poniedziałek, 3 lutego 2014

Dobrze, że aż dziwne

10 km

To wszystko zaczyna wyglądać podejrzanie dobrze. Zero dolegliwości, bardzo dobre samopoczucie, bieg nie sprawia żadnych kłopotów, daje za to dużo przyjemności, bo idzie lekko i jest dość szybki. Nie popełniłem wczorajszego błędu, jakim było spożycie przed treningiem niedzielnego, dość obfitego obiadu. Kotleciki z grilla były pyszne, ale w drodze o sobie przypomniały nachalnie i po chamsku. Na szczęście z tego rodzaju dolegliwością łatwo sobie poradzić, przełykając jak najwięcej śliny (sorry, jeśli ktoś je czytając... nie należy jeść nad klawiaturą :) ). Ustąpiło, ale 2-3 kilometry męczyło.
A dziś bieg na głodniaka. Start przed godziną 17, dokładnie o zachodzie słońca. Ulicę Spacerową zaliczyłem jeszcze za dnia, także przy dziennym świetle obejrzałem sobie Helenów, zmrok dopadł mnie na Szkolnej, w miejscu dość paskudnym, bo pozbawionym latarni, za to z chodnikiem jak tuż po nalocie paru dronów. Cień emocji na ulicy Przestrzennej, na odcinku przed Orlenem, a potem na Norwida, gdzie przydałyby się odblaskowe gadżety i czołówka. Dlatego przed każdym samochodem skakałem na pobocze, mając wrażenie, że słyszę, co kierowcy mówią o moim czarnym stroju w czarną noc na czarnym asfalcie. Przeżyłem ;)

Następny krok w sprawie bieżni. Jutro burmistrz podpisuje papiery z wnioskiem o dofinansowanie, które pojutrze trafią na biurko ministra sportu. Jest poparcie ZZLA dla tego wniosku. Będzie też poparcie nieformalne, oczywiście, nie ze strony jegomościa, który nie tak dawno przechwalał się, że załatwi miliony na bieżnię. Łysawego nikt już o nic nie prosi i nie będzie prosił.
Jak się dowiedziałem, przesądzona jest budowa bieżni z 6 torami. Gra idzie o nawierzchnię Mondo, która bez wątpliwości jest lepsza od linoleum, o jakim marzy łysawy kumpel Ojca Dyrektora. Sprawa rozstrzygnie się w marcu, bo wtedy poznamy wynik przetargu na wykonawcę bieżni.

Do listy startowej dodać należy półmaraton w Poznaniu, 6 kwietnia. Mariusz Gess mnie przekonał, a argument miał mocny: biesiada postartowa. W Toruniu narodził się nowy, piękny obyczaj (nowa, świecka tradycja...) polegający na zaatakowaniu niezłej knajpki i wzięcie jej w posiadanie. Wyszło w Toruniu, wyjdzie też w Poznaniu, bo czemu nie? W półmaratonie startuje Młody, wprawdzie tym razem bez ojcowskiego patronatu (i dobrze, na cholerę młodziak ma mi się pętać koło nogi?), ale jak znam życie, na posiedzenie w dobrej knajpie ściągnie nie tylko on, ale też armia tzw. 'młodych Waszkowiaków' z przychówkiem, czyli kuzynów Oleńki, towarzystwo wesołe i nie do nakarmienia. Okupacja knajpki będzie więc totalna.

niedziela, 2 lutego 2014

Powoli, ale do przodu

10 km

2 na plusie, wszystko płynie. Bieżnia w stanie podstawowym (czarne guano), w lesie ślisko i mokro. Wyprawa do GPP to konieczność dwukrotnego pokonania 2 km szosy lubczyńskiej, na to po wczorajszym zdarzeniu nie miałem ochoty. Został bieg przez Helenów i wokół miasta. To był dobry wybór, prawie cała trasa już bez śniegu, gdzieniegdzie resztki śnieżnego błota, ale do sforsowania. Oczywiście, na wyposażeniu czołówka i dwie odblaskowe opaski, na ramię i łydkę. Na kierowców działały jak należy, omijali mnie jak TIR-a.
Na bieg włożyłem stare 'najki', na które po paru tygodniach odpoczynku ja spojrzałem przychylnie, a moje nogi zareagowały bardzo pozytywnie: najmniejszych dolegliwości, stopy lądują miękko, lepiej amortyzowane niż w 'brooksach'. Być może owo świetne odczucie ma związek z dłuższym krokiem, jaki dzisiaj ćwiczyłem. Krok dłuższy, więc inne wybicie, inne lądowanie. Do tego podłoże wreszcie było szorstkie, więc wybicie było efektywne, bez cofania stopy. Prawda, trochę przeszkadzał piach, którym sypano chodniki przez parę dni, bo 'najki' nie mają już z przodu bieżnika, na błocie potrafią się śliznąć. Szczęśliwie, jest niedziela, ruch samochodów zdecydowanie mniejszy, niż w powszedni dzień, można było biec asfaltem; kiedy się dało, tak robiłem.
Wciąż mam wrażenie, że forma mi się poprawia, biega mi się lżej, a ruch jest szybszy. Niech stopnieją resztki śniegu, to w parku przemysłowym zrobię pomiary.
No i, drogi Dareczku, czekam na rozpiskę!

Wczoraj obejrzałem "Pod Mocnym Aniołem" Smarzowskiego. Nie dziwię się, że Więckowski po nakręceniu filmu i jego obejrzeniu przez pół roku nie sięgnął po kielicha. Rzeczywiście, można stracić ochotę na alkohol nawet w symbolicznych ilościach. Film bardzo mocny, ale warty zobaczenia. Obsada rewelacyjna. Polecam.

sobota, 1 lutego 2014

O włos od potrącenia

Wczoraj 11 km
Dziś 10 km

Wczoraj wyścig po śliskim śniegu, by zdążyć przed zmierzchem. Męczarnia dla ścięgien, bez wątpienia obecne warunki im nie służą. Bardziej zwracałem uwagę, by gdzieś się nie śliznąć i biegu nie skończyć przed czasem, za to głęboko w lesie - perspektywa mało kusząca. 
Dziś jeszcze cieplej, więc odpuściłem sobie bieganie po ścieżkach, po których nie przejechał jakiś pojazd i nie ubił tam śniegu. Owszem, las, ale przetartymi ścieżkami, do wiaduktu, a ostatnie 5 km przez park przemysłowy i szosę lubczyńską. W parku pomiar czasu: wrzuciłem tempo, które wprawdzie nieco przyspiesza oddech, ale nadal jest tempem do utrzymania na dłuższym dystansie. Jest nieźle, średnio 4:58 na kilometr. 
Określenie "ostatnie 5 km" mogło być dzisiaj bardzo dosłowne. Tuż przed stacją benzynową, na niecałe sto metrów przed końcem biegu tylko skok w rów ocalił mnie przed potrąceniem przez białego VW (furgon) o numerze ZGL 32275. Łobuz, który nim kierował, celowo zepchnął mnie z drogi, jechał na zderzenie ze mną. Samochód, na mojego nosa, należy do
jednej z firm w GPP. Sprawa już została zgłoszona na policję, w poniedziałek dowiem się swoimi kanałami, kto jest właścicielem samochodu, nie powinno też być problemu z ustaleniem kierowcy.
Niech wreszcie, cholera jasna, wybuduję tę ścieżkę rowerową do GPP, naprawdę strach jest biec szosą na Lubczynę. 

Podsumowałem styczeń. 339 kilometrów, rekordowy miesiąc.

czwartek, 30 stycznia 2014

Kondycja rośnie, waga leci

10 km

Na razie trzymam się obietnicy, że codziennie będą ćwiczenia rozciągające. Trochę z rana, a solidniejsza dawka kilka minut przed biegiem. I albo to naprawdę działa, albo włącza mi się coś, co Wańkowicz określał jako "chciejstwo". W każdym razie mam wrażenie, że po rozciąganiu bieg jest wyraźnie lżejszy w sensie wysiłku i sprawności, a kroki dłuższe. Nie mam odczucia znużenia, jakie jeszcze parę dni temu było normą pod koniec treningu. A przecież biegam tyle samo, w tempie zdaje się ciut szybszym, niż przez ostatnie tygodnie.
Mam też wrażenie, że spadła mi waga. Trudno to sprawdzić, bo nasza waga-weteran pewnie nie jest wiele młodsza od Michała i pokazuje, co jej się podoba. Fakt niezbity: nowe jeansy, które kupiłem miesiąc temu, zaczynają mi wisieć na tyłku, a co parę chwil muszę je dyskretnie podciągać. To dobry znak, oby tylko słuszny kierunek udało się utrzymać. Będzie trudno, bo Ola wróciła z Krakowa, znów będą kolacje (ostatnio nie było, bo zjadłem, co znalazłem w lodówce, a po nowe zakupy nie chciało mi się chodzić). 

A propos Oli i spadającej wagi: przywiozła mi z Krakowa sweter (ile sobie - dowiem się pewnie na raty :). Sweterek owszem ładny, ale w nietypowym rozmiarze: w zasadzie M, tylko ze względu na długość rękawów oznaczony jako L. "Elka" to obecnie mój rozmiar, jeszcze nie tak dawno standardem było XL, w porywach XXL. Jeansy rozmiaru 32 ostatni raz nosiłem przed ślubem, a ślub brałem w 1989 roku... 

Widzę, że panie, które jeszcze rok temu na stadionie pojawiały się nieśmiało i z obawą, że wszyscy na nie będą patrzeć - zdecydowanie się ośmieliły. Dwie moje znajome, które do niedawna tylko chodziły, teraz równo zasuwają truchtem, nie obchodzi ich, czy ktoś patrzy i co myśli. Słusznie, bo nikt nie patrzy i nikogo nie obchodzi, co one robią. Każdy biega czy chodzi na swój rachunek, ostatnie, o czym się wtedy myśli, to ćwiczenia innych obecnych na bieżni. No, chyba że trzeba kogoś dogonić, wyprzedzić. Całą resztę traktuje się z równym zainteresowaniem, co rosnące koło bieżni drzewa: jak element krajobrazu, i tyle.
Interesujące, że choć mróz nadal konkretny, niewielu rezygnuje z ruchu na powietrzu. Babki mi imponują, bo są co najmniej tak wytrwałe, jak faceci. A chyba nawet bardziej, bo mam wrażenie, że jest ich więcej niż mężczyzn. Jeszcze jeden dowód na to, że faceci wymrą jak mamuty...

środa, 29 stycznia 2014

Ameryka po raz wtóry

10 km

Dziś ponownie odkryłem Amerykę: kolejny raz przekonałem się o wartości prostej czynności, jaką jest rozciąganie się. Wczoraj wieczorem coś mnie naszło, dobre parę minut wykonywałem przeróżne ćwiczenia, o których każdy z nas sporo czytał i słyszał, wie też (zazwyczaj z teorii), że warto. Dziś rano, skoro tylko obaliłem poranną kawę, replay. I wieczorem, przed wyjściem na trening też powtórka z rozrywki. A potem na ojcowsko-dyrektorskiej bieżni cud: nadzwyczajna lekkość biegu, wyraźnie dłuższy krok, a co za tym idzie - większa szybkość, wcale nie okupiona większym wysiłkiem. Przeciwnie, byłem wyraźnie mniej zgrzany, czarne ciuchy po treningu nie wymagały prania, nawet suszenia. To przekonujący dowód na wartość zwykłego schylania się do ziemi i wypięcia d... Przed Hamburgiem postaram się nie zaniedbywać rozciągania i rozgrzewek, to powinno pomóc w realizacji planu <3:45.

Przyjemność dzisiejszego treningu zepsuła mi pani wypożyczająca łyżwy na osirowym lodowisku. Być może ma jakiś problem ze słuchem, bo z kołchoźników (dla młodzieży: to głośniki, z których za komuny
leciała propaganda, a teraz disco polo) na lodowisku cholernie głośno puszczała coś, co naprawdę muzyką nie da się określić, badziew potworną, pewnie z płyt kupionych na wagę w Biedzie. Gdyby to jeszcze była muzyka - zniósłbym, ale to były dźwiękowe rzygowiny, łomot nie do zniesienia. Kiedy wybiegałem swoje, poszedłem i spytałem panią, czy mieszkańcy domów przy Sportowej i Alei Róż nie skarżą się na hałas i jakość tego, co leci z głośników. Nie wiedzieć czemu, pani się obraziła i powiedziała mocno nadęta, że się nie skarżą. Po czym radykalnie ściszyła "muzykę". Płyty nie zmieniła, co mnie nieco zasmuciło.Ucieszyło natomiast, że ściszyła.

wtorek, 28 stycznia 2014

Koniec epoki lodowej

11 km

Dziś czuło się już negatywne skutki ocieplenia. W lesie jeszcze nie jest ślisko, stawiając krok nie ryzykuje się poślizgu, skręcenia stopy, nie daj Boże - szpagatu. Ale nawet na niewielkich stokach, na podbiegach stopy się cofają wśniegu, bieg nie jest już tak przyjemny i efektywny, jak parę dni temu, gdy temperatury były poniżej -10. Na ulicach kompletna kicha: śnieg, który był posypany piaskiem z solą zamienia się w śniegową kaszę, stopa ostro jedzie w tył, nie ma oparcia, to nie są warunki do biegania. Albo las, albo bieżnia. Wolę las. 
Dzisiejszy trening zleciał szybko, bo zaraz na wstępie trafiłem na Piotrka z trójką podopiecznych. Razem doturlaliśmy się w rejon Góry Lotnika, gaworząc sobie po drodze, co drogę uprzyjemniło i jakby skróciło. Głęboko w lesie się rozstaliśmy, ja postanowiłem zrobić codzienną trasę, nie ścinając jej ani o metr. Jak zwykle, trafiłem na stado jeleni stale kręcących się opodal Góry Lotnika. Zdaje się, pogubiły już poroża, bo nie widziałem wieńców na głowach. A to znak, że zima zaczyna się mieć ku końcowi. 


poniedziałek, 27 stycznia 2014

Cieplej, więc gorzej

11 km

Powtórka wczorajszej trasy. Wyruszyłem kilka minut po czwartej, koło Góry Lotnika zaczęły zapadać ciemności, a kiedy po godzinie biegu opuszczałem las, było wprawdzie ciemno, ale jeszcze było widać, co jest pod nogami. A przecież miesiąc temu o czwartej po południu ciemno już było, jak w tyłku mieszkańca Konga. 
Ociepliło się, i to nie jest wcale dobra wiadomość. Zaczął sypać śnieg, zerwał się wiatr, powietrze jest bardziej wilgotne. Jeszcze 2-3 stopnie w górę i będzie generalna kicha, śnieg nie będzie już przemrożony i sypki, zacznie się lepić, zrobi się ślisko, czyli - do d... 

Zapisałem się na bieg w Kołobrzegu, 16 marca, czyli tydzień przed Jastrowiem. Sprawdzi się, w jakiej formie udało się przetrwać zimę, warto to wiedzieć przed imprezą u Darka Mańkowskiego. Wprawdzie Darek nie straszy dołami z wapnem (to specjalność Klinisk), ale nie chodzi przecież o to, by przetrwać w byle jakim stanie, ale w stanie dobrym. Gdzieś mi mignął medal Biegu Zaślubin, prezentował się bardzo ładnie, należy go mieć w kolekcji.

"-A pan to chyba nic nie je!" - ten tekst zaczyna mi działać na nerwy. Tekst wygłaszają panie postury słusznej, taksując mnie wzrokiem z góry na dół i z powrotem. We wzroku jest sporo zazdrości (polskiej, bezinteresownej) i nadzieja, że potwierdzę, że nic nie jem. A ja, kurka, jem, i to na pewno za dużo. Ostatnio faktycznie jakby mniej, bo zjadłem, co było w lodówce, a nie chce mi się pójść do sklepu po zakupy. Normalnie jednak, jadam całkiem pokaźne ilości, i to w sposób karygodny, za to typowy: do obiadu nic, potem coś, a wieczorem szturm na lodówkę. 
Jedno, co mnie ratuje przed utopieniem się w tłuszczu (własnym), to ruch. Przekonałem się na sobie, że to jedyny sposób na opanowanie wagi. Raz, że spala się nadwyżki energii, ale to tak naprawdę pikuś. Ważniejsze, że z konieczności wyrabiają się pewne pozytywne nawyki żywieniowe. Nikt mnie na przykład nie namówi na opchanie się żarciem przed treningiem, bo dobrze wiem, że potem będę konał na trasie, żałując, że wyszedłem biegać i że zżarłem, co zżarłem. Nie jadam rzeczy mocno wysmażonych, bo zalegają i wywołują zgagę. Przed biegiem nic związanego z chrzanem, z ostrymi przyprawami, żadnych bigosów i innych fasolek po bretońsku. Najlepiej niewiele, jedzenie łagodne i takoż przyprawione. 
Tłumacz jednak, człowieku, paniom zależności między ruchem a jedzeniem, jego ilością i rodzajem. Kto tego nie przerobi na własnym organizmie, nie zrozumie prostych w sumie zależności. Nie ma co tłumaczyć.
Ale, tak naprawdę, miło jest widzieć tę zazdrość w oczach... :)



niedziela, 26 stycznia 2014

Dobry uczynek

11 km

Piotrek może miał nadzieję, że nasze umówienie się na wspólny bieg było z mojej strony czystą kurtuazją, że na tym się skończy. Nie skończyło, około 10 zadzwoniłem po ob. Walkowiaka, nie zdziwiłem się, że jeszcze spał. Przypomniałem o spotkaniu na stadionie o 11. Jak najbardziej, punktualnie był, w swojej sławnej czerwonej bluzie, w której go pewnie kiedyś pochowają, w czapce na czubku głowy, za to bez szalika i rękawic. Czyli, w sam raz na leśną wyprawę przy -13 stopniach. 
Szybko złapaliśmy równe tempo, coś rzędu 5:20-5:30, taki niemęczący, niedzielny relaks biegowy. Zrobiliśmy leśną trasę w okolicy Góry Lotnika, bez jednej chwili przerwy, równym tempem. Jako że się nie katowaliśmy, można było swobodnie porozmawiać o tym i owym, wymienić się wiedzą, skomentować niektóre wydarzenia... Jak wiadomo, warto rozmawiać ;)

Tak więc mam dziś na koncie bardzo dobry uczynek, w postaci wyciągnięcia Piotra z pieleszy, dotlenienia go i - uwaga - nie umówiliśmy się nawet na najdrobniejsze piwko! 


A w Krakowie Oleńka wałęsa się od knajpki do knajpki, trudno się do niej dodzwonić, bo publiczność stoi w kolejce, żeby życzenia złożyć. Udało się w końcu, siedzą z młodzieżą w jakiejś knajpce na Floriańskiej, z zajebiście drogą kawą (espresso - 3,50, czyli jak w Palermo), w tle hałas jak we młynie, w wyobraźni czuję aromat tej kawy... Kurka, trzeba by się w końcu do tego Krakowa wybrać, to jedno z moich ulubionych miejsc, a nie byłem tam od lat. A niby ma tam człowiek własne mieszkanie, a drugie wynajmuje... :)

Ja zaś zrobiłem sobie dziś wycieczkę do kina, na "Sierpień w hrabstwie Osage". Wreszcie kino, jakie lubię: gwiazdorska obsada nawet w drobnych rólkach, główne role dostały Julia Roberts i Meryl Streep, było na co patrzeć przez dwie godziny. Żadnych sztuczek komputerowych, panie nie odmłodzone, a wręcz postarzone - a mimo to trudno się w nich wszystkich nie zakochać. Prawdziwe kino. Kto nie widział - polecam w ciemno!

sobota, 25 stycznia 2014

-13 stopni

21 km

Upewniłem się telefonicznie, że Oleńka dotarła do Krakowa. Bez najmniejszych kłopotów, zgodnie z rozkładem jazdy, pociąg nawet musiał czekać kilka minut przed wjazdem na stację docelową, bo w Krakowie zameldował się przed czasem. Na peronie nie czekała podniecona panienka z TVN i nie wypytywała pasażerów o przeżycia związane z normalną podróżą. Normalność nie jest przecież niczym ciekawym.

Dochodzi 11, termometr uparcie pokazuje -13, wiele cieplej dziś raczej już nie będzie. Nie ma co więc się ociągać, tylko w drogę. Spróbuję tego Łęska. Mam nadzieję, że za 2 godziny wrócę cały i niezamarznięty.

Zadanie wykonane. Mróz większy, niż mi się zdawało, ale przygotowałem się jak na maraton w Jastrowiu: koszulka chłonąca pot, ciepła bluza biegowa, na to polar, plus czeska czapka i komin-dusiciel od Ojca Dyrektora. Skarpety niestandardowe: ciepłe, grube skarpety narciarskie, sięgające pod kolana. Do tego usta zabezpieczone warstwą wazeliny. Kiedy ruszałem, miałem wrażenie, że ubrałem się za ciepło. Wystarczyło jednak wbiec w las, w cień, żeby przekonać się, że zestaw był prawidłowy. Nie zmarzłem, ale też się nie zgrzałem.
Zaraz za torami zaczęła się terra incognita. Nie ma śladów stóp na śniegu, są tylko koleiny jakichś pojazdów, sporo śladów zajęcy, saren i jeleni, gdzieniegdzie są też ślady czegoś w typie lisa lub psa, nie jestem w stanie odróżnić. Nie widać natomiast żadnych śladów pobytu dzików - to zastanawiające. 
Warunki do biegania w terenie - wyśmienite, nie rozumiem, czemu ludzie nie zapuszczają się w las. Warstwa śniegu cienka, raptem parę cm, śnieg zmrożony, pięknie chrzęści pod stopami, świetnie amortyzuje kroki. Generalnie, przyjemniej biega się teraz w lesie, niż drogami, które w dużych partiach są zalodzone, a śnieg na poboczach
zmieszany z piachem i nieprzyjemnie sypki.
Drogę powrotną na odcinku Bolechowo  - Zabrodzie zrobiłem szosą, nie chciałem się już zapuszczać na łąki nad Iną. Przed Zabrodziem patrzę, a zalodzoną szosą drze jakiś rowerzysta. "Franek" - pomyślałem. I faktycznie, był to Franek Harbacewicz. Przybiliśmy 'piątkę' i każdy ruszył w swoją stronę: Franek w kierunku Stawna, ja lasem nad Iną do Goleniowa. Krótka przerwa na wysokości basenu, a potem już lekkim truchtem w stronę domu. 
Kiedy się rozbierałem, ciekawe spostrzeżenie: bluza, która przecież była przykryta grubym polarem, zaszroniona. Znaczy, mróz był konkretny :)

piątek, 24 stycznia 2014

Trening z prezesem

10 km

Wczoraj planowałem, że dziś sobie odpuszczę. Kiedy koło szóstej wróciłem do domu, nagle nabrałem ochoty. Ostry mróz nie zniechęcił, a przeciwnie - zachęcił do biegania. Zadbałem tylko, żeby zabrać ciepły komin, który uszczelnił mnie od nosa w dół. Nałożyłem też szczelną, polarową czapkę, dokładnie otulającą uszy. Gdzieś na piątym kółku zauważyłem znajomą postać, która - zgodnie z przypuszczeniami - okazała się prezesem PMT. Dogoniłem Dareczka, dalej biegaliśmy już wspólnie. Darek narzekał, że tempo jest większe, niż jemu odpowiadające, mi zaś pasowało, bo zwolniłem i biegłem w tempie wręcz relaksowym. Do tego stopnia, że po powrocie do domu okazało się, że lekko spocona jest tylko koszulka, reszta sucha jak pieprz. To się rzadko zdarza.
Pogadaliśmy trochę o bieżących sprawach, postraszyliśmy Roberta, że już za późno na zapisanie się do Jastrowia, ale chwilę potem pocieszyliśmy, że nie tylko załatwimy mu wpis na listę, ale nawet pomyślimy o transporcie. Nie dodaliśmy, że możemy nic nie wymyślić :)


Miałem w ręku dzisiejszy lewkowy "Puls Goleniowa", rzekomo wydany w nakładzie 20 tys. egzemplarzy. W numerze drwiący artykuł na temat bieżni i rzekomej niekompetencji tych, którzy pracują nad projektem. Dziewczę, które tematem się zajęło, pisze o bieżni sześciotorowej, która ma mieć po cztery tory na łukach. Dziewczę uważa, że to głupi pomysł. I zgadza się, to kompletna głupota, tyle że powstała ona w głowie autorki tego tekstu, bo ani przez moment nie było mowy o takim rozwiązaniu. Być może ktoś (jakiś trener?) powiedział kobiecie o sześciu torach na prostej, czyli rozwiązaniu dość powszechnie stosowanym, a ona sobie już resztę wykoncypowała, po czym własne głupie pomysły wyśmiała. I słusznie. A, dziewczątko ma jeszcze pretensje, że w urzędzie niechętnie odpowiadają na jej pytania. Nic dziwnego, jeśli pytania są na poziomie jej myślenia - też bym pogonił.

Odstawiłem Oleńkę na stację, zapakowałem w pociąg do Krakowa. Na wszelki wypadek zaopatrzona jest w ciepły koc, w solidną wałówkę i termos z gorącym piciem. Jest szansa, że przetrzyma podróż do młodzieży. Jako wzorowa, ofiarna babcia, jedzie oczywiście na Dzień Babci, jaki będzie obchodzony w przedszkolu Pauliny i zdaje się w szkole Mateusza też. Przy okazji z pewnością odbędzie się feta z okazji urodzin koleżanki małżonki, jakie przypadają pojutrze.  

Zastanawiam się, co by tu jutro zmajstrować. Kusi, żeby machnąć coś dłuższego. Łęsko plus Bącznik i Bolechowo? Oby tylko nie wiało...