9 km
Ostatni dłuższy trening przed weekendowymi biegami. Dobrze się rozgrzałem w truchcie uliczkami "Złodziejewa", na stadionie od razu wpadłem na Mirka, który zaproponował 20 kółeczek. Czemu nie. Po paru okrążeniach dołączył do nas Krystian i tak we trójkę, w naprawdę dobrym tempie, zrobiliśmy swoje. Chwila rozmowy z Jackiem i Robertem na koniec, podczas rozciągania po biegu. W sumie trening miły od strony towarzyskiej.
Jestem bardzo zadowolony z formy. Wydolność świetna, bez kłopotu wytrzymam i dychę, i półmaraton. Szybkość zdecydowanie dobra, rozciąganie kapitalnie poprawiło sprawność mięśni, krok jest dłuższy i dużo lżejszy, niż paręnaście dni temu. No i wreszcie ustępują ostatnie objawy choroby, jaka przez dwa tygodnie po mnie łaziła zatruwając życie. Wczoraj i dziś przez całe dnie chciało mi się rzygać, ale to pewnie efekt przyjęcia solidnej porcji antybiotyku na pusty żąłądek, nie licząc kilku kaw wypitych w ciągu dnia. To mi zresztą już przeszło, jest zupełnie OK.
W necie znalazłem jeden z moich ulubionych koncertów: Dire Straits, Bazylea, 1992. Koncert, który był transmitowany w TVP na żywo, pamiętam ten wieczór. Długo potem szukałem nagrania, dwa lata temu udało mi się przechwycić płytę. A teraz i dźwięk, i fonia na Youtube.
Kto lubi DS, polecam, to jeden z ich lepszych koncertów. Nie słuchać cicho! 2 godziny dobrej muzyki
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty
środa, 28 listopada 2012
sobota, 24 marca 2012
1:51,01
21,1 km
Aneta i Darek też zrobili swoje zaplanowane rzeczy. Darek pełen maraton, Aneta połówkę.
Bieg pięknie zorganizowany. Kameralny, bez fanfar i zadęcia, bez facetów w trenczach i lakierkach. Sami swoi, czyli przyjaciele i znajomi Darka z Jastrowia, który czwarty raz imprezę zorganizował. Kilkudziesięciu biegaczy plus kilkanaście osób obsługi.
Trasa kapitalna. Pętla liczyła sobie 10,5 km. Zaczynała się przy gimnazjum na obrzeżach Jastrowia, najpierw odcinek bitą drogą (tradycyjny, staropolski polbruczek), potem gruntową, a za torami - zwykłą drogą leśną, raz lepszą, raz gorszą. W lesie odcinek drogi całkiem dobrej, równej , potem znów wyboisty dukt, następnie skosem przez łąkę do najgorszego odcinka: skrajem lasu, z wystającymi korzeniami i mnóstwem szyszek. Następnie droga gruntowa, powrót na polbruk i za chwilę jesteśmy na starcie/mecie. Nawrót i replay.
Biegło mi się wspaniale. Wystartowaliśmy w trójkę jako chyba ostatni. Krótko biegłem z Gapkami, przybiliśmy piątkę i ruszyłem do przodu. Szybko złapałem swoje tempo, które okazało się całkiem przyzwoite. Bardzo dobrze szło mi na podbiegach pod górki, nie zwalniałem, nieco mi tylko przyspieszał oddech, ale nie wyżej niż 2/3. Pierwszą rundę przebiegłem zupełnie na spokojnie, rozpoznając teren. Kiedy zaczynałem drugą wiedziałem już, że nie będzie żadnych problemów, dotrwam w dobrej kondycji. Zagadką był czas. Kiedy zrobiłem już dobrze ponad kilometr z drugiej rundy, usłyszałem dzwony kościelne, czyli, że biegłem równą godzinę, a zrobiłem zdecydowanie więcej, niż połowę trasy. Była więc szansa na czas lepszy niż 2 godziny. Trzymałem tempo, wyprzedzałem kolejnych biegaczy, z kolei mnie nikt nie wyprzedził do samego końca. Na 2,5 km przed końcem nieco przyspieszyłem bardzo się pilnując, by nie potknąć w lesie na korzeniu czy szyszce. Na mecie byłem z czasem 1:51,01.
Bieg pięknie zorganizowany. Kameralny, bez fanfar i zadęcia, bez facetów w trenczach i lakierkach. Sami swoi, czyli przyjaciele i znajomi Darka z Jastrowia, który czwarty raz imprezę zorganizował. Kilkudziesięciu biegaczy plus kilkanaście osób obsługi.
Trasa kapitalna. Pętla liczyła sobie 10,5 km. Zaczynała się przy gimnazjum na obrzeżach Jastrowia, najpierw odcinek bitą drogą (tradycyjny, staropolski polbruczek), potem gruntową, a za torami - zwykłą drogą leśną, raz lepszą, raz gorszą. W lesie odcinek drogi całkiem dobrej, równej , potem znów wyboisty dukt, następnie skosem przez łąkę do najgorszego odcinka: skrajem lasu, z wystającymi korzeniami i mnóstwem szyszek. Następnie droga gruntowa, powrót na polbruk i za chwilę jesteśmy na starcie/mecie. Nawrót i replay.
Biegło mi się wspaniale. Wystartowaliśmy w trójkę jako chyba ostatni. Krótko biegłem z Gapkami, przybiliśmy piątkę i ruszyłem do przodu. Szybko złapałem swoje tempo, które okazało się całkiem przyzwoite. Bardzo dobrze szło mi na podbiegach pod górki, nie zwalniałem, nieco mi tylko przyspieszał oddech, ale nie wyżej niż 2/3. Pierwszą rundę przebiegłem zupełnie na spokojnie, rozpoznając teren. Kiedy zaczynałem drugą wiedziałem już, że nie będzie żadnych problemów, dotrwam w dobrej kondycji. Zagadką był czas. Kiedy zrobiłem już dobrze ponad kilometr z drugiej rundy, usłyszałem dzwony kościelne, czyli, że biegłem równą godzinę, a zrobiłem zdecydowanie więcej, niż połowę trasy. Była więc szansa na czas lepszy niż 2 godziny. Trzymałem tempo, wyprzedzałem kolejnych biegaczy, z kolei mnie nikt nie wyprzedził do samego końca. Na 2,5 km przed końcem nieco przyspieszyłem bardzo się pilnując, by nie potknąć w lesie na korzeniu czy szyszce. Na mecie byłem z czasem 1:51,01.
Specjalnego zmęczenia nie czułem. Kiedy usiadłem, drobne mroczki latały mi przed oczami, po paru minutach przeszło. Żadnych otarć, bąbli, odparzeń.
Impreza kapitalna. 30 zł wpisowego, za to bardzo ładny medal, torba słodyczy na podratowanie sił, obiad w knajpce. Było gdzie się wykąpać i przebrać. Przesympatyczna, prawie rodzinna atmosfera kameralnego biegu. Aż żal było wyjeżdżać, warto będzie tam wrócić.
Anetka, Darek - dzięki za ten wyjazd! :)
Impreza kapitalna. 30 zł wpisowego, za to bardzo ładny medal, torba słodyczy na podratowanie sił, obiad w knajpce. Było gdzie się wykąpać i przebrać. Przesympatyczna, prawie rodzinna atmosfera kameralnego biegu. Aż żal było wyjeżdżać, warto będzie tam wrócić.
Anetka, Darek - dzięki za ten wyjazd! :)
wtorek, 28 lutego 2012
To nie Ramzova
7 km plus podbiegi
Z Góry Lotnika nici, w nocy i przed południem mocno padało, w lesie mokro. Zmiana planów: droga na Lubczynę, a podbiegi ćwiczyłem na wiadukcie. Jest tam odcinek chodnika wyłożony kostką betonową, po około 200 m z obu stron wiaduktu, z tego po ok. 150 m dość dobrze nachylone. Podbieg, zbiegnięcie na drugą stronę, zwrot i od nowa. Tak 10 razy. Najgorzej było za 3-4 razem, potem szło już bez kłopotów. Przypomniałem sobie pierwszy bieg w Czechach, miesiąc temu: kilka kilometrów stale pod górę. O, tam to można poćwiczyć!
Chwilka przerwy, powrót do miasta i jeszcze trzy duże kółka wokół bieżni. Wokół, bo oczywiście sama bieżnia do użytku się nie nadaje, po deszczyku cofnęła się w ewolucji do fazy miękkiego gówna, miejscami bagna.
Z Góry Lotnika nici, w nocy i przed południem mocno padało, w lesie mokro. Zmiana planów: droga na Lubczynę, a podbiegi ćwiczyłem na wiadukcie. Jest tam odcinek chodnika wyłożony kostką betonową, po około 200 m z obu stron wiaduktu, z tego po ok. 150 m dość dobrze nachylone. Podbieg, zbiegnięcie na drugą stronę, zwrot i od nowa. Tak 10 razy. Najgorzej było za 3-4 razem, potem szło już bez kłopotów. Przypomniałem sobie pierwszy bieg w Czechach, miesiąc temu: kilka kilometrów stale pod górę. O, tam to można poćwiczyć!
Chwilka przerwy, powrót do miasta i jeszcze trzy duże kółka wokół bieżni. Wokół, bo oczywiście sama bieżnia do użytku się nie nadaje, po deszczyku cofnęła się w ewolucji do fazy miękkiego gówna, miejscami bagna.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Na co mi to?
15 km.
Nie jestem typem sportowca, nigdy nie trenowałem w żadnym klubie. Bieganie zacząłem 15 lat temu, kiedy ważyłem 117 kilogramów i miałem problemy z zawiązaniem sznurowadła. Po trzech miesiącach ostrej kuracji odchudzającej zrzuciłem 25 kg, z jazdy na rowerze przerzuciłem się na bieganie, bo to zajmuje mniej czasu i jest bardziej efektywne. Biegam w miarę systematycznie, choć do wiosny 2011 były to dystanse rzędu 4-6 km. Za mało, by jeść, ile się chce (a lubię), za mało, by zdobyć formę maratońską.
Latem 2011 popracowałem dwa tygodnie w winnicy w Szampanii, wróciłem o 5 kg lżejszy. I tak ma być, pomyślałem. Dlatego teraz biegam codziennnie, nie mniej niż 8-10 km. Tygodniowo przebiegam około 75 km. Miło zauważyć, że choć waga nie notuje spadku, to zmieniły mi się proporcje. Zdecydowanie mniej tłuszczu, więcej mięśni. Przebiegnięcie 15 km nie jest żadnym problemem ani wyczynem, to teraz standard.
Krótko: mam zamiar na poważnie powalczyć w Hamburgu o czas rzędu 4 h.
Ten blog będzie kroniką tych starań. Co wyjdzie - zobaczymy za cztery miesiące. Na dzisiaj pewne jest, że jesteśmy z Piotrem zapisani do biegu, a wraz z nami wystartują Aneta z Darkiem. Gościnę zapewnia mama Piotra - Matka Boska Maratońska z Hamburga.
Nie jestem typem sportowca, nigdy nie trenowałem w żadnym klubie. Bieganie zacząłem 15 lat temu, kiedy ważyłem 117 kilogramów i miałem problemy z zawiązaniem sznurowadła. Po trzech miesiącach ostrej kuracji odchudzającej zrzuciłem 25 kg, z jazdy na rowerze przerzuciłem się na bieganie, bo to zajmuje mniej czasu i jest bardziej efektywne. Biegam w miarę systematycznie, choć do wiosny 2011 były to dystanse rzędu 4-6 km. Za mało, by jeść, ile się chce (a lubię), za mało, by zdobyć formę maratońską.
Latem 2011 popracowałem dwa tygodnie w winnicy w Szampanii, wróciłem o 5 kg lżejszy. I tak ma być, pomyślałem. Dlatego teraz biegam codziennnie, nie mniej niż 8-10 km. Tygodniowo przebiegam około 75 km. Miło zauważyć, że choć waga nie notuje spadku, to zmieniły mi się proporcje. Zdecydowanie mniej tłuszczu, więcej mięśni. Przebiegnięcie 15 km nie jest żadnym problemem ani wyczynem, to teraz standard.
Krótko: mam zamiar na poważnie powalczyć w Hamburgu o czas rzędu 4 h.
Ten blog będzie kroniką tych starań. Co wyjdzie - zobaczymy za cztery miesiące. Na dzisiaj pewne jest, że jesteśmy z Piotrem zapisani do biegu, a wraz z nami wystartują Aneta z Darkiem. Gościnę zapewnia mama Piotra - Matka Boska Maratońska z Hamburga.
Start
Wiek -prawie 50. Wzrost - 189. Waga, przykro przyznać, 98. Krótko mówiąc, niespecjalne warunki, żeby osiągnąć status "maratończyka". Mimo wszystko spróbuję, bo wiosną 2011 roku udało mi się przebiec maraton w Hamburgu. Czas nienadzwyczajny - 5.17. Ważne jednak, że przebiegłem 42,195 km i to dało mi prawo mówić o sobie - maratończyk.
Plan jest prosty: przebiec jeszcze raz maraton w Hamburgu, zbić czas o co najmniej godzinę, jeśli się da, to poniżej 4 godzin. To ma być prezent na 50 urodziny, które będę świętować 27 kwietnia 2012. Maraton w Hamburgu - 29 kwietnia 2012.
Przez 4 miesiące, które zostały do Hamburga, będę zapisywać wszystko, co mniej czy bardziej wiąże się z tym planem. Może to się przyda komuś, kto zechce w przyszłości się zmierzyć ze sobą i wystartować w podobnym biegu.
Na początek - relacja z biegu w roku 2011. Spisana prawie na żywo, opublikowana w "Gazecie Goleniowskiej" w maju 2011.
Plan jest prosty: przebiec jeszcze raz maraton w Hamburgu, zbić czas o co najmniej godzinę, jeśli się da, to poniżej 4 godzin. To ma być prezent na 50 urodziny, które będę świętować 27 kwietnia 2012. Maraton w Hamburgu - 29 kwietnia 2012.
Przez 4 miesiące, które zostały do Hamburga, będę zapisywać wszystko, co mniej czy bardziej wiąże się z tym planem. Może to się przyda komuś, kto zechce w przyszłości się zmierzyć ze sobą i wystartować w podobnym biegu.
Na początek - relacja z biegu w roku 2011. Spisana prawie na żywo, opublikowana w "Gazecie Goleniowskiej" w maju 2011.
Potruchtamy, damy radę…
Jesienią Piotrek namówił mnie na udział w Goleniowskiej Mili Niepodległości z okazji 11 Listopada. Nie lubię biegać na oczach publiczności, ale żeby chłopu przykrości nie zrobić, zgodziłem się. Przebiegliśmy 10 km. Parę dni później Piotr zaczepia mnie znowu: „-Wybierzmy się na maraton, w Hamburgu wiosną organizują fajny bieg, potruchtamy, damy radę…”-Dobra, mówię, możesz nas zapisać." Z nadzieją, że Piotrek szybko zapomni i tyle będzie tego maratonu. Ale ten po kilku dniach mówi: „-Jesteśmy zapisani, wpisowe opłacone, biegniemy 22 maja.”
Nie przelewki, myślę, do biegu pół roku, trzeba się przygotować. Codzienną dawkę biegu wydłużam z 4 do 6-10 km, staram się nie opuszczać treningów. Piotrek podrzuca mi książkę jakiegoś amerykańskiego maratończyka. Przeglądam, ale większość rad wydaje mi się dziwna i mało przydatna. Nie jeść przed biegiem jabłkowego masła – brzmi jedna z nich. OK, dajmy sobie spokój z księżycowymi radami. Na spytki biorę znajomego Darka, zaprzyjaźnionego od lat biegacza, co to ma już prawie 50 maratonów za sobą. „-Daj sobie spokój z książkami, obserwuj swój organizm, biegaj jak najwięcej, ale nie zamęczaj się” – mówi Darek. Radzi ubrać się lekko i wygodnie, w czasie biegu pić jak najwięcej i nie dać się zwieść dobremu samopoczuciu. „–Im wolniej wystartujesz, tym szybciej będziesz na mecie. Nie leć jak wariat na początku, bo większość tych, co tak na starcie gnają, nie ukończy biegu. Najważniejsza sprawa to przebiec maraton, czas to rzecz drugorzędna.”
Hamburg, sobota 22 maja. Wstajemy z Piotrem przed szóstą rano. Kąpiel, oklejamy plastrem sutki (żeby nie otarły się w czasie długiego biegu), wazeliną grubo smarujemy miejsca, w których może dojść do odparzeń. Wkładamy stare, dopasowane do stóp buty. Metrem udajemy się na start w centrum Hamburga. W wagonach mnóstwo ludzi z charakterystycznymi, białymi workami na ciuchy i z numerami startowymi na piersiach. Na godzinę przed startem na placu tłum biegaczy. Ustawiają się długie kolejki do toalet, każdy chce wystartować z pustym pęcherzem. Na pół godziny przed biegiem udajemy się do swojego sektora. Biegacze podzieleni są na kilkanaście grup, które punktualnie od 9 rano są po kolei wypuszczane na trasę. Kilka minut po 9 ruszamy i my.
Start zadziwiająco wolny, bez żadnego trudu utrzymuję tempo. Wokół nas tłum biegaczy. Niektórzy z ciekawym wyposażeniem: mają szerokie pasy, do których przytroczonych jest po kilka bidonów, jakieś batoniki. „-Spokojnie, nie zazdrość im. Jak im te pasy poobcierają boki, powyrzucają je” – uśmiecha się Piotrek. Faktycznie, potem parę razy widzimy te gadżety leżące na poboczu.
5 km. Pierwszy punkt z napojami. Łapiemy po kubeczku niebieskiego napoju izotonicznego, pijemy nie stając. Jeszcze nie czujemy pragnienia, sił nie brak, biegniemy dalej. Trasa biegnie przez willową dzielnicę miasta, na chodnikach mnóstwo kibicujących mieszkańców Hamburga.
10 km. Bez żadnych kłopotów dobiegamy do drugiego punktu z napojami. Tu już chce się pić. Piotrek mówi, żebym nie pił chłodnej wody, bo nie wiadomo jak na nią zareaguje żołądek. Pijemy tylko niebieski Powerade, dostępny bez żadnych ograniczeń. Chwilka odsapki, ruszamy dalej, tym razem przez dzielnicę portową. Robi się gorąco, powietrze stoi w miejscu i nie chłodzi rozgrzanych ciał. Dla większości może to mało istotne, ale kiedy się waży ponad sto kilogramów, dobre chłodzenie to podstawowa sprawa. Dobrze chociaż, że nic innego nie sprawia kłopotu. Sił na razie nie brak, żadnych problemów z mięśniami, stawami, stopami.
Mijając czternasty kilometr uświadamiam sobie, że właśnie pobiłem swój życiowy rekord długości pokonanej biegiem trasy. A przede mną jeszcze dokładnie dwa razy tyle… Szybko odpycham od siebie myśl o tym, ile jeszcze mam do przebiegnięcia. Wbiegamy do tunelu, kilkaset metrów w chłodzie. Ale z tunelu wybiegamy na istną patelnię, na szczęście jest 15 km trasy i znowu wodopój. Tym razem piję kilka kubków, trzeba uzupełnić to, co tracę z potem obficie spływającym po grzbiecie. Odwodnienie i utrata elektrolitów to rzeczy, których najbardziej się obawiam.
Biegniemy wokół małego jeziorka. „-Popatrz w lewo, tu będziemy biec za dwie godziny, kiedy zostaną nam do mety tylko dwa kilometry” – mówi Piotrek. Na razie do mety mamy jeszcze 25 km…
Punktu z napojami na dwudziestym kilometrze wypatruję już z daleka. Dobiegamy, pijemy dużo niebieskiego płynu, zagryzamy kawałkami banana, który zapełnia żołądek, jest lekkostrawny i dostarcza sporo energii. Po chwili ruszamy truchtem dalej. Po kilometrze mijamy punkt oznaczający połowę trasy. Odtąd mamy już bliżej niż dalej. Ale czy lżej? Czuję, że siły gwałtownie zaczynają mnie opuszczać. Na 24 kilometrze – ściana. Nie mam siły dalej biec. Piotrek przystaje ze mną, odsapnijmy chwilę, mówi. Moja propozycja, żeby kawałek przejść nie podoba mu się jednak. „-To nic nie da, już jesteśmy bardzo zmęczeni, organizm nie zregeneruje się w parę minut. Musimy biec” – mówi. Ruszamy więc wolnym truchtem, po kilkunastu minutach docieramy do wodopoju, gdzie stajemy na dłuższą chwilę. Wypijam sześć kubków napoju izotonicznego, po chwili czuję wracające siły, jakby mnie dotknęła magiczna różdżka. W dalszą drogę ruszamy w dobrych nastrojach. „-Damy radę!” – zagrzewamy się wzajemnie. Sił wystarcza jednak tylko na jakieś trzy kilometry, następne dwa znów ciągną się w nieskończoność, a my wleczemy się noga za nogą. Ale w kierunku mety.
Na trzydziestym kilometrze znów pijemy jak smoki. Woda, sole, energia – bez tego nie ukończymy biegu. A przed nami już tylko 12 km. Uświadamiam sobie, że to tyle, ile ostatnio codziennie biegałem. Pikuś! – myślę. Choćbym miał się czołgać i drzeć asfalt pazurami, dokończę ten bieg, już nie odpuszczę! Ruszamy w drogę. Pogoda się poprawia: zachmurzyło się, wieje chłodny wiatr, już nie jest tak strasznie gorąco.
Dobiegamy do wodopoju na 35 kilometrze. Już nawet nie liczę kubków, które wypijam. 6, może 8. Łykam kawałek banana i naprzód. Wbiegamy już do centrum miasta, w oddali widać wieżę telewizyjną. „-Tam jest meta” – mówi Piotrek. Wisi mi to zupełnie, myślę jedynie o dotarciu do kolejnego punktu odżywczego, to będzie już ostatni. Wokół słyszę dopingujących biegaczy mieszkańców Hamburga, ale nawet nie mam siły podziękować im gestem za życzliwość. Krok za krokiem truchtam w stronę mety.
40 kilometr. Miejsce, w którym biegliśmy dwie godziny i 20 km wcześniej. Wodopój. Piotrek mówi: "-Tu byliśmy dwie godziny temu". Mam to w dupie, zmęczenie przysłania mi oczy i nie czuję za grosz sentymentu do widoku sprzed dwóch godzin. Ostatnie kubki Powerade, na dwa kilometry wystarczą z pewnością. Pierwsze kilkaset metrów w stronę mety idziemy, nie mamy sił biec pod górkę. Na wzniesieniu ostatni raz podrywamy się do biegu. 41 kilometr, zostało tylko kilka minut, damy radę! Zza zakrętu wyłania się charakterystyczna biała brama z napisem „Ziel”. Ostatnie kilkaset metrów biegniemy w ogłuszającym dopingu tłumu publiczności. Meta!
Stajemy, patrzymy na siebie z Piotrem z pewnym niedowierzaniem. Dobiegliśmy, naprawdę poradziliśmy sobie! Podchodzimy do punktu, gdzie wręczane są medale. Pochylam głowę, po chwili na szyi czuję ciężar żółtego krążka. Pierwszy w życiu medal za przebiegnięcie maratonu. Uczciwie zasłużony, biegłem po niego 42195 metrów!
Przez chwilę obserwujemy następnych kończących bieg. Dwudziestoparoletni chłopak w szarej bluzie rozpłakał się chwilę po przekroczeniu mety. Nie dziwi mnie to, nie śmieszy. Rozumiem go.
Organizatorzy biegu fundują piwo, siadamy i my przy kufelku, powoli opadają z nas emocje. W ich miejsce pojawia się ogromne zmęczenie i ból. Okazuje się, że pachwiny mimo wazeliny są bardzo poważnie odparzone, a wtarta w rany sól wywołuje straszne pieczenie. Ciekawe, że nic nie czułem w trakcie biegu. Nie czułem też ogromnego, podbiegniętego krwią pęcherza, jaki zrobił mi się na prawej stopie. Ale to na szczęście jedyne dolegliwości, jakie czuję po 42 km biegu. Zmęczenie jednak z każdą minutą większe, Piotrek przysypia w pociągu, po schodach wchodzimy jak inwalidzi pierwszej grupy, zaśmiewając się ze swojej nieporadności.
W domu mamy Piotra sięgam po komórkę, chcę o sukcesie powiadomić rodzinę i przyjaciół. Okazuje się, że doskonale wszystko wiedzą, komórka pełna sms-ów z gratulacjami. Wiedzą, bo kiedy przebiegaliśmy odcinki kontrolne i metę, sygnał z zamocowanego na bucie czipu automatycznie był wprowadzany do systemu komputerowego, który można było sprawdzać przez Internet. Cieszyli się razem z nami.
Jeszcze tego samego dnia wracamy samochodem do Goleniowa. Następnego dnia wyłazi z nas zmęczenie. Bolą mięśnie, na szczęście stawy nie dokuczają. Jak bardzo jestem osłabiony okazuje się następnego dnia, kiedy idę na stadion nieco się rozruszać. Daję radę przebiec jedynie pięć kółek, po dwóch kilometrach nie mam sił dalej biec. W czwartek biegnę już sześć, dwa dni później, pierwszy raz po maratonie, dziesięć kilometrów.
W sobotę impreza z okazji ukończenia maratonu. Darek pyta mnie, czy jeszcze zdecyduję się na udział w maratonie. „-W niedzielę po południu powiedziałbym ci, że nigdy więcej. Dziś mówię: nie wykluczam” – odpowiadam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)