poniedziałek, 12 maja 2014

Pewne: przebudowa ruszy za miesiąc

Relaks

Dobry dzień. Rano było otwarcie ofert na przebudowę bieżni. Są dwie oferty, obie zawierają Mondo, obie też mieszczą się w granicach możliwości finansowych. 3 050 000 i 3 213 000 - to proponowane ceny. Któraś z tych firm dostanie zlecenie, choć najpierw będzie pewnie pałowanie między nimi, bo zlecenie jest tylko jedno. Tak naprawdę, mało ważne kto wygra. Ważne, że za mniej więcej miesiąc, w czerwcu, zacznie się inwestycja, którą 28 lat temu obiecał naczelnik Andrzej Wojciechowski młodemu, obiecującemu sprinterowi Darkowi Gapińskiemu z goleniowskiego LO, uczniowi klasy IIIc. 
Jest jeszcze koncepcja nowego zagospodarowania parku przy Szczecińskiej. Zamiast dziadowskiego asfaltu z czasów, kiedy chodziłem do szkoły podstawowej - ścieżki biegowe o różnej nawierzchni: asfaltowe, z zagęszczonych zrębków drewnianych, może jeszcze coś innego. Do tego oświetlenie, systemy pomiaru czasu, elektroniczny nadzór nad bezpieczeństwem w parku. Może w określeniu Central Park jest trochę przesady, ale na pewno nowa jakość w porównaniu do dzisiejszego dziadostwa. 
A potem ma być także zagospodarowanie lasu za starym liceum: wyrównanie nawierzchni ścieżek, przycięcie gałęzi, odstrzelenie plączących się tam żuli. Coś w rodzaju parku leśnego, który miastu na pewno jest cholernie potrzebny, o czym świadczą ludzie już dziś tam chętnie się przechadzający i biegający.
Spytałem Banacha, czy zna leśne tereny w pobliżu Goleniowa, ich potencjał i urok. Nie zna, bo skąd ma znać? Umówiliśmy się, że wybierzemy się na przebieżkę któregoś dnia, chce się przebiec w rejon Góry Lotnika.

niedziela, 11 maja 2014

Jest dobrze

10 km

Przed południem udało mi się złapać kawałek przyzwoitej pogody. Mając w perspektywie pół dnia spędzonego na fotografowaniu komunii, najpierw się więc odprężyłem w lesie. Bardziej niż achilles dokuczał mi ból w krzyżu; ogólnie - da się żyć, krakowski maraton nie powinien być problemem z gatunku "czy wytrzymam". Zmieniona trasa dobrze mnie nastraja, niemiło było myśleć o turlaniu się po jakichś obrzeżach Krakowa. Bieg w centrum miasta będzie z pewnością przyjemniejszy. A kiedy biegnie się z przyjemnością, pójdzie to łatwiej. Siły wróciły, zmęczenie przeszło. Jest dobrze.

Niesamowite, jakie emocje wywołał wczorajszy konkurs Eurowizji i wygrana "kobiety" z brodą. Zaraz oczywiście na bok poszedł fakt bezdyskusyjny, że pan(i) Wurst, czyli Kiełbasa, zaśpiewał(a) bardzo dobrze, a piosenka była niezła. Podstawową kwestią jest dociekanie, jak można było dopuścić, żeby wygrało "toto" z brodą w sukience. No cóż, Kiełbasa pewnie opracował(a) sobie taką koncepcję zwrócenia uwagi na siebie i swoje śpiewanie, pomysł okazał się skuteczny. I trudno mieć o to pretensję.
Cieszy mnie zaś, że pogoniona została obsceniczna propozycja rodem z RP. Kiedy zobaczyłem, jakim to teledyskiem "piosenka" była promowana, nie mogłem wyjść z podziwu - to przecież reklama burdelu i kurestwa, z prezentacją repertuaru, czyli m.in. obciągania laski, ze śmietaną cieknącą z ust jednej z "artystek". Miałem nadzieję, że na scenie w Kopenhadze pokazane zostanie coś nieco bardziej wysublimowanego. Ale reklamy kurestwa nie da się wyestetyzować. Szczęśliwie, całe to dziadostwo zostało spuszczone ze schodów. 

Mnie zaś szkoda, że nie wygrała Szwedka, kobieta nie budząca żadnych wątpliwości, albo Holenderka, obie normalnie wyglądające i dobrze śpiewające.

Na odtrutkę po nieco dziwnym konkursie w Kopenhadze obejrzałem sobie koncert Patricii Kaas. Koncert sprzed pięciu lat, zarejestrowany w Bazylei. Jak zwykle, zachwyca wciąż nowymi interpretacjami swoich najlepszych piosenek, które dzięki temu wciąż są świeże i piękne. O dziwo, nagranie puszczono w Telewizjii Kultura, Kaas gościła tam chyba po raz pierwszy.

Jutro chyba zrobię dzień przerwy, zamiast biegania trochę ćwiczeń siłowych i gimnastyka, w tym ćwiczenia rozciągające. 

A dziś początek przeglądania szaf z ubraniami. Rozstaję się z ciuchami, które kiedyś były na mnie dobre, obecnie są o dobre parę numerów za duże. Niektóre próbowałem przymierzyć, było sporo ubawu, bo na przykład marynarką, w której wyglądałem całkiem przyzwoicie, mogę się teraz owinąć jak kocem. Nie planuję w najbliższych latach powrotu do starych parametrów, więc oddaję wszystko, co jest przyduże. Bywało, że nosiłem rozmiar XXL, teraz niektóre L jest na mnie za duże. 

sobota, 10 maja 2014

Niewiele lepiej, ale lepiej...

12 km

Kondycja wróciła wreszcie do normy. W krzyżu przestało napieprzać. Jeszcze tylko ten achilles, ale z nim tak łatwo i szybko nie pójdzie. Niemniej, da się żyć. Przynajmniej nie jest gorzej, niż było przed Hamburgiem, z szansą i nadzieją na poprawę w najbliższym tygodniu.
Przebiegłem się najpierw wzdłuż Iny, potem kawałek przez las, potem 3 km przez park przemysłowy, potem znów las, a na koniec z kilometr po asfalcie, już w drodze powrotnej do domu. Tempa nie żyłowałem, nie ma potrzeby czegoś tam sobie udowadniać. Na razie żadnych rekordów raczej bić nie będę, więc można ruszać się trochę wolniej, za to bez ryzyka zrobienia sobie krzywdy.
Dziś kolejne info nt. Cracovia Maraton. Znowu zmieniają trasę, tym razem rezygnują z wyprawy bocznymi ścieżkami do Nowej Huty, trasa zredukowana jest do obszaru Starego Miasta i przyległości. 2 pętle, moim zdaniem trasa zdecydowanie zyskuje na atrakcyjności dla zawodników, a przede wszystkim dla widzów. Ci ostatni zobaczą zawodników dwukrotnie, co podnosi atrakcyjność biegu. Lepsza będzie logistyka, bo można dogadać się z rodzinką, rozstawić ją w kluczowych punktach, by podała jedzenie i popitkę, nie liczyć już na ogólnomaratońskie jadłodajnie i wodopoje. Zobaczę, jak się będę czuł pod koniec tygodnia. Kiełkuje myśl, by ponownie spróbować powalczyć o godną życiówkę. Nie mam złudzeń, że Tomek Oleszek podniesie rzuconą mu rękawicę i wkrótce rozprawi się ze swoim i moim rekordem. Może zawczasu rzucić mu rękawicę nieco dalej? ;)

piątek, 9 maja 2014

Odpuszczę dziś

Wczoraj 10 km

Jeszcze czuję niedzielny bieg. Osłabienie wprawdzie coraz mniejsze, ale wciąż daje znać. Mięśnie też jeszcze nie w takiej kondycji, jak przed biegiem w Hamburgu. Achilles - tradycyjnie. Ale dyszkę wczoraj przebiegłem, pierwszą od niedzieli. Pierwsze pięć kilometrów było nawet miłe, potem dał o sobie ból krzyża, trzeba było przejść do delikatnego truchtu, nie powodującego pogłębiania tego niemiłego stanu. 
Dziś sobie odpuszczam bieg, niech wraca równowaga. Trochę ćwiczeń siłowych, trochę rozciągania, niespecjalnie mam ochotę na wyjście na jakiś marsz w teren, bo przez cały dzień przechodzą deszczowe chmury, z których od czasu do czasu gęsto leje. Majowy deszcz wprawdzie milszy, niż listopadowy, ale po co moknąć bez powodu? Zwłaszcza że ciśnienie jest takie, jakby go nie było wcale...

Dziś w GG wywiad z wiceprezesem Hanzy, Sebastianem. Poruszył ciekawy wątek zawodnika UKS Barnim, który po wsparcie finansowe przyszedł do... Hanzy. I dostał pod warunkiem, że będzie startował w koszulce z logo sponsora. Warunek został przyjęty, co potwierdzają zdjęcia z zawodów. Ciekawe, że to, co w przypadku Piotrka Walkowiaka zostało przez zarząd UKS Barnim potraktowane jako zdrada i omalże zbrodnia (ukarana obcięciem wynagrodzenia), w przypadku pupila prezesa JK jest cnotą. Orwell nazywał takie coś "dwójmyśleniem", medycyna mówi o rozdwojeniu jaźni. 
A propos wywiadu: pewnie nikt z zainteresowanych nie uwierzy, że redaktor Palica porozmawiał z Sebastianem z własnej inicjatywy i sam wymyślił pytanie o sprawę sponsorowania zawodnika UKS Barnim przez KS Hanza. A tak właśnie było :)

środa, 7 maja 2014

Jeszcze czuję

8 km

W dzień wydawało mi się, że wszystko już wróciło do normy, ale wieczorem się przekonałem, że nie do końca. Mięśnie praktycznie odzyskały już sprawność, achilles też się prawie uspokoił, ale pojawił się ból w krzyżu, bardzo poważnie utrudniający bieganie; nawet nieco bardziej intensywny trucht sprawia, że w krzyżu boli, jakby ktoś wtykał śrubokręt między kręgi. Dobrze znam te objawy, to efekt przeciążenia w czasie długiego biegu i zanadto energicznego skłonu po biegu. Przejdzie w ciągu dnia czy dwóch. Jeśli jutro będzie nadal łupać, zrobię sobie dzień przerwy.

Na stadionie spotkałem Roberta. Ponarzekał, że w Kołobrzegu nabiegał "tylko" 3:15, to wedle niego tragedia. Hmm...

W drodze powrotnej z lasu natknąłem się na sytuację, w której naprawdę nie wiedziałem, jak się zachować, a rzadko mi się to zdarza. Otóż, w parku, w pobliżu stacji paliw na Szczecińskiej mijałem kobitę rwącą rosnące tam konwalie. Krzyknąłem na babę, żeby przestała i się wynosiła, bo konwalie są pod ochroną. Baba udała, że jest głucha. Podszedłem i pytam, czy naprawdę mam podejść do radiowozu stojącego ze dwieście metrów dalej (gliniarze kasowali młodych pijących piwo na łonie natury) i poprosić, żeby podjechali? Baba na to, że nie ma po co, bo i tak jej nic nie zrobią, przecież ona tylko zerwała parę kwiatków. I rwie babsko dalej te konwalie, nie przejmując się mną wcale, ani tym bardziej radiowozem w oddali! Szczęka mi opadła na ten tupet, normalnie nie wiedziałem, co dalej zrobić. Zbaraniałem. A kobita urwała jeszcze parę kwiatów i spokojnym krokiem sobie poszła z bukietem konwalii...

wtorek, 6 maja 2014

Powoli, powolutku...

5 km

Pierwszy, delikatny rozruch. Organizm się buntuje, mięśnie ud wciąż sztywne i bólem reagują na zmuszanie do wysiłku. Po kilometrze zaczęło się docieranie, sprawność się polepszyła, sztywność nieco ustąpiła. Ograniczyłem się jednak do spokojnego przetruchtania po lesie pięciu kilometrów, na cokolwiek przypominającego trening stanowczo za wcześnie. Teraz najważniejsze jest doprowadzenie się do takiego stanu, by maraton w Krakowie przebiec we względnie przyzwoitym czasie i bez sensacji zdrowotnych. Żadnych eksperymentów.

Żadna odpowiedź z Barnima na moje pytanie o gospodarowanie publicznymi pieniędzmi otrzymywanymi przez klub z gminy nie przyszła i raczej nie przyjdzie. Prezes klubu, ob. JK, jest na kolejnym wyjeździe zagranicznym ze swoim zawodnikiem, tym razem we Francji. Spędzi tam trzy tygodnie, a ja nie zamierzam czekać, aż może się namyśli lub okaże łaskę - i odpowie. 
Zabawne jest, w jaki sposób nieobecność pana K. jest maskowana. Dziś z 'osiru' do gazety przyszedł mail podpisany przez pana JK, który w swojej firmie obecny jest jedynie duchem. Na stronie PZLA nie ma wzmianki o obozie w Font Romeu, a zawodnik pana K. słowem o nim nie wspomina w swoich internetowych relacjach, nie pokazując też na zdjęciach. I nie pomogło ;)
Ciekawy jest też warunek, pod jakim pan K. dostał zgodę na wyjazd. Otóż, ma swoją nieobecność odpracować. Z zainteresowaniem będę oglądał odrabianie trzech tygodni nieobecności w 9 dni...

poniedziałek, 5 maja 2014

The day after

Odpoczynek

Wczoraj czułem się zdecydowanie lepiej, niż dziś. Mięśnie zdrewniałe, prawa pięta pobolewa, czuję zmęczenie. Nie jest jednak tak tragicznie, jak być mogło. Żadnych poważniejszych urazów, jutro zapewne będę na chodzie. Pęcherz na lewej stopie i jeden paznokieć, który zejdzie - to pikuś. 

Warunki w Hamburgu były zdecydowanie dobre. Temperatura odpowiednia, kilka stopni powyżej zera, bez słońca, wiatr odczuwalny, ale nieprzeszkadzający w biegu. Mocniej wiało jedynie na otwartej przestrzeni nad wodą, ale tych odcinków nie było wiele. Główna część biegu była na przestrzeni osłoniętej od wiatru.
Przeszkadzał mi tłok. Miałem wrażenie, że biegaczy było jakby więcej, niż 2 lata temu. Trudno było wyprzedzać, sporo sił traciło się na omijanie grupek biegnących w jednym
tempie, szeroką ławą. Sił i czasu, bo trzeba było zwalniać, szukać okazji, przemieszczać się z lewej na prawą i odwrotnie. Przez prawie 4 godziny nazbierało się tego z parę minut. 
Na 38 kilometrze złapały mnie skurcze mięśni udowych. Rozmasowanie pomogło, ale trzeba już było zapomnieć o dociśnięciu gazu, by nie wyeliminować się z biegu na parę kilometrów przed metą. Szkoda, bo sił zdecydowanie mi nie brakowało, bieg skończyłem z dużym zapasem energii. Bałem się jednak, że zmuszenie do wydajniejszej pracy zmęczonych już mięśni zakończy się klapą.
Przez pierwsze pół trasy bałem się z kolei o achillesa. Dawał, skubany, o sobie znać. Pamiętałem, by w miarę możliwości biec prawą stroną drogi i korzystać ze sprzyjającego nachylenia nawierzchni. Gdzieś koło dwudziestego kilometra ból zaczął zanikać, nie wiedziałem jednak, czy to naprawdę dobry znak, czy też sygnał nadchodzącej katastrofy (niewykluczonego przecież do końca zerwania ścięgna). Nie przekraczałem więc tempa 5:15-5:20, by zwiększonym obciążeniem nie powiększać i ryzyka. Już w połowie biegu postanowiłem, że celem będzie wynik o
minutę-dwie lepszy od dotychczasowej życiówki. I tak by się stało, gdyby nie problemy ze skurczami. Walka ze skurczem zajęła mi z dobrą minutę. Ale rezultat biegu do końca był pod kontrolą, nie brałem pod uwagę obsuwu, czyli wyniku gorszego od dotychczasowego.
Catering był na poziomie. Na pierwszym wodopoju tylko woda (ominąłem), od 10 km także izotonik (nie Powerade, jakieś siki innej firmy), banany, od połowy biegu pojawiła się cola i żele energetyczne. Na 10 km łyknąłem banana, popiłem cienkim izo, ale że było chłodno - picia nie potrzebowałem za dużo. Na 25 km chwyciłem dwa żele, by je na sobie wypróbować. Sraczki nie wywołały, dały przypływ energii; zrezygnowałem więc z bananów, tylko nieco piłem i brałem w garść pakiety żelowe. Łykałem jeden co kilometr, na 40 km w ogóle ominąłem wodopój, byłem pewien, że ostatnie dwa km wytrzymam bez problemu. 
Po drodze, gdzieś po 30 kilometrze, stał przy drodze gościu z butelką coli i płynem w kubeczkach. Wziąłem jeden, żeby przepłukać usta. Przepłukałem, ale szybko wyplułem: cola była rozmieszana z jakimś "płynem energetycznym", miało toto dobre parę procent. W innych okolicznościach pewnie bym łyknął, ale na 10 km przed metą wizyta w barze to kiepski pomysł...


Strefa mety ładnie zrobiona: czerwony dywan miał ze sto metrów, trybuny pełne ludzi,
doping wspaniały, finisz był prawdziwą satysfakcją po 42 km tułaczki po Hamburgu. Widać to zresztą na filmiku, który albo już jest pod tym tekstem, albo lada moment się pojawi.
Jeśli już o dopingu - jestem pod wrażeniem. Hamburczycy jak zwykle byli wspaniali, na całej trasie byli ludzie, czuło się zainteresowanie i życzliwość. Bardzo fajnie też Niemcy reagowali na moją koszulkę z napisem "Polska", było pozdrawianie i zachęcanie do biegu. Jeśli miałbym oceniać hamburski maraton - ocena byłaby bardzo wysoka. Organizacja bardzo sprawna, mankamenty drobne i mało istotne, atmosfera wzorowa. Polecam wszystkim, którzy jeszcze nie byli.
Było chłodno, więc nie mieliśmy ochoty na biwakowanie z piwem (Krombacher za darmo) pod chmurką. Piotrek czuł się fatalnie, więc się zebraliśmy i skierowaliśmy w stronę domu. Metro złapaliśmy od razu, z ulgą usiedliśmy. Potem był przykry moment, kiedy przyszło wstać, wysiąść z pociągu, zejść po schodach, a na koniec wykonać dramatyczny, dwudziestometrowy bieg do autobusu stojącego na przystanku. Obserwatorzy mogli się posikać ze śmiechu widząc dwa pingwiny rwące się do lotu... Na szczęście, Ola autobus przytrzymała na przystanku, zdążyliśmy - że tak to górnolotnie, poetycko wręcz nazwę - dobiec...



Nasze skojarzenia z Hamburgiem są przyjemne także ze względu na naszą gospodynię, panią Lilianę Walkowiak, która jak zwykle przygarnęła maratońskie bractwo, goszcząc z polską serdecznością i karmiąc tak, że grzechem byłoby nie zjeść. Wprawdzie w sobotę musiałem się oszczędzać, by nie zapłacić problemami gastrycznymi w niedzielę, ale po biegu hamulców już nie było: golonkę wciągałem bez skrupułów i wyrzutów sumienia. A zupa pieczarkowa, podana przed golonką, była istnym balsamem na żołądek przez 4 godziny napełniany tylko bananami, paskudnym izotonikiem i żelami energetycznymi. 
Miny wskazują na brak entuzjazmu
dla sportowego wydarzenia następnego dnia

Pani Ola natomiast zawsze ma entuzjazm

Start i meta były pod wieżą telewizyjną. Czasem
było do niej cholernie daleko...

Krombacher w przeddzień. Za darmo

Jak za darmo, to czemu nie?

Te schody w niedzielę po biegu miały ogromne powodzenie.
Mało kto chciał pokonać 9 stopni idąc...

Meta jest daleko w tle

Czekanie na start

Worek na zwłoki...

Ostatnie pożegnanie...

Jak gołe cycki, to znaczy, że Hamburg

My na trasie, Ola zaś w pięknym ogrodzie

Żyję, dlatego już jestem bez worka na zwłoki

Piotrek też żyje

A tu trochę nie żyje

Idziemy do metra. Powoli.

Blumen i coś tam, niewątpliwie ładnie

Piękno przyrody, jak widać, nas wzruszyło

A to zbliżenie na pomaratoński obiadek u pani Liliany.
On nas naprawdę wzruszył!
I na deser filmik nakręcony przez panią Olę
 

niedziela, 4 maja 2014

3:52:11

42,2 km

Udało się, jest nowa życiówka. Wprawdzie lepsza od poprzedniej raptem o 36 sekund, ale lepsza. Z paru powodów nie dało się pociągnąć mocniej, by nie skończyć z poważnie uszkodzonym achillesem bądź serią skurczy, które by mnie wyeliminowały. Z konieczności tempo ograniczyłem do takiego, które gwarantowało jedynie lekką poprawę poprzedniego wyniku. Bieg za to skończyłem w doskonałej kondycji i ze sporym zapasem sił. Bez żadnego kłopotu usiadłem za kółko i przejechałem wieczorem z Hamburga do Goleniówka.
Temat do rozwinięcia jutro, a teraz zasłużony sen.
Strefa mety, dzień przed

A tu już po biegu

piątek, 2 maja 2014

Koniec przygotowań

Odpoczynek

Odpoczynek, zbieranie sił, dawanie szansy achillesowi. Samopoczucie zdecydowanie dobre, czuję się wypoczęty i gotowy do prawie czterech godzin biegu. Od dwóch dni nie jem nic, co mogłoby zalegać w układzie pokarmowym i spowodować jakieś problemy gastryczne. Była wczoraj propozycja jakiegoś grilla, ale zniechęciła mnie sama myśl o tego typu jedzeniu, tłustym i ciężkostrawnym. Nie mam ochoty, to się potrafi zemścić problemami gastrycznymi na trasie albo krótko potem. Na diabła mi to?
Sprawdziłem prognozy na niedzielę w Hamburgu. 5-10 stopni, nieznaczny wiatr, może lekko padać. Hmm... niby nic pięknego, ale dla mnie to wymarzone warunki. Po dobrej rozgrzewce nie będę miał przynajmniej kłopotów z utrzymaniem równowagi termicznej, mniej będzie potu, więc mniejsza utrata elektrolitów, mniej do uzupełniania, mniejsze ryzyko jakichś problemów. 
Wyjazd jutro o 7 rano, w południe powinniśmy być na miejscu. Standardowa procedura: pakiety startowe, trochę spaceru po mieście, rozpoznanie terenu startu i mety, a wieczorem nie za długie posiedzenie i spanko. Pobudka koło szóstej, start o 9. Postępy poszczególnych biegaczy można śledzić na stronie wwww.haspa-marathon-hamburg.de. Trzeba na głównej stronie z menu po lewej stronie wybrać pozycję "results", na następnym ekranie "results 2014", potem z podmenu zakładkę "startlist" (powinna ukazać się sama), wpisać nazwisko biegacza, a kiedy ukaże się w okienku - po prawej stronie wcisnąć zielony "+", co doda jegomościa do listy "my favourites". Po czym przejść do podmenu "my favourites", kliknąć na niej nazwisko biegacza, co otworzy okno z tabelą, w której w miarę biegu będą się pokazywać informacje. Wystarczy odświeżać stronę co parę minut. W moim przypadku, zakładając tempo rzędu 5:20, wystarczy odświeżyć ją co 27 minut.
No to cóż: do zobaczenia.

czwartek, 1 maja 2014

Siostra z kijkami

6 km

Relaksowa przebieżka bez żadnych ambicji. Ot, dla poprawy krążenia, dla lepszego trawienia i żeby sumienie nie gryzło, gdy będę pił portera (piję, nie gryzie). Achilles przypomniał subtelnie, że jest i nie da się tak łatwo wykreślić z listy obecności. Mowa o prawym, bo lewy już dawno się zdyscyplinował, skubany, i o nim zapomniałem. Przebiegłem się po lesie w pięknych okolicznościach majowej przyrody. Zaraz za torami natknąłem się na trzy panie z kijkami, które zatrzymałem i poprosiłem, by pozwoliły sobie zrobić zdjęcie. Powodem była siostra Weronika, zasuwająca jak pershing z kijkami. Kijki, empetrójka, do kompletu szary habit. Siostra okazała się bardzo kontaktowa, obiecała w niedzielę się pomodlić za brać maratońską, która będzie się udzielać tu i ówdzie. Zaraz wrzuciłem notkę na portal Goleniowskiej. Coś mi się zdaje, że taka informacja robi lepiej Kościołowi i wierzącym niż nieudolna batalia o świętego Jerzego...