13 km
Dziś tempo wypoczynkowe, rzędu 5:20 na kilometr. Przez pierwsze 3 km miałem wrażenie ciężkości nóg i idącą za tym ociężałość biegu. Nie, żebym nie dawał rady, że brakowało sił. Brak było chęci do biegu, szczególnie nieco szybszego. Pomyślałem, że jak nie, to nie. Więc do wiaduktu na szosie lubczyńskiej kompletnie nie cisnąłem, na wiadukcie też się nie szarpałem. Prosty, 3-kilometrowy odcinek w GPP zrobiłem nieco szybciej, ale czasu nie mierzyłem, nie było sensu.Potem trzy minuty przerwy na parę ćwiczeń, po których przyszły ochota do biegu i trochę pary. Na tyle się poprawiło, że nie zauważyłem, że robię o jedną dwukilometrową pętlę więcej, niż zakładałem, dlatego znów wyszedłem na stachanowca wykonującego 120% normy. Jutro już jednak dokładna zgoda z rozkładem jazdy, czyli 5 km plus podbiegi.
Dowiedziałem się dzisiaj, że na jesień planowane są obchody 35. rocznicy istnienia UKS Barnim. Podobno mają być huczne. Wyobraźnia już mi pracuje, co nieco jestem sobie nawet w stanie wyobrazić. Na przykład uroczyste wręczanie medali, które są ulubioną błyskotką w
wiadomym gronie. Ja tobie medal, ty mi order, my wam, wy nam, każdy po garści i pełnej kieszeni błyszczących dóbr. Brązowe, srebrne, złote, z diamentami, mieczami, przypinane szpilkami do klapy i na wstęgach skosem przez pierś. "Za zasługi dla OSiR", "Medal dla wybitnego Działacza Sportowego", "Krzyż Wielki Ojca Dyrektora" i tak dalej, do tego dyplomy, wyrazy uznania i kwiaty, i brawa... To może być prawdziwa medalowa orgia, przy której szajba z 10 listopada będzie wspominana jako drobna wprawka.
Jutro będę się widział z Piotrkiem na "Gali sportowców". Podpytam go, jakiego medalu oczekuje dla siebie, w końcu jako wieloletniemu trenerowi UKS Barnim należy mu się on jak burkowi micha ;)
Jutro będę też powtórnie w Nowogardzie, dowiem się więcej o czerwcowym biegu. Były już jakieś spotkania, coś tam poustalano. Bieg nie jest podobno inicjatywą urzędową, ale pomysłem miejscowych amatorów biegania. Nie ma co obśmiewać zawczasu, może wyjdzie z tego coś z sensem?
Rozmawiałem dziś z panem farmaceutą, który w piątek wygłosił prelekcję o odżywianiu i jego wpływie na zdrowie. Sprostował moją informację podaną na blogu, że dietą jest w stanie wyleczyć wszystko. Być może źle go zrozumiałem, ale byłem przekonany, że takie sformułowanie padło. Jeśli nie - to przepraszam. Ale jest też druga sprawa: niesłusznie żartowałem, że skoro dieta warzywno-owocowa jest omalże panaceum, to miast handlować lekarstwami, powinien poprowadzić warzywniak. Okazuje się, że jak najbardziej, prowadzi sklep z owocami i warzywami. Ten fakt zdecydowanie uwiarygadnia to, co mówił o wpływie warzyw i owoców na zdrowie. Umówię się z nim na rozmowę, temat generalnie jest ciekawy, a rozmawiać warto.
A propos odżywiania: puzzle ułożone, dziś była kolacja. Do pełni szczęścia Oli brak tylko jednego elementu, którego w zestawie nie było :)
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
czwartek, 13 lutego 2014
środa, 12 lutego 2014
Wreszcie wskok w plan
11 km
Dziś już dopilnowałem, żeby przed wyjściem w teren sprawdzić dokładnie co mam zrobić i ile mierzy moja trasa. Miało być 10-12 km, wyszło dokładnie 11. Akurat tyle ma standardowa trasa leśna przez okolice Góry Lotnika. Tempo przeciętne, z czterema krótkimi przerwami całość zajęła mi równą godzinę. Zdaje się, że nie posłużyła mi pora biegu - dokładnie obiadowa, kiedy organizm nastawiony jest raczej na przyswajanie kalorii, a nie ich utratę. Pewnie dlatego przez pierwszą ćwiartkę biegu nie czułem "pary", szło mi gorzej, niż wczoraj i przedwczoraj. A może po prostu przez dwa pierwsze dni lekko przeholowałem? Dlatego dziś dzień lekkiego odpustu i zbierania sił na sobotę, kiedy to mam do zrobienia 25-30 km. Jutro zaś powtórka dzisiejszej dawki, może jakimś innym traktem.
Pojawiła się perspektywa na kolację. Jak widać, prace nad obrazkiem dziarsko postępują, rzecz jest na ukończeniu. Szacuję, że być może już w piątek dostanę wieczorną michę ;)
A że nie ma jedzenia bez solidnej porcji ruchu, zakupiłem kolejną parę butów biegowych, bo stare Nike Pegasus+ 26 zjechane są już jak droga do młyna, zaczynają się przecierać od spodu. Tym razem bez eksperymentów, trzymam się sprawdzonej firmy i wybór padł na ten sam model, ale w wersji +30, czyli zeszłoroczny. Udało się namierzyć parę za 259 zł zamiast 429, to już cena do przyjęcia. Żadnych eksperymentów z materiałem podeszwy, żadne tam kolorowe g..., najlepsza jest czarna guma o podwyższonej odporności na ścieranie. Ciekawy jestem, czy nowy model dorówna staremu, który był dla mnie prawie idealny, a gdyby tylko był do dostania - nie wahałbym się, kupiłbym na pewno sprawdzonego starocia. Nie ma go już jednak nigdzie, więc czekam na nowszą wersję.
Zapisałem się na Półmaraton Solan w Nowej Soli, 24 maja. Wpisowe 30 zł, dają ładne medale i przyzwoite koszulki. W tamtym roku byliśmy z Mariuszem G. i Robertem K., bieg był całkiem udany (już nie będę roztrząsał tej podstawionej mi nogi i pozdzieranych kolan), dobry katering - miło będzie wrócić. Jak ktoś ma ochotę, to mam wolne miejsca w aucie. Obrócimy w jeden dzień.
Byłem wczoraj w Nowogardzie, rozmawiałem z burmistrzem. Między innymi o biegu, znanym już "półmaratonie na 10 km". Ku mojemu zdziwieniu, rzecz jest jak najbardziej aktualna. Bieg ma się odbyć w czerwcu, w sobotę 21. Dystans - 10 km, dwie pętle. Bieg ma zorganizować Nowogardzki Dom Kultury, który - tak przynajmniej usłyszałem - ma duże doświadczenie w organizacji imprez plenerowych i jest gwarantem dobrego poziomu wydarzenia. Przyznam, że nabieram ochoty na start w nowogardzkim biegu, rzecz może być całkiem ciekawa. Pogadam z Anetą i Darkiem, może zechcą odbyć staż w NDK i zobaczyć, jak się organizuje imprezę biegową? Mam pewne znajomości, mógłbym ich zaprotegować...
Dziś już dopilnowałem, żeby przed wyjściem w teren sprawdzić dokładnie co mam zrobić i ile mierzy moja trasa. Miało być 10-12 km, wyszło dokładnie 11. Akurat tyle ma standardowa trasa leśna przez okolice Góry Lotnika. Tempo przeciętne, z czterema krótkimi przerwami całość zajęła mi równą godzinę. Zdaje się, że nie posłużyła mi pora biegu - dokładnie obiadowa, kiedy organizm nastawiony jest raczej na przyswajanie kalorii, a nie ich utratę. Pewnie dlatego przez pierwszą ćwiartkę biegu nie czułem "pary", szło mi gorzej, niż wczoraj i przedwczoraj. A może po prostu przez dwa pierwsze dni lekko przeholowałem? Dlatego dziś dzień lekkiego odpustu i zbierania sił na sobotę, kiedy to mam do zrobienia 25-30 km. Jutro zaś powtórka dzisiejszej dawki, może jakimś innym traktem.
A że nie ma jedzenia bez solidnej porcji ruchu, zakupiłem kolejną parę butów biegowych, bo stare Nike Pegasus+ 26 zjechane są już jak droga do młyna, zaczynają się przecierać od spodu. Tym razem bez eksperymentów, trzymam się sprawdzonej firmy i wybór padł na ten sam model, ale w wersji +30, czyli zeszłoroczny. Udało się namierzyć parę za 259 zł zamiast 429, to już cena do przyjęcia. Żadnych eksperymentów z materiałem podeszwy, żadne tam kolorowe g..., najlepsza jest czarna guma o podwyższonej odporności na ścieranie. Ciekawy jestem, czy nowy model dorówna staremu, który był dla mnie prawie idealny, a gdyby tylko był do dostania - nie wahałbym się, kupiłbym na pewno sprawdzonego starocia. Nie ma go już jednak nigdzie, więc czekam na nowszą wersję.
Zapisałem się na Półmaraton Solan w Nowej Soli, 24 maja. Wpisowe 30 zł, dają ładne medale i przyzwoite koszulki. W tamtym roku byliśmy z Mariuszem G. i Robertem K., bieg był całkiem udany (już nie będę roztrząsał tej podstawionej mi nogi i pozdzieranych kolan), dobry katering - miło będzie wrócić. Jak ktoś ma ochotę, to mam wolne miejsca w aucie. Obrócimy w jeden dzień.
Byłem wczoraj w Nowogardzie, rozmawiałem z burmistrzem. Między innymi o biegu, znanym już "półmaratonie na 10 km". Ku mojemu zdziwieniu, rzecz jest jak najbardziej aktualna. Bieg ma się odbyć w czerwcu, w sobotę 21. Dystans - 10 km, dwie pętle. Bieg ma zorganizować Nowogardzki Dom Kultury, który - tak przynajmniej usłyszałem - ma duże doświadczenie w organizacji imprez plenerowych i jest gwarantem dobrego poziomu wydarzenia. Przyznam, że nabieram ochoty na start w nowogardzkim biegu, rzecz może być całkiem ciekawa. Pogadam z Anetą i Darkiem, może zechcą odbyć staż w NDK i zobaczyć, jak się organizuje imprezę biegową? Mam pewne znajomości, mógłbym ich zaprotegować...
wtorek, 11 lutego 2014
Podbiegi ciut przydługie
8 km + 5 km podbiegów
Najpierw runda po lesie, trochę dłuższa od planowanej, bo się, kurka, zagubiłem. Normalnie: skręciłem nie w tę stronę, co potrzeba, potem się wracałem. Ale w końcu dotarłem w rejon wiaduktu na szosie lubczyńskiej, tam zrobiłem zaplanowane na dziś podbiegi. Te jednak również były dłuższe od przewidzianych w rozpisce, ale na to już nie ma rady - w okolicy brak górek o odpowiednim nachyleniu, które miałyby szorstką i zwartą nawierzchnię. Podbieg na wiadukt ma ok. 250 m, czyli dwukrotnie więcej, niż stoi w rozpisce (120 m). A jeszcze trzeba zbiec, żeby móc podbiec ponownie. No więc cztery szybkie podbiegi, nieco oddechu na zbiegu, po tych czterech razach chwila przerwy dla wyrównania tętna i oddechu, potem kolejne sześć tur wbiegania na wiadukt pełną szybkością, znów odpoczynek w drodze na dół. Zeszło szybko, choć nie powiem, poczułem. Wyraźne ogólne, niezbyt mocne, ale jednak zmęczenie, które przeszło mi w drodze powrotnej do Goleniowa. Na koniec kilka minut rozciągania i gimnastyki. No i odkreślenie drugiego dnia w kalendarzu przygotowań.
W drodze powrotnej zajrzałem na stadion, zerknąć na bieżnię. Oczywiście, katastrofa klimatyczna nadal trwa, bieżnia niedostępna. Na ścieżce natknąłem się na Jacka K., który najpierw udał, że mnie nie widzi, nie odpowiedział na pozdrowienie, a kiedy je głośniej powtórzyłem, coś tam burknął pod nosem, obrócony plecami do mnie. Wyraźnie obrażony. Zdaje się, że nie tylko on. Znaczy, obraziło się na mnie "środowisko trenerskie", pewnie po jakiejś publikacji nt. mieszania w temacie bieżni. Zabawni goście: nic dla sprawy nie zrobili, ciągle po kątach przysmradzają, a kiedy się o tym głośno wspomni - strzelają fochy...
W piątek OSiR robi "Galę Sportowców". Jak zwykle, to impreza wyłącznie dla zawodników z licencjonowanych klubów. Amatorom uprawiającym sport dla przyjemności wstęp wzbroniony, Robert Kopcewicz może sobie wygrany maraton w Zielonej Górze wspominać w zaciszu domowym, publicznie nikt mu nie pogratuluje.
Pójdę, nacieszę oczy i uszy, pewnie znów będzie brylował Ojciec Dyrektor. Może znów chłopaki będą sobie rozdawać jakieś medale, w najgorszym razie urządzą pokaz ich polerowania.
Piotrek Walkowiak w sobotę został dziadkiem. Można się do niego teraz zwracać per "ty dziadu", nawet "spieprzaj, dziadu!". Nie obrazi się na fakty. Można też pogratulować ;)
Namierzyłem dokładnie jegomościa, który chciał mnie potrącić przed tygodniem. Widoczne na zdjęciu auto należy do Macieja Grzesiaka, handlarza złomem z Goleniowa. Przypominam: jeździ nim nieobliczalny facet, który potrafi być groźny dla otoczenia. Biały VW crafter ZGL 32275, warto być wyczulonym.
Najpierw runda po lesie, trochę dłuższa od planowanej, bo się, kurka, zagubiłem. Normalnie: skręciłem nie w tę stronę, co potrzeba, potem się wracałem. Ale w końcu dotarłem w rejon wiaduktu na szosie lubczyńskiej, tam zrobiłem zaplanowane na dziś podbiegi. Te jednak również były dłuższe od przewidzianych w rozpisce, ale na to już nie ma rady - w okolicy brak górek o odpowiednim nachyleniu, które miałyby szorstką i zwartą nawierzchnię. Podbieg na wiadukt ma ok. 250 m, czyli dwukrotnie więcej, niż stoi w rozpisce (120 m). A jeszcze trzeba zbiec, żeby móc podbiec ponownie. No więc cztery szybkie podbiegi, nieco oddechu na zbiegu, po tych czterech razach chwila przerwy dla wyrównania tętna i oddechu, potem kolejne sześć tur wbiegania na wiadukt pełną szybkością, znów odpoczynek w drodze na dół. Zeszło szybko, choć nie powiem, poczułem. Wyraźne ogólne, niezbyt mocne, ale jednak zmęczenie, które przeszło mi w drodze powrotnej do Goleniowa. Na koniec kilka minut rozciągania i gimnastyki. No i odkreślenie drugiego dnia w kalendarzu przygotowań.
W drodze powrotnej zajrzałem na stadion, zerknąć na bieżnię. Oczywiście, katastrofa klimatyczna nadal trwa, bieżnia niedostępna. Na ścieżce natknąłem się na Jacka K., który najpierw udał, że mnie nie widzi, nie odpowiedział na pozdrowienie, a kiedy je głośniej powtórzyłem, coś tam burknął pod nosem, obrócony plecami do mnie. Wyraźnie obrażony. Zdaje się, że nie tylko on. Znaczy, obraziło się na mnie "środowisko trenerskie", pewnie po jakiejś publikacji nt. mieszania w temacie bieżni. Zabawni goście: nic dla sprawy nie zrobili, ciągle po kątach przysmradzają, a kiedy się o tym głośno wspomni - strzelają fochy...
W piątek OSiR robi "Galę Sportowców". Jak zwykle, to impreza wyłącznie dla zawodników z licencjonowanych klubów. Amatorom uprawiającym sport dla przyjemności wstęp wzbroniony, Robert Kopcewicz może sobie wygrany maraton w Zielonej Górze wspominać w zaciszu domowym, publicznie nikt mu nie pogratuluje.
Pójdę, nacieszę oczy i uszy, pewnie znów będzie brylował Ojciec Dyrektor. Może znów chłopaki będą sobie rozdawać jakieś medale, w najgorszym razie urządzą pokaz ich polerowania.
Piotrek Walkowiak w sobotę został dziadkiem. Można się do niego teraz zwracać per "ty dziadu", nawet "spieprzaj, dziadu!". Nie obrazi się na fakty. Można też pogratulować ;)
poniedziałek, 10 lutego 2014
Dzień pierwszy
15 km
Kurka, nie sprawdziłem długości trasy, jaką na dziś wybrałem. Miało być 10-12, wyszło 15 km. Najpierw 2,5 km wzdłuż brzegu Iny do mostu na S3, potem 1,5 km lasem do GPP, 3 km ulicy Prostej, potem znów las po drugiej stronie torów, na koniec kilometr asfaltu na Żeromskiego i Sportowej.
Żadnych problemów z aparatem ruchu, więc jak na otwarcie sezonu treningowego - super. Tempo wrzuciłem sobie ciut większe od normalnego, ale wciąż w zakresie gwarantującym utrzymanie zadanej prędkości przez dłuższy czas. W GPP zrobiłem sobie pomiar - średnio 5:03 na kilometr, bez żadnej zadyszki i przyspieszenia pulsu.
Tak, jak wczoraj: dobre rozciągnięcie przed treningiem, a potem pilnowanie, by krok był długi, a bieg efektywny. Pierwszy trening skończony w doskonałej kondycji, bez śladu zmęczenia.
Od paru dni udaje mi się trzymać z dala od lodówki, co - mam nadzieję - przełoży się wkrótce na spadek wagi. Nie mam złudzeń, że w temacie odżywiania jest dużo do zrobienia, a rezerwy są tu spore. Popełniam typowy błąd, polegający na wieczornym jedzeniu, i to w sporych ilościach. Podjadanie w ciągu dnia - a jakże, również. Właśnie z podjadaniem udało mi się skończyć (który już raz zresztą...), a kolacje są dużo skromniejsze, niż jeszcze niedawno. Kiedy nachodzi mnie ochota na zjedzenie czegoś - szklanka wody, w najgorszym wypadku jabłko. Ciekawe, czy długo tak wytrzymam :) Z ograniczaniem jedzenia jest trudniejsza sprawa, niż z rzucaniem palenia i pewnie picia: bez palenia można się obyć, a jeść trzeba parę razy dziennie...
Ciekawa rzecz, że obywam się praktycznie bez suplementów diety, choć wysiłek fizyczny spory, a przy mojej skłonności do pocenia się - ogromny ubytek elektrolitów. Jedyne, co łykam, od czasu do czasu tylko, to Falvit (kolejny dowód, że 'gender' jest wśród nas - to preparat dla kobiet w ciąży) . Żadnych odżywek, żadnych innych cudów. Nie zauważam absolutnie żadnych objawów niedoborowych, nawet objawów braku magnezu, które by mogły wystąpić w związku z dużą ilością kawy, pitej przeze mnie od rana do nocy. Coś mi się zdaje, że temat suplementów, rzekomo absolutnie niezbędnych przy uprawianiu sportu, to kit.
Kurka, nie sprawdziłem długości trasy, jaką na dziś wybrałem. Miało być 10-12, wyszło 15 km. Najpierw 2,5 km wzdłuż brzegu Iny do mostu na S3, potem 1,5 km lasem do GPP, 3 km ulicy Prostej, potem znów las po drugiej stronie torów, na koniec kilometr asfaltu na Żeromskiego i Sportowej.
Żadnych problemów z aparatem ruchu, więc jak na otwarcie sezonu treningowego - super. Tempo wrzuciłem sobie ciut większe od normalnego, ale wciąż w zakresie gwarantującym utrzymanie zadanej prędkości przez dłuższy czas. W GPP zrobiłem sobie pomiar - średnio 5:03 na kilometr, bez żadnej zadyszki i przyspieszenia pulsu.
Tak, jak wczoraj: dobre rozciągnięcie przed treningiem, a potem pilnowanie, by krok był długi, a bieg efektywny. Pierwszy trening skończony w doskonałej kondycji, bez śladu zmęczenia.
Od paru dni udaje mi się trzymać z dala od lodówki, co - mam nadzieję - przełoży się wkrótce na spadek wagi. Nie mam złudzeń, że w temacie odżywiania jest dużo do zrobienia, a rezerwy są tu spore. Popełniam typowy błąd, polegający na wieczornym jedzeniu, i to w sporych ilościach. Podjadanie w ciągu dnia - a jakże, również. Właśnie z podjadaniem udało mi się skończyć (który już raz zresztą...), a kolacje są dużo skromniejsze, niż jeszcze niedawno. Kiedy nachodzi mnie ochota na zjedzenie czegoś - szklanka wody, w najgorszym wypadku jabłko. Ciekawe, czy długo tak wytrzymam :) Z ograniczaniem jedzenia jest trudniejsza sprawa, niż z rzucaniem palenia i pewnie picia: bez palenia można się obyć, a jeść trzeba parę razy dziennie...
Ciekawa rzecz, że obywam się praktycznie bez suplementów diety, choć wysiłek fizyczny spory, a przy mojej skłonności do pocenia się - ogromny ubytek elektrolitów. Jedyne, co łykam, od czasu do czasu tylko, to Falvit (kolejny dowód, że 'gender' jest wśród nas - to preparat dla kobiet w ciąży) . Żadnych odżywek, żadnych innych cudów. Nie zauważam absolutnie żadnych objawów niedoborowych, nawet objawów braku magnezu, które by mogły wystąpić w związku z dużą ilością kawy, pitej przeze mnie od rana do nocy. Coś mi się zdaje, że temat suplementów, rzekomo absolutnie niezbędnych przy uprawianiu sportu, to kit.
niedziela, 9 lutego 2014
Od jutra trening z planem w ręku
10 km
Dziś ostatni dzień biegania bez planu, dla samej przyjemności. Od jutra systematyczne przygotowania do startu w Hamburgu, dokładna realizacja rozpiski przygotowanej przez Darka. Plan obejmuje 3 miesiące. Najpierw ogólna wytrzymałość i siła biegowa, drugi miesiąc to stopniowe przygotowanie do pracy nad szybkością, a ostatni miesiąc szybkie bieganie. Cel wiadomy: między 3:30 a 3:45 w Hamburgu, 4 maja.
Patrzę na to spokojnie, bez ekscytowania się perspektywą walki o lepszą "życiówkę". Co zależy ode mnie, będzie zrobione. Trudno jednak przewidzieć, co los przyniesie. A może przynieść niespodziewaną kontuzję, jakieś choróbsko, może też się przydarzyć paskudna pogoda, czy też - jak w Nowej Soli - ktoś zwyczajnie podstawi nogę. Ale też życie może przynieść splot sprzyjających okoliczności i trzy miesiące pracy zakończą się oczekiwanym rezultatem. Się zobaczy.

A dziś próbny bieg po lesie, dla sprawdzenia warunków. Są trochę lepsze, niż przedwczoraj. Śniegu już nie ma, ale jeszcze gleba do końca nie rozmarzła, więc w obniżeniach terenu stoją jeszcze kałuże, a gleba mocno nasączona wodą. Jeszcze dzień-dwa ciepła jest potrzebne, żeby dało się biec bez konieczności obchodzenia kałuż.
Starałem się zwracać uwagę na długość kroku, to jedno z zagadnień, nad którymi trzeba popracować. Krok o 5 cm dłuższy to około 2 tysiące uderzeń stopy o asfalt mniej. Łatwiej będzie pokonać ostatnie kilometry, stopy będą mniej obolałe. Powinien też być lekki przyrost szybkości. Chyba już sobie poradziłem z innym tematem, czyli wysoko trzymanymi rękami, które radykalnie obniża wydajność biegu. Ręce generalnie trzymam nisko, wyrobiłem sobie prawidłowy odruch. I przekłada się to na ekonomikę biegu.
Bieżnia nadal zamknięta "ze względu na niekorzystne warunki pogodowe". To oczywiste, że kiedy świeci słońce i jest 5 stopni powyżej zera, z bieżni nie da się korzystać.
Jak widać na zdjęciu, jakiś desperat próbował jednak skorzystać z kultowego obiektu sportowego. Raczej mu nie wyszło...
Pojawiła się szansa na szybkie zrzucenie wagi. Ola znalazła sobie zajęcie na zimowe wieczory: puzzle z tysiąca sztuk. Na pytanie, kiedy będzie kolacja, usłyszałem: jak skończę...
Dziś ostatni dzień biegania bez planu, dla samej przyjemności. Od jutra systematyczne przygotowania do startu w Hamburgu, dokładna realizacja rozpiski przygotowanej przez Darka. Plan obejmuje 3 miesiące. Najpierw ogólna wytrzymałość i siła biegowa, drugi miesiąc to stopniowe przygotowanie do pracy nad szybkością, a ostatni miesiąc szybkie bieganie. Cel wiadomy: między 3:30 a 3:45 w Hamburgu, 4 maja.
Patrzę na to spokojnie, bez ekscytowania się perspektywą walki o lepszą "życiówkę". Co zależy ode mnie, będzie zrobione. Trudno jednak przewidzieć, co los przyniesie. A może przynieść niespodziewaną kontuzję, jakieś choróbsko, może też się przydarzyć paskudna pogoda, czy też - jak w Nowej Soli - ktoś zwyczajnie podstawi nogę. Ale też życie może przynieść splot sprzyjających okoliczności i trzy miesiące pracy zakończą się oczekiwanym rezultatem. Się zobaczy.
A dziś próbny bieg po lesie, dla sprawdzenia warunków. Są trochę lepsze, niż przedwczoraj. Śniegu już nie ma, ale jeszcze gleba do końca nie rozmarzła, więc w obniżeniach terenu stoją jeszcze kałuże, a gleba mocno nasączona wodą. Jeszcze dzień-dwa ciepła jest potrzebne, żeby dało się biec bez konieczności obchodzenia kałuż.
Starałem się zwracać uwagę na długość kroku, to jedno z zagadnień, nad którymi trzeba popracować. Krok o 5 cm dłuższy to około 2 tysiące uderzeń stopy o asfalt mniej. Łatwiej będzie pokonać ostatnie kilometry, stopy będą mniej obolałe. Powinien też być lekki przyrost szybkości. Chyba już sobie poradziłem z innym tematem, czyli wysoko trzymanymi rękami, które radykalnie obniża wydajność biegu. Ręce generalnie trzymam nisko, wyrobiłem sobie prawidłowy odruch. I przekłada się to na ekonomikę biegu.
Bieżnia nadal zamknięta "ze względu na niekorzystne warunki pogodowe". To oczywiste, że kiedy świeci słońce i jest 5 stopni powyżej zera, z bieżni nie da się korzystać.
Jak widać na zdjęciu, jakiś desperat próbował jednak skorzystać z kultowego obiektu sportowego. Raczej mu nie wyszło...
Pojawiła się szansa na szybkie zrzucenie wagi. Ola znalazła sobie zajęcie na zimowe wieczory: puzzle z tysiąca sztuk. Na pytanie, kiedy będzie kolacja, usłyszałem: jak skończę...
sobota, 8 lutego 2014
Tour
19 km
Rano zadzwonił Leszek Kita i przypomniał, żeśmy się umawiali na wspólny trening. Niestety, z planowanej wyprawy lasem do Łęska i Bącznika trzeba było zrezygnować, na leśnych drogach zbyt ślisko i mokro. Wybrałem więc trasę przez Helenów, obwodnicę wschodnią, Marszewo, Żółwią Błoć, Białuń i Miękowo, powrót ulicą Wolińską. Droga optymalna, bo utwardzona, tylko niewielkie odcinki gruntowe, generalnie zresztą w niezłym stanie. Tam, gdzie trzeba było biec asfaltem, ruch był niewielki i można się było czuć bezpiecznie.
Zleciało szybko. Kiedy się biegnie we dwóch, a rozmowa się klei, kilometry same się odliczają. Najmniej przyjemny był ostatni odcinek, z Miękowa do Goleniowa, bo to jedna długa prosta. Na wylocie ze wsi dopadł nas też wiatr od czoła, wprawdzie jedynie lekki, ale wystarczająco chłodny, by z miejsca nas wyziębić. Trudne to nie było, bo ubrani byliśmy dość lekko, przy tym zgrzani, a kiedy ma się na grzbiecie mokre ciuchy, przechłodzenie jest kwestią chwili. Nic jednak nie wskazuje, by owe chłodne chwile trzeba było odpokutować chorobą, ta przyjemność ominie.
Wczoraj wybrałem się na prelekcję na temat zdrowego odżywiania, którą głosił pewien goleniowski farmaceuta chwalący się, że warzywną dietą wyleczył swoją matkę z nowotworu. Przekaz był taki: dietą złożoną z warzyw i owoców można wyleczyć każdą chorobę, bo zdecydowana większość z nich ma swoje źródło w nieodpowiednim odżywianiu. Głodówka, a potem warzywa i owoce - i sprawa załatwiona. Pojawił się oczywiście pan, którego owocowo-warzywna dieta podobno wyleczyła ze zgagi męczącej go od lat. Na sali było też kilka osób z entuzjazmem wspierających prelegenta. Prelekcja była dość nijaka, parę ogólników (to jest zdrowe, a to niezdrowe), ale zadziwiająca była reakcja publiczności, chłonącej oczywistości serwowane przez pana farmaceutę jak objawienie.
Można być pewnym, że prelekcja odniesie skutek. A tym skutkiem ma być promocja apteki Epiona przy pomocy kuponów rabatowych na zakupy w aptece rozdawanych uczestnikom spotkania oraz kuponów rabatowych (200 zł zniżki) na poradę w zakresie odżywiania.
Co ciekawe, nikt nie zadał dość oczywistego pytania: skoro najlepszym lekarstwem są warzywa i owoce, to czemu pan farmaceuta nie zajmie się prowadzeniem warzywniaka, a handluje w najlepsze czystą chemią, bo są nią przecież lekarstwa stojące na półkach w jego aptece?
Rano zadzwonił Leszek Kita i przypomniał, żeśmy się umawiali na wspólny trening. Niestety, z planowanej wyprawy lasem do Łęska i Bącznika trzeba było zrezygnować, na leśnych drogach zbyt ślisko i mokro. Wybrałem więc trasę przez Helenów, obwodnicę wschodnią, Marszewo, Żółwią Błoć, Białuń i Miękowo, powrót ulicą Wolińską. Droga optymalna, bo utwardzona, tylko niewielkie odcinki gruntowe, generalnie zresztą w niezłym stanie. Tam, gdzie trzeba było biec asfaltem, ruch był niewielki i można się było czuć bezpiecznie.
Zleciało szybko. Kiedy się biegnie we dwóch, a rozmowa się klei, kilometry same się odliczają. Najmniej przyjemny był ostatni odcinek, z Miękowa do Goleniowa, bo to jedna długa prosta. Na wylocie ze wsi dopadł nas też wiatr od czoła, wprawdzie jedynie lekki, ale wystarczająco chłodny, by z miejsca nas wyziębić. Trudne to nie było, bo ubrani byliśmy dość lekko, przy tym zgrzani, a kiedy ma się na grzbiecie mokre ciuchy, przechłodzenie jest kwestią chwili. Nic jednak nie wskazuje, by owe chłodne chwile trzeba było odpokutować chorobą, ta przyjemność ominie.
Wczoraj wybrałem się na prelekcję na temat zdrowego odżywiania, którą głosił pewien goleniowski farmaceuta chwalący się, że warzywną dietą wyleczył swoją matkę z nowotworu. Przekaz był taki: dietą złożoną z warzyw i owoców można wyleczyć każdą chorobę, bo zdecydowana większość z nich ma swoje źródło w nieodpowiednim odżywianiu. Głodówka, a potem warzywa i owoce - i sprawa załatwiona. Pojawił się oczywiście pan, którego owocowo-warzywna dieta podobno wyleczyła ze zgagi męczącej go od lat. Na sali było też kilka osób z entuzjazmem wspierających prelegenta. Prelekcja była dość nijaka, parę ogólników (to jest zdrowe, a to niezdrowe), ale zadziwiająca była reakcja publiczności, chłonącej oczywistości serwowane przez pana farmaceutę jak objawienie.
Można być pewnym, że prelekcja odniesie skutek. A tym skutkiem ma być promocja apteki Epiona przy pomocy kuponów rabatowych na zakupy w aptece rozdawanych uczestnikom spotkania oraz kuponów rabatowych (200 zł zniżki) na poradę w zakresie odżywiania.
Co ciekawe, nikt nie zadał dość oczywistego pytania: skoro najlepszym lekarstwem są warzywa i owoce, to czemu pan farmaceuta nie zajmie się prowadzeniem warzywniaka, a handluje w najlepsze czystą chemią, bo są nią przecież lekarstwa stojące na półkach w jego aptece?
piątek, 7 lutego 2014
Drobny sprawdzian
13 km
Dość zaglądania w okna mieszkańcom Helenowa, zmieniam trasę. Dziś opędziłem robotę szybciej, przed 16 ruszyłem w drogę. Najpierw wzdłuż Iny aż do mostu na S3, potem lasem koło Domastryjewa, aż do GPP. Trzykilometrową ulicę Prostą zrobiłem z pomiarem czasu co kilometr, najpierw w tempie 3 kroki na wdech, 3 na wydech (3/3), drugi w rytmie 2/2, trzeci jeszcze szybciej, nie zwracając uwagi na oddech. Wyniki przyzwoite: 4:52, 4:44, 4:36. Przyzwoite tym bardziej, że biegłem pod wiatr. Łączny czas - 14:12.
Powrót lasem, przez Górę Lotnika. I to nie był dobry pomysł, bo choć kolejny już dzień trwa odwilż i temperatura jest wyraźnie ponad kreską, to w lesie zima trwa. Na ścieżkach jest lód, woda nie wsiąka w ziemię, bo ta jest jeszcze zamarznięta i nie chłonie. Trzeba biec ostrożnie, często obchodząc kałuże i ryzykując wywrotkę w błoto. Szczęśliwie, to ostatnie mnie ominęło. Ale przeszła mi ochota na jutrzejszą wyprawę do Łęska, bo to pewnie by była bezsensowna męczarnia. Poszukam alternatywy na jakimś asfalcie, gdzie bieg będzie miał więcej sensu.
Dość zaglądania w okna mieszkańcom Helenowa, zmieniam trasę. Dziś opędziłem robotę szybciej, przed 16 ruszyłem w drogę. Najpierw wzdłuż Iny aż do mostu na S3, potem lasem koło Domastryjewa, aż do GPP. Trzykilometrową ulicę Prostą zrobiłem z pomiarem czasu co kilometr, najpierw w tempie 3 kroki na wdech, 3 na wydech (3/3), drugi w rytmie 2/2, trzeci jeszcze szybciej, nie zwracając uwagi na oddech. Wyniki przyzwoite: 4:52, 4:44, 4:36. Przyzwoite tym bardziej, że biegłem pod wiatr. Łączny czas - 14:12.
Powrót lasem, przez Górę Lotnika. I to nie był dobry pomysł, bo choć kolejny już dzień trwa odwilż i temperatura jest wyraźnie ponad kreską, to w lesie zima trwa. Na ścieżkach jest lód, woda nie wsiąka w ziemię, bo ta jest jeszcze zamarznięta i nie chłonie. Trzeba biec ostrożnie, często obchodząc kałuże i ryzykując wywrotkę w błoto. Szczęśliwie, to ostatnie mnie ominęło. Ale przeszła mi ochota na jutrzejszą wyprawę do Łęska, bo to pewnie by była bezsensowna męczarnia. Poszukam alternatywy na jakimś asfalcie, gdzie bieg będzie miał więcej sensu.
czwartek, 6 lutego 2014
50 z ogonkiem
10 km
Cały dzień przy biurku, była moja kolej przygotowywania numeru GG. W domu dopiero przed godz. 16, wyciśnięty jak cytryna. Pół godziny relaksu, czarne na grzbiet - i w drogę. Z nieznanych powodów dziś achillesy sprawowały się wzorowo, więc od początku wrzuciłem uczciwe tempo i bez oszczędzania się obleciałem rytualną trasę przez Helenów, Szkolną i Przestrzenną. Czas ciut ponad 50 minut, co jak na bieg miejski jest zupełnie niezłym rezultatem, dobrze wróżącym na najbliższe tygodnie. A przecież po drodze były przejścia dla pieszych, jakieś światła, jakieś skrzyżowania, gdzie trzeba było zwolnić i rozejrzeć się przepisowo, w lewo i prawo, czy jakiś kolejny kamikadze nie nadlatuje w swoim złomie...
Przed biegiem nic nie jadłem, z rana wciągnąłem tylko jednego pączka podsuniętego przez dobrą kobietę w redakcji GG. Pusty żołądek zapewnił niesamowity luksus: żadnego pieczenia w przełyku, nic nie zakłócało przyjemności z biegu.
Na bieżni cisza i spokój, nie da się z niej korzystać, więc nie ma też potencjalnie zainteresowanych. Wymiotło też trenerów z podopiecznymi, diabli wiedzą dokąd. Lud niezrzeszony przeniósł się na ulice miasta, ze wskazaniem na Planty, które od jesieni są oświetlone, bezpieczne, w dodatku z darmową, dostępną dla wszystkich siłownią. Jak mi przekazała koleżanka, Planty są idealnym miejscem do rekreacji. Trzeba to sprawdzić.
Cały dzień przy biurku, była moja kolej przygotowywania numeru GG. W domu dopiero przed godz. 16, wyciśnięty jak cytryna. Pół godziny relaksu, czarne na grzbiet - i w drogę. Z nieznanych powodów dziś achillesy sprawowały się wzorowo, więc od początku wrzuciłem uczciwe tempo i bez oszczędzania się obleciałem rytualną trasę przez Helenów, Szkolną i Przestrzenną. Czas ciut ponad 50 minut, co jak na bieg miejski jest zupełnie niezłym rezultatem, dobrze wróżącym na najbliższe tygodnie. A przecież po drodze były przejścia dla pieszych, jakieś światła, jakieś skrzyżowania, gdzie trzeba było zwolnić i rozejrzeć się przepisowo, w lewo i prawo, czy jakiś kolejny kamikadze nie nadlatuje w swoim złomie...
Przed biegiem nic nie jadłem, z rana wciągnąłem tylko jednego pączka podsuniętego przez dobrą kobietę w redakcji GG. Pusty żołądek zapewnił niesamowity luksus: żadnego pieczenia w przełyku, nic nie zakłócało przyjemności z biegu.
Na bieżni cisza i spokój, nie da się z niej korzystać, więc nie ma też potencjalnie zainteresowanych. Wymiotło też trenerów z podopiecznymi, diabli wiedzą dokąd. Lud niezrzeszony przeniósł się na ulice miasta, ze wskazaniem na Planty, które od jesieni są oświetlone, bezpieczne, w dodatku z darmową, dostępną dla wszystkich siłownią. Jak mi przekazała koleżanka, Planty są idealnym miejscem do rekreacji. Trzeba to sprawdzić.
środa, 5 lutego 2014
Jest plan
10 km
I jeszcze raz tą samą trasą. Piach na chodnikach zdecydowanie wywołuje u mnie nerwa. Achillesy, choć ostatnio dobrze ogrzewane i dopieszczone, piszczą na zapiaszczonym chodniku. Na asfalcie, gdzie przyczepność butów jest wzorowa, wszystko natychmiast wraca do normy. Niestety, jeszcze z miesiąc potrwa, zanim da się biegać po trasach bez piachu.
Dareczek podesłał plan treningów. Pierwsze wrażenie: czyha na spadek, chce mnie zabić. Ale jak się dobrze przyjrzeć planowi (niestety, nie ujawnię hurtem, to w końcu jest Darka praca i pomysł), to chyba mnie nie zabije, a może nawet wzmocni. Tak naprawdę, nic poza moim zasięgiem. Zagadką jest ostatni etap treningu, który ma mi dać szybkość na długim (tak chyba można nazwać 42,2 km) odcinku. Prezes każe mi tam biegać z szybkością rzędu 5:00 - 5:10 na kilometr. Pierwsza myśl - nie dam rady. Ale chwilę potem zerknąłem do zapisków, z których wynika, że właściwie - to jest to do zrobienia. Start przygotowań w poniedziałek 10 lutego. Na początek zwyczajny bieg 10-12 km. To standard, potem będzie lepiej...
Prezesowa wróżba, to wynik w Hamburgu w granicach 3:30-3:45. Dla mnie - może być nawet 3:46. Wszystko poniżej 3:52 jest OK. :)
Jesteśmy z Młodym na liście startowej 7 Półmaratonu Poznań. Ładne numery, ja 5099, Misiek 5100. Mariusz Gess zdecydowanie niżej, zasłużył tylko na numer 4608. Na razie nie udało mi się namierzyć nikogo więcej z Goleniowa. Krótko mówiąc, jesteśmy elitą, temat wyczerpany :)
Była dziś konferencja prasowa, przesłuchałem burmistrza na okoliczność bieżni. Punkt wyjścia miałem piękny, bo chwilę wcześniej rozmawialiśmy o Wągrowcu, mieście bardzo do Goleniowa podobnym, w którym jest piękna, czterotorowa bieżnia. Ma tylko jedną wadę: jest pokryta pomarańczowym tartanem, a nie Mondo. I kiedy ową czterotorową zawistowałem,
to zaraz padł ważki argument, że to tylko zwykły tartan. Fakt, trudno dyskutować. Ale, że z Krupowiczem i Banachem rozmawia się dobrze, bo szczerze, a faceci są inteligentni - łagodnie przeszliśmy do rzeczy. Sprawy mają się tak: bieżnia będzie z 6 torami. To, czym owe 6 torów będzie pokryte, zależy od kasy. Jeśli uda się wyszarpnąć kasę z Ministerstwa Sportu, będzie Mondo. Jak nie, będzie ukochane przez "łysego" linoleum. Wiele wskazuje, że będzie jednak Mondo i "łysy" nie odtrąbi sukcesu.
Ale jeśli będzie 6 torów, to nie odpuszczę, będę żądał organizacji "zawodów i mityngów rangi co najmniej europejskiej", o których roją niektórzy trenerzy LA z Goleniowa i ich podopieczni. Mistrzostwa Polski w LA odpadają, nie będziemy się rozmieniać na drobne. Europa, Świat, a najlepiej Wszechświat!
I jeszcze raz tą samą trasą. Piach na chodnikach zdecydowanie wywołuje u mnie nerwa. Achillesy, choć ostatnio dobrze ogrzewane i dopieszczone, piszczą na zapiaszczonym chodniku. Na asfalcie, gdzie przyczepność butów jest wzorowa, wszystko natychmiast wraca do normy. Niestety, jeszcze z miesiąc potrwa, zanim da się biegać po trasach bez piachu.
Dareczek podesłał plan treningów. Pierwsze wrażenie: czyha na spadek, chce mnie zabić. Ale jak się dobrze przyjrzeć planowi (niestety, nie ujawnię hurtem, to w końcu jest Darka praca i pomysł), to chyba mnie nie zabije, a może nawet wzmocni. Tak naprawdę, nic poza moim zasięgiem. Zagadką jest ostatni etap treningu, który ma mi dać szybkość na długim (tak chyba można nazwać 42,2 km) odcinku. Prezes każe mi tam biegać z szybkością rzędu 5:00 - 5:10 na kilometr. Pierwsza myśl - nie dam rady. Ale chwilę potem zerknąłem do zapisków, z których wynika, że właściwie - to jest to do zrobienia. Start przygotowań w poniedziałek 10 lutego. Na początek zwyczajny bieg 10-12 km. To standard, potem będzie lepiej...
Prezesowa wróżba, to wynik w Hamburgu w granicach 3:30-3:45. Dla mnie - może być nawet 3:46. Wszystko poniżej 3:52 jest OK. :)
Jesteśmy z Młodym na liście startowej 7 Półmaratonu Poznań. Ładne numery, ja 5099, Misiek 5100. Mariusz Gess zdecydowanie niżej, zasłużył tylko na numer 4608. Na razie nie udało mi się namierzyć nikogo więcej z Goleniowa. Krótko mówiąc, jesteśmy elitą, temat wyczerpany :)
Była dziś konferencja prasowa, przesłuchałem burmistrza na okoliczność bieżni. Punkt wyjścia miałem piękny, bo chwilę wcześniej rozmawialiśmy o Wągrowcu, mieście bardzo do Goleniowa podobnym, w którym jest piękna, czterotorowa bieżnia. Ma tylko jedną wadę: jest pokryta pomarańczowym tartanem, a nie Mondo. I kiedy ową czterotorową zawistowałem,
| Dzisiejsza wersja ojcowskiej bieżni: biegowo-panczenowo- -triathlonowa :) Coś pięknego i niedrogo ... |
Ale jeśli będzie 6 torów, to nie odpuszczę, będę żądał organizacji "zawodów i mityngów rangi co najmniej europejskiej", o których roją niektórzy trenerzy LA z Goleniowa i ich podopieczni. Mistrzostwa Polski w LA odpadają, nie będziemy się rozmieniać na drobne. Europa, Świat, a najlepiej Wszechświat!
wtorek, 4 lutego 2014
Ciepełko lepsze
10 km
Powtórka wczorajszej wyprawy, też ze startem o zachodzie słońca. Dziś nieco mniejszy entuzjazm, bo popołudnie dziwnie senne, obijałem się od ściany do ściany, nie mogłem skupić przy pisaniu, no i ochota na bieganie proporcjonalnie mniejsza. Lepiej było, kiedy już wyszedłem i się rozruszałem. Gdy organizm zaczął pracować na właściwych obrotach, przyszła i ochota na ruch, a bieg zrobił się przyjemny. Jedyne, co przeszkadzało, to piach zalegający na chodnikach; tam, gdzie się dało, zeskakiwałem na asfalt, od razu bieg był bardziej wydajny.
Odkąd zaczęły się mrozy, biegam w grubych i długich skarpetach narciarskich. Wcześniej - w typowych skarpetach dla biegaczy. Gdzieś niedawno wyczytałem, że problemy z achillesami mogą się wiązać z przechłodzeniem ich w czasie zimowych treningów. I chyba coś jest na rzeczy, bo odkąd dobrze ogrzewam achillesy i łydki, nie dokucza i ból ścięgien. Zdaje się, że prezes nie do końca miał rację mówiąc mi kiedyś, że ścięgna powinny być w czasie biegu chłodzone. W moim przypadku dobrze robi odrobina ciepełka...
Półmaraton w Poznaniu opłacony. Jak się okazuje, Młody nie ma żadnych towarzyskich planów związanych z tym biegiem, chętnie przebiegnie się ze mną. Nie będę więc atakował swojej życiówki, dopilnuję za to, żeby Michał bieg zaliczył w dobrej formie i przyzwoitym czasie. Jak należało się spodziewać, oferta pobiegowej biesiady została przyjęta bez protestu.
Z ciekawości zajrzałem na stadion. Bieżnia, która przedwczoraj się rozpuściła, jest teraz skuta lodem i przypomina tor panczenowy. Trenerzy LA ze swoimi zawodnikami trenowali zawzięcie na alejkach wokół boiska. Przypomniałem sobie słowa jednego wybitnego trenera: "Czterotorową bieżnię to my mogliśmy mieć już dawno, ale nie chcieliśmy, bo chcemy sześć torów". No to macie :)
Powtórka wczorajszej wyprawy, też ze startem o zachodzie słońca. Dziś nieco mniejszy entuzjazm, bo popołudnie dziwnie senne, obijałem się od ściany do ściany, nie mogłem skupić przy pisaniu, no i ochota na bieganie proporcjonalnie mniejsza. Lepiej było, kiedy już wyszedłem i się rozruszałem. Gdy organizm zaczął pracować na właściwych obrotach, przyszła i ochota na ruch, a bieg zrobił się przyjemny. Jedyne, co przeszkadzało, to piach zalegający na chodnikach; tam, gdzie się dało, zeskakiwałem na asfalt, od razu bieg był bardziej wydajny.
Odkąd zaczęły się mrozy, biegam w grubych i długich skarpetach narciarskich. Wcześniej - w typowych skarpetach dla biegaczy. Gdzieś niedawno wyczytałem, że problemy z achillesami mogą się wiązać z przechłodzeniem ich w czasie zimowych treningów. I chyba coś jest na rzeczy, bo odkąd dobrze ogrzewam achillesy i łydki, nie dokucza i ból ścięgien. Zdaje się, że prezes nie do końca miał rację mówiąc mi kiedyś, że ścięgna powinny być w czasie biegu chłodzone. W moim przypadku dobrze robi odrobina ciepełka...
Półmaraton w Poznaniu opłacony. Jak się okazuje, Młody nie ma żadnych towarzyskich planów związanych z tym biegiem, chętnie przebiegnie się ze mną. Nie będę więc atakował swojej życiówki, dopilnuję za to, żeby Michał bieg zaliczył w dobrej formie i przyzwoitym czasie. Jak należało się spodziewać, oferta pobiegowej biesiady została przyjęta bez protestu.
Z ciekawości zajrzałem na stadion. Bieżnia, która przedwczoraj się rozpuściła, jest teraz skuta lodem i przypomina tor panczenowy. Trenerzy LA ze swoimi zawodnikami trenowali zawzięcie na alejkach wokół boiska. Przypomniałem sobie słowa jednego wybitnego trenera: "Czterotorową bieżnię to my mogliśmy mieć już dawno, ale nie chcieliśmy, bo chcemy sześć torów". No to macie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
