteczka.
A dziś wietrzna i mokra niedziela. Nie bardzo mi się chce, ale sumienie wygania na dwór. Chyba się przebiegnę, 8-10 km nie powinno zaszkodzić.
Dziś słońce zaszło o 15.40 i na tym koniec, wcześniej nie będzie już zachodzić. Od drugiej połowy tygodnia zachód słońca coraz później. Wiosna idzie :) A, właśnie: leszczyna już kwitnie.
Się przebiegłem. Miło, ciepło, bezwietrznie. 9 km nową drogą i przez GPP. A teraz relaks.
Miły teledysk. Warto obejrzeć w całości :) Devill Doll
wtorek, 8 grudnia 2015
Program zrealizowany
21 + 8,5
Czwarty Półmaraton Świętych Mikołajów, czwarty dzwonek w kolekcji. Miał być nieprawdopodobny tłum biegaczy, był tłum, ale mniejszy niż przed rokiem. Ogólna tendencja do spadku liczby uczestników dużych biegów. Toruńskie Mikołaje wyjątkowo podatne, bo co za problem zmontować byle bieg w czerwonych sukmanach z białymi brodami w byle pipidówce? Więc i w Goleniowie, i w Policach, i w Szczecinie i na każdym możliwym zadupiu. Ale prawdziwy bieg mikołajkowy jest w Toruniu i tyle. Fajna trasa, co roku ulepszana, już bez bajor i piaskownic. W tym roku tłok jak zawsze, ale taka uroda tego biegu, kto chce bić rekordy, niech się ustawia na przedzie. Kto wyruszy już w drugiej czy trzeciej setce, będzie przez pierwszą piątkę biec w tłumie, w ścisku, ale za to w sympatycznym towarzystwie, gdzie nie ma parcia na wynik, a jest luźna atmosfera. Bieg bardziej towarzyski, niż sportowy. Takie lubię.
Po biegu tradycyjne odwiedziny w "Gęsiej szyi" na Podmurnej. Rzutem na taśmę udało się załatwić stolik, dzięki czemu można było zasiąść nad talerzami pełnymi dóbr wszelakich, uzupełnić wypocone mikro- i makroelementy, podreperować siły.
Dzień przed biegiem też rytualna wizyta w knajpce "U Olbrachta", gdzie jedzenie niezłe, a piwo świeże i smaczniejsze, niż te różne "Lechy", "Żubry", "Bosmany" i inne cienkusze różniące się jedynie etykietą. Piwka może nie wybitne, ale dające się wypić i przynajmniej mające smak.
A dziś już goleniowski grunt. Rundka przez ścieżkę do GPP, potem skręt w nową drogę w kierunku Żdżar, Wojska Polskiego i powrót przez miasto do domku, na porterka. Repertuar biegowy na ten rok zrealizowany, w święta trochę truchtania po Krakowie, oczywiście na Kopiec Krakusa, może też na Kościuszki i Piłsudskiego. Czasu będzie sporo, wyluz planowany pełny.
Na 2016 pewne są Jastrowie i Paryż. Koniecznie też Spreewaldmarathon. Kusi Alzacja, w końcu nie jest to aż tak daleko. No i wymarzona Normandia :) Resztę się zobaczy.
Czwarty Półmaraton Świętych Mikołajów, czwarty dzwonek w kolekcji. Miał być nieprawdopodobny tłum biegaczy, był tłum, ale mniejszy niż przed rokiem. Ogólna tendencja do spadku liczby uczestników dużych biegów. Toruńskie Mikołaje wyjątkowo podatne, bo co za problem zmontować byle bieg w czerwonych sukmanach z białymi brodami w byle pipidówce? Więc i w Goleniowie, i w Policach, i w Szczecinie i na każdym możliwym zadupiu. Ale prawdziwy bieg mikołajkowy jest w Toruniu i tyle. Fajna trasa, co roku ulepszana, już bez bajor i piaskownic. W tym roku tłok jak zawsze, ale taka uroda tego biegu, kto chce bić rekordy, niech się ustawia na przedzie. Kto wyruszy już w drugiej czy trzeciej setce, będzie przez pierwszą piątkę biec w tłumie, w ścisku, ale za to w sympatycznym towarzystwie, gdzie nie ma parcia na wynik, a jest luźna atmosfera. Bieg bardziej towarzyski, niż sportowy. Takie lubię.
Po biegu tradycyjne odwiedziny w "Gęsiej szyi" na Podmurnej. Rzutem na taśmę udało się załatwić stolik, dzięki czemu można było zasiąść nad talerzami pełnymi dóbr wszelakich, uzupełnić wypocone mikro- i makroelementy, podreperować siły.
Dzień przed biegiem też rytualna wizyta w knajpce "U Olbrachta", gdzie jedzenie niezłe, a piwo świeże i smaczniejsze, niż te różne "Lechy", "Żubry", "Bosmany" i inne cienkusze różniące się jedynie etykietą. Piwka może nie wybitne, ale dające się wypić i przynajmniej mające smak.
A dziś już goleniowski grunt. Rundka przez ścieżkę do GPP, potem skręt w nową drogę w kierunku Żdżar, Wojska Polskiego i powrót przez miasto do domku, na porterka. Repertuar biegowy na ten rok zrealizowany, w święta trochę truchtania po Krakowie, oczywiście na Kopiec Krakusa, może też na Kościuszki i Piłsudskiego. Czasu będzie sporo, wyluz planowany pełny.
Na 2016 pewne są Jastrowie i Paryż. Koniecznie też Spreewaldmarathon. Kusi Alzacja, w końcu nie jest to aż tak daleko. No i wymarzona Normandia :) Resztę się zobaczy.
środa, 2 grudnia 2015
Czas naleweczek
8 km, wczoraj 10, w pn 7,5
No i nastał czas biegania po ciemku, zima idzie. Póki co, na topie jest trasa przez Helenów i potem wokół miasta. Ciemno i nieprzyjemnie jedynie na Spacerowej, cała reszta jest już nieźle oświetlona, a przede wszystkim równa, coraz mniej miejsc, gdzie się można wypieprzyć.
Niestety, Mariusz nie czeka z winem, a niechby i piwem. Przyznać trzeba, że dziś zapytał, czy ma czekać z izotonikiem. Cwaniak, zapytał, kiedy już wybiegłem. Ale zaprosił, żebym któregoś razu przebiegł przez salon, jak w Beaujolais. Dobry pomysł, przebiegniemy z kolegami ;)
A propos ciekawych pomysłów i Mariusza: wygrzebał gdzieś w necie artykuł, chyba napisany z poważną miną, o wpływie ultramaratonów na zdrowie biegaczy. Jakaś pani profesor zapakowała przewoźne urządzenie do badania rezonansem magnetycznym i jechała z jakimś superultrahipermaratonem, badając po drodze tych, co biegli bodaj ze 4 tys. km. Ciekawe wnioski: podobno taki bieg nie ma wpływu na stan chrząstek, na achillesy działa wręcz jak balsam, a ludzka stopa - zdaniem pani profesor - wprost stworzona jest do biegania. Zabawne. Ale jeszcze ciekawsza była obserwacja, że biegaczom w czasie biegu ubyło ponad 6% substancji szarej, związanej z abstrakcyjnym myśleniem. To już zabrzmiało groźnie. Uzgodniliśmy z Mariuszem, że kiedy w czerwcu będzie biegł ze Szczecina do Kołobrzegu (147ultra), będę po drodze go odpytywał z tabliczki mnożenia. Kiedy nadejdzie kryzys i nie wykrztusi ile to jest 2 x 3 - zdejmę go z trasy i będę mu reanimował substancję szarą.
Swoją drogą - jak można takie brednie publikować i jeszcze pod tym się podpisywać?
Ola zlewa nalewki. Wiśniowa - zarypista. Esencja, coś z 50-60 oktanów, słodka, ale nie ulepek. Czarna porzeczka jeszcze lepsza, półsłodka, z piękną barwą. Właśnie testuję w małych kieliszeczkach. :)
No i nastał czas biegania po ciemku, zima idzie. Póki co, na topie jest trasa przez Helenów i potem wokół miasta. Ciemno i nieprzyjemnie jedynie na Spacerowej, cała reszta jest już nieźle oświetlona, a przede wszystkim równa, coraz mniej miejsc, gdzie się można wypieprzyć.
Niestety, Mariusz nie czeka z winem, a niechby i piwem. Przyznać trzeba, że dziś zapytał, czy ma czekać z izotonikiem. Cwaniak, zapytał, kiedy już wybiegłem. Ale zaprosił, żebym któregoś razu przebiegł przez salon, jak w Beaujolais. Dobry pomysł, przebiegniemy z kolegami ;)
A propos ciekawych pomysłów i Mariusza: wygrzebał gdzieś w necie artykuł, chyba napisany z poważną miną, o wpływie ultramaratonów na zdrowie biegaczy. Jakaś pani profesor zapakowała przewoźne urządzenie do badania rezonansem magnetycznym i jechała z jakimś superultrahipermaratonem, badając po drodze tych, co biegli bodaj ze 4 tys. km. Ciekawe wnioski: podobno taki bieg nie ma wpływu na stan chrząstek, na achillesy działa wręcz jak balsam, a ludzka stopa - zdaniem pani profesor - wprost stworzona jest do biegania. Zabawne. Ale jeszcze ciekawsza była obserwacja, że biegaczom w czasie biegu ubyło ponad 6% substancji szarej, związanej z abstrakcyjnym myśleniem. To już zabrzmiało groźnie. Uzgodniliśmy z Mariuszem, że kiedy w czerwcu będzie biegł ze Szczecina do Kołobrzegu (147ultra), będę po drodze go odpytywał z tabliczki mnożenia. Kiedy nadejdzie kryzys i nie wykrztusi ile to jest 2 x 3 - zdejmę go z trasy i będę mu reanimował substancję szarą.
Swoją drogą - jak można takie brednie publikować i jeszcze pod tym się podpisywać?
Ola zlewa nalewki. Wiśniowa - zarypista. Esencja, coś z 50-60 oktanów, słodka, ale nie ulepek. Czarna porzeczka jeszcze lepsza, półsłodka, z piękną barwą. Właśnie testuję w małych kieliszeczkach. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
