sobota, 13 lipca 2013

Na sucho

18 km

Przed wyprawą do Stepnicy dłuższa rundka po lesie. Na początek do Łęska, potem Bącznik, Bolechowo i powrót do Goleniowa drogą koło basenu. Pogoda dobra do biegania, słońce lekko za chmurami, wiatr chłodzi, ale trochę za ciepło. Nie wziąłem nic do picia, postanowiłem wytrzymać bez uzupełniania płynów. Już w Bączniku miałem ochotę poprosić o coś do picia, w Bolechowie jeszcze większą, a kiedy dobiegłem do Goleniowa i na basenie zobaczyłem ludzi popijających colę, miałem ochotę przeskoczyć przez płot i im ją wyrwać. Na mostku na Kasprowicza spotkałem znajomą, zamieniliśmy parę słów. W koszu na rowerze miała butelkę jakiegoś soku owocowego, wypijałem go wzrokiem. Gdybym poprosił, na pewno dostałbym pić, ale nie zostałoby nic w butelce. Powstrzymałem się, bo za pół kilometra, w garażu, czekała przecież zgrzewka chłodnej, lekko gazowanej wody. Dobiegłem, woda smakowała bosko...
Chyba bym się nie nadawał do biegu po jakiejś pustyni, nawet bieganie w Grecji (Spartathlon, sierpień...) jest poza moim zasięgiem. Wysechłbym na wiór na dziesiątym kilometrze.

I wszystko jasne
W  Stepnicy nie dali wyschnąć. Impreza z rozmachem, przyjazna ludziom. Dla wszystkich była świetna zupa rybna, fundowana przez gminę, dla wszystkich chętnych starczyło też darmowej(!) karkówki z sosem, ziemniakami i ogóreczkiem małosolnym. Picia pod opór, choć procentowe picie we własnym zakresie, a zresztą ono mnie nie interesowało (autko).
Interesowały natomiast wybory Miss Lata nad Zalewem. Wśród ośmiu kandydatek były przypadki humorystyczne, to oczywiste. Były dziewczyny owszem, zgrabne, ale jakieś takie bez życia, werwy i seksapilu. No i było też dziewczę prezentowane na zdjęciu, które mogło poważnie zakłócić spokój żywota połowie facetów zgromadzonych pod sceną. Dziewczę pewnie by nie miało szans na żadnym wybiegu dla modelek, a i na "poważne" wybory miss by jej nie wpuścili, bo by powiedzieli, że za gruba. Ale dziewczyna miała akurat wszystko co trzeba i co faceci lubią, we właściwych proporcjach. Umiała to pokazać tak, że gościom oczy na wierzch wyłaziły. Krótko mówiąc, miała TO COŚ. I dlatego miss została bez żadnych dyskusji.

piątek, 12 lipca 2013

Ten dzień mnie zjeżył

10 km

Nie najlepszy dzień. Trzasnął mi twardy dysk, na którym mam wszystkie zdjęcia zgromadzone przez 10 lat, ważne dla mnie archiwum. Obecnie trwają próby reanimacji dysku, jest nadzieja.
Jakby mało, po  południu goniec z sądu przyniósł pismo, które oznacza, że wkrótce rozpocznie się rozprawa o zniesławienie, jaką wytoczył mi goleniowski hochsztapler gospodarczy, niejaki M. Zarzuca mi, że utrudniam mu prowadzenie "działalności gospodarczej", czyli po prostu okradanie ludzi. Faktycznie, utrudniam, zupełnie zresztą świadomie. Zły jestem, bo odebrałem to pismo, a do akt sprawy zajrzę dopiero w poniedziałek, tymczasem terminy  lecą. Dziś nawet nie wiem, o którą sprawę chodzi, bo wesoły koleś M. wytoczył mi ich bodajże z pięć. Wszystkie oskarżenia tej samej treści, skomponowane na zasadzie "kopiuj - wklej", nawet te same błędy ortograficzne. 


Za to wieczorem kolejny miły mail od pani Krystyny Konarskiej, rewelacyjnej, choć dziś
nieco zapomnianej piosenkarki z lat sześćdziesiątych. Kiedyś trafiłem w necie na jej parę piosenek, bardzo trafiły mi w gust, spodobał mi się jej głos. Okazało się, że nietrudno znaleźć do niej kontakt, pani okazała się bardzo sympatyczna, więc od czasu do czasu pisujemy do siebie. Parę lat śpiewała w Paryżu, poprosiłem ją o trzymanie kciuków, kiedy będę startował w tamtejszym maratonie. Na godzinę przed startem dostałem sms-a zagrzewającego do biegu, z prośbą o zameldowanie ukończenia. Takie same wsparcie było przed maratonem w Krakowie, półmaratonem w Grodzisku, 27-godzinnym biegiem w Goleniowie. Pani Krystyna okazała się wierną kibicką. Dziś w necie znalazłem jej dwie piosenki, których dotąd nie znałem. Oto jedna z nich, zwracam uwagę publiczności na rewelacyjne trzaski na początku piosenki. To autentyczne nagranie z "czwórki" wydanej w 1963 roku, wtedy zdaje się, ledwie chodziłem...
Ktoś inny
A to druga piosenka, w klimacie Cliffa Richarda, typowym dla początku lat sześciesiątych. Gitara jak u Hanka Marvina, trzaski na początku są jeszcze piękniejsze :)  Twoje imię
Warto też zwrócić uwagę na zdjęcie na okładce płyty. Przypominam: rok 1963, w modzie są sztywne koki, postarzające piękne dziewczyny o 15 lat. A tu Krystyna Konarska wygląda tak, że i 50 lat potem fotka zachwyca...  Nie pasowała do przaśnego peerelu, z Gomułką godzinami ględzącym w czarnobiałej TV, nie dziwię się, że uciekła do Paryża.
A ten kawałek znają chyba wszyscy, musiał się o uszy obić:
Jesienny pan


Właśnie dostałem info, że dysk daje oznaki życia. Ufffffffff....

czwartek, 11 lipca 2013

Jest pięknie

10 km

 No więc doczekaliśmy się pięknej (dla biegacza) pogody. Miły chłodek, lekki wiaterek, coś tam kapie z nieba, chłodząc zgrzany organizm i poprawiając nawodnienie cery. W lesie nie gryzą robale, piasek na leśnych ścieżkach nie jest sypki, nie kurzy się i nie napełnia butów. Czy może być piękniej? A, jeszcze jedno: człowiek się nie obsmaża na słońcu jak kiełbasa na grillu. 
Ciekawe tylko, że mimo tej pięknej pogody na bieżni niewielu. Czyżby lud wolał pylący żużel? Bo wczoraj był tłok, choć radioaktywny pył właził wszędzie.

Dostałem zdjęcia z Jarosławca. Podobno było jeszcze goręcej, niż przed rokiem. Wystartowało czterech naszych: stary Lewando, młody Lewando, Tomek Ultragarbień i Tomek Oleszek. Przeżyli, podobno są nawet zadowoleni (Mirek, nie miałeś konkurenta :))), przywieźli ładne medale. Słońce waliło prosto w czachy, jak zwykle na tłum biegaczy patrzył tłum leżących w piachu, popijających chłodne napoje i pytających się w duchu " po kiego oni tu biegają?". I pewnie jak zwykle w Jarosławcu Goleniów nie wylosował nic ze stosu nagród. Ale nie po nagrody przecież się jedzie do Jarosławca, tylko po te medale, które są Himalajami przy osirowskiej blaszce rozdawanej na Mili.

A właśnie, Mila... Za tydzień puszczę tekst o tym, jak bieg powinien wyglądać. Skoro już Banach łyknął temat, trzeba młotkować. Do listopada czasu sporo, przekujemy Milę w porządny bieg, wkurzając do bólu Ojca Dyrektora, który - pewnie nie wszyscy o tym wiedzą - mianował się w tym roku Ojcem Dyrektorem Mili Goleniowskiej. Nie zdziwię się, jeśli 10 listopada przed biurem OSiR-u stanie pomnik Nieznanego Dobrodzieja Goleniowskiej Mili, a ów dobrodziej będzie miał dobrze znaną, ojcowską gębę. Dzieło wyrzeźbi oczywiście Naczelny Plastyk Gminy Goleniów.

Wreszcie mam poczucie, że zrzuciłem z siebie "dorobek" weekendu w Koninie. Ostatnio dość często słyszę uwagi typu "panu to dobrze, pan tak zeszczuplał, służy panu to bieganie...". No służy, służy... A komu nie służy? Chyba tylko tym, co nie biegają. Ruch i mniej jeść - recepta prosta, znana od początku świata, ale najtrudniejsza w zastosowaniu, niestety.
Od powrotu z Konina jem symbolicznie, bo w lodówce został keczup, musztarda i pół cebuli. Nie mam konceptu, co z tego przyrządzić, więc dziś wybrałem się na zakupy. Zaszalałem: paprykarz (zawsze lubiłem!), parę plasterków salami, dwa pomidory, piwo miodowe i chleb. No i strawa podstawowa: pół kilo dobrej kawy. Full wypas!

W sobotę zrobię sobie odpust. Jadę na cały dzień do Stepnicy, a tam człowiekowi z głodu nie dadzą zginąć.  

Wieczorem zajrzałem na portal "Gazety Wyborczej". Jak zwykle, najważniejsze tematy to los Żydów w Polsce, troska o los polskiego Kościoła, no i jeszcze żal, że KUL stracił 30% studentów. Już myślałem, że przez przypadek wszedłem na portal "Gościa Niedzielnego", ale nie, dla odmiany jakiś, za przeproszeniem, Marcin Wójcik przebazował się z "Gościa" do "Wybiórczej", spluwając z tej okazji dość kontrowersyjną profesor Pawłowicz. Cała "Wybiórcza" klaszcze, brawo, brawo, jaki rozsądny chłopczyk. Chłopczyk jest z siebie dumny.
A, jeszcze jeden temat wyłapałem. Michnik życzy Jaruzelowi wszystkiego najlepszego z okazji 90. urodzin (przepraszam, lecę się zrzygać). Wróciłem. Michnik nadal gratuluje Jaruzelowi, a Kiszczaka uważa za człowieka honoru.
A w Niemczech przed sąd idzie kolejny bandzior pokroju kumpli Michnika. Dziwne, nie?

środa, 10 lipca 2013

5 km na żużlu

5 km

Kompletnie zapieprzony dzień, jakieś duperele od rana do wieczora, nic sensownego, nic pożytecznego. Ot, pójść, posiedzieć, posłuchać (nie licząc na 'szkodliwe'), potem ewentualnie coś napisać. Najbardziej pożyteczna była wyprawa do Nastazina, gdzie grupa pozytywnie zakręconych fanów teatru od 11 lat robi tygodniowy festiwal, którym - i to cholernie ciekawe - bardzo są zainteresowani miejscowi. Aż trudno uwierzyć, ale stodoła, w której odbywają się spektakle, jest pełna ludzi, od dzieciaków po dorosłych. Siedzą w skupieniu, chłoną to, co dzieje się na scenie. Stodoły od lat użyczają życzliwi ludzie, atmosfera jest wspaniała. Przypominają się czasy dobrego Teatru Brama, zanim ludzie z Bramy zaczęli ssać unijnego cycka i działać wyłącznie z myślą o pieniądzach. Pieniądze dobrze robią "artystom", dużo gorzej dziełu.

No więc kiedy już się nasiedziałem i nasłuchałem, wróciłem do domu, a że było już dobrze po 21, to za późno było na wyprawę w plener. Z niesmakiem i wielką niechęcią poszedłem na stadion. Bardzo byłem zadowolony, że po 10 kółkach deszcz mnie przepędził, dosyć miałem biegania w tym osirowskim syfie. Kiedy włączyłem prysznic, popłynęła woda czarna i mętna. Ojcowy żużel, psia mać...
Na długo mam dosyć osiru i bieżni. Jutro w las!

wtorek, 9 lipca 2013

Gdzie by tu pobiec?

13,5 km

Zajrzałem dziś na Górę Lotnika, nie byłem tam od zimy. Najpierw nad "starą Inę", czyli starorzecza, które jakiś jegomość próbuje wynajmować wędkarzom chcącym złapać jakąś płotkę. Trochę się zdziwiłem, że ten teren jest prywatną własnością, jutro to zweryfikuję. Może gość tylko próbuje skubnąć parę złotych, a naiwnym wpiera, że użycza swoją własność? Naiwnych zresztą na razie nie ma, nikt nie chce płacić 10 zł za płotkę.
Góra Lotnika też się zmieniła. Wycięto część drzew, zrobiło tam się łyso, choć nie poprawiła się widoczność ze szczytu wzgórza. 
Dalej prosto w kierunku parkingu na "trójce", skok przez ekspresówkę, do GPP i powrót drogą lubczyńską. Jak przypuszczałem, forma się poprawiła, nie ma boleści, jakie towarzyszyły niedzielnemu biegowi. Jest normalnie.

Rozglądam się za jakimś biegiem w najbliższym czasie. Nie widzę w jadłospisie nic w pobliżu. Owszem, w głębi kraju i na południu. Na Dzikim Zachodzie - pustka. Szkoda.

Rozmawiałem dziś z Banachem, m.in. na temat bieżni. Ojciec Dyrektor deklaruje, że jak najbardziej jest za bieżnią czterotorową, ale nie chce z siebie wykrztusić tego jako oficjalnego komunikatu. Nadal chce coś tam konsultować i omawiać z Kostrzebą. Kim, do cholery, jest w tej gminie obywatel Kostrzeba, że wszyscy czują potrzebę dyskutowania z nim i uzgadniania?
Chwycił natomiast pomysł, by Milę przesterować w stronę dobrej imprezy masowej. Pomysł losowania nagród i zatrzymania przez to zdecydowanej większości biegaczy do końca imprezy bardzo się Banachowi spodobał, przekazał to Ojcu D., a nawet oznajmił, że chce być członkiem komitetu organizującego Milę. To ostatnie Ojcu do gustu podobno nie przypadło...

poniedziałek, 8 lipca 2013

Po zjeździe

10 km+ 7 wczoraj

Starczy tego lenistwa. Od piątkowego popołudnia do niedzieli wieczór siedzenie i konsumowanie. Miło, choć pewnie niezdrowo, jest posiedzieć przekąszając i popijając, przy czym i przekąski i popitka w najlepszym gatunku, do tego dobre i wesołe towarzystwo. Przyjemność biesiadowania odbierały tylko komary, które przez parę wieczornych godzin nachalnie pakowały się na wkręta, z krwią wysysając z nas to, cośmy sobie w spokoju przyswoili. Walka chemiczna z tą zarazą wiele nie dawała, trzeba było po prostu przeczekać. Faktycznie, około 22.30 komary jak na komendę odlatywały i wracał spokój.
W niedzielę przerwałem tę błogość, wskoczyłem w strój i ruszyłem w teren. Z przykrością stwierdziłem, że organizm nader szybko i ochoczo dostosował się do nieróbstwa, na ofertę godzinnego biegu wśród pól zareagował wyjątkową niechęcią. Zmusiłem się jednak, bo przecież przede mną były jeszcze niedzielne popołudnie i wieczór, a wraz z nimi to i owo do skonsumowania. Dało się rozkręcić, zrobiłem jakieś siedem kilometrów, wróciłem do bazy z czystszym sumieniem, gotów zregenerować siły i uzupełnić elektrolit.

Młodzież zrobiła album, w którym są podobizny uczestników rodzinnego zjazdu: fotografie wmontowane w znane obrazy. Oto przykłady. Najlepszy jest Michał, bo pewnie wielu by nie zauważyło podmiany twarzy, gdyby o tym nie wiedzieli:
Ja jako Marat
Ola wiedzie lud na barykady
Ania dwa razy jako rubensowska gracja
Michał z gronostajem

 Goleniów. Wieczorem upał nieco zelżał, w ramach pokuty za 3 dni nieróbstwa ruszyłem więc w las. O ile wczoraj bieganie szło fatalnie, to dziś miła odmiana. Wyraźnie widać, że brak ruchu mi nie służy, bo achillesy drewnieją i zaczynają pobolewać. Wczoraj dostały nieco obciążenia, dziś pracowały jak należy. Za dzień czy dwa wszystko wróci do normy, bo codziennie na liczniku będzie przepisowa dycha.
Wczoraj była 'piętnastka' po plaży w Jarosławcu. Trochę szkoda, że nie mogłem jechać, z drugiej strony - pamiętam, jak mi ten bieg dał po zaworach. To wtedy zaczął się problem z achillesami. Kurka, ale medal był w tym roku wyjątkowo ładny, szkoda, że mnie ominął ;(

czwartek, 4 lipca 2013

Szukanie butów

10 km

Polecam jutro felieton na ostatniej stronie GG, a przynajmniej pierwszą jego połowę, w której jest zawarta ocena naszej imprezy sprzed tygodnia. Przy wyraźnej niechęci autora do idei (nowa bieżnia) bieg 27/27 jest chwalony za wybitną sprawność organizacyjną i rewelacyjny PR. 

Szukam kolejnego modelu butów biegowych. Niestety, idealnych dla mnie butów Nike Pegasus +26 już nie można dostać. W tej samej serii są modele oznaczone + 28 i +29. Pewnie niczym istotnym się nie różnią od +26, poza wściekłymi, wkurzającymi mnie kolorami. Kurka, co za palant wymyślił pomarańczowe albo zarypiaście lazurowe buty do biegania?? Aż chce się zacytować Maksa z 'Seskmisji': "-Nie, no nie róbcie z nas pederastów!". Komu przeszkadzały łagodne pastele, czyli dotychczasowa kolorystyka?

Dziś powtórka z wczorajszej trasy. Powoli zaczyna tracić dawny urok, bo znam już ją na pamięć, wiem, co będzie za chwilę, gdzie wystaje korzeń, a gdzie jest dziura. Nadal jednak jakoś wyjątkowo szybko biegnie tu czas, bo poza trzykilometrowym odcinkiem przez park przemysłowy, trasa jest zróżnicowana i zdecydowanie przyjemna. Ale trzeba się rozejrzeć za jakąś odmianą, nie da się stale krążyć po tych samych torach.

Dostałem sygnał, że projekt bieżni został rozesłany po instytucjach, które muszą się wypowiedzieć przed wydaniem warunków zabudowy. Rozesłano projekt bieżni z czterema torami, więc pomysł Jacka K. wystrzelono na Marsa i w tym zakresie temat został wyczerpany. Mam nadzieję, że już więcej nie usłyszę mędzenia o sześciu torach.

Jutro wyjazd na zjazd rodzinno-gastronomiczny do Konina. Może idę trochę pod prąd trendom, ale zabieram strój do biegania, a co więcej - zamierzam z niego skorzystać.

środa, 3 lipca 2013

Maratony też nas chwalą

10 km

Relacja z biegu znalazła się jeszcze na stronie www.maratonypolskie.pl, a konkretnie pod adresem http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=8&action=2&code=2502. To znaczy, że załapaliśmy się na prawie wszystkie możliwe media, został już chyba tylko Runner's World. Nagłośnienie takie, że można nam zazdrościć.

Zdaje się, że wracają upały. Po południu termometr zatrzymał się na 33 stopniach, co odebrało mi ochotę na bieg, a wywołało zapotrzebowanie na drzemkę. Jak mawiał Melchior Wańkowicz, pokusy są od tego, żeby im ulegać. Walnąłem się na godzinkę, a jak wstałem, to i termometr pokazywał bardziej przyjazną temperaturkę, i ochota na bieganie się znalazła. Przyjemność z biegu zepsuło tylko leśne robactwo, które z wyszczerzonymi zębami czekało na mnie w gąszczu. Jedyna metoda, to biec bez zatrzymywania się, wtedy jest szansa na przeżycie. Przeżyłem.

W piątek wyruszam na zjazd rodzinny, do szwagierki w Koninie. Przepytałem małżonkę, jaki jest program zjazdu. Jest krótki i zwięzły. Najpierw ognisko i kiełbaski, potem grille przeplatane kawką z ciastem, płynnie przechodzące od śniadania przez podobiadek, obiad, podwieczorek, podkurek, kolację do nocnego czuwania przy ognisku z różnymi dobrami. I tak od piątku do niedzieli, koleżanka małżonka zostaje u siostry do końca tygodnia, też pewnie nie będą głodować... 

wtorek, 2 lipca 2013

Marszałek dalej biega

10 km

Przebieżka starym szlakiem, do starego asfaltu w lesie, wiaduktu, GPP i stamtąd do domu. W GPP pomiar czasu na kilometrowych odcinkach. Pierwszy kilometr 5:01, drugi 4:47, trzeci 4:34. Jestem zadowolony.

W lesie, w okolicy 'jeziorka', napotkałem Olgierda, marszałka. Ze słuchawkami na uszach zażywał biegu. Zatrzymaliśmy się na chwilę, jeszcze raz podziękowałem za udział, bo dziękuję wszystkim, których napotykam. Widzę, że sprawia ludziom przyjemność, że się o nich pamięta. A gdy mają przyjemne skojarzenia, to łatwiej ich będzie w przyszłości namówić na to i owo.
Olgierd mówi, że spodobało mu się popołudniowe bieganie, postara się to umieścić w swoim kalendarzu. No, jeszcze jeden nawrócony na właściwą drogę ;)

Spotkałem też radnego Łukasza, na biegu 27/27 zrobił "dyszkę" i nie narzekał, że coś pada. Łukaszowi powiedziałem, że bieżnia pewnie będzie droższa, niż przewidywano, bo trzeba ją nieco poszerzyć. Łukasz na to: no, po tym biegu nikt nie piśnie, że paręset tysięcy trzeba dołożyć. Się poszuka, się znajdzie...
Mądrze mówi. 

Zastanawiałem się, czy wrzucić do gazety coś na temat prac nad bieżnią. Na razie jednak tematu nie ruszam, w przyszłym tygodniu prawdopodobnie będzie spotkanie burmistrza z Ojcem Dyrektorem i Jackiem K., mają wypowiedzieć się, za którym z projektów się opowiadają. Wybiorę się, posłucham i zdam relację z tego, co usłyszę. Koniec chowania się za plecami, wypychania przed kamerę jakiejś zawodniczki czy Waldka. Chcą, niech mówią własnym głosem.

Relację z naszego biegu zamieścił portal ultramaratończyków. Do poczytania tutaj: http://www.ultrabiegi.pl/index.php/joomla-pages-iii/category-list/193-27-godzin-biegu-w-deszczu-dla-biezni-w-goleniowie

Pozdrowienia dla Pani Krystyny, która niedawno dołączyła do czytelników tego bloga, a tydzień temu, w środę rano, mimo deszczu przyszła poprzeć budowę porządnej bieżni :)

poniedziałek, 1 lipca 2013

Informacja the best

Ciekawostka z mojego podwóreczka: jak można napisać relację, by uczestnicy nie poznali zdarzenia, w którym uczestniczyli? Na przykład tak, jak zrobił to Gall Anonim ze starostwa na powiatowej stronie www.powiat-goleniowski.pl. Rzecz traktuję z humorem, bo tak naprawdę, to nic innego się nie spodziewałem. Ale niektórzy pewnie się zdziwią, że najważniejsi we wtorek rano byli pan starosta i jego zastępca. 6 na 8 fotografii jest im poświęcone ;)

Zdaje się, że rozstrzygnęła się kwestia wielkości bieżni: 4 czy 6 torów? Powód prozaiczny: brak miejsca na 6 torów. Zresztą, jest też problem z lokalizacją bieżni czterotorowej, bo jeśli ma być porządna i zgodna z wymaganiami, to trzeba będzie wyjść poza teren dziś zajmowany przez boisko i bieżnię. Trzeba będzie albo przesunąć trybuny, albo wyciąć jedną linię drzew między boiskiem a kortem tenisowym. Dziś oglądałem cztery wersje zagospodarowania terenu, każda wymaga wyjścia poza teren ogrodzony dziś zieloną siatką. Na 6 torów zwyczajnie nie ma miejsca. 
Pojawi się problem zwiększenia kosztów inwestycji oraz uzyskania zgody na wycinkę drzew (stadion ma status terenu parkowego, ciekawe, jak na to zareagują spece od ochrony środowiska). Znów potrzebne będzie wsparcie medialne...
Okazuje się, że stadion w ogóle jest jakiś niewymiarowy, dwa równoległe tory bieżni są zbyt blisko siebie, boisko trzeba więc poszerzyć. Albo w stronę kortu, co spowoduje konieczność likwidacji widocznych na fotce trybun, asfaltowej ścieżki przy płocie i samego płotu, albo też przesunąć by trzeba trybuny na nasypie po drugiej stronie stadionu. Pierwsze rozwiązanie ryzykowne, bo ochrona środowiska nagle może jak Rejtan zacząć bronić 15 drzew. Drugie rozwiązanie podobno piekielnie kosztowne.
Za parę dni się okaże, który wariant zostanie wybrany. 

Przebiegłem się na Górę Lotnika, pierwszy raz od paru miesięcy. Niewiele się zmieniło, zielono jakoś... W lesie spotkałem paru biegaczy, tym razem się zdziwiłem, każdy chętny do pozdrowienia. Od razu sympatyczniej. Dziesiątkę machnąłem bez żadnej przerwy, dopiero w okolicy przejazdu na ul. Drzymały zatrzymałem się dla złapania oddechu. Przy okazji zerknąłem na nowe rondo u zbiegu ulic Sportowej, Drzymały i Andersa. Śmiesznie wygląda, jak ziarno fasoli albo biszkopt, przewężone w środku. Koniec szaleństw w samochodach, nie da się go przejechać na wariata.