10 km
Zdaje się, że wreszcie kończą się problemy z bolącą piętą. Pobolewa coraz rzadziej, coraz słabiej, achillesy już od dawna nie robią żadnych problemów. Wraca też kondycja, bez problemu treningową dyszkę robię w czasie poniżej godziny i z biegu wracam prawie niezmęczony. Znaczy, organizm odpoczął i się zrelaksował. Można spokojnie zacząć się przygotowywać do wiosennego biegania. Z akcentem na "spokojnie" :)
Zapisany na marcowe Jastrowie. Bez startu w tym sympatycznym i nienapuszonym, prawie prywatnym biegu nie ma rozpoczęcia sezonu. No i koniecznie trzeba spróbować sławnego jastrowskiego kotleta schabowego, który lepiej przenosi w czasie niż DeLorean z "Powrotu do przyszłości". Miejsce zaklepane, jadę.
A dziś dyszka przez Helenów i Szkolną, podobnie jak przedwczoraj. Dwa dni temu po świeżym śniegu, dziś po zmarzniętym, świeżym lodzie. Dobrze, że zamarzł i piach, którym ostatnio posypano chodniki: było szorstko, niezła przyczepność. Cała rundka jednym rzutem, bez przystanków i bez zmęczenia.
Cel na pierwsze półrocze - 1/2UltraBabia. 23,5 km w poziomie, ponad 1,4 km w pionie, limit czasu 6 godzin. Średnio niecałe 4 km/h, ale jak się znam - nie będzie to łatwe. Trzeba spróbować. 11.06.2016
czwartek, 14 stycznia 2016
poniedziałek, 11 stycznia 2016
Jak choinka we mgle
10 km
+1, -1, ogólne dziadostwo. Śnieg podtopniał, podmarzł, zamienił się w lód, ktoś to posypał piachem, zrobiło się błoto i ogólny syf. I tak będzie (ten syf) przez najbliższe dwa miesiące, póki ryzyko opadów śniegu nie minie i ktoś nie wyda rozkazu "sprzątnąć mi to".
Dziś nie szukałem usprawiedliwienia, po szóstej zebrałem się i w drogę. Nie ryzykowałem wyprawy w stronę GPP, za dużo piachu na ścieżce rowerowej, a nowa droga zalodzona i być może już rozkopana. Kierunek Helenów.
Przed wyjściem zerknąłem za okno. Mgła jak sto batów, na sokole oczy polskich kierowców nie było co liczyć. Obwiesiłem się błyszczącą galanterią jak kacyk z afrykańskiej wioski, biała koszulka z błyszczącymi paskami, a w ręku miecz świetlny - latarka z konkretną wiązką światła i nowymi bateriami. Maźnięcie takim światełkiem po oczach natychmiast zniechęca kierowców do jazdy na wprost mnie, zjeżdżają, jakby tira omijali. Swoją drogą, chciałbym siebie zobaczyć w światłach reflektorów gdzieś na zadupiu za miastem. Na co wrażliwszych musiałem robić wrażenie. Mniej wrażliwych - po oczach, natychmiast pomagało ;)
Sportowa, Kasprowicza, Dworcowa, Spacerowa, Helenów, ścieżka rowerowa, znów Dworcowa, Szkolna, Armii Krajowej, Wojska Polskiego, Przestrzenna i Szczecińska. Dobra kondycja, dobry nastrój, dobrze spędzony czas.
Jestem na liście Ultra Babiej. OK, trzeba podjąć to wyzwanie. Dawno na Babie nie byłem, czas odwiedzić.
+1, -1, ogólne dziadostwo. Śnieg podtopniał, podmarzł, zamienił się w lód, ktoś to posypał piachem, zrobiło się błoto i ogólny syf. I tak będzie (ten syf) przez najbliższe dwa miesiące, póki ryzyko opadów śniegu nie minie i ktoś nie wyda rozkazu "sprzątnąć mi to".
Dziś nie szukałem usprawiedliwienia, po szóstej zebrałem się i w drogę. Nie ryzykowałem wyprawy w stronę GPP, za dużo piachu na ścieżce rowerowej, a nowa droga zalodzona i być może już rozkopana. Kierunek Helenów.
Przed wyjściem zerknąłem za okno. Mgła jak sto batów, na sokole oczy polskich kierowców nie było co liczyć. Obwiesiłem się błyszczącą galanterią jak kacyk z afrykańskiej wioski, biała koszulka z błyszczącymi paskami, a w ręku miecz świetlny - latarka z konkretną wiązką światła i nowymi bateriami. Maźnięcie takim światełkiem po oczach natychmiast zniechęca kierowców do jazdy na wprost mnie, zjeżdżają, jakby tira omijali. Swoją drogą, chciałbym siebie zobaczyć w światłach reflektorów gdzieś na zadupiu za miastem. Na co wrażliwszych musiałem robić wrażenie. Mniej wrażliwych - po oczach, natychmiast pomagało ;)
Sportowa, Kasprowicza, Dworcowa, Spacerowa, Helenów, ścieżka rowerowa, znów Dworcowa, Szkolna, Armii Krajowej, Wojska Polskiego, Przestrzenna i Szczecińska. Dobra kondycja, dobry nastrój, dobrze spędzony czas.
Jestem na liście Ultra Babiej. OK, trzeba podjąć to wyzwanie. Dawno na Babie nie byłem, czas odwiedzić.
niedziela, 10 stycznia 2016
Błoto zamiast śniegu
Dyszka
Wykrętów nie brakowało. Zimno. Pada. Ślisko. I w ogóle po co się ruszać, przecież wczoraj byłem w terenie.
Przemogłem się lekkim popołudniem. Odpuściłem sobie lasy, bo przy temperaturze koło zera ślisko i nieprzyjemnie. Alternatywą była ścieżka do GPP i droga przez park. Wybór trafny, oba trakty bez śniegu i lodu. Ścieżka w błocie po sypaniu piachem śniegu. Śniegu i lodu nie ma, syf zostanie na długo, do końca zimy. Buty się ślizgają, nie mają dobrej przyczepności. Jazda rowerem bez błotników skończy się obryzganiem pleców. Niech szlag ten piach, nie rozumiem, po co w ogóle jest sypany? Nie rozwiązuje żadnego problemu, stwarza masę nowych. Jakiś taki durny rytuał, którego korzeni nikt nie zna... Ciekawe, że są kraje, gdzie w ogóle piachu się nie używa, a bez trudu znajdzie się i w Polsce miasta, gdzie nie ma żadnego sypania - przykładem Zakopane. Owszem, pług przejedzie, ale żadnej soli i żadnego piachu. Na rogatkach tablice informujące o tych okolicznościach. O protestach nie słychać. W Goleniowie, gdzie wydarzeniem jest 5 cm śniegu, natychmiast ruszają ciężarówy z piachem. A wystarczy przecież przeczekać.
Na szczęście droga przez GPP czysta, więc 6 km biegu w bardzo dobrych warunkach, na dodatek (niedziela) przy kompletnej pustce na drodze. Na koniec powtórka z błocka na ścieżce - i domek.
Wykrętów nie brakowało. Zimno. Pada. Ślisko. I w ogóle po co się ruszać, przecież wczoraj byłem w terenie.
Przemogłem się lekkim popołudniem. Odpuściłem sobie lasy, bo przy temperaturze koło zera ślisko i nieprzyjemnie. Alternatywą była ścieżka do GPP i droga przez park. Wybór trafny, oba trakty bez śniegu i lodu. Ścieżka w błocie po sypaniu piachem śniegu. Śniegu i lodu nie ma, syf zostanie na długo, do końca zimy. Buty się ślizgają, nie mają dobrej przyczepności. Jazda rowerem bez błotników skończy się obryzganiem pleców. Niech szlag ten piach, nie rozumiem, po co w ogóle jest sypany? Nie rozwiązuje żadnego problemu, stwarza masę nowych. Jakiś taki durny rytuał, którego korzeni nikt nie zna... Ciekawe, że są kraje, gdzie w ogóle piachu się nie używa, a bez trudu znajdzie się i w Polsce miasta, gdzie nie ma żadnego sypania - przykładem Zakopane. Owszem, pług przejedzie, ale żadnej soli i żadnego piachu. Na rogatkach tablice informujące o tych okolicznościach. O protestach nie słychać. W Goleniowie, gdzie wydarzeniem jest 5 cm śniegu, natychmiast ruszają ciężarówy z piachem. A wystarczy przecież przeczekać.
Na szczęście droga przez GPP czysta, więc 6 km biegu w bardzo dobrych warunkach, na dodatek (niedziela) przy kompletnej pustce na drodze. Na koniec powtórka z błocka na ścieżce - i domek.
sobota, 9 stycznia 2016
Do ujścia
35 km
Sobota. Kierunek zachód. Przedpołudniowa próba jazdy po cywilizowanych drogach nieudana: zalodzone, niebezpieczne. Dojechałem do nowego mostu na Inie, zerknąłem w lewo i szybka decyzja: wałem powodziowym dokąd się da. Dobra decyzja. Wał okazał się dość równą, choć oczywiście wybitnie terenową drogą. Zamarzniętą, trochę zaśnieżoną, ale przyjazną. Okazało się, że bezproblemowo da się dojechać do samego ujścia rzeki. Po drodze spotkanie z paroma stadami saren i jedną watahą dzików, które wypłoszone trzaskami lodu pękającego pod kołami koniecznie musiały przebiec przez wał i schronić się w bagnie po drugiej stronie. Na czele wielka jak szafa locha, za nią jeden nieco mniejszy (kolega małżonek), a na koniec cztery roczniaki.
Trasa do polecenia. Po pierwsze, wygodna i dla rowerzystów, i dla pieszych, zdecydowanie
nadaje się na nieco dłuższy trening biegowy. Po drugie - bardzo ładna okolica, kompletne odludzie, domy widać jedynie w oddali. Łatwiej spotkać zwierzęta, niż ludzi, choć i paru wędkarzy w pobliżu Goleniowa się trafiło. Im bliżej ujścia, tym rzeka płynie wolniej i bardziej jest zamarznięta. Przy moście w Bolesławicach spływ kajakowy możliwy raczej z użyciem kijków narciarskich, niż wioseł, dalej rzeka w ogóle zamarznięta.
Powrót do miasta asfaltem. Średnio przyjemny, bo już trochę podmarzłem, palce sztywniały. Do tego droga kompletnie zalodzona, trzeba było uważać, by się nie wyłożyć na asfalt. O dziwo, nic takiego się nie zdarzyło przez całą wyprawę. Ani jednej sytuacji z poczuciem zagrożenia. Po części dlatego, że opony nowe, terenowe, z miękkiej gumy, z obniżonym ciśnieniem. Miałem wrażenie, że wręcz kleją się do lodu. Dużo łatwiej było się wyłożyć po zejściu z siodełka, niż na nim siedząc.
| Żywy lód. Łatwiej jechać, niż iść |
Sobota. Kierunek zachód. Przedpołudniowa próba jazdy po cywilizowanych drogach nieudana: zalodzone, niebezpieczne. Dojechałem do nowego mostu na Inie, zerknąłem w lewo i szybka decyzja: wałem powodziowym dokąd się da. Dobra decyzja. Wał okazał się dość równą, choć oczywiście wybitnie terenową drogą. Zamarzniętą, trochę zaśnieżoną, ale przyjazną. Okazało się, że bezproblemowo da się dojechać do samego ujścia rzeki. Po drodze spotkanie z paroma stadami saren i jedną watahą dzików, które wypłoszone trzaskami lodu pękającego pod kołami koniecznie musiały przebiec przez wał i schronić się w bagnie po drugiej stronie. Na czele wielka jak szafa locha, za nią jeden nieco mniejszy (kolega małżonek), a na koniec cztery roczniaki.
Trasa do polecenia. Po pierwsze, wygodna i dla rowerzystów, i dla pieszych, zdecydowanie
| Jak widać, warunki do przyjęcia |
Powrót do miasta asfaltem. Średnio przyjemny, bo już trochę podmarzłem, palce sztywniały. Do tego droga kompletnie zalodzona, trzeba było uważać, by się nie wyłożyć na asfalt. O dziwo, nic takiego się nie zdarzyło przez całą wyprawę. Ani jednej sytuacji z poczuciem zagrożenia. Po części dlatego, że opony nowe, terenowe, z miękkiej gumy, z obniżonym ciśnieniem. Miałem wrażenie, że wręcz kleją się do lodu. Dużo łatwiej było się wyłożyć po zejściu z siodełka, niż na nim siedząc.
| Ina koło Bolesławic. Kajak z kijkami narciarskimi - i w drogę |
| Można odbić w lewo, do Komarowa. Tylko po co? |
| Most Bolesławice, w środku potężnego kompleksu łąk |
| Trochę za dużo prostych, ale to jedyny mankament |
| Koniecznie trzeba tu wpaść wiosną. Przyroda nieskażona |
| Dinozaury? |
| Odra z portem w Policach |
| Lodowe czapy na palach u ujścia Iny |
| MF Baltivia. Macierzystego portu (Nassau, Bahamy) pewnie nie ujrzy nigdy |
| Kanały koło Świętej. Warte spenetrowania kajakiem, to drugi Spreewald. |
| Widok z mostu koło Świętej. Miejscowi aborygeni pozbyli się starego sprzętu |
środa, 6 stycznia 2016
Jednak zamarzam
Powtórny eksperyment dowiódł, że jazda rowerem przy temperaturze niższej od -10 st. jest marnym pomysłem.
Z poprzedniej, sobotniej wyprawy wyciągnąłem wnioski. Ubrałem najgrubszą parę skarpet, narciarskich, sięgających pod kolana. Na nie cienkie worki foliowe, wreszcie buty. Wystającą z butów folię starannie przyciąłem, by nie sterczała z cholewek i nie intrygowała otoczenia. Rozważałem zabranie foliowych worków z funkcją zewnętrznej osłony na dłonie, ale ze względów estetycznych zrezygnowałem. I był to błąd. O ile stopy do końca były w dobrym (no, względnie dobrym) stanie, to palce rąk regularnie marzły, parę razy musiałem się zatrzymać i je rozgrzewać, za każdym razem coraz dłużej i z coraz gorszym efektem. Wracając do domu ledwie poradziłem sobie z wyjęciem kluczy z kieszeni i otwarciem zamka. Zaraz przypomniały mi się górskie historie, takie naprawdę górskie, na szczęście znane tylko z literatury, związane z utratą rękawicy podczas zimowej wyprawy. Jeśli wspinacz nie miał zapasowych rękawic, w praktyce równało się to wyrokowi śmierci, bo goła dłoń w ekstremalnym zimnie błyskawicznie zamarza i zamienia się w lodowy kikut.
Trzeba się będzie rozejrzeć za jakimś solidnym rozwiązaniem. Grube, bezpalczaste będą dobre, ale na pewno będą słono kosztować. Skoro jednak nie ma wyjścia...
Poza tym cholernym zimnem - warunki do jazdy po lesie wprost wymarzone. Nadal słonecznie, sucho, twardo, błoto nie leci za kołnierz. Idzie jednak śnieg, pojutrze ma padać. Idzie zima.
Tych, którzy wieczorami biegają po drodze między GPP a szosą do Modrzewia uprzedzam, że za parę dni zaczynają się na niej prace przy wzmacnianiu gruntu przy moście, tam, gdzie ziemia się obsuwa. Najprawdopodobniej w ogóle nie da się przejść, tym bardziej przejechać.
A na zdjęciu mała ciekawostka: starorzecze Iny, dawne jej koryto, odcięte bodajże w XVIII wieku. Widok z nasypu przy nowym moście. Mało kto pewnie wie, że obecne koryto, nad którym przerzucono most, jest sztucznym przekopem wykonanym o około 100 metrów na wschód po to, żeby wyprostować liczne zakręty rzeki i ułatwić przez to żeglugę. Wszystkie domy stojące w Domastryjewie (nawiasem mówiąc - samowola budowlana na ogromną skalę) zbudowano w dawnym korycie rzeki.
Z poprzedniej, sobotniej wyprawy wyciągnąłem wnioski. Ubrałem najgrubszą parę skarpet, narciarskich, sięgających pod kolana. Na nie cienkie worki foliowe, wreszcie buty. Wystającą z butów folię starannie przyciąłem, by nie sterczała z cholewek i nie intrygowała otoczenia. Rozważałem zabranie foliowych worków z funkcją zewnętrznej osłony na dłonie, ale ze względów estetycznych zrezygnowałem. I był to błąd. O ile stopy do końca były w dobrym (no, względnie dobrym) stanie, to palce rąk regularnie marzły, parę razy musiałem się zatrzymać i je rozgrzewać, za każdym razem coraz dłużej i z coraz gorszym efektem. Wracając do domu ledwie poradziłem sobie z wyjęciem kluczy z kieszeni i otwarciem zamka. Zaraz przypomniały mi się górskie historie, takie naprawdę górskie, na szczęście znane tylko z literatury, związane z utratą rękawicy podczas zimowej wyprawy. Jeśli wspinacz nie miał zapasowych rękawic, w praktyce równało się to wyrokowi śmierci, bo goła dłoń w ekstremalnym zimnie błyskawicznie zamarza i zamienia się w lodowy kikut.
Trzeba się będzie rozejrzeć za jakimś solidnym rozwiązaniem. Grube, bezpalczaste będą dobre, ale na pewno będą słono kosztować. Skoro jednak nie ma wyjścia...
Poza tym cholernym zimnem - warunki do jazdy po lesie wprost wymarzone. Nadal słonecznie, sucho, twardo, błoto nie leci za kołnierz. Idzie jednak śnieg, pojutrze ma padać. Idzie zima.
Tych, którzy wieczorami biegają po drodze między GPP a szosą do Modrzewia uprzedzam, że za parę dni zaczynają się na niej prace przy wzmacnianiu gruntu przy moście, tam, gdzie ziemia się obsuwa. Najprawdopodobniej w ogóle nie da się przejść, tym bardziej przejechać.
A na zdjęciu mała ciekawostka: starorzecze Iny, dawne jej koryto, odcięte bodajże w XVIII wieku. Widok z nasypu przy nowym moście. Mało kto pewnie wie, że obecne koryto, nad którym przerzucono most, jest sztucznym przekopem wykonanym o około 100 metrów na wschód po to, żeby wyprostować liczne zakręty rzeki i ułatwić przez to żeglugę. Wszystkie domy stojące w Domastryjewie (nawiasem mówiąc - samowola budowlana na ogromną skalę) zbudowano w dawnym korycie rzeki.
niedziela, 3 stycznia 2016
Ziąb
Świetny czas na rowerowy cross po lasach. Sucho, twardo, kiedy się nieco spuści powietrza z kół - jazda jak złoto, bezwstrząsowa. Opony świetnie trzymają się podłoża, błoto nie pryska spod kół, rower się nie ślizga. Jedyne zagrożenie, to łamiące się pod kołami gałęzie, co pewien czas pchające się w szprychy. Z tym trzeba się jednak pogodzić: las, to las. W lesie gałęzie się zdarzają :)
I tylko jedno przeszkadza: zamarzające po paru minutach palce rąk i stóp. Kurka, to naprawdę nieprzyjemne. Niby człowiek dobrze uszczelniony, okutany - a palce marzną. Wystarczy pojechać parę minut z dużą szybkością, a zaraz czuć, że mróz kąsa. Jeśli jazda jest pod wiatr - to jeszcze szybciej. I nie ma na to rady, bo kłania się elementarna fizyka, której nie ominiesz. Palce to końcówki, w czasie jazdy słabo ukrwione i wrażliwe na przechłodzenie, w dodatku wystawione na pęd powietrza. Ekstremalnie grube rękawice może by i pomogły, ale też mi przyjemność. Na pewno lepsze są rękawice bezpalcowe, takie, jakie mają pływający zimą kajakarze. Ale na stopy rady nie ma. Zaglądałem na internetową stronę Decathlonu, polecają ochraniacze na buty za 150-200 zł, ale szkoda pieniędzy: cudu to nie zdziała, bo jedynie osłabiają wyziębianie przodu stóp, nie zapobiegają mu w zupełności. Ten sam efekt da włożenie butów w rękaw z folii :) Jedyna skuteczna metoda, to zatrzymać się co pewien czas, przejść lub przetruchtać parędziesiąt metrów, aż wróci krążenie.
Zapisany na ciekawy bieg na Babiej Górze, 11 czerwca. 23,5 km, 1450 m przewyższenia. Trasę znam doskonale, nie raz tam byłem. Nie jestem pewien, czy rzeczywiście jest wymarzona do biegania. Na pewno jest do pokonania w 6 godzin - tyle wynosi limit. Jeśli trafi się ładna pogoda, to będą piękne widoki, z Babiej widać Kraków i Tatry, a nocą widać nawet czeskie Jesioniki, pasmo w sąsiedztwie Kotliny Kłodzkiej (ok 180 km). Zapowiada się jeden z ciekawszych startów :)
Jak widać na obrazku, góra jest konkretna. Bieg będzie praktycznie od jej podstawy, poprowadzony główną granią, na szczyt, potem na dwa kolejne, nieco niższe, na koniec względnie łagodny trawers mniej więcej w połowie wysokości i powrót do bazy u podstawy Babiej. Góra daje popalić, nawet przy dość dobrej pogodzie na szczycie ostro wieje i jest cholernie zimno. Ładna pogoda jest rzadkością, lepiej na nią nie liczyć. Nie jest wykluczone, że 11 czerwca w szczytowej partii Babiej będzie jeszcze zdecydowana zima - to w końcu jedyna góra w polskich Karpatach (poza Tatrami) z typowym piętrem alpejskim :)
I tylko jedno przeszkadza: zamarzające po paru minutach palce rąk i stóp. Kurka, to naprawdę nieprzyjemne. Niby człowiek dobrze uszczelniony, okutany - a palce marzną. Wystarczy pojechać parę minut z dużą szybkością, a zaraz czuć, że mróz kąsa. Jeśli jazda jest pod wiatr - to jeszcze szybciej. I nie ma na to rady, bo kłania się elementarna fizyka, której nie ominiesz. Palce to końcówki, w czasie jazdy słabo ukrwione i wrażliwe na przechłodzenie, w dodatku wystawione na pęd powietrza. Ekstremalnie grube rękawice może by i pomogły, ale też mi przyjemność. Na pewno lepsze są rękawice bezpalcowe, takie, jakie mają pływający zimą kajakarze. Ale na stopy rady nie ma. Zaglądałem na internetową stronę Decathlonu, polecają ochraniacze na buty za 150-200 zł, ale szkoda pieniędzy: cudu to nie zdziała, bo jedynie osłabiają wyziębianie przodu stóp, nie zapobiegają mu w zupełności. Ten sam efekt da włożenie butów w rękaw z folii :) Jedyna skuteczna metoda, to zatrzymać się co pewien czas, przejść lub przetruchtać parędziesiąt metrów, aż wróci krążenie.
Zapisany na ciekawy bieg na Babiej Górze, 11 czerwca. 23,5 km, 1450 m przewyższenia. Trasę znam doskonale, nie raz tam byłem. Nie jestem pewien, czy rzeczywiście jest wymarzona do biegania. Na pewno jest do pokonania w 6 godzin - tyle wynosi limit. Jeśli trafi się ładna pogoda, to będą piękne widoki, z Babiej widać Kraków i Tatry, a nocą widać nawet czeskie Jesioniki, pasmo w sąsiedztwie Kotliny Kłodzkiej (ok 180 km). Zapowiada się jeden z ciekawszych startów :)
Jak widać na obrazku, góra jest konkretna. Bieg będzie praktycznie od jej podstawy, poprowadzony główną granią, na szczyt, potem na dwa kolejne, nieco niższe, na koniec względnie łagodny trawers mniej więcej w połowie wysokości i powrót do bazy u podstawy Babiej. Góra daje popalić, nawet przy dość dobrej pogodzie na szczycie ostro wieje i jest cholernie zimno. Ładna pogoda jest rzadkością, lepiej na nią nie liczyć. Nie jest wykluczone, że 11 czerwca w szczytowej partii Babiej będzie jeszcze zdecydowana zima - to w końcu jedyna góra w polskich Karpatach (poza Tatrami) z typowym piętrem alpejskim :)
sobota, 2 stycznia 2016
Kurka, ale mróz!
| Droga do Stargardu i dawny słup milowy, okolica Bącznkia |
Dawno tak nie przemarzłem. Minęło parę godzin, wciąż mam
wrażenie, że mi zimno…
W planie była wyprawa w rejon Sowna, żeby pojeździć drogami,
które do połowy XIX wieku były głównymi szlakami komunikacyjnymi w naszym
rejonie. W tym fragmentem szlaku Berlin-Gdańsk-Królewiec, przebiegającym w
pobliżu Sowna, a dalej przez Maszewo i Nowogard. BTW, sporym fragmentem tej
starej drogi wiedzie trasa biegu 147ultra.
Sucho, słonecznie, ale mroźno i – to najgorsze – wietrznie. Mocno
wietrznie. Przewidując problemy ubrałem się ciepło: grube skarpety i rękawice z
najgrubszego polaru, czapka, dusiciel na szyję, spodnie i bluza z
technoctretchu, kurtka windstopper. Żeby osłabić siłę wiatru, do betonówki koło
Sowna jechałem lasem, też zresztą bardzo starą drogą Goleniów-Stargard, przez Bolechowo i Bącznik. Drzewa trochę
osłaniały od wiatru, ale i tak się dało odczuć, że jazda jest pod wiatr. Pod
koniec palce rąk i nóg były przemrożone, bolały cholernie. Pomogło zatrzymanie
się na skrzyżowaniu z betonówką przed Sownem, potruchtanie, roztarcie i
rozmasowanie dłoni. To przywróciło krążenie w palcach i chęć do dalszej drogi.
Owo skrzyżowanie, dziś mało znaczące, jeszcze 200 lat temu
było skrzyżowaniem wielu
ważnych dróg. O dziwo, prawie wszystkie do dziś
istnieją i w większości służą komunikacji lokalnej. Ale w przeszłości
przechodziła tędy droga z Berlina i Szczecina w kierunku Kołobrzegu i Gdańska,
krzyżując się z drogą prowadzącą od strony Kamienia Pomorskiego i Wolina przez
Goleniów w kierunku Stargardu. Fascynujące.
| Nie wygląda na główną drogę z Berlina do Gdańska? |
Po dojściu do siebie powrót na rower, przejazd lasem do
Warchlina. Przed wsią piękna aleja wysadzona starymi jesionami, wytyczająca
dość szeroką drogę – od razu widać, że musiała być istotna. Z Warchlina piękną
dębową aleją do Dąbrowicy, tam znów krótki postój na rozgrzanie
zamarzających
palców, po czym kierunek Rożnowo (nie wiedzieć czemu – Nowogardzkie…), z
Rożnowa polną drogą do Danowa, a z niego lasem, osłonięty trochę od wiatru, do
Podańska i wreszcie Goleniowa. Do domu dociągnąłem kompletnie wychłodzony,
trzęsący się z zimna. Pięćdziesiątka ‘piercowki’, gorąca herbata z imbirem,
potem kawa, koc i książka. Koniecznie trzeba się zaopatrzyć w odpowiednie do
zimowej jazdy obuwie i rękawice.
| "Autostrada" w okolicy Warchlina |
Na razie mam dość zimowych wypraw kolarskich…
piątek, 1 stycznia 2016
Sylwestrowo, noworocznie
Koniec roku pożegnany sylwestrowym biegiem w Maszewie. Przyjemniej, niż przed rokiem, mróz ściął błoto na polnych drogach i ślisko nie było. Rozjeżdżone błocko zamarzło w czasem bardzo fantastycznych formach, o które łatwo się było potknąć - w sumie to lepsze, niż się śliznąć i wylądować w kałuży.
Sześciokilometrowa rundka po obrzeżach miasteczka, w rekreacyjnym tempie. Na koniec bąbelki (nie mylić z szampanem) i szybki powrót do domu, za zimno było na pogaduszki, nawet przy ognisku.
Dziś spanie do dziesiątej, spokojna kawa, a potem rower i noworoczna runda po lesie, z wizytą nad starorzeczami Iny i na Górze Lotnika. Cicho, pusto i bezwietrznie. Klimatycznie. Szkoda tylko, że przemarzały mi palce stóp, psując przyjemność z jazdy po leśnych ścieżkach.
Po obiedzie kanapa i Kindle, podchoinkowy prezent. Łykam książkę za książką. Rewelacyjny gadżet, nie dałbym go sobie już odebrać. Cała biblioteka w jednym pudełeczku wielkości cienkiej książeczki.
Sześciokilometrowa rundka po obrzeżach miasteczka, w rekreacyjnym tempie. Na koniec bąbelki (nie mylić z szampanem) i szybki powrót do domu, za zimno było na pogaduszki, nawet przy ognisku.
Dziś spanie do dziesiątej, spokojna kawa, a potem rower i noworoczna runda po lesie, z wizytą nad starorzeczami Iny i na Górze Lotnika. Cicho, pusto i bezwietrznie. Klimatycznie. Szkoda tylko, że przemarzały mi palce stóp, psując przyjemność z jazdy po leśnych ścieżkach.
Po obiedzie kanapa i Kindle, podchoinkowy prezent. Łykam książkę za książką. Rewelacyjny gadżet, nie dałbym go sobie już odebrać. Cała biblioteka w jednym pudełeczku wielkości cienkiej książeczki.
wtorek, 29 grudnia 2015
Kraków minął za szybko
Generalnie, przyjemniej się biegało po Krakowie, niż teraz po goleniowskich dróżkach.
Wigilijna runda szczególnie udana. Start koło pierwszej po południu, na nadwiślańskich bulwarach już pustawo, choć pogoda przepiękna i jak na koniec grudnia - bardzo ciepło. Podgórze, potem bieg pod górę, wiaduktem nad trasą szybkiego ruchu i podbieg na Kopiec Krakusa. Parę minut poświęcone panoramie miasta, po czym powrót nad Wisłę, dalej bulwarami do Wawelu. Słitfocia ze smokiem, po czym rundka Plantami wokół Starego Miasta. Planty dziwne, bo puste, na alejkach pojedynczy ludzie, a jeśli z rzadka grupki - to obcokrajowców. Powrót pod Wawel, Starowiślną na ul. Dietla, biegnącą zasypanym 160 lat temu starym korytem Wisły i domek, na kolację.
W święta biegać się nie chciało. Miło było posiedzieć z dzieciakami, pogadać, pograć w coś, obejrzeć zestaw nieśmiertelnych filmów świątecznych, co roku oglądanych wspólnie całą rodziną. Były wyprawy do Lanckorony, do Kalwarii, do Ojcowskiego Parku Narodowego. W Kalwarii prócz klasztoru bernardynów oczywiście fotka przy domu matki Cumy (tego z Vinci). Domek stoi tuż przy klasztorze, choć łatwo go przeoczyć ;) A, polecam gorąco muzeum w dawnej fabryce Schindlera. Wprawdzie o historii przedstawionej w filmie jest tam niewiele, dwie małe salki pod koniec zwiedzania, ale wystawa poświęcona życiu Krakowa w czasie okupacji jest rewelacyjna: atrakcyjna wizualnie, z przeciekawymi eksponatami i informacjami, pokazanymi w bardzo nowoczesny i sugestywny sposób. Muzeum równie godne polecenia, co nowe muzeum pod płytą Rynku.
A teraz Goleniówek. Wczoraj dyszka, dzisiaj dyszka, jutro odpust, a w czwartek sylwestrowy bieg w Maszewie. Nowa świecka tradycja :)
Wigilijna runda szczególnie udana. Start koło pierwszej po południu, na nadwiślańskich bulwarach już pustawo, choć pogoda przepiękna i jak na koniec grudnia - bardzo ciepło. Podgórze, potem bieg pod górę, wiaduktem nad trasą szybkiego ruchu i podbieg na Kopiec Krakusa. Parę minut poświęcone panoramie miasta, po czym powrót nad Wisłę, dalej bulwarami do Wawelu. Słitfocia ze smokiem, po czym rundka Plantami wokół Starego Miasta. Planty dziwne, bo puste, na alejkach pojedynczy ludzie, a jeśli z rzadka grupki - to obcokrajowców. Powrót pod Wawel, Starowiślną na ul. Dietla, biegnącą zasypanym 160 lat temu starym korytem Wisły i domek, na kolację.
W święta biegać się nie chciało. Miło było posiedzieć z dzieciakami, pogadać, pograć w coś, obejrzeć zestaw nieśmiertelnych filmów świątecznych, co roku oglądanych wspólnie całą rodziną. Były wyprawy do Lanckorony, do Kalwarii, do Ojcowskiego Parku Narodowego. W Kalwarii prócz klasztoru bernardynów oczywiście fotka przy domu matki Cumy (tego z Vinci). Domek stoi tuż przy klasztorze, choć łatwo go przeoczyć ;) A, polecam gorąco muzeum w dawnej fabryce Schindlera. Wprawdzie o historii przedstawionej w filmie jest tam niewiele, dwie małe salki pod koniec zwiedzania, ale wystawa poświęcona życiu Krakowa w czasie okupacji jest rewelacyjna: atrakcyjna wizualnie, z przeciekawymi eksponatami i informacjami, pokazanymi w bardzo nowoczesny i sugestywny sposób. Muzeum równie godne polecenia, co nowe muzeum pod płytą Rynku.
A teraz Goleniówek. Wczoraj dyszka, dzisiaj dyszka, jutro odpust, a w czwartek sylwestrowy bieg w Maszewie. Nowa świecka tradycja :)
niedziela, 20 grudnia 2015
W dzikim towarzystwie
10 km
Wieczorem typowa trasa do GPP i dalej do szosy na Modrzewie, powrót tą samą drogą. W ciemnościach, bo zapomniałem zabrać latarki. Mały problem, bo nieczynną jeszcze szosą nic nie jeździ, a przez chmury prześwitywał księżyc, było więc co nieco widać. Stracha napędziło mi stado dzików, które przebiegło w ciemnościach przez jezdnię paręnaście metrów ode mnie. Nieprzyjemna chwila, kiedy człowiek się orientuje, że nie jest sam, a chrząkające towarzystwo jest bardzo blisko. Potem, już blisko szosy do Lubczyny, wypatrzyłem na skraju lasu dwie pary oczu wpatrujące się we mnie. Znów dreszczyk, ale tym razem to były sarny...
Za dnia przejechałem się rowerem lasami w okolicę Miękowa, to i owo sprawdzić w terenie. Znalazłem w internecie kopię bardzo ciekawej mapy, pokazującej przebieg dróg w okolicach Goleniowa i Maszewa około roku 1840. Nie ma jeszcze linii kolejowej, ale są już wybudowane w latach trzydziestych bite drogi ze Szczecina w kierunku Wolina i Nowogardu, dzisiejsze drogi nr 3 i 6. Najważniejsze, że są wyraźnie oznaczone wszystkie drogi, które były szlakami komunikacyjnymi przed wybudowaniem wspomnianych dwóch głównych i dziś dróg. Co ciekawe, zdecydowana ich większość istnieje również dziś, i to w stanie niewiele różnym od tego sprzed prawie dwustu lat. Teraz są to mało istotne drogi lokalne, typowe piaszczyste gościńce, często skryte w lasach. Dziś przejechałem odcinek takiej drogi z Goleniowa do Miękowa, pojechałem też kawałek drogą do Babigoszczy. Drogi w rejonie Goleniowa są mniej interesujące, bo dopiero od około 1830 roku Goleniów znalazł się na ważnej trasie komunikującej Szczecin z Gdańskiem, wcześniej była to leśna pipidówka, do której nie było po co jechać. Ale już w okolicy Maszewa mamy drogi, które stanowiły główne trakty komunikacyjne z Berlina do Gdańska i Królewca, na przykład najkrótszą drogę łączącą Darż z Maszewem - najprawdziwszy zabytek drogownictwa jeszcze średniowiecznego. Kusi, żeby przejechać tą drogą z Maszewa do Dąbia.
Wieczorem typowa trasa do GPP i dalej do szosy na Modrzewie, powrót tą samą drogą. W ciemnościach, bo zapomniałem zabrać latarki. Mały problem, bo nieczynną jeszcze szosą nic nie jeździ, a przez chmury prześwitywał księżyc, było więc co nieco widać. Stracha napędziło mi stado dzików, które przebiegło w ciemnościach przez jezdnię paręnaście metrów ode mnie. Nieprzyjemna chwila, kiedy człowiek się orientuje, że nie jest sam, a chrząkające towarzystwo jest bardzo blisko. Potem, już blisko szosy do Lubczyny, wypatrzyłem na skraju lasu dwie pary oczu wpatrujące się we mnie. Znów dreszczyk, ale tym razem to były sarny...
| Tak dziś wygląda "droga nr 3 sprzed dwustu lat" na kilometr przed Miękowem |
Za dnia przejechałem się rowerem lasami w okolicę Miękowa, to i owo sprawdzić w terenie. Znalazłem w internecie kopię bardzo ciekawej mapy, pokazującej przebieg dróg w okolicach Goleniowa i Maszewa około roku 1840. Nie ma jeszcze linii kolejowej, ale są już wybudowane w latach trzydziestych bite drogi ze Szczecina w kierunku Wolina i Nowogardu, dzisiejsze drogi nr 3 i 6. Najważniejsze, że są wyraźnie oznaczone wszystkie drogi, które były szlakami komunikacyjnymi przed wybudowaniem wspomnianych dwóch głównych i dziś dróg. Co ciekawe, zdecydowana ich większość istnieje również dziś, i to w stanie niewiele różnym od tego sprzed prawie dwustu lat. Teraz są to mało istotne drogi lokalne, typowe piaszczyste gościńce, często skryte w lasach. Dziś przejechałem odcinek takiej drogi z Goleniowa do Miękowa, pojechałem też kawałek drogą do Babigoszczy. Drogi w rejonie Goleniowa są mniej interesujące, bo dopiero od około 1830 roku Goleniów znalazł się na ważnej trasie komunikującej Szczecin z Gdańskiem, wcześniej była to leśna pipidówka, do której nie było po co jechać. Ale już w okolicy Maszewa mamy drogi, które stanowiły główne trakty komunikacyjne z Berlina do Gdańska i Królewca, na przykład najkrótszą drogę łączącą Darż z Maszewem - najprawdziwszy zabytek drogownictwa jeszcze średniowiecznego. Kusi, żeby przejechać tą drogą z Maszewa do Dąbia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
