15 km
Nie wypadało siedzieć w domu, kiedy inni kończyli dobę z ogonkiem biegu wokół Arkonki. Zapędziłem się w las za Górą Lotnika i - wstyd przyznać - pogubiłem drogę. Oczywiście, nie było ryzyka, że wyjdę z lasu pod Choszcznem, wiedziałem gdzie jest północ, a gdzie południe i w którą stronę ogólnie się kierować. Ale ścieżek nie rozpoznawałem, las też wyglądał dziwnie. Na brzeg szosy wyszedłem jednak dokładnie tam, gdzie chciałem: na wysokości leśnego parkingu. Okazało się, że drwale to i owo wycięli, ścieżki nieco zarosły, generalnie - zmienił się krajobraz. I faktycznie, dość dawno nie robiłem już nielegalnego przeskoku przez "trójkę", był czas na zajście zmian.
Skok przez ekspresówkę był nieco ryzykowny, dziś ruch duży, ale żyję. A potem już standardowo, przez GPP do domu.
Po południu przejechałem się jeszcze rowerem, żeby mięśnie rozruszać i mieć czyste sumienie siadając do kolacji. Na razie nie ma wieści od delegacji z Klinisk, a nie dzwonię, bo może śpią. Wieści dojdą. Czekam też na jakiś sygnał życia od początkującego triatlonisty Piotra W., który dziś miał zadebiutować w okolicach Warszawy.
Jest sygnał, Piotrek żyje i wraca bardzo zadowolony. Wisiał mi na telefonie prawie pół godziny, opowiadając o starcie, przekazując wrażenia i namawiając, bym spróbował.
Do rozważenia.
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
niedziela, 13 lipca 2014
sobota, 12 lipca 2014
Pusto
10 km
Rano świetne warunki do biegania, bo po deszczowej nocy miły chłód i trochę wody na trawie. Tymczasem w lesie pusto, nie było nie tylko ludzi, ale nawet śladów na piasku. Dziwna pustka także na stadionie.
Ciekawe, jak idzie tym, co wybrali się do Lasku Arkońskiego na 25 godzin charytatywnego biegania w RAZ 25H RUN. Nadal nie pada, jest w miarę ciepło, warunki na razie wyśmienite. Pół godziny po północy, połowę biegu (tę łatwiejszą...) mają już za sobą.
A jutro niebanalne wydarzenie, szkoda trochę, że go nie zobaczę. Piotrek Walkowiak z ekipą Hanzy startuje w Warszawie w jakimś triatlonie. Przed wyjazdem pokazywał mi strój, w jakim ma biec, płynąć i jechać. Wygląda, jak żywcem wzięty z filmów o Flipie i Flapie, taki oldskulowy (belle epoque) uniform jednoczęściowy, z nogawkami do pół uda i osłoniętą klatą. Mam nadzieję, że ktoś tam będzie robił fotki i Piotrek się nimi podzieli, by rozbawić nie tylko mnie...
Rano świetne warunki do biegania, bo po deszczowej nocy miły chłód i trochę wody na trawie. Tymczasem w lesie pusto, nie było nie tylko ludzi, ale nawet śladów na piasku. Dziwna pustka także na stadionie.
Ciekawe, jak idzie tym, co wybrali się do Lasku Arkońskiego na 25 godzin charytatywnego biegania w RAZ 25H RUN. Nadal nie pada, jest w miarę ciepło, warunki na razie wyśmienite. Pół godziny po północy, połowę biegu (tę łatwiejszą...) mają już za sobą.
A jutro niebanalne wydarzenie, szkoda trochę, że go nie zobaczę. Piotrek Walkowiak z ekipą Hanzy startuje w Warszawie w jakimś triatlonie. Przed wyjazdem pokazywał mi strój, w jakim ma biec, płynąć i jechać. Wygląda, jak żywcem wzięty z filmów o Flipie i Flapie, taki oldskulowy (belle epoque) uniform jednoczęściowy, z nogawkami do pół uda i osłoniętą klatą. Mam nadzieję, że ktoś tam będzie robił fotki i Piotrek się nimi podzieli, by rozbawić nie tylko mnie...
czwartek, 10 lipca 2014
Podpisane
12 km
Młody już się nasiedział w domu, wstał dziś parę minut po 6 (zamiast, jak normalnie - o 15) i obudził mnie hałasem robionym w łazience, po czym nieco po 7 zmył się do Poznania, jutro jedzie na jakiś koncert do Warszawy, stamtąd być może znów wróci do domu, by się wyspać.
Obudzony rankiem, skorzystałem z okazji i wybrałem się w plener. Tym razem sam las, nie ma sensu lawirować między samochodami w parku przemysłowym. Choć wcześnie, dwóch biegaczy za torami spotkałem. Jeden z nich nastraszył mnie niesamowicie: akurat przypominałem sobie jakieś zimowe spotkanie z dzikami, kiedy za plecami usłyszałem chrząknięcie... Włosy stanęły mi dęba, gwałtownie się obróciłem w przekonaniu, że goni mnie coś dzikiego. Ale to był jedynie jakiś nieznany mi amator biegania, który pewnie przez chwilę miał niezły ubaw...
Z przyjemnością stwierdziłem, że nic mi nie dolega. Spokojnie mogę już robić podbiegi, dupy przy tym nie urywa. Lekkie ćmienie w okolicy prawej pięty jest wygasającym wspomnieniem po wiosennych problemach ze zdrowiem, ale już na szczęście nie ograniczeniem. Dziś czynnikiem ograniczającym była temperatura, zniechęcająca do tyrania się na leśnych ścieżkach. Ale to już czynnik zewnętrzny, na który nie mam żadnego wpływu.
A tymczasem z grona znajomych coraz więcej sygnałów o kłopotach zdrowotnych związanych z bieganiem. Najczęstszy to achillesy, kolana, stopy i stawy skokowe. Ludzie albo przesadzają z ilością treningu zapominając o dacie narodzin (to tyczy i mnie...), albo za dużo ważą, albo mają nieodpowiednie obuwie, albo fatalny styl biegania, albo też wszystkiego po trochu. Się okazuje, że jednak forma z ostatnich lat czasów, kiedy człowiek był nastolatkiem, to już głęboka przeszłość, a można co najwyżej marzyć o stopniowym, ostrożnym powrocie do względnie dobrego stanu zdrowia. Daje to do myślenia...
Dziś uczestniczyłem w miłym wydarzeniu. Podpisano umowę na budowę bieżni. W ciągu tygodnia zostanie przekazany plac budowy, czyli główne boisko stadionu z żużlowym syfem go otaczającym, a najpóźniej 21 lipca firma wchodzi na plac budowy i ostro bierze się za robotę. I pomyśleć, że jeszcze rok temu sprawa bieżni była na etapie luźnych obietnic i deklaracji, które po 27 latach ściemniania przez Wojciechowskiego można było traktować z dużym dystansem.
Młody już się nasiedział w domu, wstał dziś parę minut po 6 (zamiast, jak normalnie - o 15) i obudził mnie hałasem robionym w łazience, po czym nieco po 7 zmył się do Poznania, jutro jedzie na jakiś koncert do Warszawy, stamtąd być może znów wróci do domu, by się wyspać.
Obudzony rankiem, skorzystałem z okazji i wybrałem się w plener. Tym razem sam las, nie ma sensu lawirować między samochodami w parku przemysłowym. Choć wcześnie, dwóch biegaczy za torami spotkałem. Jeden z nich nastraszył mnie niesamowicie: akurat przypominałem sobie jakieś zimowe spotkanie z dzikami, kiedy za plecami usłyszałem chrząknięcie... Włosy stanęły mi dęba, gwałtownie się obróciłem w przekonaniu, że goni mnie coś dzikiego. Ale to był jedynie jakiś nieznany mi amator biegania, który pewnie przez chwilę miał niezły ubaw...
Z przyjemnością stwierdziłem, że nic mi nie dolega. Spokojnie mogę już robić podbiegi, dupy przy tym nie urywa. Lekkie ćmienie w okolicy prawej pięty jest wygasającym wspomnieniem po wiosennych problemach ze zdrowiem, ale już na szczęście nie ograniczeniem. Dziś czynnikiem ograniczającym była temperatura, zniechęcająca do tyrania się na leśnych ścieżkach. Ale to już czynnik zewnętrzny, na który nie mam żadnego wpływu.
A tymczasem z grona znajomych coraz więcej sygnałów o kłopotach zdrowotnych związanych z bieganiem. Najczęstszy to achillesy, kolana, stopy i stawy skokowe. Ludzie albo przesadzają z ilością treningu zapominając o dacie narodzin (to tyczy i mnie...), albo za dużo ważą, albo mają nieodpowiednie obuwie, albo fatalny styl biegania, albo też wszystkiego po trochu. Się okazuje, że jednak forma z ostatnich lat czasów, kiedy człowiek był nastolatkiem, to już głęboka przeszłość, a można co najwyżej marzyć o stopniowym, ostrożnym powrocie do względnie dobrego stanu zdrowia. Daje to do myślenia...
Dziś uczestniczyłem w miłym wydarzeniu. Podpisano umowę na budowę bieżni. W ciągu tygodnia zostanie przekazany plac budowy, czyli główne boisko stadionu z żużlowym syfem go otaczającym, a najpóźniej 21 lipca firma wchodzi na plac budowy i ostro bierze się za robotę. I pomyśleć, że jeszcze rok temu sprawa bieżni była na etapie luźnych obietnic i deklaracji, które po 27 latach ściemniania przez Wojciechowskiego można było traktować z dużym dystansem.
wtorek, 8 lipca 2014
W porannym chłodku
10 km
Jak miło. Z rana był orzeźwiający chłodek, lekki wiatr na otwartej przestrzeni, miły cień w lesie. Piątka przez las, piątka przez park przemysłowy. Jedyny niemiły akcent to bardzo duży ruch samochodów na prostej przez park, większość kierowców robi miejsce, ale znalazło się paru, którzy byli zdecydowani zepchnąć mnie do rowu. Ciekawostka: wszyscy byli na numerach warszawskich albo gorzowskich. Oba te regiony są znanymi zagłębiami kultury drogowej...
Z rozbawieniem przypatruję się, jak kierowcom w Goleniowie zaciska się pętla na szyi. Do znanych już trudności komunikacyjnych dziś doszło zamknięcie odcinka drogi Goleniów-Lubczyna spowodowanego kładzeniem asfaltu na ulicy Przestrzennej. Ciekawe, że ludzie znoszą to ze spokojem i bez marudzenia.
Jest odpowiedź z 'osiru' w sprawie wczasów pana JK. Potrwają do 22 lipca, ale wczasowicz jest w 'osirze' na urlopie bezpłatnym. To rozwiązanie do przyjęcia. Pytanie tylko, jaki jest sens utrzymywania w 'osirze' etatu, który przez pół roku jest nieobsadzony?
Godzina 14.56. Ruch w pokoju Młodego. Obudził się, wstał, poszedł się wykąpać. Kąpiel błyskawiczna: nie ma ciepłej wody, więc wyszło na jaw, że można wziąć prysznic w dwie minuty :)
A po południu miła odmiana, popadało i pogrzmiało. Poszedłem zobaczyć włości Ojca D. Wyglądały tak:
Jak miło. Z rana był orzeźwiający chłodek, lekki wiatr na otwartej przestrzeni, miły cień w lesie. Piątka przez las, piątka przez park przemysłowy. Jedyny niemiły akcent to bardzo duży ruch samochodów na prostej przez park, większość kierowców robi miejsce, ale znalazło się paru, którzy byli zdecydowani zepchnąć mnie do rowu. Ciekawostka: wszyscy byli na numerach warszawskich albo gorzowskich. Oba te regiony są znanymi zagłębiami kultury drogowej...
Z rozbawieniem przypatruję się, jak kierowcom w Goleniowie zaciska się pętla na szyi. Do znanych już trudności komunikacyjnych dziś doszło zamknięcie odcinka drogi Goleniów-Lubczyna spowodowanego kładzeniem asfaltu na ulicy Przestrzennej. Ciekawe, że ludzie znoszą to ze spokojem i bez marudzenia.
Jest odpowiedź z 'osiru' w sprawie wczasów pana JK. Potrwają do 22 lipca, ale wczasowicz jest w 'osirze' na urlopie bezpłatnym. To rozwiązanie do przyjęcia. Pytanie tylko, jaki jest sens utrzymywania w 'osirze' etatu, który przez pół roku jest nieobsadzony?
Godzina 14.56. Ruch w pokoju Młodego. Obudził się, wstał, poszedł się wykąpać. Kąpiel błyskawiczna: nie ma ciepłej wody, więc wyszło na jaw, że można wziąć prysznic w dwie minuty :)
A po południu miła odmiana, popadało i pogrzmiało. Poszedłem zobaczyć włości Ojca D. Wyglądały tak:
poniedziałek, 7 lipca 2014
Trzy dni odpustu
7 km
Nie ma co ściemniać, nie przeciążyłem się bieganiem. Przez trzy dni tylko jedna, niedzielna wyprawa w teren, raczej dla spokoju sumienia, niż dla realnego efektu. Upał koszmarny, duchota, prosta i skuteczna metoda na przeniesienie się na drugi świat. Komary jak meserszmity, atakowały stadami przy pierwszej próbie zatrzymania się (fakt, głupi pomysł stawać w lesie...), a pora na atak klasyczna: tuż przed zmianą pogody. Wprawdzie zmiana nie nastąpiła, bo oczekiwana burza nie nadeszła, ale to widocznie rozsierdziło jeszcze bzyczące hordy, bo w końcu w niedzielę się poddaliśmy i poszliśmy do domu, drapiąc się po pokąsanych miejscach.
A wcześniej kawał dobrej zabawy. Młode pokolenie jak zwykle się sprawiło, przygotowali niebywale dowcipne prezentacje na temat jubilatów (w tym na nasz, bo jutro 25 lat od dnia ślubu), można było popłakać się ze śmiechu. Do tego dużo dobrego jedzonka, które nie korelowało zanadto z planami biegowymi, więc te ostatnie zostały zawieszone. No i to i owo do popicia. Nauczony doświadczeniem zeszłorocznym, starannie dobrałem repertuar, co uchroniło mnie przed zanadto dotkliwymi skutkami świętowania. Inni też sytuację opanowali, po nikim nie było widać skutków nadużycia, co jest o tyle ciekawe, że zapasów było jak na wojnę stuletnią, a zdaje się, niewiele ocalało...
Dziś wracam do równowagi, z powodu upału apetyt nie dopisuje - ale to i dobrze. Szczęśliwie, się nieco ochłodziło, więc jutro z rana będzie można wrócić na szlak.
Nie ma co ściemniać, nie przeciążyłem się bieganiem. Przez trzy dni tylko jedna, niedzielna wyprawa w teren, raczej dla spokoju sumienia, niż dla realnego efektu. Upał koszmarny, duchota, prosta i skuteczna metoda na przeniesienie się na drugi świat. Komary jak meserszmity, atakowały stadami przy pierwszej próbie zatrzymania się (fakt, głupi pomysł stawać w lesie...), a pora na atak klasyczna: tuż przed zmianą pogody. Wprawdzie zmiana nie nastąpiła, bo oczekiwana burza nie nadeszła, ale to widocznie rozsierdziło jeszcze bzyczące hordy, bo w końcu w niedzielę się poddaliśmy i poszliśmy do domu, drapiąc się po pokąsanych miejscach.
A wcześniej kawał dobrej zabawy. Młode pokolenie jak zwykle się sprawiło, przygotowali niebywale dowcipne prezentacje na temat jubilatów (w tym na nasz, bo jutro 25 lat od dnia ślubu), można było popłakać się ze śmiechu. Do tego dużo dobrego jedzonka, które nie korelowało zanadto z planami biegowymi, więc te ostatnie zostały zawieszone. No i to i owo do popicia. Nauczony doświadczeniem zeszłorocznym, starannie dobrałem repertuar, co uchroniło mnie przed zanadto dotkliwymi skutkami świętowania. Inni też sytuację opanowali, po nikim nie było widać skutków nadużycia, co jest o tyle ciekawe, że zapasów było jak na wojnę stuletnią, a zdaje się, niewiele ocalało...
Dziś wracam do równowagi, z powodu upału apetyt nie dopisuje - ale to i dobrze. Szczęśliwie, się nieco ochłodziło, więc jutro z rana będzie można wrócić na szlak.
czwartek, 3 lipca 2014
Wraca normalność
10 km
Dziś kolej na bieganie. Standardowa dycha, w połowie leśna, w połowie asfaltowa. Wróciłem zadowolony, bo znów widoczna poprawa. Żadnego bólu w lędźwiowym odcinku kręgosłupa, achillesy wzorowe, tylko lekkie ćmienie gruszkowatego tworu. Tempo nader umiarkowane, około 5:30 na kilometr, żeby nic sobie nie naruszyć i nie naciągnąć, a jedynie rozruszać i rozmasować, co należy i bieg skończyć w poczuciu zadowolenia z dobrej roboty. Tak też było.
Wybrałem się dziś do swojego adwokata, popchnąć parę spraw, w tym Pulsu Goleniowa i pewnego gangstera, który zasypuje mnie pozwami sądowymi. Znam mecenasa od czasów liceum, mamy bliskie poglądy na wiele spraw. Mecenas ma wiele zalet, wśród nich ogromną skuteczność. Ale ma i inną: od zawsze jest czynnym sportowcem, ćwiczy wschodnie sztuki walki, ale też biega. Ostatnio miał ogromne problemy z lędźwiowym odcinkiem kręgosłupa. Pochodził trochę po lekarzach, uznał, że się nie znają. Zapisał sobie kurację własnego pomysłu: dużo forsownych ćwiczeń z dwudziestokilowymi ciężarami. Pomogło, wzmocnił mięśnie kręgosłupa i mówi, że wszelkie dolegliwości mu przeszły. A podobno od lekarzy słyszał, że pierwsze i najważniejsze, to odstawić wszelki wysiłek fizyczny.
Przepraszam pewnego anonimowego komentatora, że przez nieostrożność skasowałem jego komentarz, zamiast go opublikować. W komentarzu jest apel, żebym przestał pisać komentarze do niniejszego bloga, bo to jest tendencyjne. Niestety, nie mogę obiecać, że przestanę. Po prostu - nie piszę anonimowych komentarzy, więc przestać nie dam rady. Z tego samego powodu nie przestanę codziennie bić żony i dzieci - nie biję.
Dziś kolej na bieganie. Standardowa dycha, w połowie leśna, w połowie asfaltowa. Wróciłem zadowolony, bo znów widoczna poprawa. Żadnego bólu w lędźwiowym odcinku kręgosłupa, achillesy wzorowe, tylko lekkie ćmienie gruszkowatego tworu. Tempo nader umiarkowane, około 5:30 na kilometr, żeby nic sobie nie naruszyć i nie naciągnąć, a jedynie rozruszać i rozmasować, co należy i bieg skończyć w poczuciu zadowolenia z dobrej roboty. Tak też było.
Wybrałem się dziś do swojego adwokata, popchnąć parę spraw, w tym Pulsu Goleniowa i pewnego gangstera, który zasypuje mnie pozwami sądowymi. Znam mecenasa od czasów liceum, mamy bliskie poglądy na wiele spraw. Mecenas ma wiele zalet, wśród nich ogromną skuteczność. Ale ma i inną: od zawsze jest czynnym sportowcem, ćwiczy wschodnie sztuki walki, ale też biega. Ostatnio miał ogromne problemy z lędźwiowym odcinkiem kręgosłupa. Pochodził trochę po lekarzach, uznał, że się nie znają. Zapisał sobie kurację własnego pomysłu: dużo forsownych ćwiczeń z dwudziestokilowymi ciężarami. Pomogło, wzmocnił mięśnie kręgosłupa i mówi, że wszelkie dolegliwości mu przeszły. A podobno od lekarzy słyszał, że pierwsze i najważniejsze, to odstawić wszelki wysiłek fizyczny.
Przepraszam pewnego anonimowego komentatora, że przez nieostrożność skasowałem jego komentarz, zamiast go opublikować. W komentarzu jest apel, żebym przestał pisać komentarze do niniejszego bloga, bo to jest tendencyjne. Niestety, nie mogę obiecać, że przestanę. Po prostu - nie piszę anonimowych komentarzy, więc przestać nie dam rady. Z tego samego powodu nie przestanę codziennie bić żony i dzieci - nie biję.
środa, 2 lipca 2014
25 lat się zbliża...
25 km, rower
Nie cierpię takiej pogody. Ni to wieje, ni to spokój. Ma padać, a nie pada, albo odwrotnie. W każdym razie wiało, choć nie miało wiać i nie padało, choć miało. Dlatego zrezygnowałem z tury przez Lubczynę, Czarną Łąkę, Kliniska i Stawno na rzecz objazdu okolic Goleniowa. Wyszło tego równe 25 km, na dziś starczy. Ani dupsko zanadto nie bolało, ani nie miałem poczucia, że marnuję czas. Zmęczenie poniżej normy, ale pamiętajmy o dobrym relaksie dla gruszkowatego ścierwa ulokowanego wygodnie w d... Grucha siedzi cicho, pewnie zadowolona.
Oleńka została dziś wyeksportowana do Konina. Od piątku będzie tam trwał festyn rodzinny zorganizowany z paru powodów. Pierwszy, to 60. urodziny gospodarza, Marka, wiceprezydenta Konina. Drugi, to nasze 25 lat małżeństwa. Jest jeszcze 10 lat małżeństwa Kasi i 5 lat Cyganów. W sumie - sporo powodów, żeby się spotkać, coś zjeść i popić ( wersja dla uzależnionych: wypić i zakąsić). Zbiórka w piątek lekkim popołudniem, zaczynamy od rodzinnego grilla, do którego popłynie to i owo. Jeśli się powtórzy scenariusz zjazdu sprzed roku, poranek będzie ciężki i baaardzo cichy. Do popołudnia zobmies wrócą do ludzkiej postaci, ja już pewnie będę miał w nogach paręnaście kilometrów biegu po okolicy. W sam raz, żeby w sobotnie popołudnie odbyć główną część imprezki i przyjąć kolejną porcję płynów. A w niedzielę powtórka z rozrywki. Jeśli będzie trzeba (będzie trzeba...), się zostanie do poniedziałku przed południem. Coś goni? 25 lat ślubu się świętuje raz na 25 lat. A ja wiem, czy dożyję kolejnej rocznicy?
Zabawne będzie, że kołchoz będzie nieprawdopodobny. Co najmniej 22 osoby, w tym seniora rodu, czyli najpowszechniej poważana Babcia Jadzia oraz najmłodsi członkowie klanu: Mateusz, Paulinka i Hania. 80-letnią przestrzeń między nimi wypełni 18 osób, które po drodze się zjawiły tam, gdzie należało... Piękna sprawa, a kto nie ma rodziny liczonej w dziesiątki - nie pojmie, co go omija! :)
Nie cierpię takiej pogody. Ni to wieje, ni to spokój. Ma padać, a nie pada, albo odwrotnie. W każdym razie wiało, choć nie miało wiać i nie padało, choć miało. Dlatego zrezygnowałem z tury przez Lubczynę, Czarną Łąkę, Kliniska i Stawno na rzecz objazdu okolic Goleniowa. Wyszło tego równe 25 km, na dziś starczy. Ani dupsko zanadto nie bolało, ani nie miałem poczucia, że marnuję czas. Zmęczenie poniżej normy, ale pamiętajmy o dobrym relaksie dla gruszkowatego ścierwa ulokowanego wygodnie w d... Grucha siedzi cicho, pewnie zadowolona.
Oleńka została dziś wyeksportowana do Konina. Od piątku będzie tam trwał festyn rodzinny zorganizowany z paru powodów. Pierwszy, to 60. urodziny gospodarza, Marka, wiceprezydenta Konina. Drugi, to nasze 25 lat małżeństwa. Jest jeszcze 10 lat małżeństwa Kasi i 5 lat Cyganów. W sumie - sporo powodów, żeby się spotkać, coś zjeść i popić ( wersja dla uzależnionych: wypić i zakąsić). Zbiórka w piątek lekkim popołudniem, zaczynamy od rodzinnego grilla, do którego popłynie to i owo. Jeśli się powtórzy scenariusz zjazdu sprzed roku, poranek będzie ciężki i baaardzo cichy. Do popołudnia zobmies wrócą do ludzkiej postaci, ja już pewnie będę miał w nogach paręnaście kilometrów biegu po okolicy. W sam raz, żeby w sobotnie popołudnie odbyć główną część imprezki i przyjąć kolejną porcję płynów. A w niedzielę powtórka z rozrywki. Jeśli będzie trzeba (będzie trzeba...), się zostanie do poniedziałku przed południem. Coś goni? 25 lat ślubu się świętuje raz na 25 lat. A ja wiem, czy dożyję kolejnej rocznicy?
Zabawne będzie, że kołchoz będzie nieprawdopodobny. Co najmniej 22 osoby, w tym seniora rodu, czyli najpowszechniej poważana Babcia Jadzia oraz najmłodsi członkowie klanu: Mateusz, Paulinka i Hania. 80-letnią przestrzeń między nimi wypełni 18 osób, które po drodze się zjawiły tam, gdzie należało... Piękna sprawa, a kto nie ma rodziny liczonej w dziesiątki - nie pojmie, co go omija! :)
wtorek, 1 lipca 2014
Żeby nie przechwalić!
12 km
Zadziwiająca poprawa. Tydzień rozciągania po kilka razy dziennie zrobił swoje, dziś mi nic nie dokuczało, a kondycja wręcz zachęcała do przebrania się w biegowe ciuchy i wyprawy w teren. Tak też około szóstej zrobiłem. Po wejściu do lasu uczciwa rozgrzewka i rozciąganie, po których bieg nie stwarzał żadnych problemów. Czułem jedynie minimalne pobolewanie przy podbiegach, ale to nic w porównaniu do sensacji, jakie miałem przez ostatnie dni. Lekkie ćmienie w okolicy krzyża poczułem dopiero w drodze powrotnej do Goleniowa, już na szosie lubczyńskiej. Nic to, jak mawiał pan Michał do swojej Basieńki.
Po powrocie do miasta wyjąłem rowerek i zrobiłem szybką dychę dla zrelaksowania mięśni nieco zmęczonych biegiem i rozmasowania ich ruchem. Pomogło, rowerek jest świetną metodą pobiegowego powrotu do normalności. Zdaje się, że ten triathlon to niegłupi pomysł, bo i pływanie świetnie się tu skomponuje, w końcu to przede wszystkim praca mięśni górnej partii.
Od dwóch dni nieco dyscypliny w odżywianiu. Zero podjadania, wyłącznie obiad i kolacja (śniadania nigdy nie jem). Jest potrzeba zbicia paru kilogramów, to ułatwi powrót do kondycji i poprawi mi samopoczucie. Mniejsza waga to mniejsze obciążenie dla ścięgien, kręgosłupa i stawów - samo zdrowie.
Popytałem dziś burmistrza o wczasy obywatela JK. Dostałem odpowiedź, ale po pewne szczegóły odesłał mnie do Najjaśniejszego Słońca Osiru. Jak zgromadzę wiedzę, to się nią podzielę. Na dziś wiem, że wczasy w mojej ukochanej jak najbardziej Francji trwają.
Zadziwiająca poprawa. Tydzień rozciągania po kilka razy dziennie zrobił swoje, dziś mi nic nie dokuczało, a kondycja wręcz zachęcała do przebrania się w biegowe ciuchy i wyprawy w teren. Tak też około szóstej zrobiłem. Po wejściu do lasu uczciwa rozgrzewka i rozciąganie, po których bieg nie stwarzał żadnych problemów. Czułem jedynie minimalne pobolewanie przy podbiegach, ale to nic w porównaniu do sensacji, jakie miałem przez ostatnie dni. Lekkie ćmienie w okolicy krzyża poczułem dopiero w drodze powrotnej do Goleniowa, już na szosie lubczyńskiej. Nic to, jak mawiał pan Michał do swojej Basieńki.
Po powrocie do miasta wyjąłem rowerek i zrobiłem szybką dychę dla zrelaksowania mięśni nieco zmęczonych biegiem i rozmasowania ich ruchem. Pomogło, rowerek jest świetną metodą pobiegowego powrotu do normalności. Zdaje się, że ten triathlon to niegłupi pomysł, bo i pływanie świetnie się tu skomponuje, w końcu to przede wszystkim praca mięśni górnej partii.
Od dwóch dni nieco dyscypliny w odżywianiu. Zero podjadania, wyłącznie obiad i kolacja (śniadania nigdy nie jem). Jest potrzeba zbicia paru kilogramów, to ułatwi powrót do kondycji i poprawi mi samopoczucie. Mniejsza waga to mniejsze obciążenie dla ścięgien, kręgosłupa i stawów - samo zdrowie.
Popytałem dziś burmistrza o wczasy obywatela JK. Dostałem odpowiedź, ale po pewne szczegóły odesłał mnie do Najjaśniejszego Słońca Osiru. Jak zgromadzę wiedzę, to się nią podzielę. Na dziś wiem, że wczasy w mojej ukochanej jak najbardziej Francji trwają.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Rower jak masaż
Trochę rowerka
Coś tam kapało z nieba, ciśnienie nędzne, nie były to warunki do wielkiego wysiłku. Po piątej wsiadłem jednak na rower, choć pierwszy kontakt z siodełkiem zdecydowanie nie zachęcał do drugiego i kolejnych. Szybko jednak przywykłem, paręnaście kilometrów po mieście i okolicy zrobiłem. Znów zauważyłem, że pracują zupełnie inne grupy mięśni, natomiast jazda na rowerze zdaje się nie najgorzej wpływa na stan tego gruszkowatego ścierwa, co to ostatnio życie mi zatruwa, a i na stan kręgosłupa oddziałuje nie najgorzej. Po jeździe rowerem czułem taką poprawę, jak po dobrym masażu i gimnastyce.
Dobre wieści z urzędu nt. bieżni. Kolejny ważny krok zrobiony: wygrana bitwa z firmą, która przegrała przetarg i skarżyła się na jego wynik. Firma przegrała, gmina jest górą. Zlecenie dostanie firma ciut droższa, ale mająca doświadczenie w budowie stadionów i kładzeniu Mondo. W przyszłym tygodniu dodatkowa sesja rady miejskiej i zmiana w budżecie (uzupełnienie go o środki na bieżnię), po czym można już podpisywać umowę i wpuszczać wykonawcę na stadion. Przebudowa powinna się zacząć w lipcu.
Obywatel JK znów jest na wczasach, tym razem we Francji. Był tam zresztą miesiąc temu, a wcześniej w Portugalii i Kenii. Z moich rachunków wynika, że więcej jest na wczasach, niż w pracy w 'osirze'. Czas zapytać Ojca Dyrektora o sens utrzymywania etatu zajmowanego przez jego kolegę, którego więcej nie ma w pracy, niż jest. A może zapytam burmistrza? Jutro jest konferencja prasowa, można skorzystać.
Coś tam kapało z nieba, ciśnienie nędzne, nie były to warunki do wielkiego wysiłku. Po piątej wsiadłem jednak na rower, choć pierwszy kontakt z siodełkiem zdecydowanie nie zachęcał do drugiego i kolejnych. Szybko jednak przywykłem, paręnaście kilometrów po mieście i okolicy zrobiłem. Znów zauważyłem, że pracują zupełnie inne grupy mięśni, natomiast jazda na rowerze zdaje się nie najgorzej wpływa na stan tego gruszkowatego ścierwa, co to ostatnio życie mi zatruwa, a i na stan kręgosłupa oddziałuje nie najgorzej. Po jeździe rowerem czułem taką poprawę, jak po dobrym masażu i gimnastyce.
Dobre wieści z urzędu nt. bieżni. Kolejny ważny krok zrobiony: wygrana bitwa z firmą, która przegrała przetarg i skarżyła się na jego wynik. Firma przegrała, gmina jest górą. Zlecenie dostanie firma ciut droższa, ale mająca doświadczenie w budowie stadionów i kładzeniu Mondo. W przyszłym tygodniu dodatkowa sesja rady miejskiej i zmiana w budżecie (uzupełnienie go o środki na bieżnię), po czym można już podpisywać umowę i wpuszczać wykonawcę na stadion. Przebudowa powinna się zacząć w lipcu.
Obywatel JK znów jest na wczasach, tym razem we Francji. Był tam zresztą miesiąc temu, a wcześniej w Portugalii i Kenii. Z moich rachunków wynika, że więcej jest na wczasach, niż w pracy w 'osirze'. Czas zapytać Ojca Dyrektora o sens utrzymywania etatu zajmowanego przez jego kolegę, którego więcej nie ma w pracy, niż jest. A może zapytam burmistrza? Jutro jest konferencja prasowa, można skorzystać.
niedziela, 29 czerwca 2014
Po autko
15 km
Po wczorajszym wieczorze u Darka i Anety samochód został na tamtejszym parkingu. Przed południem niespecjalnie się nadawałem do siadania za kierownicą, dopiero późnym popołudniem, kiedy już przestało padać, zdecydowałem się wykonać bieg po auto. Klasycznie: lasem do Łęska, a tam w prawo i asfaltem do Klinisk. Parę dni ćwiczeń rozciągających daje efekty, ból jest zdecydowanie mniejszy i nie przeszkadza zanadto w biegu. Efekty zachęcają do dalszej zabawy w ćwiczenia. Obawiałem się, że po wczorajszym kilkugodzinnym siedzeniu w kajaku mogą dziś być problemy. Nie było.
Żadnych kłopotów z achillesami. To cieszy szczególnie!
Po wczorajszym wieczorze u Darka i Anety samochód został na tamtejszym parkingu. Przed południem niespecjalnie się nadawałem do siadania za kierownicą, dopiero późnym popołudniem, kiedy już przestało padać, zdecydowałem się wykonać bieg po auto. Klasycznie: lasem do Łęska, a tam w prawo i asfaltem do Klinisk. Parę dni ćwiczeń rozciągających daje efekty, ból jest zdecydowanie mniejszy i nie przeszkadza zanadto w biegu. Efekty zachęcają do dalszej zabawy w ćwiczenia. Obawiałem się, że po wczorajszym kilkugodzinnym siedzeniu w kajaku mogą dziś być problemy. Nie było.
Żadnych kłopotów z achillesami. To cieszy szczególnie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)