niedziela, 18 maja 2014

Rodzinnie i na luzie

42,2 km

Cracovia Maraton zaliczony. Tym razem zupełnie na spokojnie, bez walki o wynik. Wprawdzie pierwsza dyszka zrobiona była w tempie zdecydowanie dającym nadzieję na wynik jeszcze lepszy, niż w Hamburgu, ale krótko potem zaczęły się niepokojące sygnały od
mięśni udowych, wyraźnie sugerujące ryzyko wystąpienia poważnych skurczy. Nieco zwolniłem, ale to nie wystarczyło, pierwsze skurcze pojawiły się już w połowie trasy. Machnąłem więc ręką na wynik, postanowiłem bieg dokończyć w tempie relaksowym. Kiedy dobiegałem do wodopoju, schodziłem na bok, żeby w spokoju się napić i coś przekąsić. Gdy drugi raz biegłem przez Błonia, zatrzymałem się przy rodzince, pogadałem, zrobiliśmy sobie fotki, parę minut pogadaliśmy pod drzewkiem, bo akurat lało. Tak sobie wycyrklowałem, żeby na mecie się zjawić między 4:15 a 4:30. Ostatecznie było to 4:26. 
Warunki do biegu mocno zróżnicowane. Pierwsza dziesiątka jeszcze w porannym chłodzie.Potem znienacka się ociepliło, a po paru dniach deszczu powietrze błyskawicznie
zrobiło się parne, na dodatek zaczęła nadciągać ulewa. Kiedy zaczęło padać, warunki moim zdaniem się poprawiły, bo zrobiło się chłodniej. Ale zaraz po deszczu znów wyszło słońce i wróciła łaźnia parowa. Pogoda nie służyła biegaczom cięższym, słabszym, starszym - czyli m.in. mnie. Ciekawe, że jednak nie odczułem tego w postaci osłabienia. Bieg skończyłem w bardzo dobrej kondycji, z zapasem sił, oczywiście ogólnie zmęczony, ale po raz pierwszy doskonale, ze szczegółami, pamiętam ostatnie dwa kilometry, w tym bieg przez Grodzką. Dotąd maratony kończyłem w stanie skrajnego wyczerpania, a końcowego odcinka zwyczajnie ze zmęczenia nawet nie rejestrowałem.
Oczywiste, że organizm nie wrócił jeszcze do pełnej równowagi po Hamburgu. Pewnie

należało zadbać o jakąś fizjoterapię, popracować nad kondycją mięśni, a nie tylko nad siłą i wytrzymałością. Ale teraz przed następnym maratonem (Kliniska) sporo czasu, a potem czas na regenerację, Nicea dopiero w listopadzie. 
Rodzinna ekipa kibiców sprawiła się na medal. Ola z dwójką najmłodszych (Paulinka i Mateusz), do tego Ania z Mikołajem, wyposażeni w sprzęt do kibicowania i dwa spore transparenty. Ola jak zwykle zdzierała gardło dopingując wszystkich wokół, już z daleka wiedziałem, gdzie ekipa stoi. Maluchy pracowicie przybijały piątki wszystkim chętnym, łapki miały pod koniec solidnie poobijane. Ola mówi, że dzieciaki były bardzo przyjaźnie odbierane przez biegnących i przez innych kibiców, na brak chętnych do "piątki" narzekać nie mogły. 

W tym roku maraton nie miał szczęścia do trasy. Była dwukrotnie zmieniana, ostatecznie wczoraj trzeba ją było modyfikować kolejny raz, bo Wisła zalała bulwary. W efekcie nad Wisłą było ciasno, na dodatek nawierzchnia tam jest fatalnej jakości, są górki, jakiś bruk, dziadostwo. Dla mnie nie było to specjalnie istotne, bo ciśnienia na wynik nie miałem. Widziałem jednak po ludziach, że właśnie te ostatnie 7 km dało im solidnie w kość, masa ludzi zwyczajnie nie miała sił, by podbiec pod górkę, która dla zwykłego piechura jest pikusiem niezauważalnym.
Organizacja świetna, żadnych zastrzeżeń do pracy obsługi, w tym młodych wolontariuszy. Strefy odżywiania duże, nie było na nich tłoku. Pod koniec gdzieniegdzie brakowało cukru i czekolady, ale banany i picie w całym asortymencie było do końca. Na mecie rozdawano torby pełne różnych dóbr jadalnych, wziąłem dwie butle izotonika dla małych, które oczywiście piją to teraz jak nektar. Ja na niebieskie picie patrzeć nie mogę... Bananów nie wziąłem, tę propozycję potraktowałem jako delikatną prowokację.


Najciekawsze, że choć w Goleniowie zmagałem się z wrednym achillesem i czymś w rodzaju rwy kulszowej, to w Krakowie achilles ani razu się nie odezwał, a dupa też nie boli. Ot, zbawienny wpływ maratonu na życie staruszka :)

A jutro relaks. Po raz pierwszy od paru lat będę miał kilka dni na leniwe zwiedzanie Krakowa. Na początek Kopiec Krakusa, pewnie też podjedziemy do Tyńca. We wtorek koniecznie muszę zwiedzić nowe muzeum w podziemiach Rynku. 

Właśnie doliczyłem się, że to już mój dziesiąty maraton. 3 razy Hamburg, 2 razy Poznań, 2 razy Kraków, Maraton Puszczy Goleniowskiej, Paryż i oczywiście 27/27. Się napiję z tej okazji winka ;) 

sobota, 17 maja 2014

Kraków

Podróż - rewelacja. Miałem okazję przetestować nowy odcinek S3, od Gorzowa do Międzyrzecza. Pierwszy raz w życiu z Gorzowa do Skwierzyny jechałem niecałe 10 minut, z Goleniowa do Zielonej Góry dotarłem w 2h jadąc zupełnie na luzie, a w 3h byłem w Legnicy.
Sprawnie, wygodnie, choć nieco nudno, bo z krajobrazu znikło Deszczno, Trzebiszewo, kilkanaście innych wiosek i stado fotoradarów. Pierwsze miasto, o które się teraz zahacza, to Legnica. Pełna Europa. Kaszana zaczęła się na A4 za Legnicą, bo ten kawałek, aż do Wrocławia, zbudowano bez pasa awaryjnego. Lało na całej A4, były wypadki i związane z tym korki na drodze. Ale i tak po 7 godzinach spokojnej jazdy udało się dotrzeć do Krakowa.
Pakiet odebrany, kawałek drzemki wykonany, teraz kawka i chmielowy izotonik. Przed chwilą obejrzałem mapę trasy. Tak, jak przypuszczałem: kolejna korekta, spowodowana zalaniem bulwarów nad Wisłą. Trasa przez to nie zyskała, na pewno nie będzie korzystna dla chcących osiągnąć jakiś przyzwoity wynik. Mogą być przewężenia i korki. Zdaje się, że przebiegnę sobie to relaksowo.
Dobrze przynajmniej, że pogoda się poprawiła. Przestało padać, wyszło słońce. Pogoda ma być podobna do tej w Hamburgu, więcej słońca, a lekkie opady dopiero po południu. Patrzę w prognozę dla Goleniowa: współczuję wszystkim niedzieli.

piątek, 16 maja 2014

Na wojnę z Pulsem

Wczoraj 6 km, dziś 6 km

Zamiast biegu, który obciąża kręgosłup, zrobiłem sobie wczoraj intensywny, godzinny marsz. To wprawdzie nie to samo, co bieg, ale lepsze od siedzenia w fotelu i jedynego wysiłku w formie wciskania guzików na pilocie. Dało to efekty, wyraźnie czuć je w postaci ustąpienia dolegliwości z kończynami i zdecydowanie mniejszego, bardzo lekkiego pobolewania w krzyżu. Oczywiście, należałoby sprawdzić ten stan w boju, ale eksperymenty sobie odpuszczę, do maratonu raptem półtora dnia.
Jednak się nieco przebiegłem, nie przełknąłbym nic bez ruszenia w teren. Nadal największym problemem jest ból w krzyżu, który jednak łatwo będzie zgłuszyć tabletką. Podwozie - bez zarzutu.

A w Krakowie dziś leje, pogoda pod psem. W niedzielę będzie mniej więcej tak, jak w Hamburgu, ale cieplej i z ryzykiem solidnych, ale przelotnych opadów. Szukając plusów, to: nie będzie się kurzyć spod stóp, mniej się będzie chciało pić, słońce nie będzie oślepiać, a jeśli dobrze popada - to się zaoszczędzi na kąpieli po biegu, bo prysznic będzie w jego trakcie. 

Przedbiegowy relaks nieco mi zakłócił kumpel, który przyniósł mi dzisiejsze wydanie biuletynu pn. "Puls Goleniowa". Na piątej stronie jest tam dramatyczny opis, jak to rzekomo chciałem zamordować niejakiego Zbigniewa Gołębiowskiego. Zamordowanie miało polegać na uduszeniu. 
Tekst wysmażyła początkująca, ale bardzo odważna dziennikarka, zwąca się Magdaleną Maciejewską. To, co napisała, podobno opowiedział jej Gołębiowski. Potwierdziła mi (bo zadzwoniłem z ciekawości do pani redaktor), że wysłuchała Gołębiowskiego i nawet nie próbowała weryfikować opowiedzianej przez niego historii, uznała ją za w pełni wiarygodną i odważnie zamieściła w swoim biuletynie. Pisała, jakby to wszystko widziała na własne oczy, bez żadnych wątpliwości. Odwaga będzie miała swoje konsekwencje w postaci procesu sądowego, który pani red. Maciejewska będzie miała na sto procent. Z adwokatem już rozmawiałem, sprawa zostanie sfinalizowana po moim powrocie z Krakowa.
Scenariusz, z którym Gołębiowski poleciał do pani redaktor z "Pulsu Goleniowa", chłopina  raz już próbował wprowadzać w życie. Parę lat temu oskarżył mnie, że próbowałem go przejechać samochodem i rzekomo przez parę tygodni miał przeze mnie nogę w gipsie. Prokuratura w Goleniowie kupiła te bzdury i na koszt podatników wspierała Gołębiowskiego w sądzie. Proces skończył się udowodnieniem, że Gołębiowski kłamał od samego początku, uraz symulował, lekarzy oszukał, świadków nakłonił do składania fałszywych zeznań, a dowody rzeczowe preparował. Sąd uniewinnił mnie bez żadnej wątpliwości. Prokuratura Rejonowa odmówiła jednak ścigania kłamcy, nie widząc w tym, co robił cech przestępstwa.  Panią prokurator nawet rozumiem, przecież i jej groziła seria pytań z trudną odpowiedzią. Najprościej było się zaprzeć i udać, że sprawy nie ma.

Poprzednio obroniłem się, choć nie miałem żadnych świadków potwierdzających moją wersję. Punkt po punkcie zbijałem zarzuty z aktu oskarżenia i wykazywałem, że Gołębiowski łże wraz ze swoimi świadkami. Tym razem może być ciekawie, bo w kawiarni były cztery osoby, które widziały zachowanie Gołębiowskiego, będącego wyraźnie w fazie agresywnego pobudzenia. Jest też film nakręcony przeze mnie, na którym widać, kto jest agresywny i kto kogo zaczepia. Czekam spokojnie na ciąg dalszy.
Za całą sprawą z "Pulsem Goleniowa" stoi oczywiście pewien Anonimowy Literat (w skrócie - AL). To AL jest autorem sporej części tekstów publikowanych w biuletynie, AL pisze listy do redakcji i komentarze, AL będzie też kandydatem, którego "Puls Goleniowa" będzie gorąco popierał w jesiennych wyborach samorządowych. AL słusznie zakłada, że we mnie nie będzie miał raczej wsparcia, dlatego pobłogosławił to, co spłodziła odważna do szaleństwa pani Maciejewska. A ta, skoro chce...

środa, 14 maja 2014

Pierwsze grzyby...

10 km

Powtórka wczorajszej procedury: długa seria intensywnego rozciągania się, trochę ćwiczeń siłowych, a rezultacie praktycznie żadnych dolegliwości związanych z achillesem. Za to napieprzanie w krzyżu, które niewątpliwie jest karą za gimnastyczne zaniedbania w przeszłości, za to na pewno nie karą dożywocia. Przejdzie.
Osobliwość: teraz lepiej mi służy bieg w terenie, a nie jednostajny bieg w standardowych warunkach po asfalcie. Może to mieć związek ze stopniowym poprawianiem się kondycji prawego achillesa. Lewy chyba definitywnie wydobrzał, bo nie przypomina o sobie w żaden sposób. To wszystko cieszy, bo jeszcze miesiąc temu miałem ponurą wizję końca biegania...

Ciekawy obrazek napotkałem dziś za torami: dwie kobiety z naręczem grzybów. Piękne, duże maślaki i borowiki. Żałowałem, że nie mam ze sobą aparatu fotograficznego; jak na początek maja - widok niecodzienny.

wtorek, 13 maja 2014

Radykalnie do przodu

12 km

Jeden z tych dni, które powinny trwać w nieskończoność. Dobre rozciągnięcie przed biegiem, pierwszy kilometr jeszcze z jakimiś tam sygnałami niezadowolenia z okolic prawej pięty, a potem hulaj dusza! Żadnych problemów, żadnych ograniczeń fizycznych, nie przekraczałem jednak przeciętnego tempa 5:15, bo nie ma sensu się zrywać na parę dni przed sympatycznym maratonem w Krakowie. 
Jeszcze raz się okazało, że dobre rozciągnięcie się, w tym przede wszystkim długie skłony aż do bólu z tyłu kolan, to świetny sposób na radykalną i szybką poprawę stanu achillesów. Nie wiem, na czym polega ta zależność, ale niewątpliwie ona istnieje. Tak wynika z moich doświadczeń, w tym dzisiejszych. Po półgodzinnych ćwiczeniach achilles przymknął się i nie daje znać o sobie aż do teraz (a dochodzi godz. 23). 
Nowe buty wreszcie właściwie ułożyły mi się na stopie, czuję się w nich doskonale. Wczoraj na śmietnik wyniosłem stare rupiecie, których ze względu na zużycie systemu amortyzacji nie powinienem więcej zakładać na stopy. Jest jeszcze jedna para w rezerwie, Nike model 28+, które będą butami treningowymi na tereny nieutwardzone. Powód prosty: podeszwa z tworzywa sztucznego, a nie dobrej gumy o wysokiej odporności na ścieranie. Nike 30 będą do startów.

Jutro 8-10 km, trzeba powoli schodzić z liczby kilometrów i zebrać siły na niedzielę. Pojutrze maksymalnie 6, w sobotę nic, bo w planie jest poranny wyjazd do Krakowa, odebranie pakietu i wieczór z krakowską młodzieżą.

poniedziałek, 12 maja 2014

Pewne: przebudowa ruszy za miesiąc

Relaks

Dobry dzień. Rano było otwarcie ofert na przebudowę bieżni. Są dwie oferty, obie zawierają Mondo, obie też mieszczą się w granicach możliwości finansowych. 3 050 000 i 3 213 000 - to proponowane ceny. Któraś z tych firm dostanie zlecenie, choć najpierw będzie pewnie pałowanie między nimi, bo zlecenie jest tylko jedno. Tak naprawdę, mało ważne kto wygra. Ważne, że za mniej więcej miesiąc, w czerwcu, zacznie się inwestycja, którą 28 lat temu obiecał naczelnik Andrzej Wojciechowski młodemu, obiecującemu sprinterowi Darkowi Gapińskiemu z goleniowskiego LO, uczniowi klasy IIIc. 
Jest jeszcze koncepcja nowego zagospodarowania parku przy Szczecińskiej. Zamiast dziadowskiego asfaltu z czasów, kiedy chodziłem do szkoły podstawowej - ścieżki biegowe o różnej nawierzchni: asfaltowe, z zagęszczonych zrębków drewnianych, może jeszcze coś innego. Do tego oświetlenie, systemy pomiaru czasu, elektroniczny nadzór nad bezpieczeństwem w parku. Może w określeniu Central Park jest trochę przesady, ale na pewno nowa jakość w porównaniu do dzisiejszego dziadostwa. 
A potem ma być także zagospodarowanie lasu za starym liceum: wyrównanie nawierzchni ścieżek, przycięcie gałęzi, odstrzelenie plączących się tam żuli. Coś w rodzaju parku leśnego, który miastu na pewno jest cholernie potrzebny, o czym świadczą ludzie już dziś tam chętnie się przechadzający i biegający.
Spytałem Banacha, czy zna leśne tereny w pobliżu Goleniowa, ich potencjał i urok. Nie zna, bo skąd ma znać? Umówiliśmy się, że wybierzemy się na przebieżkę któregoś dnia, chce się przebiec w rejon Góry Lotnika.

niedziela, 11 maja 2014

Jest dobrze

10 km

Przed południem udało mi się złapać kawałek przyzwoitej pogody. Mając w perspektywie pół dnia spędzonego na fotografowaniu komunii, najpierw się więc odprężyłem w lesie. Bardziej niż achilles dokuczał mi ból w krzyżu; ogólnie - da się żyć, krakowski maraton nie powinien być problemem z gatunku "czy wytrzymam". Zmieniona trasa dobrze mnie nastraja, niemiło było myśleć o turlaniu się po jakichś obrzeżach Krakowa. Bieg w centrum miasta będzie z pewnością przyjemniejszy. A kiedy biegnie się z przyjemnością, pójdzie to łatwiej. Siły wróciły, zmęczenie przeszło. Jest dobrze.

Niesamowite, jakie emocje wywołał wczorajszy konkurs Eurowizji i wygrana "kobiety" z brodą. Zaraz oczywiście na bok poszedł fakt bezdyskusyjny, że pan(i) Wurst, czyli Kiełbasa, zaśpiewał(a) bardzo dobrze, a piosenka była niezła. Podstawową kwestią jest dociekanie, jak można było dopuścić, żeby wygrało "toto" z brodą w sukience. No cóż, Kiełbasa pewnie opracował(a) sobie taką koncepcję zwrócenia uwagi na siebie i swoje śpiewanie, pomysł okazał się skuteczny. I trudno mieć o to pretensję.
Cieszy mnie zaś, że pogoniona została obsceniczna propozycja rodem z RP. Kiedy zobaczyłem, jakim to teledyskiem "piosenka" była promowana, nie mogłem wyjść z podziwu - to przecież reklama burdelu i kurestwa, z prezentacją repertuaru, czyli m.in. obciągania laski, ze śmietaną cieknącą z ust jednej z "artystek". Miałem nadzieję, że na scenie w Kopenhadze pokazane zostanie coś nieco bardziej wysublimowanego. Ale reklamy kurestwa nie da się wyestetyzować. Szczęśliwie, całe to dziadostwo zostało spuszczone ze schodów. 

Mnie zaś szkoda, że nie wygrała Szwedka, kobieta nie budząca żadnych wątpliwości, albo Holenderka, obie normalnie wyglądające i dobrze śpiewające.

Na odtrutkę po nieco dziwnym konkursie w Kopenhadze obejrzałem sobie koncert Patricii Kaas. Koncert sprzed pięciu lat, zarejestrowany w Bazylei. Jak zwykle, zachwyca wciąż nowymi interpretacjami swoich najlepszych piosenek, które dzięki temu wciąż są świeże i piękne. O dziwo, nagranie puszczono w Telewizjii Kultura, Kaas gościła tam chyba po raz pierwszy.

Jutro chyba zrobię dzień przerwy, zamiast biegania trochę ćwiczeń siłowych i gimnastyka, w tym ćwiczenia rozciągające. 

A dziś początek przeglądania szaf z ubraniami. Rozstaję się z ciuchami, które kiedyś były na mnie dobre, obecnie są o dobre parę numerów za duże. Niektóre próbowałem przymierzyć, było sporo ubawu, bo na przykład marynarką, w której wyglądałem całkiem przyzwoicie, mogę się teraz owinąć jak kocem. Nie planuję w najbliższych latach powrotu do starych parametrów, więc oddaję wszystko, co jest przyduże. Bywało, że nosiłem rozmiar XXL, teraz niektóre L jest na mnie za duże. 

sobota, 10 maja 2014

Niewiele lepiej, ale lepiej...

12 km

Kondycja wróciła wreszcie do normy. W krzyżu przestało napieprzać. Jeszcze tylko ten achilles, ale z nim tak łatwo i szybko nie pójdzie. Niemniej, da się żyć. Przynajmniej nie jest gorzej, niż było przed Hamburgiem, z szansą i nadzieją na poprawę w najbliższym tygodniu.
Przebiegłem się najpierw wzdłuż Iny, potem kawałek przez las, potem 3 km przez park przemysłowy, potem znów las, a na koniec z kilometr po asfalcie, już w drodze powrotnej do domu. Tempa nie żyłowałem, nie ma potrzeby czegoś tam sobie udowadniać. Na razie żadnych rekordów raczej bić nie będę, więc można ruszać się trochę wolniej, za to bez ryzyka zrobienia sobie krzywdy.
Dziś kolejne info nt. Cracovia Maraton. Znowu zmieniają trasę, tym razem rezygnują z wyprawy bocznymi ścieżkami do Nowej Huty, trasa zredukowana jest do obszaru Starego Miasta i przyległości. 2 pętle, moim zdaniem trasa zdecydowanie zyskuje na atrakcyjności dla zawodników, a przede wszystkim dla widzów. Ci ostatni zobaczą zawodników dwukrotnie, co podnosi atrakcyjność biegu. Lepsza będzie logistyka, bo można dogadać się z rodzinką, rozstawić ją w kluczowych punktach, by podała jedzenie i popitkę, nie liczyć już na ogólnomaratońskie jadłodajnie i wodopoje. Zobaczę, jak się będę czuł pod koniec tygodnia. Kiełkuje myśl, by ponownie spróbować powalczyć o godną życiówkę. Nie mam złudzeń, że Tomek Oleszek podniesie rzuconą mu rękawicę i wkrótce rozprawi się ze swoim i moim rekordem. Może zawczasu rzucić mu rękawicę nieco dalej? ;)

piątek, 9 maja 2014

Odpuszczę dziś

Wczoraj 10 km

Jeszcze czuję niedzielny bieg. Osłabienie wprawdzie coraz mniejsze, ale wciąż daje znać. Mięśnie też jeszcze nie w takiej kondycji, jak przed biegiem w Hamburgu. Achilles - tradycyjnie. Ale dyszkę wczoraj przebiegłem, pierwszą od niedzieli. Pierwsze pięć kilometrów było nawet miłe, potem dał o sobie ból krzyża, trzeba było przejść do delikatnego truchtu, nie powodującego pogłębiania tego niemiłego stanu. 
Dziś sobie odpuszczam bieg, niech wraca równowaga. Trochę ćwiczeń siłowych, trochę rozciągania, niespecjalnie mam ochotę na wyjście na jakiś marsz w teren, bo przez cały dzień przechodzą deszczowe chmury, z których od czasu do czasu gęsto leje. Majowy deszcz wprawdzie milszy, niż listopadowy, ale po co moknąć bez powodu? Zwłaszcza że ciśnienie jest takie, jakby go nie było wcale...

Dziś w GG wywiad z wiceprezesem Hanzy, Sebastianem. Poruszył ciekawy wątek zawodnika UKS Barnim, który po wsparcie finansowe przyszedł do... Hanzy. I dostał pod warunkiem, że będzie startował w koszulce z logo sponsora. Warunek został przyjęty, co potwierdzają zdjęcia z zawodów. Ciekawe, że to, co w przypadku Piotrka Walkowiaka zostało przez zarząd UKS Barnim potraktowane jako zdrada i omalże zbrodnia (ukarana obcięciem wynagrodzenia), w przypadku pupila prezesa JK jest cnotą. Orwell nazywał takie coś "dwójmyśleniem", medycyna mówi o rozdwojeniu jaźni. 
A propos wywiadu: pewnie nikt z zainteresowanych nie uwierzy, że redaktor Palica porozmawiał z Sebastianem z własnej inicjatywy i sam wymyślił pytanie o sprawę sponsorowania zawodnika UKS Barnim przez KS Hanza. A tak właśnie było :)

środa, 7 maja 2014

Jeszcze czuję

8 km

W dzień wydawało mi się, że wszystko już wróciło do normy, ale wieczorem się przekonałem, że nie do końca. Mięśnie praktycznie odzyskały już sprawność, achilles też się prawie uspokoił, ale pojawił się ból w krzyżu, bardzo poważnie utrudniający bieganie; nawet nieco bardziej intensywny trucht sprawia, że w krzyżu boli, jakby ktoś wtykał śrubokręt między kręgi. Dobrze znam te objawy, to efekt przeciążenia w czasie długiego biegu i zanadto energicznego skłonu po biegu. Przejdzie w ciągu dnia czy dwóch. Jeśli jutro będzie nadal łupać, zrobię sobie dzień przerwy.

Na stadionie spotkałem Roberta. Ponarzekał, że w Kołobrzegu nabiegał "tylko" 3:15, to wedle niego tragedia. Hmm...

W drodze powrotnej z lasu natknąłem się na sytuację, w której naprawdę nie wiedziałem, jak się zachować, a rzadko mi się to zdarza. Otóż, w parku, w pobliżu stacji paliw na Szczecińskiej mijałem kobitę rwącą rosnące tam konwalie. Krzyknąłem na babę, żeby przestała i się wynosiła, bo konwalie są pod ochroną. Baba udała, że jest głucha. Podszedłem i pytam, czy naprawdę mam podejść do radiowozu stojącego ze dwieście metrów dalej (gliniarze kasowali młodych pijących piwo na łonie natury) i poprosić, żeby podjechali? Baba na to, że nie ma po co, bo i tak jej nic nie zrobią, przecież ona tylko zerwała parę kwiatków. I rwie babsko dalej te konwalie, nie przejmując się mną wcale, ani tym bardziej radiowozem w oddali! Szczęka mi opadła na ten tupet, normalnie nie wiedziałem, co dalej zrobić. Zbaraniałem. A kobita urwała jeszcze parę kwiatów i spokojnym krokiem sobie poszła z bukietem konwalii...