poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwestrowe kuśtykanie

13 km

Ostatni bieg roku 2012 wykonany. Przyjemność relaksu w lesie zepsuł mi ból prawego achillesa, dokuczliwy do tego stopnia, że ostatni kilometr omalże kuśtykałem. Dwa Movalisy zapewne rozwiążą problem, ale mam dość, po pierwszym idę do ortopedy.
A jutro w południe 10 km w Kliniskach. Darek mówi, że będzie kilka, może kilkanaście osób, więc zapowiada się plenerowa impreza towarzyska. Nie będzie to wyprawa w puszczę, ale bieg po dwukilometrowej pętli w Kliniskach i pobliżu. Na koniec "grochówka". Oczywiście, jadę z Olą, zabieramy Piotrka. 

Na koniec roku cztery filmiki, które dziś przysłał mi kumpel z Francji. Wszystkie dotyczą szkoły, a konkretnie dylematów: uczeń, czy debil? A jeśli debil, to jak z nim postąpić? Piotrek od lat lansuje pogląd, że z debilem można tylko w jeden sposób. Jak? Polecam filmiki. Krótkie, wciągające. Pouczające wielce.

video
video
video
video

niedziela, 30 grudnia 2012

Leniwie

11,5 km

Przedostatni bieg w tym roku. Wokół Goleniowa, przez Helenów, nową obwodnicę i ulicę Nowogardzką. Rozleniwił się człowiek przez święta, nie bardzo mi się chciało rwać do przodu. Więc relaksowo, bieg w wersji krajoznawczej. Dobrze, że pogoda nadal wymarzona, ani za gorąco, ani za zimno. 
Jutro podliczę, ile to kilometrów przebiegłem przez miniony rok. Na oko będzie tego z 3-3,5 tysiąca.
Darek zaprasza na noworoczny bieg do Klinisk. Chyba się wybierzemy z Olą, nowy rok biegowy trzeba zacząć ładnym akcentem. Na przykład dychą po lesie.

sobota, 29 grudnia 2012

Leśny półmaraton

20,5 km

Wymarzone warunki do dłuższego biegu. +3 stopnie, bezwietrznie, bezdeszczowo. W lesie śnieg stopniał, tylko w okolicy Bolechowa jest jeszcze lód na drogach, po których jeździły samochody i ubiły śnieg. Tam zresztą zawsze jest trochę chłodniej niż w Goleniowie, śnieg i lód dłużej leżą. 
Tradycyjna sobotnia trasa: Goleniów-Łęsko-Bącznik-Goleniów. W lesie pusto, spotkałem tylko dwóch chłopaczków w lesie koło gimnazjum (o dziwo - przywitali się), przed torami mignął mi ktoś jeszcze. Dalej kompletna pustka, nikogo, nawet zwierzaka nie spotkałem. Dopiero w Bączniku opadła mnie banda miejscowych kundli, jeden nachalnie próbował skubnąć mnie w łydkę. Z jednego z domów wylazło jakieś babsko z pijacką facjatą, przyznała się, że ten najbardziej upierdliwy to jej pies. Podobno uciekł jej (pewnie miał już dość denaturatu). Skląłem babę, zabrała sobaki do chałupy. Ciekawe, że dom obok to leśniczówka. Leśniczy, oczywiście, nie widzi psów szwendających się po okolicy. 

Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie pobiec wzdłuż Iny, nie korzystając z prostej jak drut drogi asfaltowej. W rzece wysoka woda, łąki mogą być podmokłe i grząskie. Zrezygnowałem, wybrałem asfalt. Mniej efektownie, za to nieco szybciej. 

Za najważniejszy sukces w tegorocznym bieganiu chyba uznam fakt, że rok minął bez istotnych kłopotów zdrowotnych. Parę drobnych kontuzji, jakieś rwy kulszowe, skręcenie kostki - to pikuś. Największy, do tej pory nierozwiązany problem, to ból przyczepów achillesów. Zaczęło się od biegu po piachu w Jarosławcu, trwa z przerwami do dziś. Być może to kwestia obuwia, może wagi, pewnie intensywności biegania. A może po prostu wieku? Da się, w każdym razie, żyć. 
Lista ukończonych biegów, garść ładnych medali - to miły dodatek do dobrej kondycji.

czwartek, 27 grudnia 2012

Minął rok pisania

Przedwczoraj 10 km, wczoraj 13, dziś 10.

Bieganie ulicami jest całkiem sympatyczne. Nie biega się jak koń w kieracie, czas szybciej płynie, kiedy człowiek ruszy w miasto. Przechodnie kompletnie nie reagują, nie zwracają uwagi na truchtającego ulicą. Problemem są poharatane chodniki na niektórych ulicach, najgorzej jest na Szkolnej. Tam naprawdę można połamać nogi.
Przedwczoraj cholernie bolały mnie przyczepy obu achillesów. Wczoraj łyknąłem podwójną dawkę Movalisu, dziś żadnego śladu po dolegliwości. Trzeba będzie brać to parę dni pod rząd, może efekt będzie trwały. 
Wczoraj minął rok od pierwszego wpisu. Razem 312 postów. Sporo. Ciekawe, jak długo będzie mi się chciało pisać. Na razie się chce.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wigilia

13 km

Ostatni przedświąteczny bieg, do Góry Lotnika, powrót przez park przemysłowy. Po wczorajszym mrozie i śnieżycy dziś zupełna odwilż, śnieg mokry i śliski. W lesie dało się biegać, bo drogi nierozjeżdżone, więc nieśliskie. Mgła, bezwietrznie, zupełna cisza. W parku cicho, bo większość zakładów w Wigilię nie pracowała. 
Wielkiego popytu na rekreację ruchową dziś nie zauważyłem. W lesie świeże ślady tylko dwóch osób, ja byłem trzeci. Stadion od obiadu zamknięty, bo święta.

Wszystkiego dobrego! Świętujmy więc!

sobota, 22 grudnia 2012

Z choróbskiem w pakiecie świątecznym...

Piątek - 12 km

Szlag by to... Nabawiłem się ostrego przeziębienia. W piątek wieczorem jeszcze się przebiegłem, nawet z dobrym rezultatem. W sobotę rano obudziłem się niezbyt zdrowy, a dobiłem się czekając na mroźnym, porannym wietrze na córeczkę, która z dalekiego Krakowa przybyła na święta. Cały dzień byłem rozbity, jeszcze nie chory, ale osłabiony, bez apetytu, czekający na wyraźniejsze objawy choroby. Wylęgnie się do końca pewnie w samą Wigilię.
No więc, w tej sytuacji dziś zrobiłem sobie przerwę, jutro pewnie też posiedzę w domu. Szlag by to...

czwartek, 20 grudnia 2012

Po mieście

10,5 km

Na stadion nie było po co zachodzić, bo ten cały osirowy syf w dodatku zamarzł. Spróbowałem wyprawy w miasto. Komopnickiej, Kopernika, Drzymały, Sportowa, Szczecińska, Przestrzenna, Armii Krajowej, Szkolna, Pułaskiego, Konstytucji, Andersa, a potem jeszcze raz ta sama pętla. Na koniec zajrzałem jednak na stadion, było, jak przypuszczałem: zmarznięta gruda, na której nogi można połamać. Na ulicach zdecydowanie bezpieczniej.

środa, 19 grudnia 2012

Odreagować!

10 km

Kiedy człowiek posiedzi parę godzin z radnymi, musi odreagować. Najlepszą metodą przywrócenia naruszonej równowagi psychicznej jest dawka wysiłku fizycznego, proporcjonalna do urazu psychicznego spowodowanego kontaktem z radnymi. Dlatego dziś dyskusji nie było: dycha.
Warunki tylko ciut lepsze niż wczoraj, trochę mniej lodu, a w to miejsce pojawił się asfalt. Siły dopisywały, dziś nie miałem dołka glukozowego, dychę machnąłem jednym rzutem, a z każdym kółkiem czułem, jak wracam do sił psychicznych. Obecnie czuję się nieźle, nie ma trwałych skutków kontaktu ze "zbiorową mądrością rady".

wtorek, 18 grudnia 2012

Nic nie jest proste

7 km

Próba skorzystania ze stadionu - średnio udana. Bieżnia, co oczywiste, do użytku się nie nadaje, ślisko tam i miękko. Wokół boiska bieganie marne. Jedna ćwiartka okrążenia po czarnym asfalcie, druga po rozmiękłym śniegu, trzecia po lodzie, a czwarta to był bieg z przeszkodami: muldy, lód i traktorek Panjanka zaparkowany po swojsku, znaczy - pośrodku. Po dziesięciu kółkach odpuściłem sobie to dziadostwo, bo po co się męczyć? Kiedy schodziłem, przyszedł Piotr z Karoliną, oboje w nadziei, że jednak trening zrobią. Nadzieja podobno ginie ostatnia...
Odeszła mi już ochota, by w sławetnym OSiR-ze o cokolwiek pytać, nie daj Boże prosić. To dziwne człowieki, nie jestem w stanie z nimi nawiązać kontaktu werbalnego, a co dopiero porozumienia myśli. Dziś trzech jegomości pucowało lodowisko, szlifowali je, pieścili, może nawet wypastowali. Nie ma nikogo, kto by wpadł na pomysł posypania lodu na ścieżkach odrobiną piasku. Tak, wiem, to nie takie proste...
Olawszy stadion, pobiegłem ulicami Goleniówka. I to była naprawdę dobra koncepcja, ulice bez śniegu, czarny asfalt. Szkoda tylko, że już było ciemno.

Za pięć dni Boże Narodzenie, a tymczasem w ogóle nie czuć jego atmosfery. Ludzie jacyś przygaszeni, smutni, stłamszeni. Przykre. I jeszcze do tego tak cholernie listopadowa pogoda, że niedobrze się robi. Resztki burego śniegu, zmarznięte psie gówna na ulicach, jakieś nędzne dekoracje... 
Na szczęście, nie to jest ważne. Jutro zaczynają powoli do domu ściągać dzieciaki, pierwszy przyjedzie Michu, w sobotę Ania, w niedzielę istna inwazja, czworo z Krakowa, w tym dwójka drobiazgu. W chałupie przez święta będzie kołchoz, choć nie za długo: brygada krakowska ewakuuje się już w drugi dzień świąt wieczorem.  Przez święta będzie gwarno, ciasno i wesoło. Znaczy tak, jak powinno być.

Mam pomysł na 1 stycznia: jak już się wyśpimy i przypomnimy, jak się nazywamy, to pewnie wielu zechce się przebiec noworocznie. Może by się spotkać i na przykład wspólnie przebiec na Górę Lotnika? Tak dla zdrowotności... Kto ma problemy z wpisaniem komentarza (wiem, Google rzucił tu pod nogi pół lasu, a nie kłodę), to mój mail: goleniow@o2.pl. Proponuję południe. Kto do tej pory nie stanie na nogi, nie stanie i do wieczora. Roberta uprzedzam, że nie ma mowy o mierzeniu czasu i marudzeniu o tym, ile ostatnio nabiegał.

niedziela, 16 grudnia 2012

Zima odpływa

10 km

Topnieje wszystko wokół na potęgę. Przed południem wybrałem się do parku przemysłowego, słusznie zakładając, że tam będą dobre warunki do joggingu. Były względne; prawie nie było samochodów, bieg cały czas po asfalcie. Problemem było jednak dotarcie tam z miasta. Droga zaśnieżona, zalodzona, śliska. Samochody jeździły powolutku, by nie wypaść z drogi, a ja tylko czekałem, kiedy się wywalę.
Progonozy na święta - marne. Ma być typowa pomorska zima, czyli temperatura w okolicy zera, bezśnieżnie, szaro i ponuro. Ale przynajmniej będzie łatwiej jeździć i pobiegać będzie można wszędzie.

piątek, 14 grudnia 2012

Nikt nie powspółczuł

Wczoraj 8 km, dziś to samo

Powoli się ociepla, wieczorem było tylko -3. Na tyle ciepło, by śnieg stał się bardziej śliski, niż przy -15, kiedy jest szorstki i miło skrzypiący. Kiedy wracałem do domu ślizgając się na zalegającej chodniki śniegowej kaszy, pomyślałem sobie: e, w tych warunkach nie da się biegać. I kiedy już sobie to wytłumaczyłem i nawet zaczynałem być zadowolony z wolnego wieczora, przebiegł mi jakiś gostek zmierzający w kierunku stadionu. No nie, pomyślałem, nie może tak być. Wróciłem do domu, przebrałem się i poślizgałem się w kierunku włości Ojca Dyrektora. Przed bramą spotkałem Arka Poczobuta. Jak się biega? - spytał. Zgodnie z prawdą poinformowałem, że do dupy, licząc, że pochyli się nad problemem. -A mi super - odparł, nie myśląc mi współczuć. "W tej sytuacji" nie było wyjścia - 20 kółek. Nie było nawet tak tragicznie, bo pod wieczór spadło ciut śniegu i przysypało tę wyślizganą warstwę.
Od jutra odwilż i początek ogólnego syfu. Rano muszę jechać do Gryfic, być może dobry Bóg się zlituje i odwilż zarządzi dopiero koło południa. Święta, należy przypuszczać, bez śniegu. No cóż, to uroki zachodniego Pomorza.

środa, 12 grudnia 2012

Mróz jak złoto

10 km

-15 stopni. Nie szkodzi. Nawet pasuje. Mroźne, stojące powietrze, oddech zamarza i spada z hukiem na ziemię. Mroźne, ale suche powietrze, więc nie wychładza dróg oddechowych, przyjemnie je czuć głęboko w oskrzelach. Po trzech kółkach zdjąłem ortalion, pozostałe 22 okrążenia zrobiłem tylko w czarnych ciuchach. Nie rwałem do przodu, chciałem jedynie zrobić codzienną normę biegu, na obrotach nawet poniżej średniej. Ot, żeby bez wyrzutów sumienia zjeść kolację. Nawet się specjalnie nie zgrzałem (prawda, przy -15 to pewna sztuka...), bieg był wyjątkowo przyjemną wieczorną rekreacją.
Na stadionie pustawo. Był Robert i parę osób, które widuję już któryś dzień z kolei. Na euroboisku pusto, europiłkarzyki siedzą w swoich eurodomkach. Na lodowisku tak samo, widocznie amatorzy łyżew czekają na wiosnę. Z głośników kolejny dzień lecą te same kolędy, w najbardziej parszywych wersjach, jakie mogą wymyśleć tzw. gwiazdy polskiej piosenki. Rzygać się chce, a do świąt jeszcze ponad tydzień!
Kiedy wracałem do domu, przejrzałem się w szybie. Brwi i rzęsy oszronione, szron na czapce, na bluzie i w ogóle. Istny Dziadek Mróz. Niestety, kiedy wchodziłem do mieszkania, wszystko już stopniało. Fotki nie było.

wtorek, 11 grudnia 2012

Odśnieżone, pochwała!

10 km

Znów punkcik dla Panjanka z OSiR-u. Bieżnia odśnieżona i jak najbardziej nadająca się do użytku, choć waliło dziś całe popołudnie. Nie wiem, czy by odśnieżyli, gdybym nie zaszedł i nie przypomniał, ale liczy się, że zrobione.
Wydało mi się, że wygodniej jednak będzie pobiegać ścieżką wokół boiska, bo były na niej wyraźne ślady opon, więc śnieg był równo ubity. Fajnie było, dopóki nie wybiegłem za trybuny. Tam się okazało, że Panjanek potrafi wymyśleć coś średnio bystrego: zgarnął śnieg z euroboiska na... drogę. Na szczęście dało się przedeptać ścieżkę obejściową i śmigać wokół stadionu. 
Dziś ma przestać padać, za to od jutra mróz. Może by się wybrać w las? Bieganie w takim przemrożonym śniegu ma swój urok.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Panjanek odśnieżył

10 km

Przywaliło śniegiem zdrowo, do lasu nie ma co się wybierać. Żadne bieganie, są prostsze sposoby na połamanie nóg. Kiedy w południe zajrzałem na stadion, zadowolony nie byłem. Alejki odśnieżone, ale bieżnia dziewicza. Po południu było już jednak w porządku, widocznie ktoś się zreflektował. Panjanek przejechał traktorkiem z pługiem, zrobił to nawet dość dokładnie. Nie ma powodów, żeby się czepiać. Nie ma też co przesadzać i zaraz lecieć całować po piszczelach. Jest, jak powinno być - i tyle. 

Jakby mniej ludzi zażywa ruchu. Część pewnie uznała, że skoro zima, to trzeba się zaszyć przy piecu i przeczekać do wiosny. Pewnie coś się zmieni po Nowym Roku, bo niektórzy w Sylwestra złożą sobie śluby, że teraz to już będą się dobrze prowadzić, rzucą palenie, może i picie, jeść będą tyle co trzeba (cztery razy mniej...), a do lata kondycja wyścigowa i linia, której na plaży wszyscy będą zazdrościć. 

Rok temu też sobie co nieco obiecywałem. Ciekawe, że udało mi się dotrzymać słowa co do systematyczności. Cała reszta to prosty wynik solidnej dawki wysiłku fizycznego: spadek wagi ciała, rzucenie palenia, znacznie mniejsze spożycie C2H5OH, bardzo dobra kondycja, wzorowe wyniki laboratoryjne (tylko cholesterol lekko powyżej normy). W sumie - opłacało się.

Piotrek obdarował mnie świetną, oldskulową bluzą Adidasa. Żadne tam oddychające cudeńka, tylko solidny, świetnej jakości ortalion. Idealnie skrojony, ładny materiał, szwy wzmacniane. Najlepszy na okoliczność nawet dość silnego wiatru i ulewnego deszczu. Są sytuacje, kiedy właśnie dobra kurtka ortalionowa jest najlepszym rozwiązaniem. Przyda się.

niedziela, 9 grudnia 2012

Sypie, wieje

13 km

Wczoraj wieczorem długa debata z Piotrkiem, więc dzisiejszy bieg miał także funkcję oczyszczania organizmu i stawiania go na nogi. Przebiegłem się przez park przemysłowy, G. Lotnika i lasem wróciłem na stadion. W lesie za torami pusto, znalazłem ślady tylko jednego człowieka. Po "miejskiej" stronie torów śladów dużo więcej, ale natknąłem się jedynie na Roberta. Machnął mi ręką i poleciał w swoją stronę, ja w swoją. 
Zaczęła się zima. Śnieg wali już pół dnia, zrobiło się biało. Do świąt pewnie jednak biel się nie utrzyma, za tydzień ma przyjść odwilż.

sobota, 8 grudnia 2012

Zimowo wreszcie

13 km

Rano pogoda wybitnie zachęcająca do wyjścia na dwór. Jeśli zimą jest słońce, to na pewno jest też zimno, ubrałem się więc jak należy, wygodnie, ale ciepło, z polarową czapką, kominem i rękawicami.
Na stadionie pusto, ruszyłem więc w las. Kiedy dobiegłem do torów - drobny problem: ośnieżona, śliska skarpa. Nie chciałem ryzykować zjazdu na twarzy, więc pobiegłem wzdłuż torów w stronę miasta, potem małym mostkiem w kierunku nadleśnictwa, Helenowa, do ronda na Maszewskiej, dalej obwodnicą wschodnią do "szóstki", powrót do miasta ulicą Nowogardzką i najkrótszą drogą do domu. 
Na początku wydawało mi się, że ubrałem się za ciepło, na obwodnicy nawet zdjąłem rękawice i schowałem je do kieszeni. Było fajnie, dopóki biegłem z wiaterkiem. W rejonie Żółwiej Błoci zaczął się jednak odcinek pod niewielki wprawdzie, ale wiatr. I zrobiło się zdecydowanie chłodniej. Kiedy wróciłem do domu, na polarowym kominie miałem lód, jaki zastygł ze skraplającej się pary z oddechu. 
Pogoda była przepiękna, mroźny, pogodny ranek, na roślinach obfita szadź, wszystko wokół białe. Wspaniale biegło się wzdłuż obwodnicy wschodniej: chodnik przysypany parocentymetrową warstwą śniegu, po którym nikt jeszcze nie szedł. Biegło się jak po puchu, śnieg świetnie amortyzował kroki, ale nie sypał się do butów. Gorzej było na Nowogardzkiej, gdzie trzeba było biec skrajem jezdni zachowując najwyższą uwagę. Ostrożność przydała się, bo lalunia kierująca furgonetką o numerze ZGL 32824 tak się zagadała z pasażerem, że prawie się o mnie otarła. Nie zjechała na centymetr ku środkowi jezdni, choć miejsca miała pod dostatkiem i nikt nie jechał z przeciwka. Ot, babina bez wyobraźni, z ćwiartką mózgu, w dodatku skupioną na rozmowie. 
Daleko mi do antyfeminizmu, ale mam coraz gorsze zdanie o kobietach za kierownicą. Niestety, z jakichś powodów wiele z nich po prostu nie nadaje się do kierowania pojazdami.

O, ciekawa liczba na liczniku postów. To jest wpis nr 300. Nie sądziłem, zaczynając rok temu, że dojdę do takiego stanu.

czwartek, 6 grudnia 2012

Bezruch

O km

Są takie dni, kiedy człowiek wie, że coś się zdarzy. Dziś rano obudziłem się z poczuciem, że będę miał jakiś problem z kręgosłupem. I albo sobie wmówiłem, albo faktycznie miałem przeczucie. W każdym razie, pod koniec pracy w redakcji poczułem, że napieprza mnie w krzyżu. Zrezygnowałem (przyznaję, bez bólu) z biegania, poleżałem w domu, łyknąłem Movalis. Liczę, że jutro będzie lepiej. Mięśnie nieco odpoczną, może minie mi to postartowe zdrewnienie ruchów.

Zajrzałem na stronę internetową maratonu w Dębnie. Komuś kawał dębiny musiał spaść na czachę. Wpisowe według najtańszej taryfy - stówa. Potem 2 stówy, a tuż przed zawodami - 300. I tak bym nie pobiegł, bo za 260 zł to sobie pobiegnę w Paryżu. Patriotyzm patriotyzmem, ale jest pewna subtelna różnica między Dębnem a Paryżem. Raczej na korzyść tego drugiego.

Zdaje się, że polskie bieganie szybko się komercjalizuje. Nie wróży to dobrze amatorom zarabiania na biegaczach. Jak znam rodaków, to na złość zorganizują coś fajnego, a taniego. Jak na przykład maraton Darka Mańkowskiego w Jastrowiu. Byłem, polecam, zapiszę się natychmiast, jak tylko Darek się ogłosi. Polecam wszystkim!

środa, 5 grudnia 2012

Nóżki z drewna

8 km

Zimno. Ciemno. Nie chciało się iść, ale sumienie kazało. Bieżnia przysypana warstewką śniegu, moje buty trochę się ślizgały. Po dziesięciu kółkach dołączył Robert, pokrążyliśmy kolejne dziesięć relaksowym tempem. Łydki wciąż mam drewniane, widocznie jeszcze nie wypocząłem po sobotnim i niedzielnym bieganiu. Robert też biegał bez entuzjazmu, więc machnęliśmy ręką na bieganie, które nie szło i udaliśmy się do domu.

Przeczytałem to, co wczoraj napisałem. Widać, że pisane w afekcie. Niech tak jednak zostanie, wkurzenia nie udawałem.
Dziś na lodowisku i euroboisku iluminacja. I nikogo, kto mógłby się z tego ucieszyć.

A, dobra wiadomość dla tych, co to zimy nie lubią. Słońce zachodzi już o 2 minuty później, niż 30 listopada, kiedy to zaszło najwcześniej. Wschód słońca będzie jednak wciąż coraz późniejszy, z maksimum w Sylwestra. Pal licho ranek, ale zachód późniejszy nawet o 2 minuty bardzo mnie cieszy.

wtorek, 4 grudnia 2012

Można mieć dość

6 km

Katastrofa naturalna na stadionie. Spadło 0,5 cm śniegu, temperatura zaś do -0,5 stopnia Celsjusza. W rezultacie bieżnia zmieniła się w śliskie, czarne gówno, na którym można się pośliznąć, glebnąć, zmieszać się z błotem. 
Oczywiście, o godzinie 16.30 na bieżni egipskie ciemności. Zrezygnowałem z bieżni, ruszyłem na ścieżkę wokół boiska. Też ciemno tam jak w murzyńskiej dupie, niewidoczne w mroku kałuże, w dodatku po ścieżkach przeznaczonych dla pieszych jeździło w kółko auto ze szkoły nauki jazdy niejakiego Walusia, w którym jakiś biedaczyna uczył się jeżdżenia jedynką wokół stadionu. Nie wiem, po jaki ch... komu ta umiejętność, bo to jakby uczyć konia chodzenia w kieracie. Konia uczyć nie trzeba, to zwierz bystry, w odróżnieniu od wspomnianego biedaczyny. Autko jednak było wnerwiające, bo na każdym okrążeniu mijałem je dwa razy, tyleż razy byłem oślepiany i spychany ze ścieżki. Taki debilizm tylko w OSiR Goleniów.
Wk...wienie osiągnęło maksimum, kiedy się rozejrzałem. Lodowisko, na którym psa z kulawą nogą nie było - oświetlone jak Pola Elizejskie. Euroboisko, na którym nikogo - też ze światełkiem. I tylko miejsce, gdzie jedni próbowali nie zabić się biegając, a inni walczyli o życie chodząc z kijkami jak ślepcy - tonęło w ciemnościach. Wk...iło mnie to do zenitu. Rozumiem, że dyrektor Łukasiak ma problemy z percepcją rzeczywistości, że jego ego nie mieści się w obszernym biurze OSiR, że to, że tamto. Nie rozumiem jednak, skąd ta perwersyjna przyjemność w dokuczaniu ludziom, którzy, k....wa mać, chcą tylko nie pozabijać się w ciemnościach na tym zasranym, rozmiękłym jak g..wno po deszczu stadionie?? Dlaczego, do k...wy bladej, nie można światła włączyć tam, gdzie ci biedni ludzie są, a wyłączyć tam, gdzie ich nie ma??
Kiedy tak mocno wk...wiony odpoczywałem po biegu, przyszedł Piotrek. Podziela opinię, że tu działa ręka i szczątek mózgu Wiadomo Kogo. Przyszedł też Waldek N., próbował coś tam pieprzyć, że może by jakiś kompromisik, że może co drugą żarówkę by włączyć, może poprosić Łukasiaka... Skończył, kiedy Piotrek wyraził się w tzw. prostych, żołnierskich słowach.

Piotrek ma kapitalne powiedzenie o ludziach tego typu: do uśpienia. Popieram.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Rozruszać się trzeba...

4 km

Miałem dziś nie biegać, przez cały dzień czułem się jak solidnie skopany. Po południu jednak rozruszałem nieco zdrewniałe mięśnie, włożyłem stosowny ciuch i poszedłem na stadion. Pierwsze kółko było ciężkie, ale każde następne szybsze i lżejsze. Ostatnie pięć w zdecydowanie szybkim (jak na mnie) tempie 4:30 na kilometr. Nie dałem się wyprzedzić pewnemu tuptusiowi, który bardzo chciał mnie zdublować. Odpuścił ;)

Wczoraj wracałem z Torunia 4 godziny, zaliczając w tym przejazd przez Bydgoszcz. Nie spieszyłem się, bo byłem zbyt zmęczony na intensywną jazdę. Jechałem spokojnie i równo, raczej nie przekraczając stówy. Tym bardziej zaskoczony jestem, że nie wpłynęło to w istotny sposób na długość jazdy. Wpłynęło natomiast znacząco na zużycie paliwa. Średnie zużycie na trasie Toruń-Goleniów wyniosło zaledwie 4,1 litra diesla. Rewelacyjnie mało. Krótko mówiąc, spokojna jazda jest zdecydowanie tańsza i wcale nie dłuższa, niż szarpanie się, ciągłe przyspieszane i hamowanie.

No, i w ten sposób zakończył się tegoroczny sezon startowy. Teraz do lutego bieganie dla przyjemności i ogólnej formy, luty i marzec przeznaczy się na przygotowania do Paryża. W sen zimowy nie zapadnę, bo obudziłbym się wiosną parę kilo cięższy.  

Na maratonyposkie.pl sporo krytycznych uwag pod adresem wczorajszego biegu i jego organizacji. Podobno zabrakło medali dla ostatnich - obciach, bez dyskusji. Podobno trasa była źle wymierzona. Na pewno był bałagan na mecie, to widziałem na własne oczy, był ścisk i zamieszanie. Na pewno zabrakło porządku przy bramie na stadion, widzowie szwendali się po bieżni, plącząc się między biegaczami. Były jakieś jaja z prysznicami: szatnie osobne, prysznic koedukacyjny(!), co niektórym babkom niezbyt się spodobało. 
Mnie tam się podobało. Wprawdzie opóźnienie na starcie, wprawdzie tłok na trasie, nie bardzo było gdzie się przebrać i wyszczać, ale w końcu nie jechałem na mistrzostwa świata w organizacji imprez dla 2,5 tysiąca ludzi. Kto umie zrobić to lepiej - za rok proszony o pomoc, będziemy wdzięczni.

niedziela, 2 grudnia 2012

I zrobione

21,1 km

Półmaraton w czerwonej czapce ukończony z czasem 1:52:20. Pozostała siódemka goleniowian też ukończyła, większość z naprawdę dobrymi wynikami. Robert był 27 ze świetnym czasem 1:18:57. Niestety, na pudło się nie wdrapał, bo nagrody dawano tylko za pierwsze miejsca w kategoriach wiekowych. Ale satysfakcję ma, jest czego gratulować.
Mój wynik zadawala mnie, zważywszy na wczorajszy dzień. Najpierw bieg na dychę, potem cały wieczór przesiedzieliśmy w rodzinnym gronie gadając, a gadanie podlewając. Ja wypiłem dość sporo świetnego koniaku, szczerze mówiąc - za dużo. Kiedy dziś ruszyliśmy na trasę bałem się, że będą tego fatalne skutki. Nie było, więc po paru kilometrach nieco przyspieszyłem. Tak, jak lubię: stopniowo mijałem jednego biegacza za drugim, końcówkę miałem naprawdę dobrą. Skończyłem z dużym zapasem sił, niespecjalnie zmęczony. Niestety, sponiewierało mnie półgodzinne szukanie Oli, w trakcie którego - doszczętnie mokry - przemarzłem do szpiku. Chyba jednak nie będzie żadnych fatalnych skutków, żadnego nawrotu choroby. Żyję.




sobota, 1 grudnia 2012

Po pierwszym biegu

Medale - zachęcające

10 km
5 minut do startu

Bieg o Lampkę Górniczą zrobiony z wynikiem 48:54. Przez pierwsze trzy kilometry miałem problem z mięśniem lewego podudzia, odpowiedzialnego za podnoszenie stopy do góry. W rezultacie miałem wrażenie, że wlokę tę stopę nie mogąc jej podnieść. Po trzech kilometrach mi przeszło, bieg do końca był już lekki i bezproblemowy. Szkoda, że zapomniałem z domu zabrać zegarka, nie kontrolowałem czasu, nie zorientowałem się więc, że mimo kłopotów na początku biegu, rezultat jest całkiem przyzwoity. Swobodnie mógłbym zrobić lepszy wynik. OK, rezultat to 48:54, czyli 4:52 na kilometr. 
Meta
Miłe towarzystwo
Bieg bardzo sprawnie zorganizowany: początek na stadionie przy hali MOSiR, formalności w pół minuty (do załatwienia nawet na 15 min. przed startem). Start ze stadionu, trzy pętle po okolicznych ulicach, meta na stadionie, podsumowanie imprezy i rozdanie nagród na hali. Trasa niezbyt luksusowa, nawierzchnia to głównie asfalt wątpliwej jakości, trochę kostki brukowej, a nawet nieco wertepów, na których na szczęście nikt się nie zabił. Ładne, duże medale pamiątkowe i polarowa czapka biegowa dla każdego. Jedzenie (kaszanka, podobno dobra, chleb ze smalcem) i gorące napoje praktycznie do woli. 
Pogoda, jak dla mnie, idealna. Słonecznie, chłodno, ale bez wiatru.W Goleniowie podobno pada śnieg.
Rodzinny fanklub
Ostatni zawodnik na mecie (pierwszy od prawej). Wytrzymał, kończył przy wiwatach i z super obstawą
Nie skatowałem się, na mecie byłem niespecjalnie zmęczony, samopoczucie wzorowe. Spokojnie można się przygotowywać do jutrzejszego występu w Toruniu.