18 km
Z przyjemnością ostatnio wpisuję cyfry kilometrażu. Dwucyfrowe, a druga coraz rzadziej jest zerem. Się polepsza, to się czuje.
Dzisiaj 18 po lesie, trasą przypadkowo wydłużoną miesiąc temu. Start o wpół do piątej, jeszcze przy dość wysoko wiszącym słońcu, przy przepięknej pogodzie. Na kilometr przed Górą Lotnika nieoczekiwane spotkanie z Prezesem. Lekko się zdziwiłem, bo do Klinisk daleko, ale Darek objaśnił, że z najmłodszym juniorem przyjeżdża na treningi, młody kopie piłkę, a on biega po lasach. W sumie ma prawo, to lasy Nadleśnictwa Kliniska :)
Do końca w bardzo dobrej kondycji, żadnych problemów z wytrzymałością, z oddechem i siłą. Pod koniec odezwała się menda w prawej pięcie, ale to pikuś z tendencją gasnącą. Perspektywy na Paris dobre i coraz lepsze.
Na weekend prognozy na razie niezłe, ma być pogodnie i względnie ciepło (lodu na wodzie nie powinno być). Spływik kusi...
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
środa, 16 marca 2016
poniedziałek, 14 marca 2016
Oficjalny początek
21 km
Jastrowie zaliczone, wiosna nadeszła, sezon rozpoczęty. Chociaż, kiedy mijaliśmy z Mariuszem Wapnicę miny nam nieco zrzedły, bo wjechaliśmy w strefę zdecydowanej zimy, ze świeżo spadłym śniegiem. Im dalej, tym śniegu więcej, z kulminacją w rejonie Kalisza Pomorskiego i Mirosławca, gdzie drzewa gięły się pod białym ciężarem. Ale potem się poprawiło, w samym Jastrowiu śladu bieli.
Jak zawsze dwie pętle w terenie, po dobrze znanej trasie. Pierwsze kółko było wykańczające, szczególnie jego pierwsza połowa, pod górę. Powrót do bazy już przyjemniejszy, tym bardziej, że poprawiono stan leśnej drogi: z grubsza wyrównana, bez wystających korzeni. Nawet w sosnowym lesie korzeni jakby mniej niż poprzednio, ryzyko potknięcia zdecydowanie mniejsze.
Drugie koło o wiele przyjemniejsze, podbieg jakby niższy(?), dobre tempo na leśnym odcinku. Odpuściłem kiedy wybiegłem z lasu, nie chciało już mi się szarpać na betonowej kostce pokrytej warstwą piachu, na którym buty mi się ślizgały. Czas żaden, jakieś 2,06, ale najważniejszy jest kolejny medal z Jastrowia.
No i oczywiście sławny kotlet jastrowski, równie symboliczny co Darek Mańkowski i pamiątkowy medal. Kotlet schabowy w starym stylu, wczoraj smażony, z ziemniakami i surówką z kapusty, a do popicia specyficzny izotonik - stołówkowy kompocik z dżemu. I mam nadzieję, że ten zestaw nie będzie któregoś dnia zastąpiony przez frutti di mare czy boeuf bourgignon. :)
Jastrowie zaliczone, wiosna nadeszła, sezon rozpoczęty. Chociaż, kiedy mijaliśmy z Mariuszem Wapnicę miny nam nieco zrzedły, bo wjechaliśmy w strefę zdecydowanej zimy, ze świeżo spadłym śniegiem. Im dalej, tym śniegu więcej, z kulminacją w rejonie Kalisza Pomorskiego i Mirosławca, gdzie drzewa gięły się pod białym ciężarem. Ale potem się poprawiło, w samym Jastrowiu śladu bieli.
Jak zawsze dwie pętle w terenie, po dobrze znanej trasie. Pierwsze kółko było wykańczające, szczególnie jego pierwsza połowa, pod górę. Powrót do bazy już przyjemniejszy, tym bardziej, że poprawiono stan leśnej drogi: z grubsza wyrównana, bez wystających korzeni. Nawet w sosnowym lesie korzeni jakby mniej niż poprzednio, ryzyko potknięcia zdecydowanie mniejsze.
Drugie koło o wiele przyjemniejsze, podbieg jakby niższy(?), dobre tempo na leśnym odcinku. Odpuściłem kiedy wybiegłem z lasu, nie chciało już mi się szarpać na betonowej kostce pokrytej warstwą piachu, na którym buty mi się ślizgały. Czas żaden, jakieś 2,06, ale najważniejszy jest kolejny medal z Jastrowia.
No i oczywiście sławny kotlet jastrowski, równie symboliczny co Darek Mańkowski i pamiątkowy medal. Kotlet schabowy w starym stylu, wczoraj smażony, z ziemniakami i surówką z kapusty, a do popicia specyficzny izotonik - stołówkowy kompocik z dżemu. I mam nadzieję, że ten zestaw nie będzie któregoś dnia zastąpiony przez frutti di mare czy boeuf bourgignon. :)
wtorek, 8 marca 2016
19 km
19 km
Dłuższy leśny trening przed sobotnią połówką w Jastrowiu. Porządne rozciągnięcie przed biegiem dało długi i efektywny krok, z miłym poczuciem lekkości. Lekkie, ale niedokuczliwe ćmienie w prawej pięcie, na szczęście niepodobne do napieprzania sprzed paru czy parunastu miesięcy. Po biegu świetne samopoczucie i zero zmęczenia. Dobrze.
W ogóle, problemy ze zdrowiem w końcu mijają. Ze zdziwieniem przypomniałem sobie, że kłopoty sprawiała kiedyś nawet lewa noga, dziś działająca idealnie. W prawej zdecydowanie się skończyły kłopoty z mięśniem gruszkowatym i rwą kulszową, od czasu do czasu przypomina o sobie prawa pięta, ale zadziwiająco pozytywny wpływ na nią ma... rozciąganie. Niby nie powinno być związku, ale jest wyraźny.
Udało się też zrzucić nieco wagi, dlatego bieg jest lżejszy i przyjemniejszy, jeszcze ze 3-4 kilo poleci przed Paryżem, będzie dobrze.
Ciekawa propozycja: maraton i połówka 21 sierpnia w Mierzęcinie. Ładny pałac, przy nim piękna winnica. Warto zobaczyć, a przy okazji zaliczyć połówkę na Pojezierzu Drawskim. Zapisy od 21 marca.
Dłuższy leśny trening przed sobotnią połówką w Jastrowiu. Porządne rozciągnięcie przed biegiem dało długi i efektywny krok, z miłym poczuciem lekkości. Lekkie, ale niedokuczliwe ćmienie w prawej pięcie, na szczęście niepodobne do napieprzania sprzed paru czy parunastu miesięcy. Po biegu świetne samopoczucie i zero zmęczenia. Dobrze.
W ogóle, problemy ze zdrowiem w końcu mijają. Ze zdziwieniem przypomniałem sobie, że kłopoty sprawiała kiedyś nawet lewa noga, dziś działająca idealnie. W prawej zdecydowanie się skończyły kłopoty z mięśniem gruszkowatym i rwą kulszową, od czasu do czasu przypomina o sobie prawa pięta, ale zadziwiająco pozytywny wpływ na nią ma... rozciąganie. Niby nie powinno być związku, ale jest wyraźny.
Udało się też zrzucić nieco wagi, dlatego bieg jest lżejszy i przyjemniejszy, jeszcze ze 3-4 kilo poleci przed Paryżem, będzie dobrze.
Ciekawa propozycja: maraton i połówka 21 sierpnia w Mierzęcinie. Ładny pałac, przy nim piękna winnica. Warto zobaczyć, a przy okazji zaliczyć połówkę na Pojezierzu Drawskim. Zapisy od 21 marca.
poniedziałek, 7 marca 2016
Się poprawia
W piątek dłuższe wybieganie, jakieś 19 km, w sobotę rowerowa wyprawa na kolejne grodzisko, tym razem w pobliżu Goleniowa, a niedziela i poniedziałek to standardowa leśna dyszka.
Spokojna, ale systematyczna poprawa kondycji. To cieszy, zapowiada się przyjemny sezon wiosenny. W sobotę lekka połówka w Jastrowiu, tydzień po świętach maraton w Paryżu, na który mam nadzieję się przygotować na tyle, by spokojnie i bez problemów przebiec do mety. Dwa pierwsze biegi były z problemami, raz skurcze, drugim razem awaria stawu biodrowego, teraz nic nie zapowiada kłopotów. Zadbam o sole mineralne na drogę, bo to ich brak powoduje kłopoty z kondycją mięśni. Parę pakiecików do szybkiego rozpuszczenia w wodzie, zmontuję sobie taki izotonik 'ad hoc' - żaden problem takie wunderwaffe przygotować sobie we własnym zakresie w domu.
Sobota była paskudna, zimna i wietrzna, ale leśna wyprawa rowerem zaliczona. Tym razem w las między Glewicami a Krzywicami, do średniowiecznego grodziska na skraju lasu. Nawet bez fotografii laserowej bez trudu odnalazłbym w terenie wał obronny i fosę przed nim (na zdjęciu). Trudniej zauważyć zarysy grodu wewnętrznego, to już ledwie widoczne wzniesienia, które stapiają się z otoczeniem.
Grodzisko o tyle ciekawe, że najbardziej wysunięte na zachód i najbliższe Goleniowa. Bliżej jeziora Dąbie nic już nie ma. Może kiedyś grodzisko istniało na terenie samego Goleniowa, ale z oczywistych powodów nie ma po nim żadnych śladów. Jeśli było, to zapewne w rejonie dzisiejszego kościoła św. Katarzyny, ale to teren od setek lat zurbanizowany, nie ma czego już szukać. A na zachód od Goleniowa tym bardziej, bo to tereny jeszcze niedawno bagniste, nieprzyjazne i niezdrowe, zagospodarowane dopiero od XVIII wieku. Kto by tam się pchał na bagna, skoro było tyle przyjemniejszych miejsc.
Tak naprawdę Goleniów był mało ważną pipidówką aż do początku XIX wieku. Wcześniej żyli tu jacyś smolarze, jacyś tam rybacy, trochę rolników. Miasteczko wegetowało sobie na uboczu, ważniejsze od niego było leżące na ważnych szlakach komunikacyjnych Maszewo czy - oczywiście - Stargard. Sytuacja radykalnie się zmieniła dopiero w latach '30 XIX wieku, kiedy przez Goleniów poprowadzono dwie ważne drogi krajowe: do Gdańska i Kamienia Pomorskiego. Nagle znalazło się na głównych szlakach komunikacyjnych. Drugi skok cywilizacyjny to koniec wieku i budowa kolei - to ugruntowało pozycję miasta i zapoczątkowało przewagę nad dominującym dotąd Nowogardem. No i tak się zaczął dobry czas dla Goleniowa, a gorszy dla sąsiednich miasteczek...
Sorry za dygresję, ale ten temat jest cholernie pasjonujący, nie mniej miły niż bieganie. :)
Spokojna, ale systematyczna poprawa kondycji. To cieszy, zapowiada się przyjemny sezon wiosenny. W sobotę lekka połówka w Jastrowiu, tydzień po świętach maraton w Paryżu, na który mam nadzieję się przygotować na tyle, by spokojnie i bez problemów przebiec do mety. Dwa pierwsze biegi były z problemami, raz skurcze, drugim razem awaria stawu biodrowego, teraz nic nie zapowiada kłopotów. Zadbam o sole mineralne na drogę, bo to ich brak powoduje kłopoty z kondycją mięśni. Parę pakiecików do szybkiego rozpuszczenia w wodzie, zmontuję sobie taki izotonik 'ad hoc' - żaden problem takie wunderwaffe przygotować sobie we własnym zakresie w domu.
Sobota była paskudna, zimna i wietrzna, ale leśna wyprawa rowerem zaliczona. Tym razem w las między Glewicami a Krzywicami, do średniowiecznego grodziska na skraju lasu. Nawet bez fotografii laserowej bez trudu odnalazłbym w terenie wał obronny i fosę przed nim (na zdjęciu). Trudniej zauważyć zarysy grodu wewnętrznego, to już ledwie widoczne wzniesienia, które stapiają się z otoczeniem.
| Stoję w fosie, wał obronny po lewej |
Tak naprawdę Goleniów był mało ważną pipidówką aż do początku XIX wieku. Wcześniej żyli tu jacyś smolarze, jacyś tam rybacy, trochę rolników. Miasteczko wegetowało sobie na uboczu, ważniejsze od niego było leżące na ważnych szlakach komunikacyjnych Maszewo czy - oczywiście - Stargard. Sytuacja radykalnie się zmieniła dopiero w latach '30 XIX wieku, kiedy przez Goleniów poprowadzono dwie ważne drogi krajowe: do Gdańska i Kamienia Pomorskiego. Nagle znalazło się na głównych szlakach komunikacyjnych. Drugi skok cywilizacyjny to koniec wieku i budowa kolei - to ugruntowało pozycję miasta i zapoczątkowało przewagę nad dominującym dotąd Nowogardem. No i tak się zaczął dobry czas dla Goleniowa, a gorszy dla sąsiednich miasteczek...
Sorry za dygresję, ale ten temat jest cholernie pasjonujący, nie mniej miły niż bieganie. :)
niedziela, 28 lutego 2016
Znów grodziska
17 km
Po wczorajszej wyprawie rowerowej przejażdżka i dziś była nienajlepszym pomysłem. Zamiast niej wydłużona przebieżka za Górę Lotnika. Wydłużona bardziej, niż chciałem, bo wprawdzie wbiegłem raptem w jedną przecznicę dalej, ale nie zwróciłem początkowo uwagi, że odchodzi ona pod nieco innym kątem. Biegnę, biegnę, samochodów na ekspresówce nie słychać... Zerknąłem na słońce - no tak, nie jest tam, gdzie być powinno. Biegłem wyraźnie w stronę Rurki. I faktycznie, kiedy dobiegłem na skraj lasu, stacja była niedaleko. Zwrot, szukanie drogi w stronę miasta, na szczęście szybko się znalazła droga, która doprowadziła do parkingu przed wiaduktem, a stamtąd już przecież raptem jakieś 3 km.
Wczorajsza wyprawa za Maszewo pełna wrażeń. Najpierw przeprawa do Maszewa, wzdłuż
linii kolejowej. Przekonałem się, że ci, co chcieli budować po nasypie ścieżkę rowerową zupełnie nie mają pojęcia, o czym mówią. Ścieżka jest kompletnie zbędna. Do Maszewa można bez problemu dojechać rowerem (no, może nie wyścigową szosówką...) wykorzystując to, co jest. A więc na początek ulicą Spacerową do zjazdu na Helenów, a potem najstarszą drogą w kierunku Maszewa, czyli obecną ulicą Kalinową, potem Świerkową i dalej prosto przez las do Podańska. Potem odcinek praktycznie pustej drogi do Danowa, tam skręt w prawo, a na wysokości dawnego zakładu firmy Partner skręcić w lewo i jechać wzdłuż dawnych torów wygodną, piękną drogą gruntową. Doprowadza do Dobrosławic, dalej do Radzanka, a z tej drugiej wsi drogą polną (dobra nawierzchnia) dojeżdża się do samego Maszewa. Coś pięknego!
Ale pojechałem dalej, starą drogą do Bielic, Sokolników i wreszcie do Chlebówka, gdzie był cel wyprawy - ukryte w lesie grodzisko. Ze zdjęcia wykonanego skanerem laserowym wynikało, że powinno być spore i wyraźne. Ale kiedy zobaczyłem, co tam jest - przytkało mnie. Grodzisko było potężną twierdzą jak na wczesne średniowiecze. Leży na wzgórzu nad rzeką Krąpiel, z drugiej strony chroniły je bagna, z dwóch pozostałych - wysokie wały, doskonale widoczne jeszcze i dziś. Widać miejsce, gdzie była główna brama, gdzie był wjazd z podgrodzia do głównych fortyfikacji. To nie była byle górka z palisadą - widać, że włożono wiele pracy i wysiłku, a twierdzę budowano starannie. Co ciekawe, nie ma chyba żadnych bliższych informacji na jej temat, z dostępnych informacji wynika, że chyba obiekt nie był badany przez historyków. Ciekawe, że nawet miejscowi nie wiedzą, że o kilometr od wsi mają coś tak ciekawego. Kiedy pytałem kilka osób o drogę do grodziska, nikt nie wiedział, o czym mówię.
Droga powrotna wydłużona o kilka wiosek na terenie powiatu stargardzkiego. Skoro jest okazja zobaczyć kawałek pleneru - to trzeba. Powrót zleciał błyskawicznie, od Maszewa tą samą drogą, co w południe.
Dziś miałem oglądać dwa kolejne grodziska, dałem sobie jednak spokój. Zdążę. A tak w ogóle, to na terenie Zachodniopomorskiego są 243 grodziska, jest co zwiedzać :)
Po wczorajszej wyprawie rowerowej przejażdżka i dziś była nienajlepszym pomysłem. Zamiast niej wydłużona przebieżka za Górę Lotnika. Wydłużona bardziej, niż chciałem, bo wprawdzie wbiegłem raptem w jedną przecznicę dalej, ale nie zwróciłem początkowo uwagi, że odchodzi ona pod nieco innym kątem. Biegnę, biegnę, samochodów na ekspresówce nie słychać... Zerknąłem na słońce - no tak, nie jest tam, gdzie być powinno. Biegłem wyraźnie w stronę Rurki. I faktycznie, kiedy dobiegłem na skraj lasu, stacja była niedaleko. Zwrot, szukanie drogi w stronę miasta, na szczęście szybko się znalazła droga, która doprowadziła do parkingu przed wiaduktem, a stamtąd już przecież raptem jakieś 3 km.
Wczorajsza wyprawa za Maszewo pełna wrażeń. Najpierw przeprawa do Maszewa, wzdłuż
| To chyba lepsze, niż ścieżka z polbruku |
| Fosa przed pierwszą linią wałów |
Droga powrotna wydłużona o kilka wiosek na terenie powiatu stargardzkiego. Skoro jest okazja zobaczyć kawałek pleneru - to trzeba. Powrót zleciał błyskawicznie, od Maszewa tą samą drogą, co w południe.
Dziś miałem oglądać dwa kolejne grodziska, dałem sobie jednak spokój. Zdążę. A tak w ogóle, to na terenie Zachodniopomorskiego są 243 grodziska, jest co zwiedzać :)
| Na Maszewo? Przez kilkaset lat jechało się prosto. |
| Droga za Danowem. Jedziemy w lewo. |
| Szlak już nawet jest |
| Brama do nieistniejącego już dworu w Radzanku |
| Młyn w Maszewie. Na pierwszym planie młyńskie koło |
| Przez okno widać, że młyn wciąż jest młynem |
| Mało kto wie, że tu w marcu 1945 mieściła się kwatera sowieckiego marszałka Żukowa |
| Bielice. Ktoś miał wizję i - niestety - pieniądze na jej realizację. Koszmarne kafle na całej elewacji, dwie kolumny ze zwieńczeniem w stylu korynckim i jeszcze ten orzeł... Coś strasznego! |
| Sokolniki, kościół. Jedyna płyta z niemieckiego cmentarza, która ocalała. Wmontowano ją w mur. |
| No i potężne grodzisko nad Krąpielą. Na jednym z wałów |
| Miejsce nad wyraz obronne, z natury |
| Wały podgrodzia |
| Główny wał chroniący centrum grodziska |
| Widziane bezpośrednio robią dużo większe wrażenie... Warto odwiedzić! |
wtorek, 23 lutego 2016
Rewelka z kichą, na przemian
10 km, 5 km
Po wczorajszej rewelacyjnej przebieżce dziś kicha i kompletna niechęć. Nie co dzień jednak jest święto ;) Ale się zmusiłem do paru kilometrów wzdłuż rzeki, choć kompletnie byłem bez pary, odcięty od zasilania. Ta pora - 16-17 - to wyjątkowo niekorzystny dla mnie czas, który najchętniej spędzałbym na kanapie, z kawą i książką. Dziś niewykonalne, bo musiałem jechać na spotkanie z mieszkańcami Żółwiej Błoci związane z budową S6.
W drodze powrotnej spotkałem swoją dawną nauczycielkę z podstawówki. Zatrzymała mnie, żeby pochwalić się pierwszą wnuczką, która ma się urodzić za mniej więcej tydzień. Pogratulowałem, uśmiechnąłem się, bo nasz Mati ma 10 lat, Paulina 7... Niedługo dorosną :)
Ustalony jest kalendarz biegów na pierwsze półrocze. 12 marca Jastrowie, 3 kwietnia Paryż, 23 kwietnia Gozdowice, 11 czerwca Babia Góra i 18 czerwca Stargard. Być może jeszcze 29 maja Człuchów. I starczy, nic więcej w temacie biegania. Reszta czasu wypełniona będzie rowerem i kajakami.
Po wczorajszej rewelacyjnej przebieżce dziś kicha i kompletna niechęć. Nie co dzień jednak jest święto ;) Ale się zmusiłem do paru kilometrów wzdłuż rzeki, choć kompletnie byłem bez pary, odcięty od zasilania. Ta pora - 16-17 - to wyjątkowo niekorzystny dla mnie czas, który najchętniej spędzałbym na kanapie, z kawą i książką. Dziś niewykonalne, bo musiałem jechać na spotkanie z mieszkańcami Żółwiej Błoci związane z budową S6.
W drodze powrotnej spotkałem swoją dawną nauczycielkę z podstawówki. Zatrzymała mnie, żeby pochwalić się pierwszą wnuczką, która ma się urodzić za mniej więcej tydzień. Pogratulowałem, uśmiechnąłem się, bo nasz Mati ma 10 lat, Paulina 7... Niedługo dorosną :)
Ustalony jest kalendarz biegów na pierwsze półrocze. 12 marca Jastrowie, 3 kwietnia Paryż, 23 kwietnia Gozdowice, 11 czerwca Babia Góra i 18 czerwca Stargard. Być może jeszcze 29 maja Człuchów. I starczy, nic więcej w temacie biegania. Reszta czasu wypełniona będzie rowerem i kajakami.
niedziela, 21 lutego 2016
Ani deszcz, ani g...
15 km
Niektórych dziś zmoczyło, mi się udało przemknąć między falami deszczu. Trochę pokropiło, ale bezboleśnie. Ominęło mnie nawet ptasie gówno wygenerowane przez siedzącego na wysokiej gałęzi myszołowa; rozbryznęło się o pół metra ode mnie nie czyniąc szkody. Kiedy zerknąłem do góry, ptaszysko spojrzało na mnie szyderczo, po czym niespiesznie odleciało.
W lesie ani śladu po śniegu, świetne warunki do biegania. Niestety, jegomoście tnący drzewa zniszczyli spory kawał leśnej drogi za Górą Lotnika, nie da się biec. Dziś było tam błoto, latem będzie czarny pył. Trzeba poszukać innej trasy. Może i dobrze, dotychczasowa się trochę opatrzyła.
W sobotę rowerowa wyprawa w las między Żdżarami a Wierzchosławiem. Nie wiedziałem, że są tam tak ładne zakątki: świerki, strumienie, mało uczęszczane ścieżki. Będzie ładny fotograficzny plener, kiedy się zazieleni.
Michał zadzwonił pochwalić się swoim sukcesem: wczoraj niespodziewanie przyszło mu nagłaśniać koncert TSA. Zupełnie samodzielnie. Zespół bez zapowiedzi przyjechał bez własnego akustyka, więc trzeba było zakasać rękawy. Po koncercie menedżer zespołu przyszedł podziękować za dobrą robotę. Brawo, Michu!
Ciekawe, czy parę lat temu, kiedy Michał po koncercie czekał pod Rampą na autograf Piekarczyka przypuszczał, że kiedyś będzie z nim pracował? :)
Niektórych dziś zmoczyło, mi się udało przemknąć między falami deszczu. Trochę pokropiło, ale bezboleśnie. Ominęło mnie nawet ptasie gówno wygenerowane przez siedzącego na wysokiej gałęzi myszołowa; rozbryznęło się o pół metra ode mnie nie czyniąc szkody. Kiedy zerknąłem do góry, ptaszysko spojrzało na mnie szyderczo, po czym niespiesznie odleciało.
W lesie ani śladu po śniegu, świetne warunki do biegania. Niestety, jegomoście tnący drzewa zniszczyli spory kawał leśnej drogi za Górą Lotnika, nie da się biec. Dziś było tam błoto, latem będzie czarny pył. Trzeba poszukać innej trasy. Może i dobrze, dotychczasowa się trochę opatrzyła.
W sobotę rowerowa wyprawa w las między Żdżarami a Wierzchosławiem. Nie wiedziałem, że są tam tak ładne zakątki: świerki, strumienie, mało uczęszczane ścieżki. Będzie ładny fotograficzny plener, kiedy się zazieleni.
Michał zadzwonił pochwalić się swoim sukcesem: wczoraj niespodziewanie przyszło mu nagłaśniać koncert TSA. Zupełnie samodzielnie. Zespół bez zapowiedzi przyjechał bez własnego akustyka, więc trzeba było zakasać rękawy. Po koncercie menedżer zespołu przyszedł podziękować za dobrą robotę. Brawo, Michu!
Ciekawe, czy parę lat temu, kiedy Michał po koncercie czekał pod Rampą na autograf Piekarczyka przypuszczał, że kiedyś będzie z nim pracował? :)
czwartek, 18 lutego 2016
Błogosławiony kołowrotek?
10 km
Ostatnie podrygi zimy (przynajmniej taką mam nadzieję), spadł śnieg. Niewiele, na tyle niewiele, że nikt nie wpadł na głupi pomysł sypania piachu i soli. No i świat się nie zawalił, przeżyliśmy.
W lesie miło, bo pusto. Sporo śladów do torów, za torami dziewiczy śnieg. Natknąłem się na ślady jednego człowieka, trochę zajęcy, jakiś lis, parę saren. Ciekawe, bo biegłem około 17, kiedy się już miał zmierzchać. Najwidoczniej lud uważa, że zima wciąż trwa, a zimą nie wypada się ruszać. Wypada siedzieć w domu i nie narażać się na ryzyko nawdychania świeżego powietrza. Świeże, niefiltrowane, na pewno szkodliwe.
Dyszka trochę wymęczona, coś mnie dziś nogi nie niosły. Nie odpuściłem, odpuszczać nie należy, trasa za Górę Lotnika zaliczona. Radykalnie się poprawiło dopiero w połowie drogi, kiedy nastąpił tajemniczy przypływ energii i chęci. Największe chęci pojawiły się pod sam koniec, ale koniec - to koniec. Po drodze poczta, przyszedł pocztą plecak na sprzęt foto. W necie znalazłem chiński, za niecałe dwie stówy. To jest dokładnie ten sam model, który można kupić z logo pewnej znanej firmy produkującej sprzęt dla fotoreporterów. Sprzęt z logo jest czterokrotnie droższy. Nie miałem trudności z wyborem. :)
Wieczorem zajrzałem na stadion. No, tu z frekwencją lepiej. Głównie babki, tu się pewnie czują bezpieczniej, niż na ulicach czy w parku.
Mariusz dziś wyczytał, że bieganie zmniejsza u myszy ryzyko raka. Oczywiście, podzielił się tą sensacją medyczną z otoczeniem bliższym i dalszym. Niestety, jak wynika z badań, naukowcy (pewnie amerykańscy) stwierdzili, że ten błogosławiony wpływ ma bieganie myszy w kołowrotku, nic natomiast nie napisali o efektach biegania - dajmy na to - po lesie. Ktoś wyraził nadzieję, że bieganie w kołowrotku można zastąpić bieganiem po stadionie. No nie wiem...
Na razie jednak chyba wybiorę las.
Ostatnie podrygi zimy (przynajmniej taką mam nadzieję), spadł śnieg. Niewiele, na tyle niewiele, że nikt nie wpadł na głupi pomysł sypania piachu i soli. No i świat się nie zawalił, przeżyliśmy.
W lesie miło, bo pusto. Sporo śladów do torów, za torami dziewiczy śnieg. Natknąłem się na ślady jednego człowieka, trochę zajęcy, jakiś lis, parę saren. Ciekawe, bo biegłem około 17, kiedy się już miał zmierzchać. Najwidoczniej lud uważa, że zima wciąż trwa, a zimą nie wypada się ruszać. Wypada siedzieć w domu i nie narażać się na ryzyko nawdychania świeżego powietrza. Świeże, niefiltrowane, na pewno szkodliwe.
Dyszka trochę wymęczona, coś mnie dziś nogi nie niosły. Nie odpuściłem, odpuszczać nie należy, trasa za Górę Lotnika zaliczona. Radykalnie się poprawiło dopiero w połowie drogi, kiedy nastąpił tajemniczy przypływ energii i chęci. Największe chęci pojawiły się pod sam koniec, ale koniec - to koniec. Po drodze poczta, przyszedł pocztą plecak na sprzęt foto. W necie znalazłem chiński, za niecałe dwie stówy. To jest dokładnie ten sam model, który można kupić z logo pewnej znanej firmy produkującej sprzęt dla fotoreporterów. Sprzęt z logo jest czterokrotnie droższy. Nie miałem trudności z wyborem. :)
Wieczorem zajrzałem na stadion. No, tu z frekwencją lepiej. Głównie babki, tu się pewnie czują bezpieczniej, niż na ulicach czy w parku.
Mariusz dziś wyczytał, że bieganie zmniejsza u myszy ryzyko raka. Oczywiście, podzielił się tą sensacją medyczną z otoczeniem bliższym i dalszym. Niestety, jak wynika z badań, naukowcy (pewnie amerykańscy) stwierdzili, że ten błogosławiony wpływ ma bieganie myszy w kołowrotku, nic natomiast nie napisali o efektach biegania - dajmy na to - po lesie. Ktoś wyraził nadzieję, że bieganie w kołowrotku można zastąpić bieganiem po stadionie. No nie wiem...
Na razie jednak chyba wybiorę las.
poniedziałek, 15 lutego 2016
Las
10 km
Wreszcie popołudniowy bieg bez specjalnego zwracania uwagi na porę. Widno już do wpół do szóstej, spokojnie da się go zrobić za dnia. Wiosna coraz bliżej.
Standardowa trasa w rejon Góry Lotnika, z pasmem pagórków i podbiegów w połowie drogi. Nic nie dolega, można było przyspieszyć nieco ponad normę. W efekcie czas o 5 minut lepszy od przeciętnego. Wyraźnie lepsza wydolność niż jeszcze parę tygodni temu, poprawia się wytrzymałość. Generalnie, czuć, że sprawy idą w dobrym kierunku.
Wczoraj nieco dłuższy wariant leśnej wyprawy, najpierw brzegiem Iny do nowego mostu, potem asfaltem do GPP i wzdłuż niego, przeskok przez tory i dalej standard: kierunek Góra Lotnika i powrót do domu. Jakieś 15 km.
Teraz trzeba zrzucić parę kilo, żeby do wiosennych startów stanąć bez zbędnego balastu. Jastrowie nie problem, połówkę da się pokonać nawet z lekką nadwagą. Do Paryża trzeba się wybrać zdecydowanie szczuplejszym :)
Tylko jak tu się, kurka, odchudzać? W niedzielę od rana po domu snuły się kuszące zapachy. Michał przyjechał na parę dni i na wstępie zarządził 'slow cooking'. W piekarniku, na malutkim ogniu pyrkoliło sobie w brytfannie jedzonko: kawałki kurczaka w sosie sojowo-miodowym, z warzywami... Mówię wam: boskość. Deser też postawiono przepyszny, krem z malin, pod nim naturalny jogurt, a pod jogurtem pokruszone ciasteczka... Nic więc dziwnego, że po obiedzie (z deserem, przecież nie odpuszczę...) zarządziłem sobie 15 km biegu.
Dziś wieczorem znów z kuchni płyną rajskie zapachy. Nie zaglądam, by się nie stresować. Złośliwa małżonka szepnęła właśnie na ucho, że żeberka wyszły cudowne... Udaję, że mnie to nie interesuje. A bawiąc się z żeberkami, machnęła jeszcze zupę ogórkową, o którą poprosił młody. I choć północ się zbliżała, nie zawahał się. "-A, spróbuję troszkę..." - oznajmił niosąc do pokoju małą michę, z której też pięknie pachniało...
Tak, najłatwiej się odchudzać, kiedy Ola gdzieś wyjedzie. Wtedy górę bierze lenistwo, nie chce się chodzić po zakupy, a ponieważ gotować nie znoszę - to nie jem. Efekt natychmiastowy, niestety - krótkotrwały. Do powrotu Oleńki i zapachów płynących z kuchni... :)
Wreszcie popołudniowy bieg bez specjalnego zwracania uwagi na porę. Widno już do wpół do szóstej, spokojnie da się go zrobić za dnia. Wiosna coraz bliżej.
Standardowa trasa w rejon Góry Lotnika, z pasmem pagórków i podbiegów w połowie drogi. Nic nie dolega, można było przyspieszyć nieco ponad normę. W efekcie czas o 5 minut lepszy od przeciętnego. Wyraźnie lepsza wydolność niż jeszcze parę tygodni temu, poprawia się wytrzymałość. Generalnie, czuć, że sprawy idą w dobrym kierunku.
Wczoraj nieco dłuższy wariant leśnej wyprawy, najpierw brzegiem Iny do nowego mostu, potem asfaltem do GPP i wzdłuż niego, przeskok przez tory i dalej standard: kierunek Góra Lotnika i powrót do domu. Jakieś 15 km.
Teraz trzeba zrzucić parę kilo, żeby do wiosennych startów stanąć bez zbędnego balastu. Jastrowie nie problem, połówkę da się pokonać nawet z lekką nadwagą. Do Paryża trzeba się wybrać zdecydowanie szczuplejszym :)
Tylko jak tu się, kurka, odchudzać? W niedzielę od rana po domu snuły się kuszące zapachy. Michał przyjechał na parę dni i na wstępie zarządził 'slow cooking'. W piekarniku, na malutkim ogniu pyrkoliło sobie w brytfannie jedzonko: kawałki kurczaka w sosie sojowo-miodowym, z warzywami... Mówię wam: boskość. Deser też postawiono przepyszny, krem z malin, pod nim naturalny jogurt, a pod jogurtem pokruszone ciasteczka... Nic więc dziwnego, że po obiedzie (z deserem, przecież nie odpuszczę...) zarządziłem sobie 15 km biegu.
Dziś wieczorem znów z kuchni płyną rajskie zapachy. Nie zaglądam, by się nie stresować. Złośliwa małżonka szepnęła właśnie na ucho, że żeberka wyszły cudowne... Udaję, że mnie to nie interesuje. A bawiąc się z żeberkami, machnęła jeszcze zupę ogórkową, o którą poprosił młody. I choć północ się zbliżała, nie zawahał się. "-A, spróbuję troszkę..." - oznajmił niosąc do pokoju małą michę, z której też pięknie pachniało...
Tak, najłatwiej się odchudzać, kiedy Ola gdzieś wyjedzie. Wtedy górę bierze lenistwo, nie chce się chodzić po zakupy, a ponieważ gotować nie znoszę - to nie jem. Efekt natychmiastowy, niestety - krótkotrwały. Do powrotu Oleńki i zapachów płynących z kuchni... :)
sobota, 13 lutego 2016
Szukanie grodzisk
35 km
Słońce zachęciło do rowerowej, całodziennej wyprawy wokół jeziora Woświn (na południe od Dobrej). Na mapach wypatrzyłem parę średniowiecznych grodzisk, dziś postanowiłem ich poszukać w terenie. Nie było to specjalnie trudne, mapy wykonane lotniczym skanerem laserowym dokładnie pokazują ich lokalizację. Problemem było dotrzeć do tych miejsc, jak się okazało - dość trudno dostępnych nawet teraz, kiedy nie skrywa ich zieleń drzew. Latem nawet nie ma co marzyć, można się o nie potknąć i przewrócić, ale będą niewidoczne.
Na początek trzy grodziska na południowym brzegu jeziora. Pierwsze za groblą, po której
poprowadzone są tory kolejowe do Koszalina. Na mapie nie dostrzegłem drobiazgu: strumienia i bagien, które trzeba przejść lub przejechać. Znalazłem miejsce, gdzie było parę kamieni, opierając się na rowerze przeszedłem na drugi brzeg strumienia i nawet nie utonąłem w błocie. Znalezienie grodziska położonego na szczycie jednego ze wzgórz nie było już problemem, ostre światło słoneczne pomogło zlokalizować właściwe wzgórze. Grodzisko spore, w dobrym stanie, z wyraźnymi wałami i podwalem.
Dwa następne nad brzegiem jeziora, po drugiej stronie torów. Co ciekawe, raptem o jakieś 150 m od siebie. Oba w świetnym stanie, z wysokimi wałami, jakieś 8-10 m!
Największym problemem było wydostanie się potem na jakąś ludzką drogę. Leśne dukty nad jeziorem rozmiękłe, bagniste, nie sposób jechać. Przed wsią Tucze w końcu wydostałem się na jakiś asfalt, trzymając się cywilizacji dotarłem do Dobrej, tam skręt w prawo, w stronę Łobza, a zaraz za wieżą telewizyjną skręt w prawo, w stronę Cieszyna. Najpierw droga, potem bezdroże, wreszcie jakieś podmokłe pole, na którym setki gęsi miało wiec. Duże stado saren o jakieś sto metrów ode mnie popatrzyło tylko krytycznym wzrokiem, nawet nie miały zamiaru uciekać. Słońce się skończyło, naszła jakaś mgła, zrobiło się zimno, wietrznie i dość ponuro. Dotarłem do drogi, nią do Mielna, gdzie kolejne, piękne grodzisko. I na koniec kwadratowe grodzisko na półwyspie przed Cieszynem, którego nie miałem już ochoty oglądać. Marzyłem, żeby wreszcie przesiąść się do ciepłego auta, rower zapakować do środka i wrócić do domu.
Co też zrobiłem z największą przyjemnością :)
Słońce zachęciło do rowerowej, całodziennej wyprawy wokół jeziora Woświn (na południe od Dobrej). Na mapach wypatrzyłem parę średniowiecznych grodzisk, dziś postanowiłem ich poszukać w terenie. Nie było to specjalnie trudne, mapy wykonane lotniczym skanerem laserowym dokładnie pokazują ich lokalizację. Problemem było dotrzeć do tych miejsc, jak się okazało - dość trudno dostępnych nawet teraz, kiedy nie skrywa ich zieleń drzew. Latem nawet nie ma co marzyć, można się o nie potknąć i przewrócić, ale będą niewidoczne.
Na początek trzy grodziska na południowym brzegu jeziora. Pierwsze za groblą, po której
poprowadzone są tory kolejowe do Koszalina. Na mapie nie dostrzegłem drobiazgu: strumienia i bagien, które trzeba przejść lub przejechać. Znalazłem miejsce, gdzie było parę kamieni, opierając się na rowerze przeszedłem na drugi brzeg strumienia i nawet nie utonąłem w błocie. Znalezienie grodziska położonego na szczycie jednego ze wzgórz nie było już problemem, ostre światło słoneczne pomogło zlokalizować właściwe wzgórze. Grodzisko spore, w dobrym stanie, z wyraźnymi wałami i podwalem.
Dwa następne nad brzegiem jeziora, po drugiej stronie torów. Co ciekawe, raptem o jakieś 150 m od siebie. Oba w świetnym stanie, z wysokimi wałami, jakieś 8-10 m!
Największym problemem było wydostanie się potem na jakąś ludzką drogę. Leśne dukty nad jeziorem rozmiękłe, bagniste, nie sposób jechać. Przed wsią Tucze w końcu wydostałem się na jakiś asfalt, trzymając się cywilizacji dotarłem do Dobrej, tam skręt w prawo, w stronę Łobza, a zaraz za wieżą telewizyjną skręt w prawo, w stronę Cieszyna. Najpierw droga, potem bezdroże, wreszcie jakieś podmokłe pole, na którym setki gęsi miało wiec. Duże stado saren o jakieś sto metrów ode mnie popatrzyło tylko krytycznym wzrokiem, nawet nie miały zamiaru uciekać. Słońce się skończyło, naszła jakaś mgła, zrobiło się zimno, wietrznie i dość ponuro. Dotarłem do drogi, nią do Mielna, gdzie kolejne, piękne grodzisko. I na koniec kwadratowe grodzisko na półwyspie przed Cieszynem, którego nie miałem już ochoty oglądać. Marzyłem, żeby wreszcie przesiąść się do ciepłego auta, rower zapakować do środka i wrócić do domu.
Co też zrobiłem z największą przyjemnością :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




