8 km
Miało dziś być tylko 5 kilometrów, ale tak jakoś wyszło... Najpierw przebiegłem się po zadymionej dzielnicy tzw. domków, potem 10 kółek wokół bieżni. Sama bieżnia dziś nieczynna, bo wróciła do normalnego stanu, czyli terenowej przeszkody błotno-wodnej. Światełko było jednak włączone, dało się biegać wokół, bez większego ryzyka połamania nóg na wybojach.
Po paru kółkach dołączył Mirek, który też mimo pogody nie mógł usiedzieć w domu. Trzecim wariatem był radny Łukasz, który od pewnego czasu zawzięcie próbuje zrzucić parę z wielu zbytecznych kilogramów. Na razie wielkich efektów nie widać, ale przynajmniej chłop próbuje. Niewielu naprawdę próbuje.
Powrót do domu tą samą drogą, przez "Złodziejewo", którego mieszkańcy wieczorową porą utylizują odpady, aż łzy ciekną przechodniom. Dym, smród - krótko mówiąc, ekologia w polskim wydaniu: przez piec, co tylko da się tam wepchnąć.
Jutro odpust zupełny, trzeba nieco odpocząć przed dwoma dniami biegów. W sobotę rano zobaczę: jeśli będę w bardzo dobrej formie, to powalczę o jakiś wynik w Koninie. Jeśli nie, to pooszczędzam się nieco, a szybciej pobiegnę w Toruniu. Tak czy owak, jutro leżenie bykiem, po południu wyjazd do Konina.
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
czwartek, 29 listopada 2012
środa, 28 listopada 2012
Chyba jestem gotowy
9 km
Ostatni dłuższy trening przed weekendowymi biegami. Dobrze się rozgrzałem w truchcie uliczkami "Złodziejewa", na stadionie od razu wpadłem na Mirka, który zaproponował 20 kółeczek. Czemu nie. Po paru okrążeniach dołączył do nas Krystian i tak we trójkę, w naprawdę dobrym tempie, zrobiliśmy swoje. Chwila rozmowy z Jackiem i Robertem na koniec, podczas rozciągania po biegu. W sumie trening miły od strony towarzyskiej.
Jestem bardzo zadowolony z formy. Wydolność świetna, bez kłopotu wytrzymam i dychę, i półmaraton. Szybkość zdecydowanie dobra, rozciąganie kapitalnie poprawiło sprawność mięśni, krok jest dłuższy i dużo lżejszy, niż paręnaście dni temu. No i wreszcie ustępują ostatnie objawy choroby, jaka przez dwa tygodnie po mnie łaziła zatruwając życie. Wczoraj i dziś przez całe dnie chciało mi się rzygać, ale to pewnie efekt przyjęcia solidnej porcji antybiotyku na pusty żąłądek, nie licząc kilku kaw wypitych w ciągu dnia. To mi zresztą już przeszło, jest zupełnie OK.
W necie znalazłem jeden z moich ulubionych koncertów: Dire Straits, Bazylea, 1992. Koncert, który był transmitowany w TVP na żywo, pamiętam ten wieczór. Długo potem szukałem nagrania, dwa lata temu udało mi się przechwycić płytę. A teraz i dźwięk, i fonia na Youtube.
Kto lubi DS, polecam, to jeden z ich lepszych koncertów. Nie słuchać cicho! 2 godziny dobrej muzyki
Ostatni dłuższy trening przed weekendowymi biegami. Dobrze się rozgrzałem w truchcie uliczkami "Złodziejewa", na stadionie od razu wpadłem na Mirka, który zaproponował 20 kółeczek. Czemu nie. Po paru okrążeniach dołączył do nas Krystian i tak we trójkę, w naprawdę dobrym tempie, zrobiliśmy swoje. Chwila rozmowy z Jackiem i Robertem na koniec, podczas rozciągania po biegu. W sumie trening miły od strony towarzyskiej.
Jestem bardzo zadowolony z formy. Wydolność świetna, bez kłopotu wytrzymam i dychę, i półmaraton. Szybkość zdecydowanie dobra, rozciąganie kapitalnie poprawiło sprawność mięśni, krok jest dłuższy i dużo lżejszy, niż paręnaście dni temu. No i wreszcie ustępują ostatnie objawy choroby, jaka przez dwa tygodnie po mnie łaziła zatruwając życie. Wczoraj i dziś przez całe dnie chciało mi się rzygać, ale to pewnie efekt przyjęcia solidnej porcji antybiotyku na pusty żąłądek, nie licząc kilku kaw wypitych w ciągu dnia. To mi zresztą już przeszło, jest zupełnie OK.
W necie znalazłem jeden z moich ulubionych koncertów: Dire Straits, Bazylea, 1992. Koncert, który był transmitowany w TVP na żywo, pamiętam ten wieczór. Długo potem szukałem nagrania, dwa lata temu udało mi się przechwycić płytę. A teraz i dźwięk, i fonia na Youtube.
Kto lubi DS, polecam, to jeden z ich lepszych koncertów. Nie słuchać cicho! 2 godziny dobrej muzyki
wtorek, 27 listopada 2012
Antybiotyk zamiast miodku
8 km
Dość czekania na cud medyczny. Przemiła pani doktor zaserwowała mi antybiotyk, który, jak się mi zdaje, już zaczął stawiać mnie na nogi. Do soboty będzie dobrze.
Po południu, przy stadionie, spotkałem Mirka. Powiedział mi, że gdyby wiedział o biegu w Koninie, to by z Tomkiem Oleszkiem pojechał. Za późno się dowiedzieli, będę jedynym reprezentantem Goleniowa na biegu o lampkę górniczą. Będę najlepszym goleniowianinem w całej stawce! ;)
Dwa ostatnie dni to czas wyjątkowo marnego apetytu, na szczęście nie przekładającego się na formę. Wyraźnie schudłem, z czego akurat jestem bardzo zadowolony. Dobrze by było, gdyby moja waga spadła jeszcze o jakieś pięć kilo, byłoby jeszcze lżej biegać. Nie narzekam, mam wrażenie, że od parunastu dni bieg jest lekki, wydajny, krok jest dłuższy. Bez trudu cały dystans 8 km wytrzymuję w biegu na palcach. Ciekawe, że dobrze to znoszą mięśnie łydki i ścięgna Achillesa. Problemy, które jeszcze parę dni temu stawiały pod znakiem zapytania start w Toruniu - odsunęły się na bezpieczny dystans. Powinno być dobrze.
Dość czekania na cud medyczny. Przemiła pani doktor zaserwowała mi antybiotyk, który, jak się mi zdaje, już zaczął stawiać mnie na nogi. Do soboty będzie dobrze.
Po południu, przy stadionie, spotkałem Mirka. Powiedział mi, że gdyby wiedział o biegu w Koninie, to by z Tomkiem Oleszkiem pojechał. Za późno się dowiedzieli, będę jedynym reprezentantem Goleniowa na biegu o lampkę górniczą. Będę najlepszym goleniowianinem w całej stawce! ;)
Dwa ostatnie dni to czas wyjątkowo marnego apetytu, na szczęście nie przekładającego się na formę. Wyraźnie schudłem, z czego akurat jestem bardzo zadowolony. Dobrze by było, gdyby moja waga spadła jeszcze o jakieś pięć kilo, byłoby jeszcze lżej biegać. Nie narzekam, mam wrażenie, że od parunastu dni bieg jest lekki, wydajny, krok jest dłuższy. Bez trudu cały dystans 8 km wytrzymuję w biegu na palcach. Ciekawe, że dobrze to znoszą mięśnie łydki i ścięgna Achillesa. Problemy, które jeszcze parę dni temu stawiały pod znakiem zapytania start w Toruniu - odsunęły się na bezpieczny dystans. Powinno być dobrze.
poniedziałek, 26 listopada 2012
Pobiegnę z laptopem
8 km
Pierwsze 2 km dość szybko, potem 2 min przerwy, 4 km nieco wolniej, ale wydłużonym krokiem, na palcach przez cały czas, zwracając uwagę na trzymanie rąk nisko. Znów chwila przerwy, ostatnie pięć kółek oczko szybciej. Na koniec solidne rozciągnięcie i truchtem do domu, na gorącą kąpiel.
Darek przypomniał Półmaraton Mikołajów sprzed paru lat. Muzą biegu w 2006 roku była Anetka, na dowód - baner reklamowy z tamtego biegu.
Ostatnio jakby więcej gadżeciarzy. Nie myślę o posiadaczach wszystkomających zegarków, które potrafią paść w połowie treningu (jak w niedzielę Sebastianowi), zegarek to pewna norma. Nie jest dla mnie normą bieganie z przymocowanym do ramienia wielkim smartfonem, świecącym w ciemnościach jak oczy wilka, zapewne na bieżąco informującym swego właściciela o tętnie, ciśnieniu, odległości, wysokości, szybkości, wytyczającym trasę i rejestrującym każdą sekundę biegu. To jakaś szajba. Niby po co komu tak rozbudowana wiedza, skoro wiedzę podstawową i przydatną (dystans, prędkość) można łatwo posiąść w sposób bardziej dyskretny?
Ciekawe, co by było, gdybym któregoś wieczora pojawił się na bieżni z 17-calowym laptopem na piersiach? Plus modem zwisający na osobnym kablu?
A propos gadżetów... Nie jestem wielkim miłośnikiem golenia się, to od razu widać. Golę się jak mój dziadek Ignac: raz w tygodniu zasiadał z brzytwą, mydłem, miseczką wody i odbywała się ceremonia, którą za każdym razem obserwowałem z zapartym tchem: poderżnie sobie gardło, czy nie?
Brzytwą się nie golę, choć to podobno najszlachetniejszy sposób pozbywania się zarostu. Wolę dobre żyletki, ale tych ostatnio kupić się nie da. Przez pewien czas używałem jakichś bajeranckich maszynek z pięcioma ostrzami i śliskim gównem, które podobno było jakimś tam balsamem. Wkurzałem się za każdym razem, bo owo gówno zatykało przerwy między ostrzami, utrudniało golenie, a te 5 ostrzy wcale nie goliło lepiej, niż porządna żyletka. Wypieprzyłem te wynalazki do śmieci, rozejrzałem się za czymś naprawdę wymyślonym do golenia. No i okazało się, że Polsilver robi pomarańczowe jednorazówki z dwoma ostrzami, bez gówna. Ostrza świetnej jakości, idealnie golą (zwróćcie uwagę, że na reklamach golenia uczą debile: kto się goli z włosem??) i maszynka nie paprze gęby śliskim paskudztwem.
A może faktycznie pomyśleć o brzytwie? Szkoda tylko, że nie ma już dziadka Ignaca, który nauczyłby mnie, jak się tym wynalazkiem posługiwać...
Biała linia na bieżni, za którą nie mam zamiaru dziękować działaczom z OSiR, zaprowadziła dziś rewelacyjny porządek na bieżni. Szybkobiegacze mieli swój tor, cała reszta przemieszczała się w swoim tempie po szerokim, pozostałym pasie. Nikt nikomu nie przeszkadzał. I czemu trzeba było na to czekać aż rok? Bo jakoś z rok temu napomknąłem o tym panom z OSiR, trawili to aż do soboty.
Pierwsze 2 km dość szybko, potem 2 min przerwy, 4 km nieco wolniej, ale wydłużonym krokiem, na palcach przez cały czas, zwracając uwagę na trzymanie rąk nisko. Znów chwila przerwy, ostatnie pięć kółek oczko szybciej. Na koniec solidne rozciągnięcie i truchtem do domu, na gorącą kąpiel.
Darek przypomniał Półmaraton Mikołajów sprzed paru lat. Muzą biegu w 2006 roku była Anetka, na dowód - baner reklamowy z tamtego biegu. Ostatnio jakby więcej gadżeciarzy. Nie myślę o posiadaczach wszystkomających zegarków, które potrafią paść w połowie treningu (jak w niedzielę Sebastianowi), zegarek to pewna norma. Nie jest dla mnie normą bieganie z przymocowanym do ramienia wielkim smartfonem, świecącym w ciemnościach jak oczy wilka, zapewne na bieżąco informującym swego właściciela o tętnie, ciśnieniu, odległości, wysokości, szybkości, wytyczającym trasę i rejestrującym każdą sekundę biegu. To jakaś szajba. Niby po co komu tak rozbudowana wiedza, skoro wiedzę podstawową i przydatną (dystans, prędkość) można łatwo posiąść w sposób bardziej dyskretny?
Ciekawe, co by było, gdybym któregoś wieczora pojawił się na bieżni z 17-calowym laptopem na piersiach? Plus modem zwisający na osobnym kablu?
A propos gadżetów... Nie jestem wielkim miłośnikiem golenia się, to od razu widać. Golę się jak mój dziadek Ignac: raz w tygodniu zasiadał z brzytwą, mydłem, miseczką wody i odbywała się ceremonia, którą za każdym razem obserwowałem z zapartym tchem: poderżnie sobie gardło, czy nie?
Brzytwą się nie golę, choć to podobno najszlachetniejszy sposób pozbywania się zarostu. Wolę dobre żyletki, ale tych ostatnio kupić się nie da. Przez pewien czas używałem jakichś bajeranckich maszynek z pięcioma ostrzami i śliskim gównem, które podobno było jakimś tam balsamem. Wkurzałem się za każdym razem, bo owo gówno zatykało przerwy między ostrzami, utrudniało golenie, a te 5 ostrzy wcale nie goliło lepiej, niż porządna żyletka. Wypieprzyłem te wynalazki do śmieci, rozejrzałem się za czymś naprawdę wymyślonym do golenia. No i okazało się, że Polsilver robi pomarańczowe jednorazówki z dwoma ostrzami, bez gówna. Ostrza świetnej jakości, idealnie golą (zwróćcie uwagę, że na reklamach golenia uczą debile: kto się goli z włosem??) i maszynka nie paprze gęby śliskim paskudztwem.
A może faktycznie pomyśleć o brzytwie? Szkoda tylko, że nie ma już dziadka Ignaca, który nauczyłby mnie, jak się tym wynalazkiem posługiwać...
Biała linia na bieżni, za którą nie mam zamiaru dziękować działaczom z OSiR, zaprowadziła dziś rewelacyjny porządek na bieżni. Szybkobiegacze mieli swój tor, cała reszta przemieszczała się w swoim tempie po szerokim, pozostałym pasie. Nikt nikomu nie przeszkadzał. I czemu trzeba było na to czekać aż rok? Bo jakoś z rok temu napomknąłem o tym panom z OSiR, trawili to aż do soboty.
niedziela, 25 listopada 2012
W niezłym tempie
12 km
O dziwo, o 11.00 byli wszyscy. Wcześniej się rozgrzałem, rozciągnąłem, byłem gotów do biegu. Ruszyliśmy dość ostrym jak dla mnie tempem, ok. 5.10/km. Ostro, ale nie ponad możliwości, bez trudu tempo znosiłem. Piotrek ciut gorzej, ale też ciągnął. Jak mówi, ma zamiar przygotować się do wiosennych biegów, by w Paryżu mieć siłę rozejrzeć się wokół siebie i podziwiać pejzaż miasta, a nie tylko walczyć o przeżycie.
Dotarliśmy po górkach w okolice G. Lotnika, tam Karolina z Sebastianem zrobili dodatkowe kółko, Piotrek wrócił w grono żywych, a ja zdecydowanie odsapnąłem. Powrót w tempie nieco wolniejszym, ale też bynajmniej nie był to truchcik. Na stadionie jeszcze trzy kółka, truchcikiem powrót do domu.
Z rana łyknąłem 2 tabletki Movalisu, zdecydowanie podziałał. Nieco czułem lewego achillesa, nie na tyle jednak, by mi skutecznie odebrał przyjemność z biegu. Teraz (godzina po treningu) wszystko jest już w najlepszym porządku.
Trzeba będzie pobiegać z nimi co jakiś czas. Samotne bieganie jest przyjemne, ale rozleniwia, człowiek nie czuje, kiedy zaczyna sobie powolutku odpuszczać. Jeśli mają być jakieś tam wyniki, trzeba się sprężać.
Na liście w Toruniu znalazłem 11 nazwisk z Goleniowa, oczywiście sami znajomi. Sami faceci.
O dziwo, o 11.00 byli wszyscy. Wcześniej się rozgrzałem, rozciągnąłem, byłem gotów do biegu. Ruszyliśmy dość ostrym jak dla mnie tempem, ok. 5.10/km. Ostro, ale nie ponad możliwości, bez trudu tempo znosiłem. Piotrek ciut gorzej, ale też ciągnął. Jak mówi, ma zamiar przygotować się do wiosennych biegów, by w Paryżu mieć siłę rozejrzeć się wokół siebie i podziwiać pejzaż miasta, a nie tylko walczyć o przeżycie.
Dotarliśmy po górkach w okolice G. Lotnika, tam Karolina z Sebastianem zrobili dodatkowe kółko, Piotrek wrócił w grono żywych, a ja zdecydowanie odsapnąłem. Powrót w tempie nieco wolniejszym, ale też bynajmniej nie był to truchcik. Na stadionie jeszcze trzy kółka, truchcikiem powrót do domu.
Z rana łyknąłem 2 tabletki Movalisu, zdecydowanie podziałał. Nieco czułem lewego achillesa, nie na tyle jednak, by mi skutecznie odebrał przyjemność z biegu. Teraz (godzina po treningu) wszystko jest już w najlepszym porządku.
Trzeba będzie pobiegać z nimi co jakiś czas. Samotne bieganie jest przyjemne, ale rozleniwia, człowiek nie czuje, kiedy zaczyna sobie powolutku odpuszczać. Jeśli mają być jakieś tam wyniki, trzeba się sprężać.
Na liście w Toruniu znalazłem 11 nazwisk z Goleniowa, oczywiście sami znajomi. Sami faceci.
sobota, 24 listopada 2012
Cuda, cuda!
13 km
Wystarczyła jedna zgryźliwa notka na portalu GG i kwiecisty przekaz słowny skierowany do Jacka K., bym dziś oniemiał na stadionie. Góra złomu, tj. potężny walec, została przepchnięta w miejsce, gdzie już nikt się o nią nie rozpieprzy. A wokół boiska biała linia, wysypana dziś przez Panjanka, która pozwoli biegać nawet, kiedy Ojciec Dyrektor wyłączy nie tylko wszystkie światła, ale i księżyc.
Wiem (nieoficjalnie), że to również efekt informacji, że OD zaniesie skarbnikowi Guzikowi w zębach120 tysięcy, które zdarł z ludu chcącego zażyć sportu, rekreacji i innych luksusów. Lud, wedle terminologii psychiatrycznej, jest "w afekcie napiętym z tendencją do reakcji gniewnej". Mówiąc jasno - lud jest wkurwiony.
Przed południem wyprawa do lasu, potem skok przez "trójkę" (pozdrawiam policję!) i powrót przez park przemysłowy. Pod koniec oba achillesy dały lekki sygnał swojego istnienia, nie był to jednak ból w ścisłym znaczeniu słowa. Na dziś to jednak najważniejszy czynnik ograniczający. Oczywiście, nie zamierzam rezygnować z obu weekendowych biegów, jeden z nich zapewne trzeba będzie jednak potraktować relaksowo. Jeszcze nie wiem który.
Jutro o 11 jestem umówiony z Piotrkiem, Karoliną i pewnie Sebastianem na daleki bieg w las. Piotrek mówił o 15 km. OK, czemu nie?
Mikrob pewnie przeczytał wczorajszy wpis. Znikł.
| Złom przepchnięto za zakręt |
Wystarczyła jedna zgryźliwa notka na portalu GG i kwiecisty przekaz słowny skierowany do Jacka K., bym dziś oniemiał na stadionie. Góra złomu, tj. potężny walec, została przepchnięta w miejsce, gdzie już nikt się o nią nie rozpieprzy. A wokół boiska biała linia, wysypana dziś przez Panjanka, która pozwoli biegać nawet, kiedy Ojciec Dyrektor wyłączy nie tylko wszystkie światła, ale i księżyc.
Wiem (nieoficjalnie), że to również efekt informacji, że OD zaniesie skarbnikowi Guzikowi w zębach120 tysięcy, które zdarł z ludu chcącego zażyć sportu, rekreacji i innych luksusów. Lud, wedle terminologii psychiatrycznej, jest "w afekcie napiętym z tendencją do reakcji gniewnej". Mówiąc jasno - lud jest wkurwiony.
| Nie można tak było wcześniej | ? |
Przed południem wyprawa do lasu, potem skok przez "trójkę" (pozdrawiam policję!) i powrót przez park przemysłowy. Pod koniec oba achillesy dały lekki sygnał swojego istnienia, nie był to jednak ból w ścisłym znaczeniu słowa. Na dziś to jednak najważniejszy czynnik ograniczający. Oczywiście, nie zamierzam rezygnować z obu weekendowych biegów, jeden z nich zapewne trzeba będzie jednak potraktować relaksowo. Jeszcze nie wiem który.
Jutro o 11 jestem umówiony z Piotrkiem, Karoliną i pewnie Sebastianem na daleki bieg w las. Piotrek mówił o 15 km. OK, czemu nie?
Mikrob pewnie przeczytał wczorajszy wpis. Znikł.
piątek, 23 listopada 2012
Smutno
Zero km
Cały dzień na wyjeździe, smutny obowiązek pożegnania znajomego. Żal Borysa, ale przede wszystkim żal mi Danki, która ze straszliwą regularnością, co cztery lata, żegna najbliższe jej osoby. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, choć na paręnaście minut udało mi się oderwać jej myśli od powodu, dla którego się spotkaliśmy w Bydgoszczy. Nawet żartowała i jak przed laty, sypała dowcipami przedniej jakości. Niestety, trzeba było wracać.
Bierze mnie na nowo chrypa, oczy łzawią, ogólnie podłe samopoczucie. Nie ma co, jutro szukam lekarza z bloczkiem recept.
Cały dzień na wyjeździe, smutny obowiązek pożegnania znajomego. Żal Borysa, ale przede wszystkim żal mi Danki, która ze straszliwą regularnością, co cztery lata, żegna najbliższe jej osoby. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, choć na paręnaście minut udało mi się oderwać jej myśli od powodu, dla którego się spotkaliśmy w Bydgoszczy. Nawet żartowała i jak przed laty, sypała dowcipami przedniej jakości. Niestety, trzeba było wracać.
Bierze mnie na nowo chrypa, oczy łzawią, ogólnie podłe samopoczucie. Nie ma co, jutro szukam lekarza z bloczkiem recept.
czwartek, 22 listopada 2012
O krok od zrzygania
8 km
Już mnie zaczyna wnerwiać ta przedłużająca się walka z infekcją. Niby człowiek nie chory, ale i nie zdrowy. I ta irytująca świadomość, że lada chwila może być gorzej, znów gardło, chrypa, ciężki kaszel. Chyba się w końcu przejdę do pani doktor, jakimś antybiotykiem radykalnie problem załatwię.
Dziś czekałem na telefon, zostałem w domu i z nudów obejrzałem "Fakty", od których zdążyłem odwyknąć. Zdumiała mnie skala, na jaką TVN pierze mózgi swoim widzom. Nie pieprzą się w subtelności, pani Pohanke wprost tłumaczy, co jest dobre (PO i ob. Tusk), a co wredne i parszywe (PiS i Kaczor). Dobrze, że się program skończył, bo bym się zrzygał. To gorsze, niż za komuny "Dziennik Telewizyjny". Istna "Gazeta Wyborcza" w wersji telewizyjnej... Nigdy więcej! W porze "Faktów" będę biegał.
Z Banachem nie rozmawiałem. Najpierw wystosuję suche pismo do Łukasiaka, z prostymi postulatami. Odpisze mi, zapewne odmawiając. Wtedy pójdę do pana Tomka.
Już mnie zaczyna wnerwiać ta przedłużająca się walka z infekcją. Niby człowiek nie chory, ale i nie zdrowy. I ta irytująca świadomość, że lada chwila może być gorzej, znów gardło, chrypa, ciężki kaszel. Chyba się w końcu przejdę do pani doktor, jakimś antybiotykiem radykalnie problem załatwię.
Dziś czekałem na telefon, zostałem w domu i z nudów obejrzałem "Fakty", od których zdążyłem odwyknąć. Zdumiała mnie skala, na jaką TVN pierze mózgi swoim widzom. Nie pieprzą się w subtelności, pani Pohanke wprost tłumaczy, co jest dobre (PO i ob. Tusk), a co wredne i parszywe (PiS i Kaczor). Dobrze, że się program skończył, bo bym się zrzygał. To gorsze, niż za komuny "Dziennik Telewizyjny". Istna "Gazeta Wyborcza" w wersji telewizyjnej... Nigdy więcej! W porze "Faktów" będę biegał.
Z Banachem nie rozmawiałem. Najpierw wystosuję suche pismo do Łukasiaka, z prostymi postulatami. Odpisze mi, zapewne odmawiając. Wtedy pójdę do pana Tomka.
środa, 21 listopada 2012
120 tysięcy nadwyżki
8 km
120 tysięcy złotych nadwyżki wypracuje w tym roku OSiR i odprowadzi na konto gminy. Spory dochód. A mimo to dyrektor OSiR żałuje paru złotych, by zapalić na dłużej światło na bieżni, by zapalić je też w sobotę i niedzielę. Głupota? Złośliwość? Brak rozeznania rzeczywistych potrzeb? Obstawiam, że wszystko naraz. Z dominującą nutką złośliwości.
Informację o stanie finansów OSiR usłyszałem dziś na posiedzeniu komisji Rady Miejskiej. Myślałem, że czegoś nie zrozumiałem. Okazuje się, że zrozumiałem dobrze. OSiR ma 120 tys. zł nadwyżki przychodów nad kosztami, całą nadwyżkę odda do budżetu gminy. Co by się stało, gdyby ta nadwyżka była o tysiąc złotych mniejsza, a te pieniądze poszły na światełko na bieżni? Nic by się nie stało, do budżetu by trafiło 119 tysięcy, też sporo. Ale Ojciec Dyrektor nie miałby satysfakcji, że zagrał na nosie pedałom w rajtuzach i babom z kijkami. Lekką ręką za to wyda 10 tysięcy na tratwę ratunkową na jeden z jachtów zakupionych dwa lata temu za gminne pieniądze. Bo Ojciec Dyrektor kocha żeglarstwo.
Ręce mogą opaść z bezsilności. Zawsze mnie opada niemoc, kiedy mam do czynienia z podobnym gościem. Ale tym razem się przemogę, na przekór niechęci - zrobię swoje. Jutro jestem u Banacha. Wkrótce do OSiR-u spłynie komenda: świecić dłużej, o trudnościach nie meldować, wykonać!
Znowu mnie obgryza jakiś mikrob. Mimo wszystko poszedłem na bieżnię, osiem kilometrów przebiegłem w tempie 5.00-5.10 na kilometr.
Sympatyczny akcent pod koniec. Kiedy zaczynałem przedostatnie kółko, na bieżnię wyprysnął jakiś łepek, jak się potem okazało, czteroletni. Wyleciał przede mnie z ambitnym zamiarem przegonienia mnie i pokazania, kto tu rządzi. Biegł dwa metry przede mną, co chwila zerkając, gdzie jestem. Nie wypadało gościa wyprzedzić, drobiłem więc w miejscu. Po stu metrach zaczęliśmy ze sobą gadać, jeszcze bardziej zwolnił, ale z zamiaru wygrania nie rezygnował. Skrytykował, że jestem w rajtuzach, a on ma taki fajny dres do biegania. Przyznałem, że dres jest duuużo lepszy. Tak gaworząc przetruchtaliśmy kolejne dwieście metrów, a na sto przed końcem okrążenia mały zebrał się w sobie i ruszył do przodu. Jak nietrudno zgadnąć, wygrał wyścig, bardzo z siebie zadowolony. Na pożegnanie przybił mi piątkę i obiecał, że jeszcze przyjdzie się pościgać. Mocny gość!
Zaraz gorąca herbata, garść aspiryny i do woza, wygrzać się. Za tydzień muszę być zdrowy.
120 tysięcy złotych nadwyżki wypracuje w tym roku OSiR i odprowadzi na konto gminy. Spory dochód. A mimo to dyrektor OSiR żałuje paru złotych, by zapalić na dłużej światło na bieżni, by zapalić je też w sobotę i niedzielę. Głupota? Złośliwość? Brak rozeznania rzeczywistych potrzeb? Obstawiam, że wszystko naraz. Z dominującą nutką złośliwości.
Informację o stanie finansów OSiR usłyszałem dziś na posiedzeniu komisji Rady Miejskiej. Myślałem, że czegoś nie zrozumiałem. Okazuje się, że zrozumiałem dobrze. OSiR ma 120 tys. zł nadwyżki przychodów nad kosztami, całą nadwyżkę odda do budżetu gminy. Co by się stało, gdyby ta nadwyżka była o tysiąc złotych mniejsza, a te pieniądze poszły na światełko na bieżni? Nic by się nie stało, do budżetu by trafiło 119 tysięcy, też sporo. Ale Ojciec Dyrektor nie miałby satysfakcji, że zagrał na nosie pedałom w rajtuzach i babom z kijkami. Lekką ręką za to wyda 10 tysięcy na tratwę ratunkową na jeden z jachtów zakupionych dwa lata temu za gminne pieniądze. Bo Ojciec Dyrektor kocha żeglarstwo.
Ręce mogą opaść z bezsilności. Zawsze mnie opada niemoc, kiedy mam do czynienia z podobnym gościem. Ale tym razem się przemogę, na przekór niechęci - zrobię swoje. Jutro jestem u Banacha. Wkrótce do OSiR-u spłynie komenda: świecić dłużej, o trudnościach nie meldować, wykonać!
Znowu mnie obgryza jakiś mikrob. Mimo wszystko poszedłem na bieżnię, osiem kilometrów przebiegłem w tempie 5.00-5.10 na kilometr.
Sympatyczny akcent pod koniec. Kiedy zaczynałem przedostatnie kółko, na bieżnię wyprysnął jakiś łepek, jak się potem okazało, czteroletni. Wyleciał przede mnie z ambitnym zamiarem przegonienia mnie i pokazania, kto tu rządzi. Biegł dwa metry przede mną, co chwila zerkając, gdzie jestem. Nie wypadało gościa wyprzedzić, drobiłem więc w miejscu. Po stu metrach zaczęliśmy ze sobą gadać, jeszcze bardziej zwolnił, ale z zamiaru wygrania nie rezygnował. Skrytykował, że jestem w rajtuzach, a on ma taki fajny dres do biegania. Przyznałem, że dres jest duuużo lepszy. Tak gaworząc przetruchtaliśmy kolejne dwieście metrów, a na sto przed końcem okrążenia mały zebrał się w sobie i ruszył do przodu. Jak nietrudno zgadnąć, wygrał wyścig, bardzo z siebie zadowolony. Na pożegnanie przybił mi piątkę i obiecał, że jeszcze przyjdzie się pościgać. Mocny gość!
Zaraz gorąca herbata, garść aspiryny i do woza, wygrzać się. Za tydzień muszę być zdrowy.
wtorek, 20 listopada 2012
Chcą pozabijać biegaczy
10 km
Dziś odkryłem, że 1 i 2 grudnia będę miał do czynienia z potencjalnymi mordercami, do tego kompletnymi amatorami, którzy nie potrafią sobie poradzić z organizacją biegu. Dreszcze mnie przeszły. Do rzeczy jednak.
1 grudnia biegnę w Koninie. Choć lista była zamknięta, bardzo uprzejmie mnie przyjęto, poinformowano co i jak, a po wpłaceniu 30 zł zapisano na listę startową jako VIP-a! 2 grudnia występ w Toruniu, jako biegający Mikołaj. Jeszcze nie zapłaciłem, ale zapłacę.
Dziś poczytałem regulaminy obu biegów i się przeraziłem. W Koninie pozwalają biegać na 'dychę' nawet szesnastolatkom, nie zważając na zagrożenie dla ich zdrowia i życia. W Toruniu kompletna masakra: NIE MA ŻADNYCH OGRANICZEŃ WIEKOWYCH!!! Kto chce, może sobie biec 21,1 km, na własną zgubę i - wedle naszych przyjaciół z OSiR Goleniów - pewną śmierć w męczarniach.
Dowodem na to, że organizatorzy obu biegów na robocie się nie znają są godziny otwarcia biura zawodów. Otóż, proszę publiczności, w Koninie pakiet startowy będzie można odebrać nawet na pół godziny przed biegiem. W Toruniu jeszcze gorzej: bieg o 11.00, biuro otwarte do 10.45. To oczywisty dowód na niedołęstwo torunian i koniniaków. Nasi fachmani z OSiR z biegaczami załatwiają się dużo szybciej i okienko biura zawodów zatrzaskują przed nosami już na 2,5 godziny przed biegiem.
Mimo wszystko - spróbuję. W Koninie będzie mnie osłaniał szwagier-wiceprezydent, w Toruniu liczę na Mirka i Heńka. Może przeżyję. W razie czego, będę się ostrzeliwał z pepeszy, jaką wiosną dostałem od Piotrka.
Dziś do ciemności serwowanych na bieżni przez Ojca Dyrektora doszła jeszcze mgła. Można się śmiać, można wydziwiać na pajaca, który zarządza OSiR-em. Ale dziś naprawdę można się było zabić, albo - jak mawia Piotr - ryja sobie rozwalić. Ryzyko całkiem realne. Ponieważ cała ta heca mnie już nie bawi, to zacznę klasycznie, od obsmarowania w gazecie w prostych, żołnierskich słowach. A potem ściągnę burmistrza np. o 18.15, niech zobaczy elektorat biegający w mroku i dwie lampy rzęsiście oświetlające siedzibę Ojca Dyrektora. Absurd w krystalicznie czystej postaci.
Dziś ochotę na bieganie miałem o numer mniejszą, ale nie zrezygnowałem. Solidne rozciągnięcie się, trochę truchtu na rozgrzewkę, a potem bieg tak gdzieś na 50 procent mocy. Nie ma co się szarpać, wytrzymałość mam, forma na poziomie, teraz trzeba utrzymać aparat ruchu w możliwie najlepszym stanie.
Po pierwszych 10 kółkach dołek cukrowy. Zrobiłem sobie przerwę, poszedłem do teściowej, dostałem 3 spore jabłka (glukoza!), a do tego wunderwaffe - podwójnego snickersa. Wróciłem na bieżnię, zjadłem, a po paru minutach spokojnie mogłem ciągnąć dalej trening. Bez szaleństw, ale w przyzwoitym tempie dociągnąłem do 10 km, po czym udałem się do domku na kąpiel, kawkę i relaks przy Swiss Jazz.
Co jakiś czas zachwycają mnie możliwości stwarzane przez nowe technologie. Niezmiennie cieszy mnie, że przez Internet mam dostęp do wszystkich możliwych stacji radiowych. Wreszcie jazzu mam pod opór, i to w najlepszym wydaniu. Swiss Jazz kocham od lat, to muzyczka w najlepszym wydaniu. Właśnie leci przez głośniki, więc kończę i zaczynam się relaksować
Zanim jazz... Wczoraj, przez przypadek, trafiłem w necie na kawałek, którego nie słyszałem od 30 lat, a mam z nim niebywale miłe skojarzenia (po pierwsze, człowiek miał 20 lat, po drugie słuchało się tego w nieistniejącym dziś akademiku "Arkus" w pokoju zajmowanym przez 6(!) ładnych dziewczyn). ELO, płyta "Time", utwór Frome the End of the World . Miło znów słyszeć. ;)
Dziś odkryłem, że 1 i 2 grudnia będę miał do czynienia z potencjalnymi mordercami, do tego kompletnymi amatorami, którzy nie potrafią sobie poradzić z organizacją biegu. Dreszcze mnie przeszły. Do rzeczy jednak.
1 grudnia biegnę w Koninie. Choć lista była zamknięta, bardzo uprzejmie mnie przyjęto, poinformowano co i jak, a po wpłaceniu 30 zł zapisano na listę startową jako VIP-a! 2 grudnia występ w Toruniu, jako biegający Mikołaj. Jeszcze nie zapłaciłem, ale zapłacę.
Dziś poczytałem regulaminy obu biegów i się przeraziłem. W Koninie pozwalają biegać na 'dychę' nawet szesnastolatkom, nie zważając na zagrożenie dla ich zdrowia i życia. W Toruniu kompletna masakra: NIE MA ŻADNYCH OGRANICZEŃ WIEKOWYCH!!! Kto chce, może sobie biec 21,1 km, na własną zgubę i - wedle naszych przyjaciół z OSiR Goleniów - pewną śmierć w męczarniach.
| Jakby co, ogniem ciągłym! |
Mimo wszystko - spróbuję. W Koninie będzie mnie osłaniał szwagier-wiceprezydent, w Toruniu liczę na Mirka i Heńka. Może przeżyję. W razie czego, będę się ostrzeliwał z pepeszy, jaką wiosną dostałem od Piotrka.
Dziś do ciemności serwowanych na bieżni przez Ojca Dyrektora doszła jeszcze mgła. Można się śmiać, można wydziwiać na pajaca, który zarządza OSiR-em. Ale dziś naprawdę można się było zabić, albo - jak mawia Piotr - ryja sobie rozwalić. Ryzyko całkiem realne. Ponieważ cała ta heca mnie już nie bawi, to zacznę klasycznie, od obsmarowania w gazecie w prostych, żołnierskich słowach. A potem ściągnę burmistrza np. o 18.15, niech zobaczy elektorat biegający w mroku i dwie lampy rzęsiście oświetlające siedzibę Ojca Dyrektora. Absurd w krystalicznie czystej postaci.
Dziś ochotę na bieganie miałem o numer mniejszą, ale nie zrezygnowałem. Solidne rozciągnięcie się, trochę truchtu na rozgrzewkę, a potem bieg tak gdzieś na 50 procent mocy. Nie ma co się szarpać, wytrzymałość mam, forma na poziomie, teraz trzeba utrzymać aparat ruchu w możliwie najlepszym stanie.
Po pierwszych 10 kółkach dołek cukrowy. Zrobiłem sobie przerwę, poszedłem do teściowej, dostałem 3 spore jabłka (glukoza!), a do tego wunderwaffe - podwójnego snickersa. Wróciłem na bieżnię, zjadłem, a po paru minutach spokojnie mogłem ciągnąć dalej trening. Bez szaleństw, ale w przyzwoitym tempie dociągnąłem do 10 km, po czym udałem się do domku na kąpiel, kawkę i relaks przy Swiss Jazz.
Co jakiś czas zachwycają mnie możliwości stwarzane przez nowe technologie. Niezmiennie cieszy mnie, że przez Internet mam dostęp do wszystkich możliwych stacji radiowych. Wreszcie jazzu mam pod opór, i to w najlepszym wydaniu. Swiss Jazz kocham od lat, to muzyczka w najlepszym wydaniu. Właśnie leci przez głośniki, więc kończę i zaczynam się relaksować
Zanim jazz... Wczoraj, przez przypadek, trafiłem w necie na kawałek, którego nie słyszałem od 30 lat, a mam z nim niebywale miłe skojarzenia (po pierwsze, człowiek miał 20 lat, po drugie słuchało się tego w nieistniejącym dziś akademiku "Arkus" w pokoju zajmowanym przez 6(!) ładnych dziewczyn). ELO, płyta "Time", utwór Frome the End of the World . Miło znów słyszeć. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)