piątek, 23 maja 2014

P 11c

Tak naprawdę, do Muzeum Lotnictwa Polskiego wybrałem się, żeby zobaczyć jedyny ocalały
Jedyny ocalały plski samolot z
Kampanii Wrześniowej
egzemplarz samolotu myśliwskiego P-11c, który był podstawowym sprzętem myśliwskim w Wojnie Obronnej 1939. Tym jedynym istniejącym samolotem prawdopodobnie latał ppor. Wacław Król, jeden z późniejszych polskich asów myśliwskich w Anglii. 

Muzeum warte jest zobaczenia. Spitfire, Mirage, Harrier, masa ruskiego żelastwa, które przez lata latało nam nad głowami. Jest co oglądać, wszystko ładnie wyeksponowane, opisane. Zainteresuje nawet niefachowców.
Papieski śmigłowiec, jeszcze nie
uznany za relikwię...
Po muzeum daliśmy sobie spokój ze zwiedzaniem czegokolwiek. Upał powalał. Zaszyliśmy się na Bajecznej, by obejrzeć "Wilka z Wall Street". Film rewelacyjny, a Di Caprio wspiął się na wyżyny aktorstwa. Finału łatwo było się domyśleć, ale oglądanie kulisów życia "wilków z Wall Street" było fascynujące. 
Po południu wizyta w "Cyklopie" na ul. Bożego Ciała. Jedzonko wyśmienite, ceny przytomne, do tego sprawnie wytargowaliśmy 10% rabatu, a przy następnej wizycie dostaniemy 20% rabatu przy płaceniu rachunku. Krótko mówiąc, polecam"Cyklopa" i na ulicy Bożego Ciała 7 na Kazimierzu, i a Małym Rynku w pobliżu kościoła św. Barbary. 

Kończymy dziś wizytę w Krakowie, jutro rano dzieciątka przekazujemy w ręce dobrych ludzi, a ok 10 wyjeżdżamy w kierunku Goleniowa. O 17 półmaraton w Nowej Soli, po tygodniu przerwy w bieganiu potraktuję go równie lajtowo, jak maraton a Cracovie. Wracam do biegania, bo czuję, że przez tydzień zwyczajnie przytyłem. Od jutra walka z tłustym.

Ruski złom ze słusznie minionej epoki

Junkers Ju-52, grał ważną rolę w filmie
"Tylko dla orłów"


I na koniec "Cyklop"

czwartek, 22 maja 2014

Ksylitol benedyktyński

Krużganki tynieckie
Mam już dość bezchmurnego nieba, pięknej pogody, ciepełka, tzw. słodkiego nieróbstwa, a po dzisiejszym popołudniu mam też dość Krakowa.
Kiedy na liczniku jest 28 celsjuszy, lepiej nie szwendać się po mieście. Dlatego wsiedliśmy rano w autko, załączyliśmy klimę i wyskoczyliśmy do Tyńca, by odwiedzić najstarszy klasztor w Polsce. I to była zdecydowanie przyjemna część dnia, bo w klasztorze miły chłodek, wokół dużo zieleni, zgrabnie pomagającej w utrzymaniu w miarę normalnej temperatury. Klasztor robi świetne wrażenie, wygląda o niebo lepiej, niż 25 lat temu, kiedy byłem tu dłużej ostatni raz. Odbudowano wszystkie zrujnowane niegdyś budynki, jest ładnie i sympatycznie. Ubawił mnie sklep z "produktami benedyktyńskimi", wśród nich winami-sikaczami w cenie naprawdę niezłych win francuskich czy australijskich, z niebywale benedyktyńskim produktem pt. "Orzechy brazylijskie", "salcesonem diakońskim"
Chwila przed wejściem do sklepu
z 'produktami benedyktyńskmi'
po 35 zł za kilo czy miodkiem rzepakowym po 17 zł za mały słoiczek. Nie wiedziałem, że ksylitol, czyli "cukier brzozowy" też jest produktem benedyktynów tynieckich, a jak najbardziej stał w sklepie na półce, w cenie bynajmniej nie promocyjnej. Dopilnowałem, żeby koleżanka małżonka przypadkiem czegoś nie kupiła, a już miała w ręku "wino porzeczkowe" po jakieś 30 zł za ładną (to pewnie jedyny plus) flaszkę. Krzywdy benedyktynom nie zrobiłem, bo lud pielgrzymujący kupował z namaszczeniem różne "wyroby benedyktyńskie", sklep musi świetnie prosperować.

Po Tyńcu przyszedł czas na miejsce, w którym jeszcze nie byłem: Kopiec Piłsudskiego. Raptem parę kilometrów od Tyńca, po drodze do miasta. Zatrzymaliśmy się na drodze prowadzącej do klasztoru kamedułów na Bielanach, stąd poszliśmy pieszo (wyczyn - 6 km w obie strony, hihi...). Na zboczach Srebrnej Góry rozległe winnice, chyba obecnie największe w Małopolsce. Krzewy jeszcze młode, ale za parę lat vindange będzie całkiem serio.
Droga do kopca zeszła szybko. Sam kopiec naprawdę robi wrażenie. Jest największy ze wszystkich kopców krakowskich, nic dziwnego, że komuniści nie poradzili z nim sobie, choć próbowali. Ja sam o jego istnieniu dowiedziałem się dopiero w roku 1980, wcześniej nigdzie nie trafiłem na informację o tym miejscu.
Panorama z Kopca jest zupełnie inna, niż z kopców Kościuszki czy Krakusa. Miasto widać,
ale w oddali. Piękny widok na lotnisko w Balicach, piękna panorama na góry (ładnie było widać ośnieżone jeszcze Tatry), aż nie chciało się stamtąd ruszać, bo w dodatku miło wiało, było więc chłodno i przyjemnie.
Po południu wyprawa z małymi na północ miasta, na wystawę budowli z klocków Lego. Szlag mnie mało nie trafił, bo przebijałem się dobrą godzinę, a ujechałem 17 kilometrów. Na koniec zjechałem nie na ten pas, co mnie kosztowało dodatkowe 3 kilometry i "afekt napięty z tendencją do reakcji gniewnej", co tłumaczy się na język zrozumiały jako wkurwienie. To wystarczyło, żebym stracił ochotę na budowle z klocków i ochotę na cokolwiek. Odprężyłem się w księgarni, czytając "Przygody Mikołajka". Mikołajek zniwelował efekty popołudniowego przebijania się przez Kraków i wpływu głupot wygłaszanych w radiu przez pajaców, którzy
Ja nieważny, panorama Krakowa tak
koniecznie chcą dorwać się do kasy płaconej przez Eurokołchoz i namawiali mnie, żebym w niedzielę na nich głosował. Pójdę, owszem, ale tylko po to, żeby postawić wielki krzyżyk na karcie do głosowania. Wyrażę w ten sposób swoją opinię, spełnię obywatelski obowiązek, a jednocześnie nie będę miał kaca, że poparłem jakiegoś pazernego ćwoka.

Oleńka na szczycie Kopca Piłsudskiego

Jutro ostatni dzień, na popołudnie zaplanowana jest ogólnorodzinna wyprawa do "Cyklopa", podobno rewelacyjnej pizzerii na Kazimierzu. OK, porównamy ją z bez wątpienia rewelacyjną "Ambrozją" w Nowym Wiśniczu. Już teraz wiem, że w kategorii 'cena' wygrywa Nowy Wiśnicz, nie ma w ofercie najbardziej wypasionej pizzy "fi 50" za 33 zł brutto. Sprawdzimy, jak z jakością.
A co wcześniej? Się zobaczy. Może Muzeum Lotnictwa? Jest tam jedyny istniejący egzemplarz polskiego samolotu myśliwskiego P-11C, to należy obejrzeć. 
A oto winnica "Srebrna Góra". Nie ma się co śmiać,
jeśli winnice są w Szwecji, mogą też być i w Małopolsce.

środa, 21 maja 2014

Dzień roztargnionego dziecka

Dziś można się było wyspać, pobudka dopiero o 7, bo młodzież trzeba było odwieźć do Krakowa na 9. Mateusz dzień zaczął z górnego C, bo w połowie drogi autostradą się okazało, że nie wziął tornistra. W szkole problemu z tego nie robili, skserowano mu właściwe strony podręcznika i ćwiczeń, miał to przenieść w domu do swoich książek. Pod koniec dnia okazało się coś nowego: nie wziął skserowanych kartek z tornistra swojego kolegi... W domu lekcje odtwarzał z pamięci. Tę szczęśliwie ma dobrą.
My zaś dzień zaczęliśmy od Rynku, gdzie kierowcy meleksów uparli się, by nas przewieźć po mieście, atakowali nas jeden za drugim. Nie daliśmy się.
Dwie godziny spędziliśmy w nowym muzeum, pokazującym podziemia krakowskiego rynku.
Bruk z XII wieku
Gorąco polecam wszystkim zainteresowanym historią. Ekspozycja jest rewelacyjna, bo od niedawna pokazuje to, co przez około 700 lat było skryte pod ziemią. Średniowieczny rynek miejscami miał poziom nawet o 6 metrów niższy od obecnego, a owe 6 m to dwie kondygnacje. Stary bruk, groby, pozostałości chat niegdyś tam stojących, do tego sporo techniki, multimediów, w rezultacie powstało piękne muzeum, naprawdę warte odwiedzenia za 19 zł (16 - bilet ulgowy).
Przed muzeum kapitalna scenka: na murku siedzi sobie jakaś dziecięca wycieczka. Dzieciaki
Rozkoszna ekipa z bajglami
grzeczne, ciche, jednakowo ubrane w czerwone koszulki, krótkie spodenki, różowe czapeczki, niebieskie plecaczki. Siedzą i wcinają bajgle, nie stwarzają żadnych problemów, wyglądają na zadowolone. Nie wiem, co to była za ekipa, pewnie krajowa. Widok był tak sympatyczny, że zrobiłem dzieciakom serię zdjęć.
Po muzeum w Rynku odpiliśmy kawę, po czym przeszliśmy się spokojnym krokiem na Skałkę, potem do kościoła św. Katarzyny, jednej z bardziej zagadkowych krakowskich świątyń, bo choć potężnej, to do dziś
Św.Katarzyna
nieukończonej, bez kluczowych przęseł, bez reprezentacyjnego frontonu i bez wież. Kościół ma jednak klimat prawdziwej, gotyckiej katedry, mimo wszystko świetnie komponujący się z ociekającym złotem ołtarzem.
Po Kazimierzu tylko się przeszliśmy. Chcieliśmy zjeść obiad w "Brasserie", którą pamiętamy sprzed 10 lat jako niezłą knajpkę mieszczącą się w dawnych stajniach zajezdni tramwajowej na ul. Gazowej. "Brasserie" już nie ma, jest jakieś dziwo gastronomiczne, w którym już nie podają nieźle przyrządzonych muli. Nie interesował mnie proponowany w menu mus buraczany z jakimś serem, aż taki głodny nie byłem...
Na ulicy Szerokiej, na żydowskim Kazimierzu, knajp od metra, ale to gastronomiczna cepelia obliczona na frajerów z zagranicy, chcących zjeść coś prawdziwie żydowskiego. Dostają "cóś", ale z kuchnią żydowską ma to pewnie tyle wspólnego, co
A ten pub zagrał rolę
w filmie "Pod Mocnym
Aniołem"
chińskie dania w knajpie koło spichlerza w Goleniowie, będące szczytem gastronomicznego badziewia, wręcz kulinarną prostytucją. Na Kazimierzu za to wrażenie robią ceny: 25 zł za parę pierogów, a rzeczy bardziej wyszukane (przynajmniej z nazwy) to dodatkowe 50 procent. Przypomniałem sobie wczorajszą pizzę "fi 50" za 41 zł z piwem i dodatkami, więc propozycje kulinarne z Kazimierza spuściłem do Wisły. A na obiad wpadliśmy do kultowego baru "Pod Filarami" na rogu Dietla i Starowiślnej, gdzie żurek z dwoma jajkami i kawałem kiełbasy kosztuje 5 zł.Nie dziwi, że ciągną tam tłumy, a lokal ma się dobrze. 

Wieczorem dobra nowina: autko jest na chodzie. Polecony mechanik za 50 zł ustalił, że przyczyną podejrzanego stukania jest źle dokręcone lewe przednie koło. Dociągnął śruby we wszystkich kołach i powiedział, że gdybym pojechał do innego warsztatu, mogliby mnie skroić nawet na tysiąc lub dwa, wmawiając awarię półosi, łożysk i w ogóle wszystkiego. Pewnie bym taki kit kupił i był szczęśliwy, że samochód naprawiony.
Otaczający Skałkę mur był kiedyś obwarowaniem
miasta Kazimierz

Kolejny dowód, że brzydka ściana może wyglądać ciekawie

Jak widać, Paulina jadła lody czekoladowe

...i truskawki

...a Mateusz odrabiał lekcje

Jeszcze jeden rzut oka na niedokończony największy kościół Krakowa

wtorek, 20 maja 2014

Nie należy wracać

Dziś już w krzyżu nic się nie dzieje, pobolewa za to prawa pięta (zapewne odzyskałem w niej czucie...) i mięsień przywodziciel lewego uda. Jeszcze czuję osłabienie, miałem się o tym okazję przekonać na podejściu pod banalną górę, jakieś dwieście metrów przewyższenia. Autentycznie, nie miałbym ochoty podchodzić wyżej. Ale też nie musiałem :)

Zrobiliśmy dziś sobie wypad na wschód od Krakowa. Podjechaliśmy do Tabaszowej nad Jeziorem Rożnowskim. Byłem tam pierwszy raz jeszcze w liceum, w 1978 roku, ostatni raz
Tu kiedyś była plaża - marzenie
cztery lata później. Spało się w szkole na szczycie góry, wodę trzeba było pompować, autobus jeździł raz dziennie. Ale te gwiazdy w sierpniową noc, Droga Mleczna widoczna jako biały pas na niebie, ta dzika plaża nad jeziorem, do której schodziło się ścieżką wydeptaną na łące. Jedzenie się gotowało samemu, albo prosiło góralkę o ugotowanie ziemniaków, jedzonych potem z mlekiem. No i miało się 17 lat, piękny czas.

Dziś się przekonałem kolejny raz, że nie należy wracać po latach do miejsc, które się zapamiętało jako piękne. Szkoła jest, panie bardzo sympatyczne, ale to już zupełnie co innego, niż 36 lat temu. Ścieżka na plażę zamieniona w wygodną drogę, plaży nie ma, jest śmietnisko gorsze niż nad Iną. Zostały piękne beskidzkie pejzaże, ale nie ma już góralskich chałup, są domy na pewno wygodne, ale koszmarnie nie pasujące ani do gór, ani do wspomnień. Wszechobecna pasteloza,
Bud nie było, drogi też, była natura
i piękny pejzaż. Minęło.
obrzydliwa, bezstylowa "architektura", od której po prostu chce się rzygać. Nie wiem, czy dziś miałbym ochotę przejść się z plecakiem po górach, bo znikło to, co dla mnie było atrakcją nie z tej ziemi - prawdziwe, góralskie budownictwo, tradycyjne i z poszanowaniem dla kultury regionu. Dziś po domu nie poznasz, czy jesteś w Beskidach, czy na Mazurach. Ta sama architektoniczna rozpacz, aleje tuj, jakieś koszmary estetyczne ze snów po garze bigosu... A miałem nadzieję, że tylko Podhale jest takim architektonicznym syfem. Nie, syf się rozlał na Beskidy, a pewnie i na całą Polskę.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Rajbrocie, by zajść na cmentarz wojenny z czasów I wojny światowej. Pewnie mało kto wie, że Beskidy były miejscem kilku potężnych bitew, największych na froncie wschodnim I wojny. Ich pamiątką
Kiedy nie ma domów, pejzaż jest jak
za dawnych lat.
jest mnóstwo cmentarzy wojennych, w samych polskich Karpatach jest ich około 400. Budowali je Austriacy, chowając na nich swoich żołnierzy, Prusaków i - rzecz ciekawa - żołnierzy armii rosyjskiej. Leżą wspólnie; ci, których dało się zidentyfikować, leżą w opisanych grobach, inni leżą w grobach zbiorowych, ale odrębnych dla każdej armii. Osobno Austriacy, osobno Węgrzy, Rosjanie, Niemcy. I tylko Polacy leżą wszędzie, bo byli w każdej z walczących armii.
Pewnie niewielu z czytelników też wie, że I wojna światowa była pierwszą wojną, po której zostały pamiątki w postaci grobów żołnierzy z tabliczkami ze stopniem, imieniem i nazwiskiem. Wcześniej poległych chowano w zbiorowych, nieopisanych mogiłach. Upamiętnianie poległych to pomysł Niemców, oni byli pierwsi. Przejęli to od nich Austriacy, którzy mieli w armii specjalny
Koszmar. Tak teraz wygląda
"architektura góralska"
Wydział Grobów Wojennych, którego zadaniem było porządkowanie pól bitewnych, inwentaryzacja grobów, dokonywanie ekshumacji i budowa cmentarzy wojennych. To samo zaczęli robić Francuzi. Ruscy takimi sprawami głowy sobie nie zawracali, rosyjskich cmentarzy wojennych nie ma. 

A pół godziny później zatrzymaliśmy się w Nowym Wiśniczu. Pasteloza totalna, ale przynajmniej czysto i ludzie sympatyczni. Najlepsze wrażenie zrobiła pizzeria "Ambrozja", gdzie zamówiliśmy (czort wie co podkusiło...) pizzę o średnicy 50 cm. Jasne, zamówienie składaliśmy głodni, ale już w momencie wjazdu pizzy na stół wiedzieliśmy, że był to błąd. Pizza była wielkości młyńskiego koła. Pyszna, bogata, ostra jak należy, a to za... 33 złote polskie. Z piwem i sosem kosztowała nas ta akcja 41 zł plus 10 procent napiwku (pourboire, jak mówią Francuzi). Pół pizzy oczywiście zapakowaliśmy w kartonik, by pożywić i młodzież krakowską.
Rajbrot. Kwatera grobów żołnierzy, których
tożsamości nie ustalono. Razem leżą Węgrzy,
Austriacy, Polacy, Rosjanie, Niemcy

42 żołnierzy rosyjskich...

Kwatera tych, których imiona i nazwiska były znane


Cmentarz widziany z drogi

Pizza "fi 50"

Krótko potem się poddaliśmy...

poniedziałek, 19 maja 2014

Teraz relaks

Żadnego biegania.

Panorama z Kopca na Kraków.
Rano rozwieźliśmy dzieciaki po szkołach i przedszkolach, odpiliśmy kawę, po czym mogliśmy ruszyć w krakowski plener. Pogoda jak marzenie, grzechem byłoby siedzieć w domu. Na początek Kopiec Krakusa, z piękną panoramą Babiej Góry i ośnieżonych Tatr, a z drugiej strony z całym Krakowem jak na dłoni. Potem Stare Miasto, na którym dłużej byłem z 10 lat temu. Kościółek św. Wojciecha z bardzo ciekawymi podziemiami na poziomie romańskiego rynku,
Magiczne miejsce
czyli mniej więcej o 3 m niżej, niż obecnie. Potem Grodzka, jak całe Stare Miasto - bez ani jednej reklamy (czyli - można!), Wawel, Planty, kościół Reformatów, plac Szczepański. Po południu obiad u Ani, pod wieczór powrót do Dąbrowy i szukanie mechanika, który wymieni mi walnięte łożysko w samochodzie. Mechanik, z bardzo dobrymi referencjami, jest w Dąbrowie. Na szczęście w zagrodzie jest drugie autko, kłopotu z komunikacją nie będzie.

Dziś rano obudziłem się w stanie podobnym do tego, w jakim obudził się z długiego snu ob. Siara w "Kilerze" - jakby mnie kto pół nocy kijem okładał. Rano chodziłem jak starzec, na Kopiec Kraka ledwie wszedłem. W ciągu dnia wróciłem do żywych.
Zejść łatwo. Wejście ciężkie...
Jutro pogoda wciąż wzorowa. Chyba skoczymy do Tyńca, byliśmy tam dokładnie 25 lat temu, w czasie poślubnej wyprawy do Krakowa. Może do tego Lanckorona, Kalwaria Zebrzydowska. Cepeliowskie Wadowice odpuszczam, na żadne kremówki czy inne bzdury się nie wybieram.



A to my

Nawet brudna ściana może być ciekawa

św. Piotr i Paweł

św. Andrzej

Landszafcik wawelski

A w tle Babia Góra

Widać, dokąd przedwczoraj sięgała woda...

Kości wieloryba przez wieki grały rolę szczątków smoka

Piękna lekcja historii: tabliczki poświęcone darczyńcom,
którzy po I wojnie światowej wyłożyli pieniądze na renowację Wawelu

Wyobraźcie sobie, jako to działało na wyobraźnię za komuny
(tym, którzy ją mieli)




Najwyższy budynek przedwojennego Krakowa,
na Placu Szczepańskim. 7 pięter!

niedziela, 18 maja 2014

Rodzinnie i na luzie

42,2 km

Cracovia Maraton zaliczony. Tym razem zupełnie na spokojnie, bez walki o wynik. Wprawdzie pierwsza dyszka zrobiona była w tempie zdecydowanie dającym nadzieję na wynik jeszcze lepszy, niż w Hamburgu, ale krótko potem zaczęły się niepokojące sygnały od
mięśni udowych, wyraźnie sugerujące ryzyko wystąpienia poważnych skurczy. Nieco zwolniłem, ale to nie wystarczyło, pierwsze skurcze pojawiły się już w połowie trasy. Machnąłem więc ręką na wynik, postanowiłem bieg dokończyć w tempie relaksowym. Kiedy dobiegałem do wodopoju, schodziłem na bok, żeby w spokoju się napić i coś przekąsić. Gdy drugi raz biegłem przez Błonia, zatrzymałem się przy rodzince, pogadałem, zrobiliśmy sobie fotki, parę minut pogadaliśmy pod drzewkiem, bo akurat lało. Tak sobie wycyrklowałem, żeby na mecie się zjawić między 4:15 a 4:30. Ostatecznie było to 4:26. 
Warunki do biegu mocno zróżnicowane. Pierwsza dziesiątka jeszcze w porannym chłodzie.Potem znienacka się ociepliło, a po paru dniach deszczu powietrze błyskawicznie
zrobiło się parne, na dodatek zaczęła nadciągać ulewa. Kiedy zaczęło padać, warunki moim zdaniem się poprawiły, bo zrobiło się chłodniej. Ale zaraz po deszczu znów wyszło słońce i wróciła łaźnia parowa. Pogoda nie służyła biegaczom cięższym, słabszym, starszym - czyli m.in. mnie. Ciekawe, że jednak nie odczułem tego w postaci osłabienia. Bieg skończyłem w bardzo dobrej kondycji, z zapasem sił, oczywiście ogólnie zmęczony, ale po raz pierwszy doskonale, ze szczegółami, pamiętam ostatnie dwa kilometry, w tym bieg przez Grodzką. Dotąd maratony kończyłem w stanie skrajnego wyczerpania, a końcowego odcinka zwyczajnie ze zmęczenia nawet nie rejestrowałem.
Oczywiste, że organizm nie wrócił jeszcze do pełnej równowagi po Hamburgu. Pewnie

należało zadbać o jakąś fizjoterapię, popracować nad kondycją mięśni, a nie tylko nad siłą i wytrzymałością. Ale teraz przed następnym maratonem (Kliniska) sporo czasu, a potem czas na regenerację, Nicea dopiero w listopadzie. 
Rodzinna ekipa kibiców sprawiła się na medal. Ola z dwójką najmłodszych (Paulinka i Mateusz), do tego Ania z Mikołajem, wyposażeni w sprzęt do kibicowania i dwa spore transparenty. Ola jak zwykle zdzierała gardło dopingując wszystkich wokół, już z daleka wiedziałem, gdzie ekipa stoi. Maluchy pracowicie przybijały piątki wszystkim chętnym, łapki miały pod koniec solidnie poobijane. Ola mówi, że dzieciaki były bardzo przyjaźnie odbierane przez biegnących i przez innych kibiców, na brak chętnych do "piątki" narzekać nie mogły. 

W tym roku maraton nie miał szczęścia do trasy. Była dwukrotnie zmieniana, ostatecznie wczoraj trzeba ją było modyfikować kolejny raz, bo Wisła zalała bulwary. W efekcie nad Wisłą było ciasno, na dodatek nawierzchnia tam jest fatalnej jakości, są górki, jakiś bruk, dziadostwo. Dla mnie nie było to specjalnie istotne, bo ciśnienia na wynik nie miałem. Widziałem jednak po ludziach, że właśnie te ostatnie 7 km dało im solidnie w kość, masa ludzi zwyczajnie nie miała sił, by podbiec pod górkę, która dla zwykłego piechura jest pikusiem niezauważalnym.
Organizacja świetna, żadnych zastrzeżeń do pracy obsługi, w tym młodych wolontariuszy. Strefy odżywiania duże, nie było na nich tłoku. Pod koniec gdzieniegdzie brakowało cukru i czekolady, ale banany i picie w całym asortymencie było do końca. Na mecie rozdawano torby pełne różnych dóbr jadalnych, wziąłem dwie butle izotonika dla małych, które oczywiście piją to teraz jak nektar. Ja na niebieskie picie patrzeć nie mogę... Bananów nie wziąłem, tę propozycję potraktowałem jako delikatną prowokację.


Najciekawsze, że choć w Goleniowie zmagałem się z wrednym achillesem i czymś w rodzaju rwy kulszowej, to w Krakowie achilles ani razu się nie odezwał, a dupa też nie boli. Ot, zbawienny wpływ maratonu na życie staruszka :)

A jutro relaks. Po raz pierwszy od paru lat będę miał kilka dni na leniwe zwiedzanie Krakowa. Na początek Kopiec Krakusa, pewnie też podjedziemy do Tyńca. We wtorek koniecznie muszę zwiedzić nowe muzeum w podziemiach Rynku. 

Właśnie doliczyłem się, że to już mój dziesiąty maraton. 3 razy Hamburg, 2 razy Poznań, 2 razy Kraków, Maraton Puszczy Goleniowskiej, Paryż i oczywiście 27/27. Się napiję z tej okazji winka ;) 

sobota, 17 maja 2014

Kraków

Podróż - rewelacja. Miałem okazję przetestować nowy odcinek S3, od Gorzowa do Międzyrzecza. Pierwszy raz w życiu z Gorzowa do Skwierzyny jechałem niecałe 10 minut, z Goleniowa do Zielonej Góry dotarłem w 2h jadąc zupełnie na luzie, a w 3h byłem w Legnicy.
Sprawnie, wygodnie, choć nieco nudno, bo z krajobrazu znikło Deszczno, Trzebiszewo, kilkanaście innych wiosek i stado fotoradarów. Pierwsze miasto, o które się teraz zahacza, to Legnica. Pełna Europa. Kaszana zaczęła się na A4 za Legnicą, bo ten kawałek, aż do Wrocławia, zbudowano bez pasa awaryjnego. Lało na całej A4, były wypadki i związane z tym korki na drodze. Ale i tak po 7 godzinach spokojnej jazdy udało się dotrzeć do Krakowa.
Pakiet odebrany, kawałek drzemki wykonany, teraz kawka i chmielowy izotonik. Przed chwilą obejrzałem mapę trasy. Tak, jak przypuszczałem: kolejna korekta, spowodowana zalaniem bulwarów nad Wisłą. Trasa przez to nie zyskała, na pewno nie będzie korzystna dla chcących osiągnąć jakiś przyzwoity wynik. Mogą być przewężenia i korki. Zdaje się, że przebiegnę sobie to relaksowo.
Dobrze przynajmniej, że pogoda się poprawiła. Przestało padać, wyszło słońce. Pogoda ma być podobna do tej w Hamburgu, więcej słońca, a lekkie opady dopiero po południu. Patrzę w prognozę dla Goleniowa: współczuję wszystkim niedzieli.

piątek, 16 maja 2014

Na wojnę z Pulsem

Wczoraj 6 km, dziś 6 km

Zamiast biegu, który obciąża kręgosłup, zrobiłem sobie wczoraj intensywny, godzinny marsz. To wprawdzie nie to samo, co bieg, ale lepsze od siedzenia w fotelu i jedynego wysiłku w formie wciskania guzików na pilocie. Dało to efekty, wyraźnie czuć je w postaci ustąpienia dolegliwości z kończynami i zdecydowanie mniejszego, bardzo lekkiego pobolewania w krzyżu. Oczywiście, należałoby sprawdzić ten stan w boju, ale eksperymenty sobie odpuszczę, do maratonu raptem półtora dnia.
Jednak się nieco przebiegłem, nie przełknąłbym nic bez ruszenia w teren. Nadal największym problemem jest ból w krzyżu, który jednak łatwo będzie zgłuszyć tabletką. Podwozie - bez zarzutu.

A w Krakowie dziś leje, pogoda pod psem. W niedzielę będzie mniej więcej tak, jak w Hamburgu, ale cieplej i z ryzykiem solidnych, ale przelotnych opadów. Szukając plusów, to: nie będzie się kurzyć spod stóp, mniej się będzie chciało pić, słońce nie będzie oślepiać, a jeśli dobrze popada - to się zaoszczędzi na kąpieli po biegu, bo prysznic będzie w jego trakcie. 

Przedbiegowy relaks nieco mi zakłócił kumpel, który przyniósł mi dzisiejsze wydanie biuletynu pn. "Puls Goleniowa". Na piątej stronie jest tam dramatyczny opis, jak to rzekomo chciałem zamordować niejakiego Zbigniewa Gołębiowskiego. Zamordowanie miało polegać na uduszeniu. 
Tekst wysmażyła początkująca, ale bardzo odważna dziennikarka, zwąca się Magdaleną Maciejewską. To, co napisała, podobno opowiedział jej Gołębiowski. Potwierdziła mi (bo zadzwoniłem z ciekawości do pani redaktor), że wysłuchała Gołębiowskiego i nawet nie próbowała weryfikować opowiedzianej przez niego historii, uznała ją za w pełni wiarygodną i odważnie zamieściła w swoim biuletynie. Pisała, jakby to wszystko widziała na własne oczy, bez żadnych wątpliwości. Odwaga będzie miała swoje konsekwencje w postaci procesu sądowego, który pani red. Maciejewska będzie miała na sto procent. Z adwokatem już rozmawiałem, sprawa zostanie sfinalizowana po moim powrocie z Krakowa.
Scenariusz, z którym Gołębiowski poleciał do pani redaktor z "Pulsu Goleniowa", chłopina  raz już próbował wprowadzać w życie. Parę lat temu oskarżył mnie, że próbowałem go przejechać samochodem i rzekomo przez parę tygodni miał przeze mnie nogę w gipsie. Prokuratura w Goleniowie kupiła te bzdury i na koszt podatników wspierała Gołębiowskiego w sądzie. Proces skończył się udowodnieniem, że Gołębiowski kłamał od samego początku, uraz symulował, lekarzy oszukał, świadków nakłonił do składania fałszywych zeznań, a dowody rzeczowe preparował. Sąd uniewinnił mnie bez żadnej wątpliwości. Prokuratura Rejonowa odmówiła jednak ścigania kłamcy, nie widząc w tym, co robił cech przestępstwa.  Panią prokurator nawet rozumiem, przecież i jej groziła seria pytań z trudną odpowiedzią. Najprościej było się zaprzeć i udać, że sprawy nie ma.

Poprzednio obroniłem się, choć nie miałem żadnych świadków potwierdzających moją wersję. Punkt po punkcie zbijałem zarzuty z aktu oskarżenia i wykazywałem, że Gołębiowski łże wraz ze swoimi świadkami. Tym razem może być ciekawie, bo w kawiarni były cztery osoby, które widziały zachowanie Gołębiowskiego, będącego wyraźnie w fazie agresywnego pobudzenia. Jest też film nakręcony przeze mnie, na którym widać, kto jest agresywny i kto kogo zaczepia. Czekam spokojnie na ciąg dalszy.
Za całą sprawą z "Pulsem Goleniowa" stoi oczywiście pewien Anonimowy Literat (w skrócie - AL). To AL jest autorem sporej części tekstów publikowanych w biuletynie, AL pisze listy do redakcji i komentarze, AL będzie też kandydatem, którego "Puls Goleniowa" będzie gorąco popierał w jesiennych wyborach samorządowych. AL słusznie zakłada, że we mnie nie będzie miał raczej wsparcia, dlatego pobłogosławił to, co spłodziła odważna do szaleństwa pani Maciejewska. A ta, skoro chce...

środa, 14 maja 2014

Pierwsze grzyby...

10 km

Powtórka wczorajszej procedury: długa seria intensywnego rozciągania się, trochę ćwiczeń siłowych, a rezultacie praktycznie żadnych dolegliwości związanych z achillesem. Za to napieprzanie w krzyżu, które niewątpliwie jest karą za gimnastyczne zaniedbania w przeszłości, za to na pewno nie karą dożywocia. Przejdzie.
Osobliwość: teraz lepiej mi służy bieg w terenie, a nie jednostajny bieg w standardowych warunkach po asfalcie. Może to mieć związek ze stopniowym poprawianiem się kondycji prawego achillesa. Lewy chyba definitywnie wydobrzał, bo nie przypomina o sobie w żaden sposób. To wszystko cieszy, bo jeszcze miesiąc temu miałem ponurą wizję końca biegania...

Ciekawy obrazek napotkałem dziś za torami: dwie kobiety z naręczem grzybów. Piękne, duże maślaki i borowiki. Żałowałem, że nie mam ze sobą aparatu fotograficznego; jak na początek maja - widok niecodzienny.

wtorek, 13 maja 2014

Radykalnie do przodu

12 km

Jeden z tych dni, które powinny trwać w nieskończoność. Dobre rozciągnięcie przed biegiem, pierwszy kilometr jeszcze z jakimiś tam sygnałami niezadowolenia z okolic prawej pięty, a potem hulaj dusza! Żadnych problemów, żadnych ograniczeń fizycznych, nie przekraczałem jednak przeciętnego tempa 5:15, bo nie ma sensu się zrywać na parę dni przed sympatycznym maratonem w Krakowie. 
Jeszcze raz się okazało, że dobre rozciągnięcie się, w tym przede wszystkim długie skłony aż do bólu z tyłu kolan, to świetny sposób na radykalną i szybką poprawę stanu achillesów. Nie wiem, na czym polega ta zależność, ale niewątpliwie ona istnieje. Tak wynika z moich doświadczeń, w tym dzisiejszych. Po półgodzinnych ćwiczeniach achilles przymknął się i nie daje znać o sobie aż do teraz (a dochodzi godz. 23). 
Nowe buty wreszcie właściwie ułożyły mi się na stopie, czuję się w nich doskonale. Wczoraj na śmietnik wyniosłem stare rupiecie, których ze względu na zużycie systemu amortyzacji nie powinienem więcej zakładać na stopy. Jest jeszcze jedna para w rezerwie, Nike model 28+, które będą butami treningowymi na tereny nieutwardzone. Powód prosty: podeszwa z tworzywa sztucznego, a nie dobrej gumy o wysokiej odporności na ścieranie. Nike 30 będą do startów.

Jutro 8-10 km, trzeba powoli schodzić z liczby kilometrów i zebrać siły na niedzielę. Pojutrze maksymalnie 6, w sobotę nic, bo w planie jest poranny wyjazd do Krakowa, odebranie pakietu i wieczór z krakowską młodzieżą.