Ciężka noc. Wczorajsza grucha na asfalt dostarczyła moc przeżyć. Na lewym boku nie dało się leżeć, cała noc na plecach. Rano ledwie się ruszałem, teraz już nieco lepiej, da się chodzić, choć ból będzie dokuczał pewnie jeszcze ze 2-3 dni. Trzeba przeżyć.
Komputera nie zabieram na wycieczkę, więc najpewniej będzie przerwa w pisaniu. Tydzień wyluzu, kompletnego oderwania od spraw bieżących. To zawsze dobrze robi. Oby tylko pogoda była ;)
W Tarnowie Podgórnym nasi też nabiegali ładne wyniki, Mirek i Tomek po 1:46 z drobnymi groszami. Heniu dwie godziny z kwadransem, ale on zawsze ma dystans do swoich wyników, no i jak wiadomo, zawsze w plecaku ma nagrodę, legendarne dwa "żubry".
Za dwa tygodnie Grodzisk. Może tam się uda zrobić wynik, może tym razem mnie nie skopią...
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
niedziela, 26 maja 2013
sobota, 25 maja 2013
Dwa rekordy i faul
21,1 km
Nowa Sól.
Niewiele brakowało, a byłby to naprawdę udany półmaraton. Robert i Mariusz Gess są bardzo zadowoleni, bo obaj poprawili swoje rekody życiowe, Robert o pół minuty (1:19,47), a Mariusz (1:37,35) aż o cztery! Warunki do tego były bardzo dobre, bo trasa dobrze przygotowana, nawierzchnią świetnej jakości, nie było tłoku, a do tego świetna do biegania pogoda: chłodno po fali deszczów, wiał dość silny, ale - tak się składało - boczny wiatr, który nie hamował biegu.
Przed biegiem miałem sporo wątpliwości, czy w ogóle wytrzymam. Pobolewało mnie w krzyżu i nie wiedziałem, w którą stronę to się rozwinie. Ból mógł ustąpić, mógł też uniemożliwić skończenie biegu. Wszystko miało się wyjaśnić po paru pierwszych kilometrach.
No i się wyjaśniło. Około piątego kilometra przestało boleć, złapałem tempo w okolicy 5 min na kilometr i kiedy już poczułem się świetnie - jakiś głąb, na prostej i szerokiej, niezatłoczonej drodze, podciął mi od tyłu nogę. Upadłem na asfalt, waląc się na biodro, łokieć i kolano. Dwa otarcia to pikuś. Biodro bardzo poważnie stłuczone, świdrujący ból natychmiast. Cieć, który mnie klasycznie sfaulował, tłumaczy się, że mnie nie zauważył(!). Najbardziej mnie wkurzyło to durne tłumaczenie, bo jak można nie widzieć kogoś, kogo ma się przed sobą? Wygłosiłem komentarz, gość ze stulonymi uszami pomógł mi się podnieść. Rozstaliśmy się z podaniem ręki, którą najchętniej bym mu odgryzł, bo wiedziałem, co będzie dalej, i że mogę zapomnieć o dobrym wyniku. Pozostałe 17 km to było kuśtykanie, czasami bardzo mocne, cholernie męczące. Kończąc drugie koło (14 km) na poważnie myślałem o zejściu z trasy, ale ostatecznie skończyłem z marnym wynikiem 1:54,40.
Podeszło potem do mnie dwóch gości, którzy widzieli całe zdarzenie. Potwierdzili, że jegomość pewnie biegł z zamkniętymi oczami, skoro nie widział mnie przed sobą. Zapewne postanowił zejść na bok i się wyszczać, nagle skręcił w prawo i podciął mi lewą nogę. Goście mówili, że zrobiłem salto ze szczupakiem na asfalcie, dziw, że skończyło się na dwóch otarciach i bólu lewego biodra.
Dziś ból trwa w najlepsze, choćbym chciał - do biegania się nie nadaję. Ledwie chodzę.
Parę słów o samym Półmaratonie Solan. Bardzo sprawnie przygotowany. Błyskawicznie załatwione wydanie pakietów (pod koniec była kolejka, ale to dlatego, że nagle zjawiła się masa biegaczy). Trasa biegu dobrze oznaczona i bezpieczna, policja i straż miejska pilnowały porządku, nie było żadnych zakłóceń. Na mecie dla każdego biegacza ładny medal, grochówka, kiełbasa, pączek, piwo lub napój, miejsc siedzących pod dostatkiem. W pakiecie startowym ładna, czerwona koszulka techniczna, dobrej jakości. Rozdanie nagród zaraz po dotarciu na metę ostatniego zawodnika, kilkanaście nagród do rozlosowania wśród wszystkich biegaczy. W mojej ocenie - wzorowy bieg. I to wszystko za 30 zł wpisowego.
Uzupełnienie z popołudnia: biodro opuchło i przybiera fioletowe odcienie. Znaczy, spory wylew. Pięknie. W sam raz na wakacje na Lazurowym Wybrzeżu. Wybrzeże lazurowe, ja fioletowy... Wtopię się w krajobraz ;)
| Chwila przed biegiem |
Nowa Sól.
Niewiele brakowało, a byłby to naprawdę udany półmaraton. Robert i Mariusz Gess są bardzo zadowoleni, bo obaj poprawili swoje rekody życiowe, Robert o pół minuty (1:19,47), a Mariusz (1:37,35) aż o cztery! Warunki do tego były bardzo dobre, bo trasa dobrze przygotowana, nawierzchnią świetnej jakości, nie było tłoku, a do tego świetna do biegania pogoda: chłodno po fali deszczów, wiał dość silny, ale - tak się składało - boczny wiatr, który nie hamował biegu.
Przed biegiem miałem sporo wątpliwości, czy w ogóle wytrzymam. Pobolewało mnie w krzyżu i nie wiedziałem, w którą stronę to się rozwinie. Ból mógł ustąpić, mógł też uniemożliwić skończenie biegu. Wszystko miało się wyjaśnić po paru pierwszych kilometrach.
No i się wyjaśniło. Około piątego kilometra przestało boleć, złapałem tempo w okolicy 5 min na kilometr i kiedy już poczułem się świetnie - jakiś głąb, na prostej i szerokiej, niezatłoczonej drodze, podciął mi od tyłu nogę. Upadłem na asfalt, waląc się na biodro, łokieć i kolano. Dwa otarcia to pikuś. Biodro bardzo poważnie stłuczone, świdrujący ból natychmiast. Cieć, który mnie klasycznie sfaulował, tłumaczy się, że mnie nie zauważył(!). Najbardziej mnie wkurzyło to durne tłumaczenie, bo jak można nie widzieć kogoś, kogo ma się przed sobą? Wygłosiłem komentarz, gość ze stulonymi uszami pomógł mi się podnieść. Rozstaliśmy się z podaniem ręki, którą najchętniej bym mu odgryzł, bo wiedziałem, co będzie dalej, i że mogę zapomnieć o dobrym wyniku. Pozostałe 17 km to było kuśtykanie, czasami bardzo mocne, cholernie męczące. Kończąc drugie koło (14 km) na poważnie myślałem o zejściu z trasy, ale ostatecznie skończyłem z marnym wynikiem 1:54,40.
Podeszło potem do mnie dwóch gości, którzy widzieli całe zdarzenie. Potwierdzili, że jegomość pewnie biegł z zamkniętymi oczami, skoro nie widział mnie przed sobą. Zapewne postanowił zejść na bok i się wyszczać, nagle skręcił w prawo i podciął mi lewą nogę. Goście mówili, że zrobiłem salto ze szczupakiem na asfalcie, dziw, że skończyło się na dwóch otarciach i bólu lewego biodra.
Dziś ból trwa w najlepsze, choćbym chciał - do biegania się nie nadaję. Ledwie chodzę.
Parę słów o samym Półmaratonie Solan. Bardzo sprawnie przygotowany. Błyskawicznie załatwione wydanie pakietów (pod koniec była kolejka, ale to dlatego, że nagle zjawiła się masa biegaczy). Trasa biegu dobrze oznaczona i bezpieczna, policja i straż miejska pilnowały porządku, nie było żadnych zakłóceń. Na mecie dla każdego biegacza ładny medal, grochówka, kiełbasa, pączek, piwo lub napój, miejsc siedzących pod dostatkiem. W pakiecie startowym ładna, czerwona koszulka techniczna, dobrej jakości. Rozdanie nagród zaraz po dotarciu na metę ostatniego zawodnika, kilkanaście nagród do rozlosowania wśród wszystkich biegaczy. W mojej ocenie - wzorowy bieg. I to wszystko za 30 zł wpisowego.
Uzupełnienie z popołudnia: biodro opuchło i przybiera fioletowe odcienie. Znaczy, spory wylew. Pięknie. W sam raz na wakacje na Lazurowym Wybrzeżu. Wybrzeże lazurowe, ja fioletowy... Wtopię się w krajobraz ;)
czwartek, 23 maja 2013
Marszałek będzie na pewno
6 km
Wyluz przed Nową Solą. Dziś co nieco, jutro w ogóle relaks i żadnego biegania, niech odetchnę, w sobotę się nadrobi. Ruszamy przed południem, żeby na spokojnie zajechać, załatwić formalności bez pośpiechu i nerwów. Jak rekreacja, to rekreacja.
Marszałek potwierdził dziś swój udział w biegu 27/27, ale jest prośba, żeby zacząć o 8.30. No to zaczniemy o tej porze część oficjalną, w której weźmie udział marszałek. Potem ma sesję sejmiku, teoretycznie nie powinien się spóźnić. Praktycznie - spróbuję go namówić, żeby przynajmniej jedno kółko zaliczył, a dla pewności skontaktuję się z przewodniczącym sejmiku, akurat gość jest sympatyczny i powinien mieć zrozumienie dla faktu, który może być powodem ewentualnego spóźnienia Olgierda.
W poniedziałek ruszamy z koleżanką małżonką na wypoczynek. Jak wypoczynek, to Lazurowe Wybrzeże, Korsyka i inne takie. Nicea i Promenada Anglików, Monako o rzut beretem, ale największy smaczek to Korsyka, konkretnie - Bastia. Stary, piękny port rybacki, mnóstwo świetnych knajpek, atmosfera małego, wyspiarskiego miastczka. Mam nadzieję, że zaczepimy się u pana Tinti, ultrapatrioty korsykańskiego, z którym trzy lata temu toczyłem długie dyskusje o historii Europy. Gość wygląda jak rasowy korsykanin: niewysoki, krępy, z gęstą, czarną brodą, krótko mówiąc: pirat, albo - korsarz (i nietrudno zgadnąć, skąd pochodzenie tego słowa; onegdaj Korsyka była gniazdem morskich zbójów).
Wyluz przed Nową Solą. Dziś co nieco, jutro w ogóle relaks i żadnego biegania, niech odetchnę, w sobotę się nadrobi. Ruszamy przed południem, żeby na spokojnie zajechać, załatwić formalności bez pośpiechu i nerwów. Jak rekreacja, to rekreacja.
Marszałek potwierdził dziś swój udział w biegu 27/27, ale jest prośba, żeby zacząć o 8.30. No to zaczniemy o tej porze część oficjalną, w której weźmie udział marszałek. Potem ma sesję sejmiku, teoretycznie nie powinien się spóźnić. Praktycznie - spróbuję go namówić, żeby przynajmniej jedno kółko zaliczył, a dla pewności skontaktuję się z przewodniczącym sejmiku, akurat gość jest sympatyczny i powinien mieć zrozumienie dla faktu, który może być powodem ewentualnego spóźnienia Olgierda.
W poniedziałek ruszamy z koleżanką małżonką na wypoczynek. Jak wypoczynek, to Lazurowe Wybrzeże, Korsyka i inne takie. Nicea i Promenada Anglików, Monako o rzut beretem, ale największy smaczek to Korsyka, konkretnie - Bastia. Stary, piękny port rybacki, mnóstwo świetnych knajpek, atmosfera małego, wyspiarskiego miastczka. Mam nadzieję, że zaczepimy się u pana Tinti, ultrapatrioty korsykańskiego, z którym trzy lata temu toczyłem długie dyskusje o historii Europy. Gość wygląda jak rasowy korsykanin: niewysoki, krępy, z gęstą, czarną brodą, krótko mówiąc: pirat, albo - korsarz (i nietrudno zgadnąć, skąd pochodzenie tego słowa; onegdaj Korsyka była gniazdem morskich zbójów).
środa, 22 maja 2013
Pod prąd
10 km
Ina dziś przegrała z Leśnikiem (bliżej nieznanym) 1:2. Nie było biesiady, chlania. Chamówa tradycyjnie, w trakcie meczu.
Dla odmiany, trasa w drugą stronę. Najpierw droga na Lubczynę, park przemysłowy, a na koniec tura przez las i powrót przez Żeromskiego. Pierwszy raz od dość dawna 'na długo', bo dziś wiało i było ryzyko, że mocno pokropi. Uszło na sucho, ale za gorąco to nie było. Pogoda ma się podobno utrzymać do niedzieli; nie rozpaczam, bo półmaraton w upale to niewielka przyjemność. A nasz ukochany sołtys Klinisk Wielkich, Albercik, właśnie w taki czas zażywał wczasów w Opolu w ostatnią niedzielę, delektując się opolską sauną przez 42 km. Przeżył, czas niezły, złamał 'piątkę', ale podobno prawie na czterech kończynach. W pociągu ratował się piwkiem, kiedy wymieniliśmy się esemesami, był już po czwartym.
Ina dziś przegrała z Leśnikiem (bliżej nieznanym) 1:2. Nie było biesiady, chlania. Chamówa tradycyjnie, w trakcie meczu.
Dla odmiany, trasa w drugą stronę. Najpierw droga na Lubczynę, park przemysłowy, a na koniec tura przez las i powrót przez Żeromskiego. Pierwszy raz od dość dawna 'na długo', bo dziś wiało i było ryzyko, że mocno pokropi. Uszło na sucho, ale za gorąco to nie było. Pogoda ma się podobno utrzymać do niedzieli; nie rozpaczam, bo półmaraton w upale to niewielka przyjemność. A nasz ukochany sołtys Klinisk Wielkich, Albercik, właśnie w taki czas zażywał wczasów w Opolu w ostatnią niedzielę, delektując się opolską sauną przez 42 km. Przeżył, czas niezły, złamał 'piątkę', ale podobno prawie na czterech kończynach. W pociągu ratował się piwkiem, kiedy wymieniliśmy się esemesami, był już po czwartym.
wtorek, 21 maja 2013
Truchtem po autko
10 km wczoraj
14 km dziś
Wczoraj spotkanie w sprawie organizacji biegu 27/27. Niby jeszcze cały miesiąc, ale za parę dni lecimy na tydzień do Francji, a potem zrobią się raptem trzy tygodnie - naprawdę niewiele. Wczoraj podzieliliśmy zadania, pora wziąć się za robotę.
W Kliniskach po spotkaniu zostawiłem twingo, dziś przebiegłem się po autko. Prostą drogą do stanicy w Łęsku, do asfaltu, a potem drogą do Klinisk. Najgorszy odcinek to była owa "droga", nie bez powodu w cudzysłowie. Straszna, nierówna nawierzchnia, pełna dziur, łat i w ogóle wszystkiego. Hardcore, tylko dla koneserów.
W mailu zadałem Ojcu Dyrektorowi pytanie o tegoroczną milę. W regulaminie wyczytałem, że będą nagrody dla zwycięzców, ale nie są podane ich kwoty. Nic też nie ma o ewentualnych nagrodach do rozlosowania wśród uczestników. To dość istotne, bo dowiemy się, o kogo tak naprawdę organizatorom chodzi: o charty, które przyjadą zgarnąć główne nagrody, a za trzy dni zapomną, gdzie ten cały Goleniów leży? Czy może o masę amatorów, których warto zachęcić do udziału w biegu właśnie perspektywą wygrania tego i owego? Ojciec nabrał wody w usta, zasłonił się skomplikowaniem materii, o którą pytam i wciąż trwającymi rokowaniami ze sponsorami.
Może coś tam negocjuje, ale chyba powinien wiedzieć, o co mu chodzi? Albo nie wie, albo stawiają na wyścigi chartów.
Nowa Sól opłacona. Jadę z Robertem i młodym z wodociągów.
14 km dziś
Wczoraj spotkanie w sprawie organizacji biegu 27/27. Niby jeszcze cały miesiąc, ale za parę dni lecimy na tydzień do Francji, a potem zrobią się raptem trzy tygodnie - naprawdę niewiele. Wczoraj podzieliliśmy zadania, pora wziąć się za robotę.
W Kliniskach po spotkaniu zostawiłem twingo, dziś przebiegłem się po autko. Prostą drogą do stanicy w Łęsku, do asfaltu, a potem drogą do Klinisk. Najgorszy odcinek to była owa "droga", nie bez powodu w cudzysłowie. Straszna, nierówna nawierzchnia, pełna dziur, łat i w ogóle wszystkiego. Hardcore, tylko dla koneserów.
W mailu zadałem Ojcu Dyrektorowi pytanie o tegoroczną milę. W regulaminie wyczytałem, że będą nagrody dla zwycięzców, ale nie są podane ich kwoty. Nic też nie ma o ewentualnych nagrodach do rozlosowania wśród uczestników. To dość istotne, bo dowiemy się, o kogo tak naprawdę organizatorom chodzi: o charty, które przyjadą zgarnąć główne nagrody, a za trzy dni zapomną, gdzie ten cały Goleniów leży? Czy może o masę amatorów, których warto zachęcić do udziału w biegu właśnie perspektywą wygrania tego i owego? Ojciec nabrał wody w usta, zasłonił się skomplikowaniem materii, o którą pytam i wciąż trwającymi rokowaniami ze sponsorami.
Może coś tam negocjuje, ale chyba powinien wiedzieć, o co mu chodzi? Albo nie wie, albo stawiają na wyścigi chartów.
Nowa Sól opłacona. Jadę z Robertem i młodym z wodociągów.
niedziela, 19 maja 2013
Finisz jeszcze raz
Wczoraj 5 km, dziś 6 km
Dotarł w końcu film z finiszu w Krakowie.
Paulinka była nieco rozczarowana, że bieg był tak krótki, przecież dzień wcześniej przebiegła na Błoniach cały kilometr bez śladu zmęczenia. Mateusz też kręcił nosem, bo myślał, że z dziadkiem przebiegnie cały maraton. Niezadowolenie ustąpiło, kiedy na szyjach zawisły medale, prawdziwe - maratońskie.

Wczoraj katastrofa, popadało. Bieżnia momentalnie zalana, po paru godzinach woda dalej stała, a nieliczni odważni przedzierali się bokiem. Dałem sobie spokój, wybrałem dziesięć okrążeń po asfaltowej ścieżce, też zresztą częściowo zalanej. Dawka zredukowana, bo te cholerne achillesy wciąż o sobie przypominają.
Przed południem wybrałem się na przejażdżkę rowerem. Pokrążyłem po mieście, bocznymi uliczkami. Nie mogę się nadziwić, jak szkaradne jest to miasto. Nikt nie panuje nad architektoniczną wolną amerykanką, każdy kleci tę swoją lepiankę wedle własnych gustów, efekty są tragiczne. Żadnej formy, żadnej estetyki, wszechogarniajace dziadostwo, jakaś porąbana kolorystyka, do tego te reklamy w tureckim stylu: naćpane ich od metra, swojej roli nie spełniają, szpetne nieprawdopodobnie. Chyba zrobię sobie prywatny katalog goleniowskiej szpetoty, są tu prawdziwe perełki. Na przykład zamek zrobiony z gierkowskiej "willi".
Dziś mi wyjątkowo nie szło. Przed południem wybrałem się na trzydziestokilometrowy spacerek rowerem po okolicznych wsiach. Dawno na rowerze tak długo nie siedziałem, wiadomo więc, czym to się skończyło: czułem, jakby ktoś mi nakopał. Po południu zdecydowałem się na drobną przebieżkę, i to był błąd. Mięśnie drewniane, bieg ciężki i toporny, z ulgą wróciłem do domu.
Na stadionie piłkarzyki już drugi dzień świętują jakiś niebotyczny sukces "Iny", polegający na tym, że dzielna drużyna nie przegrała i nie spadła z 11 do 12 ligi. Z daleka słychać pijackie wycie i te ich przyśpiewki. Nie podchodziłem bliżej, żadna przyjemność.
Dotarł w końcu film z finiszu w Krakowie.
Wczoraj katastrofa, popadało. Bieżnia momentalnie zalana, po paru godzinach woda dalej stała, a nieliczni odważni przedzierali się bokiem. Dałem sobie spokój, wybrałem dziesięć okrążeń po asfaltowej ścieżce, też zresztą częściowo zalanej. Dawka zredukowana, bo te cholerne achillesy wciąż o sobie przypominają.
| Aleja Róż, róg z Reymonta |
Dziś mi wyjątkowo nie szło. Przed południem wybrałem się na trzydziestokilometrowy spacerek rowerem po okolicznych wsiach. Dawno na rowerze tak długo nie siedziałem, wiadomo więc, czym to się skończyło: czułem, jakby ktoś mi nakopał. Po południu zdecydowałem się na drobną przebieżkę, i to był błąd. Mięśnie drewniane, bieg ciężki i toporny, z ulgą wróciłem do domu.
Na stadionie piłkarzyki już drugi dzień świętują jakiś niebotyczny sukces "Iny", polegający na tym, że dzielna drużyna nie przegrała i nie spadła z 11 do 12 ligi. Z daleka słychać pijackie wycie i te ich przyśpiewki. Nie podchodziłem bliżej, żadna przyjemność.
piątek, 17 maja 2013
Wystarczy słowo
10 km
Komary jak messerschmitty. Atakują w chwili, kiedy człowiek zatrzymuje się, by się wyszczać. Końcówka szczania to początek ssania (przez komary). Z zaciśniętymi zębami dokończyłem swoje. Komary też.
Spotkałem w lesie parę ludzików. Najciekawsze spotkanie z dwoma chłopakami, lekko powyżej dwudziestki, na przeskoku przez tory. Nie zagadali, ale ja zagadałem, w tym momencie chłopcy okazali się sympatycznymi młodymi ludźmi, serio zainteresowanymi tym, co robię. Pogaworzyliśmy dłuższą chwilę, z otwartymi dziobami słuchali tego, co mówiłem im o bieganiu. A gdybym sam nie zagadał, minęłibyśmy się bez słowa i bez zainteresowania.
Doszedł wreszcie film z Krakowa, z finałem maratonu mojego i dwójki uczepionych bąków. Trzeba zmienić format, poszukam kodeków, wgram.
Komary jak messerschmitty. Atakują w chwili, kiedy człowiek zatrzymuje się, by się wyszczać. Końcówka szczania to początek ssania (przez komary). Z zaciśniętymi zębami dokończyłem swoje. Komary też.
Spotkałem w lesie parę ludzików. Najciekawsze spotkanie z dwoma chłopakami, lekko powyżej dwudziestki, na przeskoku przez tory. Nie zagadali, ale ja zagadałem, w tym momencie chłopcy okazali się sympatycznymi młodymi ludźmi, serio zainteresowanymi tym, co robię. Pogaworzyliśmy dłuższą chwilę, z otwartymi dziobami słuchali tego, co mówiłem im o bieganiu. A gdybym sam nie zagadał, minęłibyśmy się bez słowa i bez zainteresowania.
Doszedł wreszcie film z Krakowa, z finałem maratonu mojego i dwójki uczepionych bąków. Trzeba zmienić format, poszukam kodeków, wgram.
czwartek, 16 maja 2013
Wyświęcanie Andrzeja
10 km
Relaksowy bieg, wzdłuż torów, a potem przez park przemysłowy. Bez pomiaru czasu, ot, dla przyjemności. Zapomniałem wziąć opaski na czoło, jeszcze raz się przekonałem, że jest ważniejsza od reszty stroju, może niekoniecznie ważniejsza od butów. Pot zalewał mi oczy, na szczęście po drodze w garażu złapałem paczkę chusteczek, zużyłem całą w drodze. Bez opaski nie ma biegu, to pewne.
| Czesiek, I love You!! |
Wyjątkowo durne popołudnie. Chciałem, czy nie, musiałem pójść na szwancparadę pt. nadanie tytułu Zasłużonego Mieszkańca Gminy Goleniów Wielce Zasłużonemu Burmistrzowi Tysiąclecia Andrzejowi Zdzisławowi Wojciechowskiemu.
Cyrk już na wejściu. Przed biurowcem gminy straż gminna w strojach bojowych reguluje ruchem, eliminuje potencjalne zagrożenia. Traf chciał, akurat zadzwonił Dariusz G. i nabijał się z tej szopki. A ja przez chwilę modliłem się, by dzielni strażnicy nie pomyśleli, że przy pomocy komórki próbuję się wysadzić przed gminą w proteście przeciwko Burmistrzowi Tysiąclecia. Mogliby mnie rozstrzelać ze swoich korkowców. Szczęśliwie, nie rozstrzelali, za co serdecznie dziękuję.
| Andrzej i Robert |
Dzwoni szwagierka, za 15 minut będzie na dworcu. Wychodzę z sali wstrząśnięty, ale nie zmieszany, za to szczęśliwy. Na sali zostawiam dwóch kumpli, którzy dalej muszą uczestniczyć w tym cyrku. Odprowadzają mnie smutnym wzrokiem. Andrzej nadal bryluje na mównicy...
Obłęd.
środa, 15 maja 2013
Pisma wracają z podpisami
7 km
Dziś nieco skróciłem trasę, by dać odpocząć przyczepom achillesów, coś mi ostatnio o sobie przypominają. Nie wybrałem się też do lasu, wyłącznie asfalt. Droga lubczyńska, 1,5 km przez park przemysłowy, powrót tą samą drogą. Od razu widać efekt biegu po równej nawierzchni, bez kolebania się stopy na lewo i prawo. Żadnego pobolewania, achillesy się przymknęły i nie narzekają.
Śmieszy mnie trochę zachwalanie biegów terenowych jako rzekomo najzdrowszej formy ruchu. Moje doświadczenia są krańcowo inne. Najgorzej wspominam bieg, który pewnie większości ludu (niebiegającego) wydaje się wielce romantyczny: Jarosławiec, bieg po plaży. Niech szlag trafi bieganie po piachu, to samobójstwo. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że mam achillesy. Bieganie po łąkach (też romantyczne do usrania) to prawie pewność kontuzji stawów skokowych. Spróbowałem ostatnio w Krakowie, na dzień przed maratonem. Dziękuję uprzejmie, kilometr po łące wystarczy mi na długo. Szczęśliwy byłem, że nic sobie nie zrobiłem.
Wedle mnie, najlepszą nawierzchnią do biegania jest równy asfalt. Nie ma ryzyka przekrzywienia stopy, nadwerężenia stawów czy ścięgien. Bieg jest bezpieczny. To, że nawierzchnia jest twarda, nie ma żadnego znaczenia, używane obecnie buty zupełnie załatwiają problem amortyzacji. To już nie są czasy biegania w trampkach czy tenisówkach.
Oczywiście, zachwalanie asfaltu skończy się, kiedy w Goleniowie powstanie wreszcie bieżnia z porządną nawierzchnią. Coś mi mówi, że będzie to za rok. Wtedy zmienię zdanie, najlepszy będzie tartan.
Don Roberto udzielił już pozytywnej odpowiedzi na wniosek o użyczenie terenu, jutro idę do skarbówki, tam czeka drugie pismo z podpisem szanownego pana naczelnika. W piątek zgłoszenie o postawieniu namiotów na dwie doby znajdzie się w starostwie. Podstawowy kwit będzie z głowy.
Dziś nieco skróciłem trasę, by dać odpocząć przyczepom achillesów, coś mi ostatnio o sobie przypominają. Nie wybrałem się też do lasu, wyłącznie asfalt. Droga lubczyńska, 1,5 km przez park przemysłowy, powrót tą samą drogą. Od razu widać efekt biegu po równej nawierzchni, bez kolebania się stopy na lewo i prawo. Żadnego pobolewania, achillesy się przymknęły i nie narzekają.
Śmieszy mnie trochę zachwalanie biegów terenowych jako rzekomo najzdrowszej formy ruchu. Moje doświadczenia są krańcowo inne. Najgorzej wspominam bieg, który pewnie większości ludu (niebiegającego) wydaje się wielce romantyczny: Jarosławiec, bieg po plaży. Niech szlag trafi bieganie po piachu, to samobójstwo. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że mam achillesy. Bieganie po łąkach (też romantyczne do usrania) to prawie pewność kontuzji stawów skokowych. Spróbowałem ostatnio w Krakowie, na dzień przed maratonem. Dziękuję uprzejmie, kilometr po łące wystarczy mi na długo. Szczęśliwy byłem, że nic sobie nie zrobiłem.
Wedle mnie, najlepszą nawierzchnią do biegania jest równy asfalt. Nie ma ryzyka przekrzywienia stopy, nadwerężenia stawów czy ścięgien. Bieg jest bezpieczny. To, że nawierzchnia jest twarda, nie ma żadnego znaczenia, używane obecnie buty zupełnie załatwiają problem amortyzacji. To już nie są czasy biegania w trampkach czy tenisówkach.
Oczywiście, zachwalanie asfaltu skończy się, kiedy w Goleniowie powstanie wreszcie bieżnia z porządną nawierzchnią. Coś mi mówi, że będzie to za rok. Wtedy zmienię zdanie, najlepszy będzie tartan.
Don Roberto udzielił już pozytywnej odpowiedzi na wniosek o użyczenie terenu, jutro idę do skarbówki, tam czeka drugie pismo z podpisem szanownego pana naczelnika. W piątek zgłoszenie o postawieniu namiotów na dwie doby znajdzie się w starostwie. Podstawowy kwit będzie z głowy.
wtorek, 14 maja 2013
Papierki złożone
10 km
Ochłodziło się, to miło. Wieczorem rytualna dyszka, dla zdrowotności i dobrego trawienia. Tym razem nie mierzyłem czasu, starałem się biec w tempie nadającym się do biegu na długim dystansie. 3 kilometry zrobiłem w 16 minut, średnio więc wychodzi 5:20 na kilometr. I do takiego średniego tempa dobrze by było doprowadzić przed jesiennym maratonem w Poznaniu. Byłaby wtedy szansa na poprawę wyniku z Hamburga.
Złożyłem pisemka do burmistrza i naczelnika skarbówki o zgodę na ustawienie na trawniku przed urzędem bazy biegu 27/27. Podjechałem też do komendanta policji upewnić się, że nie potrzeba jakiejś zgody z komendy na organizację biegu. Wychodzi, że nie potrzeba. Czekam teraz na odpowiedź z obu urzędów, potem składam wniosek do starostwa.
Ciekawe, jakie przeszkody formalne nagle się pojawią. Nie może przecież być tak, że wszystko pójdzie gładko.
Ochłodziło się, to miło. Wieczorem rytualna dyszka, dla zdrowotności i dobrego trawienia. Tym razem nie mierzyłem czasu, starałem się biec w tempie nadającym się do biegu na długim dystansie. 3 kilometry zrobiłem w 16 minut, średnio więc wychodzi 5:20 na kilometr. I do takiego średniego tempa dobrze by było doprowadzić przed jesiennym maratonem w Poznaniu. Byłaby wtedy szansa na poprawę wyniku z Hamburga.
Złożyłem pisemka do burmistrza i naczelnika skarbówki o zgodę na ustawienie na trawniku przed urzędem bazy biegu 27/27. Podjechałem też do komendanta policji upewnić się, że nie potrzeba jakiejś zgody z komendy na organizację biegu. Wychodzi, że nie potrzeba. Czekam teraz na odpowiedź z obu urzędów, potem składam wniosek do starostwa.
Ciekawe, jakie przeszkody formalne nagle się pojawią. Nie może przecież być tak, że wszystko pójdzie gładko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)