15 km
Kurka, nie sprawdziłem długości trasy, jaką na dziś wybrałem. Miało być 10-12, wyszło 15 km. Najpierw 2,5 km wzdłuż brzegu Iny do mostu na S3, potem 1,5 km lasem do GPP, 3 km ulicy Prostej, potem znów las po drugiej stronie torów, na koniec kilometr asfaltu na Żeromskiego i Sportowej.
Żadnych problemów z aparatem ruchu, więc jak na otwarcie sezonu treningowego - super. Tempo wrzuciłem sobie ciut większe od normalnego, ale wciąż w zakresie gwarantującym utrzymanie zadanej prędkości przez dłuższy czas. W GPP zrobiłem sobie pomiar - średnio 5:03 na kilometr, bez żadnej zadyszki i przyspieszenia pulsu.
Tak, jak wczoraj: dobre rozciągnięcie przed treningiem, a potem pilnowanie, by krok był długi, a bieg efektywny. Pierwszy trening skończony w doskonałej kondycji, bez śladu zmęczenia.
Od paru dni udaje mi się trzymać z dala od lodówki, co - mam nadzieję - przełoży się wkrótce na spadek wagi. Nie mam złudzeń, że w temacie odżywiania jest dużo do zrobienia, a rezerwy są tu spore. Popełniam typowy błąd, polegający na wieczornym jedzeniu, i to w sporych ilościach. Podjadanie w ciągu dnia - a jakże, również. Właśnie z podjadaniem udało mi się skończyć (który już raz zresztą...), a kolacje są dużo skromniejsze, niż jeszcze niedawno. Kiedy nachodzi mnie ochota na zjedzenie czegoś - szklanka wody, w najgorszym wypadku jabłko. Ciekawe, czy długo tak wytrzymam :) Z ograniczaniem jedzenia jest trudniejsza sprawa, niż z rzucaniem palenia i pewnie picia: bez palenia można się obyć, a jeść trzeba parę razy dziennie...
Ciekawa rzecz, że obywam się praktycznie bez suplementów diety, choć wysiłek fizyczny spory, a przy mojej skłonności do pocenia się - ogromny ubytek elektrolitów. Jedyne, co łykam, od czasu do czasu tylko, to Falvit (kolejny dowód, że 'gender' jest wśród nas - to preparat dla kobiet w ciąży) . Żadnych odżywek, żadnych innych cudów. Nie zauważam absolutnie żadnych objawów niedoborowych, nawet objawów braku magnezu, które by mogły wystąpić w związku z dużą ilością kawy, pitej przeze mnie od rana do nocy. Coś mi się zdaje, że temat suplementów, rzekomo absolutnie niezbędnych przy uprawianiu sportu, to kit.
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
poniedziałek, 10 lutego 2014
niedziela, 9 lutego 2014
Od jutra trening z planem w ręku
10 km
Dziś ostatni dzień biegania bez planu, dla samej przyjemności. Od jutra systematyczne przygotowania do startu w Hamburgu, dokładna realizacja rozpiski przygotowanej przez Darka. Plan obejmuje 3 miesiące. Najpierw ogólna wytrzymałość i siła biegowa, drugi miesiąc to stopniowe przygotowanie do pracy nad szybkością, a ostatni miesiąc szybkie bieganie. Cel wiadomy: między 3:30 a 3:45 w Hamburgu, 4 maja.
Patrzę na to spokojnie, bez ekscytowania się perspektywą walki o lepszą "życiówkę". Co zależy ode mnie, będzie zrobione. Trudno jednak przewidzieć, co los przyniesie. A może przynieść niespodziewaną kontuzję, jakieś choróbsko, może też się przydarzyć paskudna pogoda, czy też - jak w Nowej Soli - ktoś zwyczajnie podstawi nogę. Ale też życie może przynieść splot sprzyjających okoliczności i trzy miesiące pracy zakończą się oczekiwanym rezultatem. Się zobaczy.

A dziś próbny bieg po lesie, dla sprawdzenia warunków. Są trochę lepsze, niż przedwczoraj. Śniegu już nie ma, ale jeszcze gleba do końca nie rozmarzła, więc w obniżeniach terenu stoją jeszcze kałuże, a gleba mocno nasączona wodą. Jeszcze dzień-dwa ciepła jest potrzebne, żeby dało się biec bez konieczności obchodzenia kałuż.
Starałem się zwracać uwagę na długość kroku, to jedno z zagadnień, nad którymi trzeba popracować. Krok o 5 cm dłuższy to około 2 tysiące uderzeń stopy o asfalt mniej. Łatwiej będzie pokonać ostatnie kilometry, stopy będą mniej obolałe. Powinien też być lekki przyrost szybkości. Chyba już sobie poradziłem z innym tematem, czyli wysoko trzymanymi rękami, które radykalnie obniża wydajność biegu. Ręce generalnie trzymam nisko, wyrobiłem sobie prawidłowy odruch. I przekłada się to na ekonomikę biegu.
Bieżnia nadal zamknięta "ze względu na niekorzystne warunki pogodowe". To oczywiste, że kiedy świeci słońce i jest 5 stopni powyżej zera, z bieżni nie da się korzystać.
Jak widać na zdjęciu, jakiś desperat próbował jednak skorzystać z kultowego obiektu sportowego. Raczej mu nie wyszło...
Pojawiła się szansa na szybkie zrzucenie wagi. Ola znalazła sobie zajęcie na zimowe wieczory: puzzle z tysiąca sztuk. Na pytanie, kiedy będzie kolacja, usłyszałem: jak skończę...
Dziś ostatni dzień biegania bez planu, dla samej przyjemności. Od jutra systematyczne przygotowania do startu w Hamburgu, dokładna realizacja rozpiski przygotowanej przez Darka. Plan obejmuje 3 miesiące. Najpierw ogólna wytrzymałość i siła biegowa, drugi miesiąc to stopniowe przygotowanie do pracy nad szybkością, a ostatni miesiąc szybkie bieganie. Cel wiadomy: między 3:30 a 3:45 w Hamburgu, 4 maja.
Patrzę na to spokojnie, bez ekscytowania się perspektywą walki o lepszą "życiówkę". Co zależy ode mnie, będzie zrobione. Trudno jednak przewidzieć, co los przyniesie. A może przynieść niespodziewaną kontuzję, jakieś choróbsko, może też się przydarzyć paskudna pogoda, czy też - jak w Nowej Soli - ktoś zwyczajnie podstawi nogę. Ale też życie może przynieść splot sprzyjających okoliczności i trzy miesiące pracy zakończą się oczekiwanym rezultatem. Się zobaczy.
A dziś próbny bieg po lesie, dla sprawdzenia warunków. Są trochę lepsze, niż przedwczoraj. Śniegu już nie ma, ale jeszcze gleba do końca nie rozmarzła, więc w obniżeniach terenu stoją jeszcze kałuże, a gleba mocno nasączona wodą. Jeszcze dzień-dwa ciepła jest potrzebne, żeby dało się biec bez konieczności obchodzenia kałuż.
Starałem się zwracać uwagę na długość kroku, to jedno z zagadnień, nad którymi trzeba popracować. Krok o 5 cm dłuższy to około 2 tysiące uderzeń stopy o asfalt mniej. Łatwiej będzie pokonać ostatnie kilometry, stopy będą mniej obolałe. Powinien też być lekki przyrost szybkości. Chyba już sobie poradziłem z innym tematem, czyli wysoko trzymanymi rękami, które radykalnie obniża wydajność biegu. Ręce generalnie trzymam nisko, wyrobiłem sobie prawidłowy odruch. I przekłada się to na ekonomikę biegu.
Bieżnia nadal zamknięta "ze względu na niekorzystne warunki pogodowe". To oczywiste, że kiedy świeci słońce i jest 5 stopni powyżej zera, z bieżni nie da się korzystać.
Jak widać na zdjęciu, jakiś desperat próbował jednak skorzystać z kultowego obiektu sportowego. Raczej mu nie wyszło...
Pojawiła się szansa na szybkie zrzucenie wagi. Ola znalazła sobie zajęcie na zimowe wieczory: puzzle z tysiąca sztuk. Na pytanie, kiedy będzie kolacja, usłyszałem: jak skończę...
sobota, 8 lutego 2014
Tour
19 km
Rano zadzwonił Leszek Kita i przypomniał, żeśmy się umawiali na wspólny trening. Niestety, z planowanej wyprawy lasem do Łęska i Bącznika trzeba było zrezygnować, na leśnych drogach zbyt ślisko i mokro. Wybrałem więc trasę przez Helenów, obwodnicę wschodnią, Marszewo, Żółwią Błoć, Białuń i Miękowo, powrót ulicą Wolińską. Droga optymalna, bo utwardzona, tylko niewielkie odcinki gruntowe, generalnie zresztą w niezłym stanie. Tam, gdzie trzeba było biec asfaltem, ruch był niewielki i można się było czuć bezpiecznie.
Zleciało szybko. Kiedy się biegnie we dwóch, a rozmowa się klei, kilometry same się odliczają. Najmniej przyjemny był ostatni odcinek, z Miękowa do Goleniowa, bo to jedna długa prosta. Na wylocie ze wsi dopadł nas też wiatr od czoła, wprawdzie jedynie lekki, ale wystarczająco chłodny, by z miejsca nas wyziębić. Trudne to nie było, bo ubrani byliśmy dość lekko, przy tym zgrzani, a kiedy ma się na grzbiecie mokre ciuchy, przechłodzenie jest kwestią chwili. Nic jednak nie wskazuje, by owe chłodne chwile trzeba było odpokutować chorobą, ta przyjemność ominie.
Wczoraj wybrałem się na prelekcję na temat zdrowego odżywiania, którą głosił pewien goleniowski farmaceuta chwalący się, że warzywną dietą wyleczył swoją matkę z nowotworu. Przekaz był taki: dietą złożoną z warzyw i owoców można wyleczyć każdą chorobę, bo zdecydowana większość z nich ma swoje źródło w nieodpowiednim odżywianiu. Głodówka, a potem warzywa i owoce - i sprawa załatwiona. Pojawił się oczywiście pan, którego owocowo-warzywna dieta podobno wyleczyła ze zgagi męczącej go od lat. Na sali było też kilka osób z entuzjazmem wspierających prelegenta. Prelekcja była dość nijaka, parę ogólników (to jest zdrowe, a to niezdrowe), ale zadziwiająca była reakcja publiczności, chłonącej oczywistości serwowane przez pana farmaceutę jak objawienie.
Można być pewnym, że prelekcja odniesie skutek. A tym skutkiem ma być promocja apteki Epiona przy pomocy kuponów rabatowych na zakupy w aptece rozdawanych uczestnikom spotkania oraz kuponów rabatowych (200 zł zniżki) na poradę w zakresie odżywiania.
Co ciekawe, nikt nie zadał dość oczywistego pytania: skoro najlepszym lekarstwem są warzywa i owoce, to czemu pan farmaceuta nie zajmie się prowadzeniem warzywniaka, a handluje w najlepsze czystą chemią, bo są nią przecież lekarstwa stojące na półkach w jego aptece?
Rano zadzwonił Leszek Kita i przypomniał, żeśmy się umawiali na wspólny trening. Niestety, z planowanej wyprawy lasem do Łęska i Bącznika trzeba było zrezygnować, na leśnych drogach zbyt ślisko i mokro. Wybrałem więc trasę przez Helenów, obwodnicę wschodnią, Marszewo, Żółwią Błoć, Białuń i Miękowo, powrót ulicą Wolińską. Droga optymalna, bo utwardzona, tylko niewielkie odcinki gruntowe, generalnie zresztą w niezłym stanie. Tam, gdzie trzeba było biec asfaltem, ruch był niewielki i można się było czuć bezpiecznie.
Zleciało szybko. Kiedy się biegnie we dwóch, a rozmowa się klei, kilometry same się odliczają. Najmniej przyjemny był ostatni odcinek, z Miękowa do Goleniowa, bo to jedna długa prosta. Na wylocie ze wsi dopadł nas też wiatr od czoła, wprawdzie jedynie lekki, ale wystarczająco chłodny, by z miejsca nas wyziębić. Trudne to nie było, bo ubrani byliśmy dość lekko, przy tym zgrzani, a kiedy ma się na grzbiecie mokre ciuchy, przechłodzenie jest kwestią chwili. Nic jednak nie wskazuje, by owe chłodne chwile trzeba było odpokutować chorobą, ta przyjemność ominie.
Wczoraj wybrałem się na prelekcję na temat zdrowego odżywiania, którą głosił pewien goleniowski farmaceuta chwalący się, że warzywną dietą wyleczył swoją matkę z nowotworu. Przekaz był taki: dietą złożoną z warzyw i owoców można wyleczyć każdą chorobę, bo zdecydowana większość z nich ma swoje źródło w nieodpowiednim odżywianiu. Głodówka, a potem warzywa i owoce - i sprawa załatwiona. Pojawił się oczywiście pan, którego owocowo-warzywna dieta podobno wyleczyła ze zgagi męczącej go od lat. Na sali było też kilka osób z entuzjazmem wspierających prelegenta. Prelekcja była dość nijaka, parę ogólników (to jest zdrowe, a to niezdrowe), ale zadziwiająca była reakcja publiczności, chłonącej oczywistości serwowane przez pana farmaceutę jak objawienie.
Można być pewnym, że prelekcja odniesie skutek. A tym skutkiem ma być promocja apteki Epiona przy pomocy kuponów rabatowych na zakupy w aptece rozdawanych uczestnikom spotkania oraz kuponów rabatowych (200 zł zniżki) na poradę w zakresie odżywiania.
Co ciekawe, nikt nie zadał dość oczywistego pytania: skoro najlepszym lekarstwem są warzywa i owoce, to czemu pan farmaceuta nie zajmie się prowadzeniem warzywniaka, a handluje w najlepsze czystą chemią, bo są nią przecież lekarstwa stojące na półkach w jego aptece?
piątek, 7 lutego 2014
Drobny sprawdzian
13 km
Dość zaglądania w okna mieszkańcom Helenowa, zmieniam trasę. Dziś opędziłem robotę szybciej, przed 16 ruszyłem w drogę. Najpierw wzdłuż Iny aż do mostu na S3, potem lasem koło Domastryjewa, aż do GPP. Trzykilometrową ulicę Prostą zrobiłem z pomiarem czasu co kilometr, najpierw w tempie 3 kroki na wdech, 3 na wydech (3/3), drugi w rytmie 2/2, trzeci jeszcze szybciej, nie zwracając uwagi na oddech. Wyniki przyzwoite: 4:52, 4:44, 4:36. Przyzwoite tym bardziej, że biegłem pod wiatr. Łączny czas - 14:12.
Powrót lasem, przez Górę Lotnika. I to nie był dobry pomysł, bo choć kolejny już dzień trwa odwilż i temperatura jest wyraźnie ponad kreską, to w lesie zima trwa. Na ścieżkach jest lód, woda nie wsiąka w ziemię, bo ta jest jeszcze zamarznięta i nie chłonie. Trzeba biec ostrożnie, często obchodząc kałuże i ryzykując wywrotkę w błoto. Szczęśliwie, to ostatnie mnie ominęło. Ale przeszła mi ochota na jutrzejszą wyprawę do Łęska, bo to pewnie by była bezsensowna męczarnia. Poszukam alternatywy na jakimś asfalcie, gdzie bieg będzie miał więcej sensu.
Dość zaglądania w okna mieszkańcom Helenowa, zmieniam trasę. Dziś opędziłem robotę szybciej, przed 16 ruszyłem w drogę. Najpierw wzdłuż Iny aż do mostu na S3, potem lasem koło Domastryjewa, aż do GPP. Trzykilometrową ulicę Prostą zrobiłem z pomiarem czasu co kilometr, najpierw w tempie 3 kroki na wdech, 3 na wydech (3/3), drugi w rytmie 2/2, trzeci jeszcze szybciej, nie zwracając uwagi na oddech. Wyniki przyzwoite: 4:52, 4:44, 4:36. Przyzwoite tym bardziej, że biegłem pod wiatr. Łączny czas - 14:12.
Powrót lasem, przez Górę Lotnika. I to nie był dobry pomysł, bo choć kolejny już dzień trwa odwilż i temperatura jest wyraźnie ponad kreską, to w lesie zima trwa. Na ścieżkach jest lód, woda nie wsiąka w ziemię, bo ta jest jeszcze zamarznięta i nie chłonie. Trzeba biec ostrożnie, często obchodząc kałuże i ryzykując wywrotkę w błoto. Szczęśliwie, to ostatnie mnie ominęło. Ale przeszła mi ochota na jutrzejszą wyprawę do Łęska, bo to pewnie by była bezsensowna męczarnia. Poszukam alternatywy na jakimś asfalcie, gdzie bieg będzie miał więcej sensu.
czwartek, 6 lutego 2014
50 z ogonkiem
10 km
Cały dzień przy biurku, była moja kolej przygotowywania numeru GG. W domu dopiero przed godz. 16, wyciśnięty jak cytryna. Pół godziny relaksu, czarne na grzbiet - i w drogę. Z nieznanych powodów dziś achillesy sprawowały się wzorowo, więc od początku wrzuciłem uczciwe tempo i bez oszczędzania się obleciałem rytualną trasę przez Helenów, Szkolną i Przestrzenną. Czas ciut ponad 50 minut, co jak na bieg miejski jest zupełnie niezłym rezultatem, dobrze wróżącym na najbliższe tygodnie. A przecież po drodze były przejścia dla pieszych, jakieś światła, jakieś skrzyżowania, gdzie trzeba było zwolnić i rozejrzeć się przepisowo, w lewo i prawo, czy jakiś kolejny kamikadze nie nadlatuje w swoim złomie...
Przed biegiem nic nie jadłem, z rana wciągnąłem tylko jednego pączka podsuniętego przez dobrą kobietę w redakcji GG. Pusty żołądek zapewnił niesamowity luksus: żadnego pieczenia w przełyku, nic nie zakłócało przyjemności z biegu.
Na bieżni cisza i spokój, nie da się z niej korzystać, więc nie ma też potencjalnie zainteresowanych. Wymiotło też trenerów z podopiecznymi, diabli wiedzą dokąd. Lud niezrzeszony przeniósł się na ulice miasta, ze wskazaniem na Planty, które od jesieni są oświetlone, bezpieczne, w dodatku z darmową, dostępną dla wszystkich siłownią. Jak mi przekazała koleżanka, Planty są idealnym miejscem do rekreacji. Trzeba to sprawdzić.
Cały dzień przy biurku, była moja kolej przygotowywania numeru GG. W domu dopiero przed godz. 16, wyciśnięty jak cytryna. Pół godziny relaksu, czarne na grzbiet - i w drogę. Z nieznanych powodów dziś achillesy sprawowały się wzorowo, więc od początku wrzuciłem uczciwe tempo i bez oszczędzania się obleciałem rytualną trasę przez Helenów, Szkolną i Przestrzenną. Czas ciut ponad 50 minut, co jak na bieg miejski jest zupełnie niezłym rezultatem, dobrze wróżącym na najbliższe tygodnie. A przecież po drodze były przejścia dla pieszych, jakieś światła, jakieś skrzyżowania, gdzie trzeba było zwolnić i rozejrzeć się przepisowo, w lewo i prawo, czy jakiś kolejny kamikadze nie nadlatuje w swoim złomie...
Przed biegiem nic nie jadłem, z rana wciągnąłem tylko jednego pączka podsuniętego przez dobrą kobietę w redakcji GG. Pusty żołądek zapewnił niesamowity luksus: żadnego pieczenia w przełyku, nic nie zakłócało przyjemności z biegu.
Na bieżni cisza i spokój, nie da się z niej korzystać, więc nie ma też potencjalnie zainteresowanych. Wymiotło też trenerów z podopiecznymi, diabli wiedzą dokąd. Lud niezrzeszony przeniósł się na ulice miasta, ze wskazaniem na Planty, które od jesieni są oświetlone, bezpieczne, w dodatku z darmową, dostępną dla wszystkich siłownią. Jak mi przekazała koleżanka, Planty są idealnym miejscem do rekreacji. Trzeba to sprawdzić.
środa, 5 lutego 2014
Jest plan
10 km
I jeszcze raz tą samą trasą. Piach na chodnikach zdecydowanie wywołuje u mnie nerwa. Achillesy, choć ostatnio dobrze ogrzewane i dopieszczone, piszczą na zapiaszczonym chodniku. Na asfalcie, gdzie przyczepność butów jest wzorowa, wszystko natychmiast wraca do normy. Niestety, jeszcze z miesiąc potrwa, zanim da się biegać po trasach bez piachu.
Dareczek podesłał plan treningów. Pierwsze wrażenie: czyha na spadek, chce mnie zabić. Ale jak się dobrze przyjrzeć planowi (niestety, nie ujawnię hurtem, to w końcu jest Darka praca i pomysł), to chyba mnie nie zabije, a może nawet wzmocni. Tak naprawdę, nic poza moim zasięgiem. Zagadką jest ostatni etap treningu, który ma mi dać szybkość na długim (tak chyba można nazwać 42,2 km) odcinku. Prezes każe mi tam biegać z szybkością rzędu 5:00 - 5:10 na kilometr. Pierwsza myśl - nie dam rady. Ale chwilę potem zerknąłem do zapisków, z których wynika, że właściwie - to jest to do zrobienia. Start przygotowań w poniedziałek 10 lutego. Na początek zwyczajny bieg 10-12 km. To standard, potem będzie lepiej...
Prezesowa wróżba, to wynik w Hamburgu w granicach 3:30-3:45. Dla mnie - może być nawet 3:46. Wszystko poniżej 3:52 jest OK. :)
Jesteśmy z Młodym na liście startowej 7 Półmaratonu Poznań. Ładne numery, ja 5099, Misiek 5100. Mariusz Gess zdecydowanie niżej, zasłużył tylko na numer 4608. Na razie nie udało mi się namierzyć nikogo więcej z Goleniowa. Krótko mówiąc, jesteśmy elitą, temat wyczerpany :)
Była dziś konferencja prasowa, przesłuchałem burmistrza na okoliczność bieżni. Punkt wyjścia miałem piękny, bo chwilę wcześniej rozmawialiśmy o Wągrowcu, mieście bardzo do Goleniowa podobnym, w którym jest piękna, czterotorowa bieżnia. Ma tylko jedną wadę: jest pokryta pomarańczowym tartanem, a nie Mondo. I kiedy ową czterotorową zawistowałem,
to zaraz padł ważki argument, że to tylko zwykły tartan. Fakt, trudno dyskutować. Ale, że z Krupowiczem i Banachem rozmawia się dobrze, bo szczerze, a faceci są inteligentni - łagodnie przeszliśmy do rzeczy. Sprawy mają się tak: bieżnia będzie z 6 torami. To, czym owe 6 torów będzie pokryte, zależy od kasy. Jeśli uda się wyszarpnąć kasę z Ministerstwa Sportu, będzie Mondo. Jak nie, będzie ukochane przez "łysego" linoleum. Wiele wskazuje, że będzie jednak Mondo i "łysy" nie odtrąbi sukcesu.
Ale jeśli będzie 6 torów, to nie odpuszczę, będę żądał organizacji "zawodów i mityngów rangi co najmniej europejskiej", o których roją niektórzy trenerzy LA z Goleniowa i ich podopieczni. Mistrzostwa Polski w LA odpadają, nie będziemy się rozmieniać na drobne. Europa, Świat, a najlepiej Wszechświat!
I jeszcze raz tą samą trasą. Piach na chodnikach zdecydowanie wywołuje u mnie nerwa. Achillesy, choć ostatnio dobrze ogrzewane i dopieszczone, piszczą na zapiaszczonym chodniku. Na asfalcie, gdzie przyczepność butów jest wzorowa, wszystko natychmiast wraca do normy. Niestety, jeszcze z miesiąc potrwa, zanim da się biegać po trasach bez piachu.
Dareczek podesłał plan treningów. Pierwsze wrażenie: czyha na spadek, chce mnie zabić. Ale jak się dobrze przyjrzeć planowi (niestety, nie ujawnię hurtem, to w końcu jest Darka praca i pomysł), to chyba mnie nie zabije, a może nawet wzmocni. Tak naprawdę, nic poza moim zasięgiem. Zagadką jest ostatni etap treningu, który ma mi dać szybkość na długim (tak chyba można nazwać 42,2 km) odcinku. Prezes każe mi tam biegać z szybkością rzędu 5:00 - 5:10 na kilometr. Pierwsza myśl - nie dam rady. Ale chwilę potem zerknąłem do zapisków, z których wynika, że właściwie - to jest to do zrobienia. Start przygotowań w poniedziałek 10 lutego. Na początek zwyczajny bieg 10-12 km. To standard, potem będzie lepiej...
Prezesowa wróżba, to wynik w Hamburgu w granicach 3:30-3:45. Dla mnie - może być nawet 3:46. Wszystko poniżej 3:52 jest OK. :)
Jesteśmy z Młodym na liście startowej 7 Półmaratonu Poznań. Ładne numery, ja 5099, Misiek 5100. Mariusz Gess zdecydowanie niżej, zasłużył tylko na numer 4608. Na razie nie udało mi się namierzyć nikogo więcej z Goleniowa. Krótko mówiąc, jesteśmy elitą, temat wyczerpany :)
Była dziś konferencja prasowa, przesłuchałem burmistrza na okoliczność bieżni. Punkt wyjścia miałem piękny, bo chwilę wcześniej rozmawialiśmy o Wągrowcu, mieście bardzo do Goleniowa podobnym, w którym jest piękna, czterotorowa bieżnia. Ma tylko jedną wadę: jest pokryta pomarańczowym tartanem, a nie Mondo. I kiedy ową czterotorową zawistowałem,
| Dzisiejsza wersja ojcowskiej bieżni: biegowo-panczenowo- -triathlonowa :) Coś pięknego i niedrogo ... |
Ale jeśli będzie 6 torów, to nie odpuszczę, będę żądał organizacji "zawodów i mityngów rangi co najmniej europejskiej", o których roją niektórzy trenerzy LA z Goleniowa i ich podopieczni. Mistrzostwa Polski w LA odpadają, nie będziemy się rozmieniać na drobne. Europa, Świat, a najlepiej Wszechświat!
wtorek, 4 lutego 2014
Ciepełko lepsze
10 km
Powtórka wczorajszej wyprawy, też ze startem o zachodzie słońca. Dziś nieco mniejszy entuzjazm, bo popołudnie dziwnie senne, obijałem się od ściany do ściany, nie mogłem skupić przy pisaniu, no i ochota na bieganie proporcjonalnie mniejsza. Lepiej było, kiedy już wyszedłem i się rozruszałem. Gdy organizm zaczął pracować na właściwych obrotach, przyszła i ochota na ruch, a bieg zrobił się przyjemny. Jedyne, co przeszkadzało, to piach zalegający na chodnikach; tam, gdzie się dało, zeskakiwałem na asfalt, od razu bieg był bardziej wydajny.
Odkąd zaczęły się mrozy, biegam w grubych i długich skarpetach narciarskich. Wcześniej - w typowych skarpetach dla biegaczy. Gdzieś niedawno wyczytałem, że problemy z achillesami mogą się wiązać z przechłodzeniem ich w czasie zimowych treningów. I chyba coś jest na rzeczy, bo odkąd dobrze ogrzewam achillesy i łydki, nie dokucza i ból ścięgien. Zdaje się, że prezes nie do końca miał rację mówiąc mi kiedyś, że ścięgna powinny być w czasie biegu chłodzone. W moim przypadku dobrze robi odrobina ciepełka...
Półmaraton w Poznaniu opłacony. Jak się okazuje, Młody nie ma żadnych towarzyskich planów związanych z tym biegiem, chętnie przebiegnie się ze mną. Nie będę więc atakował swojej życiówki, dopilnuję za to, żeby Michał bieg zaliczył w dobrej formie i przyzwoitym czasie. Jak należało się spodziewać, oferta pobiegowej biesiady została przyjęta bez protestu.
Z ciekawości zajrzałem na stadion. Bieżnia, która przedwczoraj się rozpuściła, jest teraz skuta lodem i przypomina tor panczenowy. Trenerzy LA ze swoimi zawodnikami trenowali zawzięcie na alejkach wokół boiska. Przypomniałem sobie słowa jednego wybitnego trenera: "Czterotorową bieżnię to my mogliśmy mieć już dawno, ale nie chcieliśmy, bo chcemy sześć torów". No to macie :)
Powtórka wczorajszej wyprawy, też ze startem o zachodzie słońca. Dziś nieco mniejszy entuzjazm, bo popołudnie dziwnie senne, obijałem się od ściany do ściany, nie mogłem skupić przy pisaniu, no i ochota na bieganie proporcjonalnie mniejsza. Lepiej było, kiedy już wyszedłem i się rozruszałem. Gdy organizm zaczął pracować na właściwych obrotach, przyszła i ochota na ruch, a bieg zrobił się przyjemny. Jedyne, co przeszkadzało, to piach zalegający na chodnikach; tam, gdzie się dało, zeskakiwałem na asfalt, od razu bieg był bardziej wydajny.
Odkąd zaczęły się mrozy, biegam w grubych i długich skarpetach narciarskich. Wcześniej - w typowych skarpetach dla biegaczy. Gdzieś niedawno wyczytałem, że problemy z achillesami mogą się wiązać z przechłodzeniem ich w czasie zimowych treningów. I chyba coś jest na rzeczy, bo odkąd dobrze ogrzewam achillesy i łydki, nie dokucza i ból ścięgien. Zdaje się, że prezes nie do końca miał rację mówiąc mi kiedyś, że ścięgna powinny być w czasie biegu chłodzone. W moim przypadku dobrze robi odrobina ciepełka...
Półmaraton w Poznaniu opłacony. Jak się okazuje, Młody nie ma żadnych towarzyskich planów związanych z tym biegiem, chętnie przebiegnie się ze mną. Nie będę więc atakował swojej życiówki, dopilnuję za to, żeby Michał bieg zaliczył w dobrej formie i przyzwoitym czasie. Jak należało się spodziewać, oferta pobiegowej biesiady została przyjęta bez protestu.
Z ciekawości zajrzałem na stadion. Bieżnia, która przedwczoraj się rozpuściła, jest teraz skuta lodem i przypomina tor panczenowy. Trenerzy LA ze swoimi zawodnikami trenowali zawzięcie na alejkach wokół boiska. Przypomniałem sobie słowa jednego wybitnego trenera: "Czterotorową bieżnię to my mogliśmy mieć już dawno, ale nie chcieliśmy, bo chcemy sześć torów". No to macie :)
poniedziałek, 3 lutego 2014
Dobrze, że aż dziwne
10 km
To wszystko zaczyna wyglądać podejrzanie dobrze. Zero dolegliwości, bardzo dobre samopoczucie, bieg nie sprawia żadnych kłopotów, daje za to dużo przyjemności, bo idzie lekko i jest dość szybki. Nie popełniłem wczorajszego błędu, jakim było spożycie przed treningiem niedzielnego, dość obfitego obiadu. Kotleciki z grilla były pyszne, ale w drodze o sobie przypomniały nachalnie i po chamsku. Na szczęście z tego rodzaju dolegliwością łatwo sobie poradzić, przełykając jak najwięcej śliny (sorry, jeśli ktoś je czytając... nie należy jeść nad klawiaturą :) ). Ustąpiło, ale 2-3 kilometry męczyło.
A dziś bieg na głodniaka. Start przed godziną 17, dokładnie o zachodzie słońca. Ulicę Spacerową zaliczyłem jeszcze za dnia, także przy dziennym świetle obejrzałem sobie Helenów, zmrok dopadł mnie na Szkolnej, w miejscu dość paskudnym, bo pozbawionym latarni, za to z chodnikiem jak tuż po nalocie paru dronów. Cień emocji na ulicy Przestrzennej, na odcinku przed Orlenem, a potem na Norwida, gdzie przydałyby się odblaskowe gadżety i czołówka. Dlatego przed każdym samochodem skakałem na pobocze, mając wrażenie, że słyszę, co kierowcy mówią o moim czarnym stroju w czarną noc na czarnym asfalcie. Przeżyłem ;)
Następny krok w sprawie bieżni. Jutro burmistrz podpisuje papiery z wnioskiem o dofinansowanie, które pojutrze trafią na biurko ministra sportu. Jest poparcie ZZLA dla tego wniosku. Będzie też poparcie nieformalne, oczywiście, nie ze strony jegomościa, który nie tak dawno przechwalał się, że załatwi miliony na bieżnię. Łysawego nikt już o nic nie prosi i nie będzie prosił.
Jak się dowiedziałem, przesądzona jest budowa bieżni z 6 torami. Gra idzie o nawierzchnię Mondo, która bez wątpliwości jest lepsza od linoleum, o jakim marzy łysawy kumpel Ojca Dyrektora. Sprawa rozstrzygnie się w marcu, bo wtedy poznamy wynik przetargu na wykonawcę bieżni.
Do listy startowej dodać należy półmaraton w Poznaniu, 6 kwietnia. Mariusz Gess mnie przekonał, a argument miał mocny: biesiada postartowa. W Toruniu narodził się nowy, piękny obyczaj (nowa, świecka tradycja...) polegający na zaatakowaniu niezłej knajpki i wzięcie jej w posiadanie. Wyszło w Toruniu, wyjdzie też w Poznaniu, bo czemu nie? W półmaratonie startuje Młody, wprawdzie tym razem bez ojcowskiego patronatu (i dobrze, na cholerę młodziak ma mi się pętać koło nogi?), ale jak znam życie, na posiedzenie w dobrej knajpie ściągnie nie tylko on, ale też armia tzw. 'młodych Waszkowiaków' z przychówkiem, czyli kuzynów Oleńki, towarzystwo wesołe i nie do nakarmienia. Okupacja knajpki będzie więc totalna.
To wszystko zaczyna wyglądać podejrzanie dobrze. Zero dolegliwości, bardzo dobre samopoczucie, bieg nie sprawia żadnych kłopotów, daje za to dużo przyjemności, bo idzie lekko i jest dość szybki. Nie popełniłem wczorajszego błędu, jakim było spożycie przed treningiem niedzielnego, dość obfitego obiadu. Kotleciki z grilla były pyszne, ale w drodze o sobie przypomniały nachalnie i po chamsku. Na szczęście z tego rodzaju dolegliwością łatwo sobie poradzić, przełykając jak najwięcej śliny (sorry, jeśli ktoś je czytając... nie należy jeść nad klawiaturą :) ). Ustąpiło, ale 2-3 kilometry męczyło.
A dziś bieg na głodniaka. Start przed godziną 17, dokładnie o zachodzie słońca. Ulicę Spacerową zaliczyłem jeszcze za dnia, także przy dziennym świetle obejrzałem sobie Helenów, zmrok dopadł mnie na Szkolnej, w miejscu dość paskudnym, bo pozbawionym latarni, za to z chodnikiem jak tuż po nalocie paru dronów. Cień emocji na ulicy Przestrzennej, na odcinku przed Orlenem, a potem na Norwida, gdzie przydałyby się odblaskowe gadżety i czołówka. Dlatego przed każdym samochodem skakałem na pobocze, mając wrażenie, że słyszę, co kierowcy mówią o moim czarnym stroju w czarną noc na czarnym asfalcie. Przeżyłem ;)
Następny krok w sprawie bieżni. Jutro burmistrz podpisuje papiery z wnioskiem o dofinansowanie, które pojutrze trafią na biurko ministra sportu. Jest poparcie ZZLA dla tego wniosku. Będzie też poparcie nieformalne, oczywiście, nie ze strony jegomościa, który nie tak dawno przechwalał się, że załatwi miliony na bieżnię. Łysawego nikt już o nic nie prosi i nie będzie prosił.
Jak się dowiedziałem, przesądzona jest budowa bieżni z 6 torami. Gra idzie o nawierzchnię Mondo, która bez wątpliwości jest lepsza od linoleum, o jakim marzy łysawy kumpel Ojca Dyrektora. Sprawa rozstrzygnie się w marcu, bo wtedy poznamy wynik przetargu na wykonawcę bieżni.
Do listy startowej dodać należy półmaraton w Poznaniu, 6 kwietnia. Mariusz Gess mnie przekonał, a argument miał mocny: biesiada postartowa. W Toruniu narodził się nowy, piękny obyczaj (nowa, świecka tradycja...) polegający na zaatakowaniu niezłej knajpki i wzięcie jej w posiadanie. Wyszło w Toruniu, wyjdzie też w Poznaniu, bo czemu nie? W półmaratonie startuje Młody, wprawdzie tym razem bez ojcowskiego patronatu (i dobrze, na cholerę młodziak ma mi się pętać koło nogi?), ale jak znam życie, na posiedzenie w dobrej knajpie ściągnie nie tylko on, ale też armia tzw. 'młodych Waszkowiaków' z przychówkiem, czyli kuzynów Oleńki, towarzystwo wesołe i nie do nakarmienia. Okupacja knajpki będzie więc totalna.
niedziela, 2 lutego 2014
Powoli, ale do przodu
10 km
2 na plusie, wszystko płynie. Bieżnia w stanie podstawowym (czarne guano), w lesie ślisko i mokro. Wyprawa do GPP to konieczność dwukrotnego pokonania 2 km szosy lubczyńskiej, na to po wczorajszym zdarzeniu nie miałem ochoty. Został bieg przez Helenów i wokół miasta. To był dobry wybór, prawie cała trasa już bez śniegu, gdzieniegdzie resztki śnieżnego błota, ale do sforsowania. Oczywiście, na wyposażeniu czołówka i dwie odblaskowe opaski, na ramię i łydkę. Na kierowców działały jak należy, omijali mnie jak TIR-a.
Na bieg włożyłem stare 'najki', na które po paru tygodniach odpoczynku ja spojrzałem przychylnie, a moje nogi zareagowały bardzo pozytywnie: najmniejszych dolegliwości, stopy lądują miękko, lepiej amortyzowane niż w 'brooksach'. Być może owo świetne odczucie ma związek z dłuższym krokiem, jaki dzisiaj ćwiczyłem. Krok dłuższy, więc inne wybicie, inne lądowanie. Do tego podłoże wreszcie było szorstkie, więc wybicie było efektywne, bez cofania stopy. Prawda, trochę przeszkadzał piach, którym sypano chodniki przez parę dni, bo 'najki' nie mają już z przodu bieżnika, na błocie potrafią się śliznąć. Szczęśliwie, jest niedziela, ruch samochodów zdecydowanie mniejszy, niż w powszedni dzień, można było biec asfaltem; kiedy się dało, tak robiłem.
Wciąż mam wrażenie, że forma mi się poprawia, biega mi się lżej, a ruch jest szybszy. Niech stopnieją resztki śniegu, to w parku przemysłowym zrobię pomiary.
No i, drogi Dareczku, czekam na rozpiskę!
Wczoraj obejrzałem "Pod Mocnym Aniołem" Smarzowskiego. Nie dziwię się, że Więckowski po nakręceniu filmu i jego obejrzeniu przez pół roku nie sięgnął po kielicha. Rzeczywiście, można stracić ochotę na alkohol nawet w symbolicznych ilościach. Film bardzo mocny, ale warty zobaczenia. Obsada rewelacyjna. Polecam.
2 na plusie, wszystko płynie. Bieżnia w stanie podstawowym (czarne guano), w lesie ślisko i mokro. Wyprawa do GPP to konieczność dwukrotnego pokonania 2 km szosy lubczyńskiej, na to po wczorajszym zdarzeniu nie miałem ochoty. Został bieg przez Helenów i wokół miasta. To był dobry wybór, prawie cała trasa już bez śniegu, gdzieniegdzie resztki śnieżnego błota, ale do sforsowania. Oczywiście, na wyposażeniu czołówka i dwie odblaskowe opaski, na ramię i łydkę. Na kierowców działały jak należy, omijali mnie jak TIR-a.
Na bieg włożyłem stare 'najki', na które po paru tygodniach odpoczynku ja spojrzałem przychylnie, a moje nogi zareagowały bardzo pozytywnie: najmniejszych dolegliwości, stopy lądują miękko, lepiej amortyzowane niż w 'brooksach'. Być może owo świetne odczucie ma związek z dłuższym krokiem, jaki dzisiaj ćwiczyłem. Krok dłuższy, więc inne wybicie, inne lądowanie. Do tego podłoże wreszcie było szorstkie, więc wybicie było efektywne, bez cofania stopy. Prawda, trochę przeszkadzał piach, którym sypano chodniki przez parę dni, bo 'najki' nie mają już z przodu bieżnika, na błocie potrafią się śliznąć. Szczęśliwie, jest niedziela, ruch samochodów zdecydowanie mniejszy, niż w powszedni dzień, można było biec asfaltem; kiedy się dało, tak robiłem.
Wciąż mam wrażenie, że forma mi się poprawia, biega mi się lżej, a ruch jest szybszy. Niech stopnieją resztki śniegu, to w parku przemysłowym zrobię pomiary.
No i, drogi Dareczku, czekam na rozpiskę!
Wczoraj obejrzałem "Pod Mocnym Aniołem" Smarzowskiego. Nie dziwię się, że Więckowski po nakręceniu filmu i jego obejrzeniu przez pół roku nie sięgnął po kielicha. Rzeczywiście, można stracić ochotę na alkohol nawet w symbolicznych ilościach. Film bardzo mocny, ale warty zobaczenia. Obsada rewelacyjna. Polecam.
sobota, 1 lutego 2014
O włos od potrącenia
Wczoraj 11 km
Dziś 10 km
Wczoraj wyścig po śliskim śniegu, by zdążyć przed zmierzchem. Męczarnia dla ścięgien, bez wątpienia obecne warunki im nie służą. Bardziej zwracałem uwagę, by gdzieś się nie śliznąć i biegu nie skończyć przed czasem, za to głęboko w lesie - perspektywa mało kusząca.
Dziś jeszcze cieplej, więc odpuściłem sobie bieganie po ścieżkach, po których nie przejechał jakiś pojazd i nie ubił tam śniegu. Owszem, las, ale przetartymi ścieżkami, do wiaduktu, a ostatnie 5 km przez park przemysłowy i szosę lubczyńską. W parku pomiar czasu: wrzuciłem tempo, które wprawdzie nieco przyspiesza oddech, ale nadal jest tempem do utrzymania na dłuższym dystansie. Jest nieźle, średnio 4:58 na kilometr.
Określenie "ostatnie 5 km" mogło być dzisiaj bardzo dosłowne. Tuż przed stacją benzynową, na niecałe sto metrów przed końcem biegu tylko skok w rów ocalił mnie przed potrąceniem przez białego VW (furgon) o numerze ZGL 32275. Łobuz, który nim kierował, celowo zepchnął mnie z drogi, jechał na zderzenie ze mną. Samochód, na mojego nosa, należy do
jednej z firm w GPP. Sprawa już została zgłoszona na policję, w poniedziałek dowiem się swoimi kanałami, kto jest właścicielem samochodu, nie powinno też być problemu z ustaleniem kierowcy.
Niech wreszcie, cholera jasna, wybuduję tę ścieżkę rowerową do GPP, naprawdę strach jest biec szosą na Lubczynę.
Podsumowałem styczeń. 339 kilometrów, rekordowy miesiąc.
Dziś 10 km
Wczoraj wyścig po śliskim śniegu, by zdążyć przed zmierzchem. Męczarnia dla ścięgien, bez wątpienia obecne warunki im nie służą. Bardziej zwracałem uwagę, by gdzieś się nie śliznąć i biegu nie skończyć przed czasem, za to głęboko w lesie - perspektywa mało kusząca.
Dziś jeszcze cieplej, więc odpuściłem sobie bieganie po ścieżkach, po których nie przejechał jakiś pojazd i nie ubił tam śniegu. Owszem, las, ale przetartymi ścieżkami, do wiaduktu, a ostatnie 5 km przez park przemysłowy i szosę lubczyńską. W parku pomiar czasu: wrzuciłem tempo, które wprawdzie nieco przyspiesza oddech, ale nadal jest tempem do utrzymania na dłuższym dystansie. Jest nieźle, średnio 4:58 na kilometr.
Określenie "ostatnie 5 km" mogło być dzisiaj bardzo dosłowne. Tuż przed stacją benzynową, na niecałe sto metrów przed końcem biegu tylko skok w rów ocalił mnie przed potrąceniem przez białego VW (furgon) o numerze ZGL 32275. Łobuz, który nim kierował, celowo zepchnął mnie z drogi, jechał na zderzenie ze mną. Samochód, na mojego nosa, należy do
jednej z firm w GPP. Sprawa już została zgłoszona na policję, w poniedziałek dowiem się swoimi kanałami, kto jest właścicielem samochodu, nie powinno też być problemu z ustaleniem kierowcy.
Niech wreszcie, cholera jasna, wybuduję tę ścieżkę rowerową do GPP, naprawdę strach jest biec szosą na Lubczynę.
Podsumowałem styczeń. 339 kilometrów, rekordowy miesiąc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
