środa, 31 grudnia 2014

Sylwester

6 km

Dziś wyprawa do Maszewa, na bieg sylwestrowy. Jak sylwestrowy, to oczywiście organizowany
 przez Sylwestra, Wasiaka ma się rozumieć. I Piotrka Kaczora, który odkąd schudł o ponad 80
Uczestnicy sylwestrowego
biegu w Maszewie
kilogramów, nie wyobraża sobie życia bez sportu.
Pogoda nawet dość przyjemna, bo nie za zimno i padał kapuśniaczek, ale po paru dniach zimy ziemia właśnie zaczęła rozmiękać, ale woda z roztopów jeszcze nie wsiąkła. Pierwsza połowa biegu dość ostrożna, bo każdy krok na polnych drogach groził poślizgiem i wypieprzeniem się w błoto. Druga połowa już po pewnym gruncie, bo po ulicach Maszewa. Zanim mrok zapadł, byliśmy już z powrotem, czołówki okazały się niepotrzebne.
Pobiegło 15 osób. Nie naginajmy rzeczywistości, nie był to tłum. Ale jeszcze rok, dwa temu gdyby w Maszewie rzucić hasło "pobiegajmy po ulicach", pewnie ludzie pukaliby się w głowy. Dziś nikogo nie zdziwiliśmy, tylko jeden jegomość w czarnym oplu próbował nas rozjechać, ale nie był to pewnie wyraz dezaprobaty dla aktywności ruchowej. Normalnie: głupek. 
Jutro poprawka, bo w południe zacznie się noworoczny bieg w Kliniskach. 

Piotrek wykonał akcję, która może mieć ciekawy i efektowny finał pod koniec kwietnia. Zapisał Roberta Krupowicza i Tomasza Banacha na maraton w Hamburgu. Zapytani jakiś czas temu, czy by się przypadkiem nie przebiegli w Hamburgu, nieopatrznie odpowiedzieli, że czemu by nie? To oczywiście Piotrkowi wystarczyło, natychmiast zapisał obu i opłacił im start. Widziałem dziś u burmistrza kwity, które jednoznacznie to potwierdzają. Robert podekscytowany, ale i nieco spanikowany, bo wyzwanie duże. Jak duże - nawet nie przypuszcza, może zresztą i lepiej. Ma teraz 116 dni na przygotowanie się do występu w Hamburgu, złożonego z około pięciu godzin biegu i pół minuty biegu po czerwonym dywanie do mety. 
video

niedziela, 28 grudnia 2014

I po świętach

11 km

Pobudka około 9. Rzut oka przez okno od razu nastroił pozytywnie. Bezchmurne niebo, wszystko oszronione, dym z kominów wzbija się pionowo w górę - powietrze stało. Stoję na balkonie, delektując się mroźnym porankiem i wciągając w płuca chłodne, pachnące mrozem powietrze. 
Wróciłem do pokoju, zrobiłem sobie kawę, usiadłem z książką. Doczytałem najnowszy kryminał Krajewskiego, już bez Eberhardta Mocka w roli głównego bohatera; zastąpił go Edward Popielski - przedwojenny policjant lwowski. Akcja jak zwykle we Wrocławiu. Intryga jak zawsze ciekawa, ale w powieściach Krajewskiego najlepsze dla mnie jest precyzyjne osadzenie akcji w realiach czasowych. I smaczki w opisach występujących akurat osób. Uwielbiam te krótkie zdania, decydujące o ostrości i wyrazistości tekstu. To sprawia, że każdą z książek czyta się z zainteresowaniem aż do ostatniego zdania.
Odłożyłem przeczytaną książkę, wskoczyłem w ciepłe ciuchy biegowe - kierunek las. Ziemia zmarznięta, więc wróciłem do butów Nike Pegasus, mają lepszą amortyzację niż brooksy. Dobra decyzja. Zanim dotarłem do torów, rozgrzałem się należycie i przestało mi dokuczać lekkie ćmienie achillesa. Piątka z Robertem, który wracał na czele ekipy "Rozbieganego Goleniowa". Krótka przerwa na rozciągnięcie się i przeskoczenie przez tory. Po ich drugiej stronie już pusto, cicho, tylko śnieg skrzypiał pod nogami. W okolicy Góry Lotnika spotkałem to samo, co zawsze małżeństwo w żółtych kurtkach. Przywitanie się, parę kurtuazyjnych zdań - państwo zawsze są uśmiechnięci i nie udają, że nie są w stanie wzroku podnieść nad ziemię.
Czas mnie poganiał, o oznaczonej godzinie miałem wrócić na obiad. A więc żadnej przerwy w połowie trasy, równym biegiem powrót do domu. Zdążyłem na 2 minuty przed terminem :)

Święta do zmarnowanych na pewno nie należą. W Wigilię 10 km, w pierwszy dzień Bożego Narodzenia odpust i konsumpcja. Zapłaciłem za to następnego dnia, kiedy konałem w lesie koło Stepnicy, zmagając się ze skutkami przejedzenia dzień wcześniej. Gdybym wówczas umarł, byłaby to kara słuszna i sprawiedliwa. Nie umarłem, ale ten nieszczęsny bieg zapamiętam na długo. Drugiego dnia świąt było już lepiej, dyszka zrobiona bez większego problemu. A dziś sama przyjemność.

Świąteczna atmosfera powoli wygasa. Kasia z mężem i małymi już pojechali, został Michał z Anią, będą jeszcze jutro. A we wtorek chata znów się zrobi przestronna i nieco pusta... 
Małe są niezłe. Paulina (5 lat) jest mistrzynią słownych dowcipów, na razie nieświadomą swego talentu. Przykład z Wigilii: mała trzyma w ręku opłatek z Matką Boską, ogląda go wyginając nieco. Opłatek pęka, Matka Boska w dwóch kawałkach. Mała patrzy na to i mówi: "Matka Boska pękła... Pewnie miała dosyć płaczu tego swojego dziecka...."

wtorek, 23 grudnia 2014

Maślaki rosną...

10 km

Niebo się wreszcie zlitowało, kran zakręcono. Przed 15 dało się w końcu ruszyć w teren, na standardową trasę przy Górze Lotnika i po okolicznych pagórach. Nawet nie było specjalnie mokro, wielkich kałuży sporo, ale poza nimi teren twardy i nadający się do crossu nieekstremalnego. Nawet butów nie przemoczyłem. 
Oczywiście, w lesie nikogo, nie ma nawet śladów. Trafiłem za to na ciekawostkę botaniczną: gniazdo świeżutkich, młodych maślaków, rosnących przepisowo na środku skrzyżowania leśnych dróg. Właściwie - nic dziwnego, jest ciepło, mokro, grzyby mogły zwariować. Jeśli jutro się wybiorę w tę samą stronę, wezmę aparat, by grudniowe maślaki utrwalić dla potomności.

Nasłuchałem się dziś o kulisach gospodarki finansowej w jednym z klubów piłkarskich, przez miłosierdzie (święta...) nie rzucę nazwy. Prezes podpisywał umowy z samym sobą, oczywiście wypłacając sobie wynagrodzenie, umowę podpisał też z żoną, bo czy ona gorsza? Jakieś dziwne faktury, o których nie wiedział zarząd, nieprawidłowo rozliczony rok 2013, umowy niezgłoszone do urzędu skarbowego, nieopłacone podatki i należności dla PZPN i zaległe faktury jeszcze z 2013 roku, na dodatek wyłudzenie dotacji od gminy Goleniów. Prezes wprawdzie zwrócił gminie, co sobie wziął, ale rzecz chyba i tak trafi do prokuratury, będzie dym.
Takich sytuacji na pewno jest więcej, nie tylko w klubach piłkarskich. Na początku stycznia ma się odbyć duże zebranie w sprawie sposobu wydawania dotacji z gminnej kasy i kontroli owego wydawania, a nade wszystko sposobu podziału budżetu przeznaczonego na finansowanie sportu w gminie. Wątpię, czy uda się znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące wszystkich, bo interesy poszczególnych klubów i dyscyplin są skrajnie różne. Ale może?

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Zmarnowany dzień

Odpoczynek

Odpoczynku w planach nie było, ale plany popsuła pogoda i przewodniczący Kania. Pogoda jaka była, przypominać nie trzeba. W tym syfie dało się biegać, ale jedynie za dnia, bo wieczorne bieganie w deszczu i po kałużach to ja chrzanię. Mniejsza o deszcz, kałuże mnie jeżą. Niestety, w dzień pobiegać się nie dało, bo swoje zrobił też nowogardzki przewodniczący Rady Miejskiej, Andrzej Kania. Kania, jak to kania, łaknie dżdżu, zaś przewodniczący Kania łaknął wódy. Nachlał się wczoraj niewąsko, a dziś swoje zwłoki przyciągnął na posiedzenie Rady Miejskiej w polskim stylu myśląc se: Co, ja k...wa nie dam rady? Ja nie poprowadzę?? Zaraz wam k...wa pokażę, jak się prowadzi!
Poprowadził. Zaśmierdziało od niego kwaśniejącą wódą, ktoś się zjeżył i powiedział głośno, że Kania jest nawalony jak bombowiec, ktoś zadzwonił po policję, a policja, wprawdzie niechętnie, ale przyjechała i nawalonego Kanię zachęciła do dmuchnięcia. Nadmuchał 0,32 promila. Niby niedużo, ale za dużo, by sprawę zamieść pod dywan. Zrobił się raban, sprawę zaraz opisały wredne media, a pierwsza Goleniowska. Zadowolony byłem z bilansu wyjazdu do Nowogardu, ale wlany Kania sprawił, że dziś nie pobiegałem. A szkoda, bo miałem wolę, dobrą formę i sporo pary. Nic to, jutro też jest dzień.

Łysy znów był na wakacjach w Portugalii. Na pewno na koszt Barnima (płaci sobie, czemu miałby sobie nie zapłacić?), na koszt PZLA (to mnie akurat g... obchodzi) oraz - jak się nieoficjalnie dowiedziałem - na koszt gminy (to mnie obchodzi). Otóż, podobno pojechał na 3 tygodnie do Portugalii w ramach swojej umowy o pracę w 'osirze'. Parę dni temu zapytałem o to Ojca Dyrektora, odpowiedzi się do dziś nie doczekałem. Jutro zapytam oficjalnie właściwego wiceburmistrza.

niedziela, 21 grudnia 2014

Dobry but zamiast lekarstw?

14 km

Drugi dzień biegam po lesie w brooksach. Nic nie boli, achillesy w doskonałym stanie. Wprawdzie buty mają twardszą podeszwę, ale na leśnych dróżkach nie jest to wada, nawet zaleta (lepsza stabilność stopy). Zasadnicza różnica jest w wyprofilowaniu pięty. Nike pegasus górę pięty ma mocniej zgiętą w kierunku palców, więc ta część zapiętka dość wyraźnie opiera się na achillesie, uciskając go może nie nazbyt mocno, ale wystarczająco, by nieco tamować dopływ krwi i limfy do tego i tak słabo ukrwionego organu. To, co potem się dzieje, to prosta konsekwencja zakłócenia równowagi: stany zapalne i ból.
Powyższe sam sobie wykoncypowałem, potem gdzieś w prasie trafiłem na wzmiankę na ten temat, autor miał dokładnie taką samą opinię. Zmiana obuwia na mniej cisnące na achillesa tezę potwierdza: objawy znacznie mniej wyraźne, dokuczliwość znikoma. 

A dziś dłuższa wyprawa w las. Nieco zawiodła mnie orientacja, zapchałem się gdzieś w okolice Rurki, potem wracałem na czuja. Oczywiście, zgubić się nie sposób, to nie Puszcza Białowieska, ale nieco nadłożyć drogi - jak najbardziej. Nie żal jednak, bo czasu w bród, pogoda wprost wymarzona do biegania: parę wyżej zera, nie padało, a wiatr w lesie nie przeszkadza. Znów stado jeleni, które dały się podejść na około 20 metrów, trzeba było widzieć, jak wystartowały, gdy mnie zobaczyły! No i jak na zamówienie po wczorajszym pisaniu - zryta przez dziki ściółka w pobliżu miasta, sporo dziczych tropów na piachu za torami. Znaczy, nadchodzą, a wraz z nimi zima :)

sobota, 20 grudnia 2014

Cross między deszczami

10 km

Nawet w tak paskudną pogodę da się znaleźć w miarę pogodne okienko i zrobić obowiązkową rundkę.  Lało do 13, ale nagle przestało. Jak miło. Kilka minut później już byłem w drodze. Zimno, mokro, na leśnych ścieżkach błoto, ale - rzecz ciekawa - tylko przed torami. Za torami było już w miarę sucho i podłoże było wręcz idealne: elastyczne, ale ani sypkie, ani grząskie. Standardowy cross w rejon Góry Lotnika, z tym, że nie najkrótszą drogą, a pagórkami po równoległych ścieżkach. Dobra forma, dziś nic nie przeszkadzało - aż się nie chciało wracać. 
Ciekawe, że od dawna nie widziałem ani jednego dzika. Dziś jak zwykle jelenie, potem parę saren, ale dzika ani jednego. A przecież jeszcze niedawno było ich od metra, plątały się między nogami, ich ślady widać było wszędzie. I wyparowały? Fakt, że przy mieście snuły się szczególnie w czasie ostrzejszej zimy. czyżby ta miała być lekka? 
Wracając przebiegłem sobie przez stadion, ściślej - przez bieżnię. Wprawdzie jest jeszcze w stadium mocno rozgrzebanym, ale i tak prezentuje standard o niebo wyższy, niż stara żużlówa. Dziś, nawet mimo dość konkretnego deszczu, po bieżni dało się biegać, była sucha i twarda. Żużel zamieniłby się już w czarne g... . 
Wróciłem, zaczęło znów lać. 

Właśnie skończyłem oglądać "Ultimatum Bourna". Matt Damon w formie, więc warto półtorej godziny poświęcić. Tym razem wsłuchałem się w muzykę Johna Powella, na którą pewnie mało kto zwraca uwagę obserwując wartką, dobrze sfilmowaną akcję. A tymczasem muzyka jest naprawdę niezła. Na przykład ten kawałek , lustrujący muzycznie epizod na dworcu Waterloo. Przetrzepuję właśnie internet, by całość sobie ściągnąć do posłuchania. BTW, muzyka nadająca się do słuchania przy bieganiu ;)
Ale najlepszą muzykę filmową i tak słyszałem oglądając "Lśnienie" Kubricka. Mało kto bez zaglądania do Wiki zgadnie, że napisał ją Krzysztof Penderecki. Zresztą, wcale nie jako muzykę do filmu.

piątek, 19 grudnia 2014

Kara za skrót

7 km

Wczoraj prawdopodobnie za krótko biegałem. Uległem pokusie i skróciłem trasę z 10 do 7 km. Spotkała mnie nagroda, bo wskutek tego spotkałem dawno nie widzianą koleżankę z klasy licealnej, postaliśmy z pół godziny rozmawiając jak za dawnych lat. Do domu wróciłem praktycznie wypoczęty, być może dlatego spotkała mnie kara w postaci niespodziewanego bólu prawej nogi. Chodzić się da, z bieganiem gorzej, ale też na dziś biegania w planie nie było. Do jutra musi przejść, bo na jutro akurat tura biegu jest w rozkładzie dnia.

Jak miło stwierdzić, że na ten rok człowiek już zrobił swoje. W Goleniowskiej przerwa aż do 7 stycznia, można się poopieprzać leżąc na dowolnie wybranym boku. Jak się znam, nieróbstwo znudzi mi się jeszcze przed świętami i siądę do pisania kawałków, na które w zwykły czas nie ma czasu. Jest parę tematów dobrze przemyślanych, planowanych od kilku lat i systematycznie odkładanych. Na przykład o niemieckim cmentarzu we wsi Mokre (Maszewo), który wojnę przetrwał, komunę przetrwał, a w 1993 za zgodą pani burmistrz Ferensztajn został splantowany spychaczem, bo ówczesny sołtys wsi Mokre, niejaki Zarzecki, postanowił wywieźć do skupu trochę złomu. Pomysł poparł proboszcz-debil, więc któregoś dnia na cmentarz wjechał spychacz i zepchnął historię w bagno przylegające do cmentarza... W tym niesłychanie ciekawy nagrobek z 1910 roku, który stał pod świerkiem przy wejściu na cmentarz. Nagrobek był inny, niż reszta, bo nie był to żeliwny krzyż, ale biała tablica wypisana cyrylicą, pochowany był tam jakiś Piotr... Mam ten nagrobek na którejś ze starych klisz, bo cmentarzyk w Mokrem zafascynował mnie od pierwszego razu, miał magię. Miał, bo dziś tam króluje lastryko, granit błyszczący jak psu jaja i obowiązkowo złote litery. 

Zmówiłem się na sylwestrowy bieg w Maszewie. Start o 16, jakieś 6 km, początkowo teren, potem asfalt. Potem się wróci do Goleniówka, spędzi Sylwestra, a następnego ranka człowiek zamelduje się w Kliniskach, gdzie odzyska formę, a w cięższych przypadkach odzyska kontakt z rzeczywistością. Jak, nie szukając daleko - Mariusz, przed rokiem wyglądający początkowo jak zombie, a po biegu jak wybiegane zombie. :)

Świąteczny bigosik już jest, wyszedł rewelacyjny. Kapusta z grzybami gotowa, też boska. Koleżanka małżonka właśnie zagniata makaron, który będzie potrzebny do klusek z makiem. Dziś obskoczyliśmy też Kaufland, Lidl i Biedę, oczyszczając półki z win. Mnie najbardziej cieszy beaujolais villages i cotes du Rhone, czerwone i wytrawne. Dziewczyny zamówiły sobie niemieckie "łzy Matki Boskiej" w niebieskiej butelce (MB była Niemką?), Martini i kadarkę, z tym że ta ostatnia (3 litry) zostanie przemieniona w pysznego grzańca, który przygotowuje Ania. Dwie butelki hiszpańskiej malagi też znajdą amatora, porto również nie ma szans przetrwania. Trzeba jeszcze dobrać parę butelek białego wytrawnego, z czym jak zwykle jest problem, bo o dobre białe jest trudno. Nie chodzi przecież o włoskiego kwacha wykręcającego dziób, ale o wino co najmniej niezłe. Bo białe słodkie odkryłem w Lidlu - Le Gris - rewelacja za skromne 23 zł! Dla amatorów czegoś wzmocnionego będzie gin, obowiązkowo lubuski, bo wszelkie inne to pomyłka. Soplica dębowa wdarła się przebojem do barku, nie będziemy jej przepędzać, a nawet wesprzemy dobrym tonikiem. No i biała wódeczka... A tu przypominam: z wódczanych marek polska jest już tylko Żytnia. I tę właśnie zakupimy!

środa, 17 grudnia 2014

Dzień przerwy i ok

10 km

Dzień przerwy dobrze zrobił, przedwczoraj nieco naciągnąłem sobie prawego achillesa, wczoraj pobolewał przy chodzeniu. Dziś Movalis, przeszło i nic nie zakłócało wieczornej rundki. Potrzebna mi była, bo po południu znów mnie wzięło na senność, na dodatek znienacka poczułem się jakiś taki przypasiony. A na takie stany najlepszy jest intensywny ruch: można się obudzić, rozgrzać, dotlenić, a przede wszystkim wytrząść i wymasować kichy, co kapitalnie robi na intensywność ich pracy. No i kolacja potem smakuje lepiej i jest jakaś taka zasłużona, bez wyrzutów sumienia.

Trzeba się powoli przymierzać do planów startowych na przyszły rok. 1 stycznia wiadomo - Kliniska. W marcu Jak zwykle Jastrowie na dobry początek sezonu, potem Paryż. Pod koniec kwietnia znów by się trzeba wybrać na wiosłowanie po Spreewaldzie.  A potem - no właśnie, trzeba przysiąść i rozejrzeć się w ofercie, wybrać co atrakcyjniejsze pozycje, niekoniecznie te z dużych miast, bo tam się robi drożyzna i komercja. W roku 2015 stawiam więc na mniejsze, ale oryginalne biegi.

Skończyłem "Do zobaczenia w zaświatach". Pod koniec mój entuzjazm mocno opadł, bo zakończenie książki jest banalnie rozczarowujące, do bólu schematyczne. Tak, jakby autor śpieszył się, by pracę zakończyć i zrobił to byle jak, scenariusz ściągając z jakiegoś taniego serialu. Drażnić zaczął mnie też sposób opisywania relacji między dwoma głównymi bohaterami, to kiepski element książki. Ale do końca zachwycały mnie fenomenalne opisywanie pozostałych postaci, z ich specyficznymi cechami, z pozornymi drobiazgami dającymi wyobrażenie o całym człowieku. No i tło historyczne i obyczajowe powieści - gratka dla amatorów tej epoki. W sumie - warto przeczytać, choć nie jest to książka, która przejdzie do historii literatury. 
Jeden cytat warty jest zapamiętania: "Emocje szybko się starzeją..."

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Wieczór z dobrą książką

10 km

Przegrany dzień. Z niewiadomych powodów od południa byłem senny, nic mi nie szło, w końcu położyłem się na popołudniową drzemkę. Nic to nie dało, jedyny ratunek był w przebieżce. Standardowa dycha przez Helenów i Szkolną, zrobiona w nienajgorszym tempie, przywróciła mnie do życia, w tym umysłowego. Miazmaty zostały wypocone, nastrój wrócił. Ale odpuściłem sobie siadanie do pisania tekstów na jutro. Najważniejsze, że mam przemyślane koncepcje, samo pisanie to już jest pikuś: siada się i w pół godziny sprawa załatwiona. Najtrudniejsze są pierwsze 3-4 zdania, potem już leci jak z płatka. Wstanę rano, przez 3 godziny zrobię większość tego, co mam do zrobienia.
A dziś wieczór poświęciłem na dobrą książkę. "Do zobaczenia w zaświatach", Pierre Lemaitre, nagroda Goncourtów w roku 2013. Świetnie napisana, trochę sensacyjna, kapitalnie osadzona we francuskich realiach tuż po pierwszej wojnie. Czytałem wczoraj do późnej nocy (no tak, zapomniałem o nocnym czytaniu - a to pewnie miało wpływ na moją dzisiejszą niezborność...), zaraz lecę dalej czytać. Już dawno nie trafiłem na równie wciągającą książkę. Polecam!
Do słuchania zaś Bach i Albinoni. Od paru dni naszła mnie chcica na klasykę. Zaczęło się od Koncertów Brandenburskich Bacha, a teraz lecą koncerty wiolinowe obu panów: wczoraj Bacha, dziś Albinoniego. Z uznaniem stwierdzam, że Youtube pełne jest klasyki w kapitalnych wykonaniach, jest w czym wybierać.

niedziela, 14 grudnia 2014

21 km

Sobota - 21 km

Przed wieczornym spotkaniem w gronie PMT dłuższa przebieżka była jak najbardziej na miejscu. Doskonałe pogodowe warunki do treningu zachęcały, by zajrzeć do koników w Łęsku i pogonić kota psom w Bączniku. Koników nie było, pewnie wałęsały się gdzieś nad rzeką, więc się nie zatrzymywałem. W Bączniku też spokój, psy gdzieś się podziały; zastanawiam się, czy nie ma to jakiegoś związku z medialnymi doniesieniami o zapasach świeżej psinki na zapleczach wietnamskich restauracji pod Warszawą... Przez Bącznik przebiegałem uzbrojony w kij i parę kamieni, gotowy do odparcia napadu półdzikiej sfory. Ale już bodaj trzeci raz z rzędu w przysiółku cisza, spokój i bezpiecznie. Sobak niet. Pewnie zjedzone...
Zjeżyłem się trochę, kiedy zobaczyłem, w jakim stanie jest leśna droga od Zabrodzia do Goleniowa, równoległa do asfaltowej, dotąd świetny trakt biegowy. Niestety, leśni tam tną i wywożą, a ciągniki zryły leśną drogę w stopniu strasznym, nie da się tam teraz biegać. Szczęśliwie, jest jeszcze efektowna dróżka, która biegnie brzegiem Iny, trzeba będzie tam się przenieść. A tak w ogóle, to chyba pora tą poniemiecką trasą spacerową warto zainteresować gminę i leśników, czas by ją odnowić i umocnić. To urocza trasa dla spacerowiczów i biegaczy, którą niewielkim kosztem i trudem można uczynić jedną z prawdziwych atrakcji miasta. Warto też pomyśleć o wytyczeniu jej dalej, koło Zabrodzia i dalej na południe, aż mostu koło Bącznika. Kupę pieniędzy zmarnowano przez lata w Goleniowie na "promocję walorów turystycznych gminy", która była marna i nieefektywna, bo promowano rzeczy wątpliwe. A tymczasem dolina Iny na południe od Goleniowa z wielu powodów zasługuje na pokazanie ludziom. Mało kto z goleniowian wie, jak tam jest pięknie.

A wieczorem podsumowanie roku w PMT. Nazbierało się materiału na długą przemowę prezesa, bo też działo się sporo. Plany na ten rok jeszcze bardziej rozbudowane, bo prócz trzeciego maratonu w Kliniskach będzie jeszcze majowy specjalny bieg z okazji setnego maratonu Darka, słyszę też coś o planach ultramaratonu - krótko mówiąc, prezes chce nas zamęczyć. Chcąc jeszcze trochę pożyć zadałem pytanie, kiedy przewidywane są wybory nowego prezesa. Prezes odparł, że żadnych wyborów nie będzie i ma zamiar zaszczytną funkcję, którą przyznał sobie jednogłośnie dwa lata temu, sprawować dożywotnio. 

czwartek, 11 grudnia 2014

Dzień będzie dłuższy

10 km

No więc doczekałem się dnia, kiedy słońce zaszło najwcześniej. Dokładnie o 15.41 i na tym koniec, teraz przez dwa dni będzie równowaga, po czym zachód będzie zaczynał się później. I dobrze, bo chcąc się przebiec za dnia, trzeba zaczynać przed trzecią. Dziś parę minut po czwartej było już ciemno, także za sprawą gęstych chmur. Szczęście, że udało się uciec przed deszczem, rozpadało się już po powrocie do domu.
Listopada nie cierpię, dobrze, że już dawno za plecami. W grudniu jest parę fajnych dni: Mikołaj z toruńską połówką, potem dzisiejszy moment, kiedy zachód słońca zaczyna następować później, Boże Narodzenie, wreszcie Sylwester i wejście w nowy rok. Choć zima tak naprawdę jeszcze się nie zaczęła, zaczyna się czekanie na wiosnę, wraca u mnie optymizm.
W lesie na razie jednak klimaty listopadowe: pusto i smutno, ponura szarówka. Żywej ludzkiej duszy, za to niezawodne było stado jeleni w okolicy Góry Lotnika: jak zwykle zameldowało się na mojej drodze, tym razem nie strasząc. 
Siły wróciły, problemy zdrowotne odchodzą w przeszłość, problemem jest szybkość. Gdzieś się zapodziała przez parę miesięcy odpustu od intensywnego biegania. Mam dziwne poczucie, że w rozwoju się cofnąłem o lata. No bo chyba to nie jest nagły atak starości? Nie wiem, pierwszy raz się starzeję, nie mam doświadczenia. Spróbuję, może da się wrócić do pełnej formy. A jeśli nie - to w cholerę, przecież już mistrzem Europy nie zostanę.

W sobotę podsumowanie roku PMT. Faktycznie, przebiegnięte jest już wszystko, co było do zrobienia w 2014. Można więc usiąść, zjeść i popić, by w gardle nie stanęło.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Jasno na Szkolnej

10 km

Za dnia biegania nie planowałem, ale gdy przyszedł wieczór, żal mi się zrobiło doskonałej formy, nie chciałem zmarnować dnia wykręcając się wczorajszą połówką w Toruniu. Rundka
wokół miasta wymazała wyrzuty sumienia spowodowane lenistwem, a dała zadowolenie z sumienności w odrabianiu lekcji. I dobrze, że się wybrałem, bo po raz pierwszy zobaczyłem Szkolną w pełni oświetloną. Teraz, proszę państwa, jest Ameryka: pełna jasność, wszystko jak na dłoni, pełne bezpieczeństwo. Polecam tę ulicę jako idealne miejsce do biegania, szerokie, równe i wygodne. Tak więc z mojej codziennej, zimowej trasy jedynie ulica Spacerowa jest ciemna i niebezpieczna, bo bez chodnika i bez pobocza. Cała reszta równa, wygodna i nieźle oświetlona. Zimę da się więc przetrwać.

Aż się nie chciało wysiadać z auta w Goleniowie. Dwa dni w Toruniu przesympatyczne i dobrze wypełnione, z miłymi ludźmi i bez tej cholernej sterty goleniowskich problemów i osobliwości. Niestety, trzeba było otworzyć drzwi autka i zanurzyć się w teraźniejszość. I natychmiast informacje o idiotycznej sesji Rady Miejskiej, gdzie znów powołano pięć komisji (co najmniej o dwie za dużo) i dwóch gościków mianowano wiceprzewodniczącymi rady, a będzie im się płacić wyłącznie za to, że siedzą gębami do publiczności. Wojciechowskiego jeszcze zniosę, ale kto i z jakiego powodu w ten sposób wyróżnił Rutkowskiego??? I już jest temat do podrążenia, bo pan Rutkowski powinien być już dawno spławiony wraz z paroma innymi, równie jak on nienadającymi się do niczego. A patrzcie państwo, trwa... Niestety, nigdy nie da się wyrwać wszystkich chwastów. Ten ocalał.

niedziela, 7 grudnia 2014

Mikołajki w Toruniu

21,1 km

Toruńskie Mikołajki wersja 2014
Kapitalne dwa dni. W sobotę odbiór pakietów, potem spacer po mieście w rosnącym tłumie gości w czerwonych czapeczkach i z pomarańczowymi reklamówkami w rękach. Kawiarnia z przepysznymi ciastkami po 2 zł sztuka i równie tanią, a wspaniałą kawą. Potem planetarium, w którym trochę przysnąłem po parogodzinnej podróży (ciepełko, wygodne fotele, jakieś gwiazdy nad głową), po planetarium obiad u "Olbrachta", popity świeżym piwkiem miejscowego wyrobu, wieczorem wyluzowyjący drink przed snem.
W niedzielę rano po swój pakiet zgłosił się Mariusz w towarzystwie Magdy i Meli. Po kawce i obowiązkowych mufinkach przygotowanych przez Magdę spokojne przejście na rynek, krótka rozgrzewka, a chwilę po godzinie 11 start spod pomnika Mikołaja K. Tym razem kolega Mikołaj bez czapki i bez tradycyjnego numeru 1. Widocznie czymś podpadł.
Pierwszy odcinek trasy po Starym Mieście, więc nasze kibicki miały okazję pokazać swoje możliwości i wyposażenie techniczne (łapki robiące hałasu od cholery...). Bez kłopotu można je było zlokalizować, bo już z daleka słychać było charakterystyczne, coraz bardziej ochrypłe głosy...
Po Starym Mieście powrót na starą trasę, czyli długa prosta, po czym skręt do lasu. Dziki tłum, to nie były warunki do walki o jakieś rekordy. Na leśnych ścieżkach wyprzedzanie było trudne i męczące. Nawierzchnia została poprawiona, wyrównana i ubita, ale po przebiegnięciu paru tysięcy ludzi i tak się biegło jak po plaży, grzęznąc w piachu. Nie ma co jednak narzekać, to specyfika terenowego biegu. Terenowe podeszwy lepiej się sprawdzały nie tylko w lesie, ale i na śliskim dziś asfalcie. Kto ubrał buty do biegania po asfalcie, miał problem z cofającą się na śliskiej nawierzchni stopą. Ja nie narzekałem.
Końcowy odcinek trasy zmieniono, skreślono bieganie po stromych górkach na ostatnich dwu kilometrach. Tym razem meta była na parkingu przed nową halą, gdzie było sporo przestrzeni i dla zawodników, i dla kibiców. Gorąca herbata na mecie - to był to!
A po południu Gęsia Szyja ze swoimi propozycjami kulinarnymi. Jedzenie super, a do tego już na starcie 15 procent rabatu. Posiedzieliśmy więc do wieczora.

Tegoroczna ekipa w pełnym składzie, w drodze na rynek

Jeszcze rozgrzewka - i w drogę

Mela z przyrządem do kibicowania, hałas było słychać ze stu metrów

I już meta, Mariusz zaś pewnie już w hotelu bierze prysznic

Drużyna wiernych i aktywnych kibicek

Nie sposób nie zwrócić uwagi :)

I Gęsia Szyja na finał
Zasłużone piwko przywraca równowagę elektrolitów...

piątek, 5 grudnia 2014

Mgliście

10 km

Mgliście, chwilami deszczowo, do tego ciemno. Średnie warunki do biegania po lesie, ale nie można było odpuścić, bo jutro dzień bez treningu, przeznaczony na podróż i szwendanie się po Toruniu. Na wszelki wypadek wziąłem ze sobą latarkę, zdecydowanie się przydała. Kiedy już biegłem wzdłuż torów w kierunku przejazdu kolejowego na Żeromskiego, znienacka nastały ciemności, w których bez jakiegoś światła biec by się nie dało bez ryzyka potknięcia się o niewidoczne w mroku przeszkody. Ciekawe, że wczoraj dokładnie o tej samej porze światło było zbędne, a droga dobrze widoczna. Ale wczoraj było pogodnie.
Swoją drogą, niespodziewanie dla mnie nadszedł czas, kiedy wreszcie zachód słońca nie będzie coraz wcześniejszy. Jeszcze tylko dwie minuty do najwcześniejszego zachodu słońca w roku, za dwa tygodnie zachód będzie z dnia na dzień późniejszy. Jakoś jednak w tym roku nie przeżywam zimowych mroków, nie przeszkadzają mi tak, jak w poprzednich latach. Ale perspektywa wydłużającego się dnia cieszy, bo choć zima się jeszcze nie zaczęła, to wiosna przecież coraz bliżej :)



czwartek, 4 grudnia 2014

Miodzio

10 km

Okazało się, że jestem blondynem. Lekko po południu zrobiłem sobie kanapkę z miodem. Miód jak miód, wielokwiatowy. Bazą był ryżowy, kruchy jak cholera wafel. Nie wiem co mnie podkusiło, ale z ową pieprzoną kanapką przyniosło mnie do komputera. I stało się to, co było standardem w filmach o Flipie i Flapie. Otóż, kiedy zasiadłem przed komputerem i spróbowałem ugryźć wafla z miodem - co się stało? Tak, oczywiście. Wafel wypadł mi z dłoni. I co się stało? Tak, wafel się WY-JE-co? Tak, oczywiście wafel się WY-JE-BAŁ. Na co? Na KLA-WIA-TU-RĘ. Oczywiste pytanie: którą stroną w dół? Tak, naturalnie PO-SMA-RO-WA-NĄ-MIO-DEM-K...-WA-MAĆ!
Trzeba mnie było widać w 0,0005 sekundy po momencie, w którym stwierdziłem, że miodzio, zgodnie z prawem grawitacji, zaczyna płynąć w dół, czyli pod klawisze. Chwilę potem wszystkie kable zostały wyrwane z gniazdek, laptop leżał już do góry nogami, a grawitacja zaczęła pracować na moją rzecz. Szybko uznałem, że najlepiej będzie pójść po pałeczki do pielęgnacji uszu i delikatnie usunąć słodkości z klawiatury. Tak też zrobiłem: kanapa, laptop nad głową, pałeczki w palce i zlizywanie miodku z klawiatury. Na szczęście, wszystko skończyło się dobrze. Wszystkie klawisze działają, nic się nie lepi. Obiecałem sobie, że przy następnej pokusie żarcia przy komputerze (niekoniecznie miodku) skaczę na główkę z balkonu.

A po uratowaniu laptopa dycha w lesie. Początek parę minut po 15, koniec dokładnie o 16.15, wtedy wybiegłem z lasu, a chwilę później zapadł zmierzch. Dziś sprawdziłem, że ledwie 3 minuty dzielą nas od najkrótszego dnia w roku, za dwa tygodnie słońce zacznie zachodzić coraz później, więc coraz bliżej będzie do wiosny. To lubię!

wtorek, 2 grudnia 2014

Rześko!

10 km

Mrozik trzyma. Optymalne warunki do biegania, bo wystarczy odpowiednio się ubrać, by po chwili biegu zupełnie nie czuć, że jest naprawdę chłodno. Odpowiedni ubiór, to przede wszystkim wiatrochronny i nie za ciepły. Dziś były to ciepłe skarpety, ciepłe legginsy, koszulka, ciepła bluza i na nią jeszcze odblaskowa kamizelka, nieźle izolująca od wiatru. Na szyi zeszłoroczny dusiciel od Ojca Dyrektora, czapka i rękawiczki. I gra muzyka, można biegać do oporu.

Wieczorna rundka wokół miasta. Na Spacerowej odblaskowa kamizelka działała na kierowców jak przeciwny biegun magnesu, tym razem nikt mnie nie próbował rozjechać. Da się już przebiec przez skrzyżowanie Pułaskiego i Szkolnej, leży już asfalt, w tym tygodniu powinny się zakończyć prace budowlane na samej jezdni, za parę dni skrzyżowanie wraz z przejazdem zostanie udostępnione kierowcom. Skończy się beztroskie bieganie jezdnią, ale wreszcie włączą też oświetlenie, więc będzie można bezpiecznie biec chodnikiem: dziś gdzieniegdzie jeszcze coś się wala, jakiś dekiel, jakiś krawężnik i inne takie - generalnie trzeba uważać, bo zęby stracić łatwo, a nie odrosną. 

Minął nerwowy czas wyborów, wszystko zaczyna wracać do normy, w tym poziom adrenaliny fundowanej przez kandydatów swojemu otoczeniu. Z wyniku wyborów jestem względnie zadowolony. Z rady miejskiej wymieciono nieco stęchlizny, zmienił się skład rady powiatowej (generalnie - na plus), burmistrz jest właściwy, marszałek też. Przepadło parę nazwisk, których obecność w jakichkolwiek władzach powodowałaby u mnie nerwa. Prawda, parę mętów zostało, ale nie wymagajmy od elektoratu, by czytał mi w myślach. I tak skorzystał z paru moich sugestii, jest powód cieszyć się ze skuteczności pewnych prostych ruchów :)

W sobotę rano przebazowanie do Torunia, w niedzielę Półmaraton Świętych Mikołajów. Namnożyło się ostatnio mikołajkowych biegów, ale na razie trzymamy się tradycji: Toruń po raz trzeci. W tym roku wyjątkowo drogo, z mojej winy. 160 złotych, bo zapłaciłem w ostatnim terminie. Gapiostwo kosztuje :(


niedziela, 30 listopada 2014

I zrobione

10 km

Przez ostatnie dwa dni byłem dziwnie spokojny o wynik wyborów. Ale dziś wieczorem lekki niepokój mnie opadł, więc walnąłem dyszkę na odreagowanie. Wypocząłem, odświeżyłem się po wczorajszym :), więc do domu wróciłem zrelaksowany. Jednak kiedy zaczęły spływać wyniki, w pewnym momencie przewaga Roberta wynosiła jedynie 140 głosów. Ciśnienie mi skoczyło. Ale zaraz potem przyszły wyniki z okręgów, w których burmistrz Robert panią Danutę rozjechał. Efekt końcowy - 800 głosów przewagi. 4998 do 4189. Więc pani Danuta będzie radną powiatową, znów się zajmie poprawianiem błędów w dokumentach zarządu. Na burmistrza się nie nadawała, dobrze, że ta historia się kończy.

sobota, 29 listopada 2014

Za ładnie, by siedzieć w domu

Jest piękny, sobotni poranek. Zimno, słonecznie. Warunki w sam raz na wyprawę przez Stawno. W drogę, trzeba zasłużyć na wieczór przy choucroute. Tych, którzy zasiądą wraz z nami, też zachęcam :)

Pierwszy prawie zimowy bieg. Poniżej zera, lód na kałużach i zmarznięta ziemia. Cieplejsze ciuchy jak najbardziej zasadne, czapka też na miejscu, rękawiczki bezwzględnie. Wiatr na odkrytych przestrzeniach trochę przeszkadzał, ale po pierwsze primo - to i tak lepsze od upału i much lezących do dzioba, po drugie - zimno mobilizowało, żeby się ruszać. Krótka przerwa jedynie w Łęsku, jeszcze pod osłoną lasu, potem szybki trawers przez nieosłonięty niczym most i łąki nad Iną, by znów zanurzyć się w las. W Goleniowie wiatr już nie przeszkadzał, bo z niewielką siłą wiał w plecy. W domu czekały same przyjemności: gorąca kąpiel, suche ciuchy i duża micha kwaśnej ogórkowej - idealny posiłek po dłuższym biegu.

A w kuchni, na niewielkim ogniu, za to w wielkim garze, już pyrkoli baza do choucroute - parę kilo dobrej kiszonej kapusty zalanej białym winem... Ingrediencje czekają obok na swoją kolej: golonki, boczek, kiełbaski, różne warzywa, bo przecież i wegetarianie chcą coś zjeść. Choć prawdę mówiąc, wegetarianie przy półmiskach pełnych choucroute błyskawicznie zapominają o swoich ślubach :)

Uzupełnienie z godziny 16: goloneczki już dołączyły... Po całej chacie snuje się już smakowity zapach. Idę się przejść. 

A taki był finał. 
video

 

czwartek, 27 listopada 2014

Przykra sprawa

10 km

Przykro jest widzieć, że bliskim znajomym rozum odebrało. Przeglądam dzisiejszy "Puls Lewka" i z przykrością znajduję tam wypowiedź mojego dobrego kolegi jeszcze z liceum, Irka, który na łamach lewkowej szmaty błogosławi starszą panią i spluwa w stronę Krupowicza. Tylko dlatego, że ten ostatni cztery lata temu nie chciał utrzymać dla Irka etatu sekretarza gminy, nieźle płatnego. O byłym wiceburmistrzu imieniem Krzysztof nie napiszę, że rozum stracił, bo nienawiść zżarła mu ów rozum ze cztery lata temu. A to, że inny znajomek, pracownik urzędu gminy, najął się nawet u Lewka za pisarza, nawet mnie specjalnie nie dziwi. Pisze na temat plastyki, nietrudno zgadnąć, któż zacz. 
Nieodmiennie dziwi mnie najbardziej, że w owym lewkowym szambie z rozkoszą tapla się starsza pani kandydująca na burmistrza, uparcie się prezentująca jako Dziewica Orleańska, z SLD nie mająca nic wspólnego, nie plująca na swoich konkurentów, tuląca do piersi cały świat. Plują za nią inni, niewątpliwie za jej wiedzą i akceptacją (chyba że ślepa i niepiśmienna), do SLD nie należy, ale jutro będzie składać ślubowanie jako radna SLD. Paradoks? Nie, zwyczajny cynizm i wyrachowanie obliczone na głupotę i naiwność czytelników "Pulsu pani Danusi", do tego żenujący poziom jej kultury politycznej, dokładnie na poziomie jej guru medialnego, czyli niejakiego Lewka. Para jak z żurnala.

A dziś, po ciężkiej pracy, dyszka z wieczora wokół miasta. Byłem tak zmęczony, że zapomniałem zabrać latarki i odblasków. Koło basenu uciekałem na pobocze, bo w czarnym byłem niewidoczny. Potem przestałem się obawiać o życie. Z pewnym zdziwieniem stwierdziłem, że nawet nie zarejestrowałem, kiedy całą trasę machnąłem. Biegło się lekko i przyjemnie, do tego dość szybko i bez przystanków. Forma wyraźnie wraca.

Zewsząd docierają do mnie opinie o ostatnim numerze "Pulsu". Opinie są zgodne: przegięcie, chamówa, szambo. Najbardziej mnie cieszy wniosek wyciągany przez czytelników gadzinówki, że bardziej ona zaszkodzi pani Danucie, niż jej pomoże. Miejmy nadzieję, że było to efektowne samobójstwo.
A jutro rano niespodzianka.

środa, 26 listopada 2014

Ona to serio

Wolne od biegania

Jestem po lekturze wywiadu z panią Danutą kandydującą na burmistrza Goleniowa. Wywiad ukaże się w piątek w GG. Zachęcam uprzedzając, że są momenty zadziwiające.
Otóż, pani kandydatka wychwala tam pewnego pana z SLD, jej patrona medialnego i guru politycznego. Choć gość skompromitowany, pani Danuta mówi o nim jako człowieku uczciwym i tytanie pracy, którego źli ludzie się czepiają. Przyznaje, że kontakty z nim ma częste, ale równocześnie utrzymuje, że absolutnie nie ma on na nią wpływu, bo ona jest kobietą twardą i niezależną. Zaprzecza, że chce go zrobić wiceburmistrzem.
Pani Danuta w trakcie rozmowy z gazetą proponuje też prowadzącemu z nią dialog... stanowisko wiceburmistrza gminy. Myślałem, że to jakieś jaja albo pomyłka, więc upewniłem się (nagranie rozmowy jest), o pomyłce i jajach nie ma mowy. Oferta była jak najbardziej serio. Oczywiście, została odrzucona.
Pani kandydatka z detalami opowiada też o kulisach negocjacji poparcia dla niej. Negocjowała z klubem NGNG, nic to nie dało i poparcia nie dostała. W zemście wywala szczegóły rozmów, które zapewne były poufne i miały zostać wspólną tajemnicą rozmówców. Ciekawy jestem, czy po opublikowaniu tego wywiadu ktokolwiek z niepoważną kobietą zechce usiąść do jakichkolwiek rozmów. Już widzę, jak na przykład przedsiębiorcy palą się, żeby powierzyć jej (jako hipotetycznej pani burmistrz) jakieś tajemnice swoich firm, co przecież czasem trzeba robić. Jaką mają gwarancję, że kobiecina zaraz nie poleci do "Pulsu Goleniowa", a redaktor Lewek nie opublikuje sensacji na pierwszej stronie? 
Generalnie - żałość i smutek z jednej strony, przerażenie z drugiej. Poziom merytoryczny pani kandydatki jest po prostu rozpaczliwy, kwalifikacji do urzędu burmistrza nie ma żadnych, predyspozycji tym bardziej. Aż strach myśleć co by było, gdyby w niedzielę została wybrana...
Polecam piątkową GG. Warto wiedzieć.

Około godz. 21 pani Danucie puściły  nerwy. Zablokowała na FB możliwość wpisywania tym, którzy nie popierali, a wyrażali jakiekolwiek wątpliwości, bądź nie daj Boże - krytykowali. Jak za Stalina: "kto nie z nami, ten przeciw nam" - demokracja socjalistyczna w klinicznej postaci.
Dla jasności: nie komentowałem na stronie pani Danuty. 

wtorek, 25 listopada 2014

Szybciej od straży

10 km

Z rana wypad w okolice Białunia, w poszukiwaniu płonącego pociągu. Przydała się znajomość terenu, zdobyta podczas rowerowych objazdów okolic Goleniowa. Przy płonącej lokomotywie byłem szybciej od straży pożarnej. Nie biegiem, samochodem :)
Na bieg wyskoczyłem jeszcze przed obiadem, około 14. Powtórka z leśnej trasy, z krótką przerwą na Górze Lotnika, na rozciąganie i odsapkę. Wciąż żadnych dolegliwości, za to wyraźna poprawa ogólnej kondycji, wraca siła i szybkość. 
W sobotę choucroute. Padło pytanie, co przynieść. Odpowiedź prosta: co komu smakuje i podchodzi. Klasyka to piwo, w końcu to alzacka potrawa. Ale o wódeczkę też się nikt nie pogniewa, białą lub tę ostatnio modną, złotą. 

Półtorej godziny rozmawiałem dziś z burmistrzem, jutro rano spiszę tekst rozmowy dla gazety, ukaże się w piątek. Zachęcam do przeczytania, będzie bardzo interesująca. W tym samym numerze będzie też rozmowa z panią emerytką, konkurentką w walce o klucz do gabinetu nr 202. Podobno też warto będzie przeczytać, może oba teksty pomogą dokonać wyboru tym, co jeszcze nie zdecydowali lub zdanie mają chwiejne. 
Kupczenie przez panią Danutę stanowiskami wiceburmistrza nic nie dało do dzisiaj, pewnie już nie da. Krupowicz nie ma zamiaru stanowiskami płacić za poparcie. Lubię tę różnicę.

poniedziałek, 24 listopada 2014

I jest OK

10 km

Leśne ścieżki, koło 16 już nieco ciemne i do tego zamglone. Na wysokości Góry Lotnika lekkiego pietra narobiło mi stadko jeleni - 4 dorodne sztuki - które szurnęło przez drogę jakieś 10 metrów ode mnie. Zwierzaki pokaźne, ruszyły znienacka z krzaków, przez chwilę miałem zjeżony włos na grzbiecie. Pięknie toto wyglądało, tylko po co straszy?
Forma dziś wzorowa. Rano lekko pobolewał dwugłowy prawej łydki, ale po paru minutach dolegliwość minęła, sprawność aparatu ruchu pełna. Dzisiejszy trening w przyspieszonym tempie, a motywację miałem prostą: zapadający zmierzch. Żeby zdążyć wybiec z lasu jeszcze przy jakim takim świetle, trzeba było zapierniczać.
Samopoczucie wręcz doskonałe, achilles siedzi cicho, kompletnie nic nie dolega. Wnioskuję, że organizm wraca do równowagi i prawidłowej formy po wiosennym załamaniu kondycji. Zdjęcie nogi z gazu bardzo dobrze zrobiło, ćwiczenia rozciągające też pomogły. Jeszcze Toruń, potem zimowe, niemęczące bieganie, koło lutego zacznie się budować formę przed Paryżem, no i przed Jastrowiem oczywiście. 

Rumieńców nabiera kampania wyborcza przed drugim etapem wyborów. Z podziwu wyjść nie mogę dla "Pulsu Goleniowa", który potyka się o swoje nogi co chwila. W ostatnim (miejmy nadzieję..) numerze niejaki Andrzej Lewek wreszcie coś napisał nie chowając się za plecy kobit ze swojej redakcji. Musiał się podpisać, bo do wyboru miał proces sądowy i koszty przegranej szacowane na 30 tysięcy złotych. Niby więc przeprosił i się pokajał, ale zastrzegł, że chyba nie ma za co przepraszać. Pięknie się podłożył, sam podsunął piękny temat do ostatniego numeru GG przed wyborami. Będzie promocja, to pewne. Pani emerytka też nieźle wywija: zdaje się, że nie zgadała się z tymi, z którymi zgadać się miała, więc próbuje zagarnąć potrzebny jej elektorat. Jakby zapomniała, że "Puls" jeszcze tydzień temu pluł na Sypienia i jego kandydatów na radnych, pani Danusia mizdrzy się teraz do elektoratu Sypienia i wmawia ludziom, że przecież zawsze szli z nią tą samą drogą, że przecież nic ich nie dzieli (z wyjątkiem tych charknięć ściekających Sypieniowi po plecach, bo w twarz przecież nikt by się nie odważył mu napluć, Lewek i jego ferajna aż tak odważni nie byli nigdy).
Pani emerytka zaczyna mnie drażnić. Dotąd nie czułem do niej żadnej antypatii, robiła na mnie wrażenie sympatycznej pani. Wprawdzie zdanie o niej jako o radnej miałem mało entuzjastyczne, ale inaczej być nie mogło, skoro jej aktywność ograniczała się do poprawiania błędów w dokumentach rady powiatu, wstawiania przecinków i poprawiania stylistyki. Doceniam tę rolę, ale bez przesady, są ważniejsze zadania dla radnych.

Od niedawna pani Danuta prowadzi jednak działalność, która nie buduje jej pozytywnego obrazu. Ostatnio ona i jej emisariuszki biegają po mieście i opowiadają po szkołach ewidentne kłamstwa o rzekomych planach prywatyzowania szkół, nienawiści Krupowicza do nauczycieli i do nauczycielskich związków zawodowych. Pierdoły wymyślone na poczekaniu, obliczone wyłącznie na splucie kontrkandydata pani emerytki. W myśl zasady "Pulsu Goleniowa" - organu prasowego pani emerytki - brzmiącego prosto: potem się przeprosi albo i nie. Mam coraz więcej wątpliwości, czy faktycznie pani emerytka jest tak naiwna, jak próbuje się przedstawiać, czy też jest tak cyniczna, jak zaczynam podejrzewać.

Z najnowszych wieści wynika, że choć pani emerytka gotowa była kupić poparcie za wszelką cenę (w praktyce - oddać wszystkie stanowiska, jakich by zażądali chętni do poparcia), to nic to nie dało. Wciąż nie ma chętnych na taki deal z emerytką.

niedziela, 23 listopada 2014

20

20 km

Dość lenistwa, pora było się przewietrzyć na dłuższej przebieżce. Pogoda sprzyjała, miły chłodek bez deszczu i nadmiernego wiatru. Wybór padł na dawno nie odwiedzaną trasę: przez Górę Lotnika, Łęsko, Bącznik i Bolechowo. Tempo relaksowe, byle tylko przebiec półmaratoński dystans na dwa tygodnie przed Toruniem. Przed G. Lotnika natknąłem się na ekipę Rozbieganego Goleniowa, na coniedzielnym treningu zaczynanym o 11 przed bramą stadionu, potem już nikogo i niczego, nawet dzików. W Łęsku kilka minut przerwy, drobne rozciąganie i lekkie zdziwienie, że achilles w doskonałym stanie po dobrych paru kilometrach w terenie. Od Bolechowa do Goleniowa - lasem, z wyjątkiem krótkiego odcinka w rejonie Zabrodu, bo mokre łąki nad Iną wolałem sobie darować. Od Zabrodu leśna droga rozjechana przez ciężarówki wywożące drewno, ale przynajmniej pod liśćmi nie czai się żaden podstępny korzeń, o który z pewnością bym zaczepił i się wypieprzył.
Powrót do domu w samą porę: na stół właśnie wjeżdżał niedzielny obiad :)




środa, 19 listopada 2014

Dyszka na wyluz

10 km

Robi się zima, robi się zimno. Wieczorny bieg przy 3 stopniach. Nie było błędem włożenie ciut cieplejszej bluzy i cieplejszych spodni, do tego czapka. Nie zmarzłem, ale i się nie zgrzałem, znaczy strój odpowiedni. Rundka standardową trasą przez Helenów. Kurka, mogliby już włączyć oświetlenie na Szkolnej, to obecnie najdłuższy odcinek kompletnie zaciemniony, a na chodnikach jeszcze trochę pobudowlanego bałaganu, można się wypieprzyć. Na koniec robót przyjdzie jeszcze poczekać parę tygodni, wszystko ma się skończyć w połowie grudnia. 
Nadal żadnych problemów zdrowotnych, nawet achilles się uciszył i nie przeszkadza. Rozciąganie w widoczny sposób robi swoje.

Kampania wyborcza jakby zastygła, pozornie nic się nie dzieje. Dziś była nadzieja na niezły ubaw, bowiem pani Danuta, emerytka kandydująca na burmistrza, miała wyznaczone spotkanie wyborcze w... kościelnej kruchcie. Konkretnie w piwnicy kościoła św. Jerzego miała agitować działaczy "Solidarności Nauczycielskiej". Niezły pomysł jak na kandydatkę SLD. Ostatecznie, nic z tego nie wyszło, bo ktoś się opamiętał i do czerwonego wiecu w kościele proboszcz nie dopuścił. Sam wiec jak najbardziej się odbył, dla odmiany w gmachu liceum, co stanowi złamanie prawa zakazującego jakiejkolwiek agitacji wyborczej w obiektach oświatowych. Tłumu wielkiego nie było, bo też owa "Solidarność" to jedna nawiedzona pani i paru jej znajomych, coś z 6-8 osób wszystkiego. 
Jeszcze oryginalniejsze pomysły ma szef komitetu wyborczego pani Danuty, pan Boguś. Boguś został odprawiony przez wyborców z kwitkiem (czerwonym), ale nie przeszkadza mu to latać po firmach podległych gminie i zapowiadać, że już wkrótce przyjdzie i będzie zwalniał. Do jednej ze spółek wpadł z listą osób przeznaczonych do odstrzału, lista była dość długa. Pan Boguś zaproponował nawet jednemu z komitetów mających 7 radnych w radzie, że gotów jest z nim negocjować koalicję. Boguś pewnie nie zauważył, że ani on sam radnym nie został, ani też nikt z pozostałych 15 członków komitetu przyjaznego pani Danucie i SLD. Mówiąc jasno, Bodzio ma dość znikomą zdolność koalicyjną, ale za to fantazję, że hej!

Ciary mi chodzą po grzbiecie, gdy sobie uświadomię, że pani Danuta mogłaby zostać burmistrzem. W Goleniowie powtórzyłby się scenariusz ze Szczecina z lat 2002-2006, kiedy to na prezydenta wybrano innego emeryta - Mariana Jurczyka. Jurczyk nie prowadził żadnej kampanii, siedział na działce i głaskał kota, wybory wygrał bez problemu, pewnie ku swemu zdziwieniu. Tak, jak pani Danusia, nie miał żadnego zaplecza politycznego. Przez cztery lata był pionkiem sterowanym przez cwaniaków, doprowadził do zawału gospodarczego Szczecina, a tragiczne skutki jego rządów miasto odczuwa do dzisiaj. Czy tego chcemy? Oczywiście, że nie chcemy. W Szczecinie też pewnie wszyscy chcieli dobrze, z Jurczykiem wiązali duże nadzieje, a i on sam pewnie na swój sposób chciał dobrze. Problem w tym, że rządzenie go przerosło, tak jak przerosłoby sympatyczną emerytkę, panią Danutę.

wtorek, 18 listopada 2014

Wiem, ale nie powiem!

10 km

Wczorajsza wieczorna przebieżka pomogła w przywróceniu równowagi ducha. Wtorkowy ranek był dużo bardziej optymistyczny, niż jego kolega z poprzedniego dnia. Jak się okazało, słońce wschodzi i zachodzi, pociągi jeżdżą, nawet internet działa (z wyjątkiem strony PKW, oczywiście...). Nie ma co lamentować nad dziwnym wynikiem wyborów, tylko brać się do roboty. Wybory mają zresztą swoje plusy: odstrzelono jak z ckm cały komitet Przyjazna Gmina (przyjazna SLD, co naturalne) wraz ze specyficznym radnym Ślepaczkiem Robertem, który nie będzie już mnie cieszył swoją alternatywną inteligencją. Przepadł Jurek Kiler, który z tak zwanego 'nienacka' znów, na parę tygodni przed wyborami, odnalazł w sobie duszę aktywisty PiS. Przepadł zawodowy społecznik Mieczysław z Klinisk wraz z drugim kliniszczakiem, dla odmiany zwolennikiem budowy pałaców kultury na wsiach. Generalnie, co dziwniejszych ludzi elektorat odstrzelił, paru dziwnych jednak do rady zaproszono, ku niebywałemu zadowoleniu przedstawicieli wolnych mediów, którzy nadal będą mieli o kim pisać, a państwo czytelnicy - czytać :)

Ze zrozumiałych powodów nie podzielę się z czytelnikami tego bloga swoją wiedzą o przyszłych wydarzeniach dotyczących kampanii wyborczej przed drugim etapem wyborów burmistrza. Jak to ujęto pięknie w jednym z "Kilerów" - wiem, ale nie powiem

A dziś wieczorem powtórka z wczorajszej trasy. Zwiedzony został Helenów, dokonano przeglądu budowy ulicy Szkolnej, sprawdzono stan oświetlenia ulicy Przestrzennej. Wszystko w tempie relaksowym, ale zdecydowanie szybszym, niż wczoraj. Nawet prawy achilles nie fikał, dziś wszystko szło jak należy. Jak wiadomo, to jest bardzo podejrzane.

Pozdrawiam wszystkich czytelników, którzy - tu nie mam wątpliwości - zainteresowani są nie tylko bieganiem :) Czytelnictwo rośnie dynamicznie, to cieszy :))

poniedziałek, 17 listopada 2014

Społeczeństwo przeoczyło...

10 km

Wczoraj nie miałem ochoty na bieganie. Do obiadu walałem się po kanapach, potem wyprawa w celu zagłosowania w wyborach, a wieczorem czekanie na wyniki. Czułem niepokój - i słusznie. Moje obawy się potwierdziły, Danuta Faryniarz okazała się najważniejszą konkurentką Krupowicza, choć nie przypuszczałem, że może zrobić lepszy od niego wynik - a tak właśnie się stało. Przyczyn tego wiele, poczynając od obrazka starszej, sympatycznej emerytki, której nie wiedzieć czemu 1/3 głosujących gotowa jest oddać w zarząd gminę z budżetem 140 mln zł nie pytając, czy starsza pani w ogóle ma jakiekolwiek pojęcie o zarządzaniu. Swoje zrobił parszywy szmatławiec pt "Puls Goleniowa", swoje dołożyła też "Gazeta Goleniowska". Efekt jak wyżej.
Z drugiej strony, wielce pocieszające jest, że społeczeństwo spuściło ze schodów całą ekipę tzw. Przyjaznej Gminy, wszystkich 16 kandydatów na radnych z towarzystwa pani Faryniarz. Czyn godny pochwały, bo owi kandydaci szli z hasłami po prostu kretyńskimi, żywcem przejętymi od sławnego Kononowicza z Białegostoku. Jest tylko dysonans między 16 kopniakami wymierzonymi kandydatom na radnych a potraktowaniem pani Faryniarz. Społeczeństwo nie mogło się pomylić 16 razy pod rząd. Społeczeństwo 16 razy postąpiło słusznie, pomyliło się jedynie w przypadku pani F., którą zapomniało strącić w niebyt.
Pani F.w ogóle jest przypadkiem dość ciekawym, z lekka schizofrenicznym. Kandyduje do rady powiatu pod czerwonym sztandarem SLD, zdaje się, złapała mandat i w przyszłym tygodniu złoży ślubowanie jako czerwona radna. A jak już złoży śluby na wierność partii, po południu wyjdzie na ulice Goleniowa i będzie karmić lud czekoladą i bajami o swojej niezależności. Lud to kupi, bo czyż ta starsza, sympatyczna emerytka może po prostu łgać? Nikt też nie zapyta jej, czemu będąc tak niezależną chce wcielać w życie program wyborczy SLD (kto nie wierzy, niech porówna głodne kawałki pani F. z programem wyborczym SLD)?

Po południu, dla odzyskania równowagi ducha i odświeżenia umysłu dycha wokół miasta. Wracam do codziennego biegania. :)

piątek, 14 listopada 2014

7 km

7 km

Lekkie, pierwsze rozbieganie po kilkudniowej przerwie po maratonie. Rundka przez Helenów, ale z konieczności z pominięciem fragmentu przez Szkolną i Wojska Polskiego. Na godzinę 19 wybieraliśmy się na koncert zespołu After Blues, który kończył kampanię wyborczą Roberta Krupowicza, a trzeba się było jeszcze wykąpać i przygotować. Wrażenia z treningu pozytywne, siły wróciły i nie ma żadnych (nie licząc spisanego na straty paznokcia) negatywnych skutków maratonu, który przebiegłem po dłuższej przerwie w regularnych treningach. Teraz jeszcze półmaraton mikołajów na początku grudnia, a potem przerwa w startach do wiosny, a bieganie wyłącznie rekreacyjne, żeby nie przytyć.

Ciekawa sprawa. Pan radny jednak się odwołał. Jego działanie jest jednak nieco chwiejne od strony logicznej: przyjął do wiadomości wyrok w sprawie Andrzeja Bugajskiego, ale Kurier dalej ciąga po sądzie. Rozprawa w sobotę, pewnie przed południem. Nawet się nie wybieram, nie mam ochoty ponownie spędzać czasu z dziwnym ludziem. Poczekam na informację od adwokata, po czym dopiszę jeszcze jeden odcinek do historyjki o Ślepaczku.

czwartek, 13 listopada 2014

Z radnym w sądzie

To nie było przyjemne: przez cały dzień oglądać facjatę dziwnego gościa, który w sądzie chciał dowodzić, że ziemia jest płaska, spoczywa na grzbietach czterech wielkich żółwi, a słońce krąży wokół niej. Ale finał był przepiękny.
Krótko mówiąc, dzień spędziłem na potykaniu się z radnym Ślepaczkiem, który poczuł się dotknięty faktem, że ktoś go nakrył na machlojkach i to opisał. Jak wiadomo, prawdziwą zbrodnią nie jest chachmęcenie, ale nazwanie tego głośno. 

Sprawa odbywała się w trybie wyborczym, czyli wyrok musiał zapaść w 24 godziny od powiadomienia pozwanych, że mają się stawić przed sądem. Czasu na przygotowanie do procesu było bardzo mało, ale zdążyliśmy. Rano odbyła się rozprawa, na której Ślepaczek próbował dowodzić, że nie działał bezprawnie jako rzekomy przedstawiciel PiS, ale ot, przechodził, leżały na ulicy listy z kandydatami do komisji, więc podniósł i zaniósł do urzędu, bezinteresownie i z czystej życzliwości :). Moja wersja była inna, dużo bardziej zgodna z dokumentami, relacjami świadków i przepisami prawa. Mocno bym się zdziwił, gdyby sąd kupił wersję radnego z SLD, ale zdanie sądu jest nie do przewidzenia. Dlatego na ogłoszenie wyroku czekałem z lekkim niepokojem, choć nie z drżącymi rękami. Czekałem długo, bo tryb wyborczy wymaga przygotowania przez sąd pisemnego uzasadnienia wyroku, a to trwa. Trwało prawie do 14.30.
Opłacało się czekać. Ślepaczek został rozjechany. Sąd w żadnym miejscu nie zakwestionował rzetelności moich tekstów, wszystko ocenił jako najprawdziwszą prawdę. Ślepaczek musiał wysłuchać, że jego wniosek nie ma żadnych podstaw i zostaje oddalony, oraz że działał bezprawnie, a więc nielegalnie - kapitalna rekomendacja na 3 dni przed wyborami :-)).
Przy okazji okazało się, że radny jest czytelnikiem niniejszego bloga. Zdaje się, coś tam parę dni temu napisałem na jego temat, Ślepaczkowi nie spodobało się, że nie są to peany. Skarżył się sądowi, że brzydko o nim piszę i że nie lubię SLD. Sąd tematu nie podjął.
Ślepaczek podgląda nawet mojego Facebooka (nieładnie, Ślepaczek, zapraszał cię kto?), też coś tam mu się nie podoba. To sąd już kompletnie zignorował, nawet mnie nie spytał o FB. 

Słuchając uzasadnienia wyroku zerkałem na pana radnego. Słuchał, nie jestem pewien, czy rozumiał. Twarz nie wyrażała żadnych emocji. Jak zwykle nie wyrażała nic.
Teraz pan radny ma 24 godziny na złożenie odwołania. Być może zdecyduje się, więc za 48 godzin znów będzie o czym popisać :). A może wreszcie pojmie, że nie ma sensu marnować pieniędzy na prawników? 

A, jeszcze jedno. Zdaje się, że termin złożenia pozwu nie był przypadkowy. Jako czytelnik bloga Ślepaczek wiedział, że przez parę ostatnich dni mnie nie będzie, w tym we wtorek 11 listopada. Mógł sobie wykalkulować, że nie wrócę wystarczająco szybko, by przygotować się do obrony, zgromadzić dowody i powołać świadków. Zawiódł się, bo wróciłem we wtorek nad ranem, zdążyłem ze wszystkim.
Być może jednak przesadzam z założeniem, że pan radny jest tak przebiegły? Nie wygląda mi na wielkiego stratega. A nawet na niewielkiego :)))

środa, 12 listopada 2014

Najpierw sąd

Niektórzy mnie cisną, poganiają. Już miałem pisać, kiedy się dowiedziałem, że pewien radny ciągnie mnie przed sąd w trybie wyborczym, więc jutro rano jadę na rozprawę, a dziś się do niej przygotowuję. Ale nie będę zwlekał, wrzucę relację z Nicei jak najszybciej, będzie obszerna. Cierpliwości, sąd ma pierwszeństwo ;)

OK, podsądny już gotowy. A więc - Nicea.
Panorama Nicei z cytadeli, tuż
po zachodzie słońca
Ciekawe miasto, w którym nie ma specjalnie nic ciekawego. A ciągnie. Bo też to "nic ciekawego" w ładną pogodę nabiera nieprawdopodobnych walorów, chce się tam być. Siedmiokilometrowa Promenade des Anglais - nadmorski bulwar wzdłuż zatoki nicejskiej to wymarzone miejsce do spacerów, joggingu, jazdy rowerem, opalania się, szpanowania i co tam jeszcze da się robić. Piękne hotele, w większości tak drogie, że na colę nas tam stać nie było. Ale są też świetne knajpki, gdzie można wypić kawę za 1,5 euro, a więc taniej, niż w Goleniowie. 
Stare miasto ma swoją atmosferę. Mamy tam swoją ulubionę knajpkę, l'Abbaye, przy uliczce, na której kręcono sceny pościgu do filmu "Ronin", ze świetnym jedzeniem, przesympatyczną obsługą (pamiętali nas sprzed roku) oraz cenami
Nasza knajpka,
wyjątkowo bez Jeana Reno
zdecydowanie umiarkowanymi. Stare miasto jest typowe: pełno sklepów, knajpek, wszystko pod turystów (uwaga: rano ceny bywają o 40 procent niższe niż wieczorem, gdy cepry ruszają opróżniać portfele). Nad starym miastem wzgórze z ruinami zamku i cytadeli, dziś zamienione w piękny ogród. Cudowny widok na zatokę, stare miasto - stąd są pstrykane wszystkie najpiękniejsze panoramy Nicei. Po drugiej stronie wzgórza stary port, dziś jachtowa przystań i dla superwypasionych jachciorów, i dla małych łódek zwykłych ludzi. I to w zasadzie wszystko, co jest interesujące w samej Nicei. Plus trochę muzeów, trochę ogrodów, dużo palm.

Co więc jest w tym mieście tak przyciągającego? Trudno powiedzieć. Ma duszę. Chce się tam być, a bycie tam to przyjemność o każdej porze doby. Fajnie jest na rynku kwiatowym i warzywnym przed południem, cudownie jest posiedzieć w knajpce przy mulach i winie wieczorem, cudownie jest się przechadzać bulwarem w nocy, obserwując samoloty startujące z lotniska na drugim końcu zatoki. I dochodzą do tego przeciekawe okolice Nicei, o czym będzie osobno, może jutro.
A maraton? Świetnie przygotowana impreza, którą nieco zepsuła marna pogoda. Biegło się nieźle, ale nie było tych widoków, na które tak bardzo liczyłem. 
Koszulka oczywiście
w kolorze lazurowym
Biuro zawodów i start mieściły się na Promenade des Anglais, tuż przy cytadeli. Pakiet odebrany w sobotę: numer startowy, ładna, błękitna koszulka, bardzo precyzyjny informator o wszystkim, co dotyczyło maratonu. 
Start w niedzielę o 8 rano. Założyłem sobie, że nie będzie żadnej walki o wynik, miało to być turystyczne przebiegnięcie pięknej, nadmorskiej trasy. Prawy achilles dokuczliwym bólem potwierdzał, że żadnej walki o wynik nie będzie, a jeśli walka - to o przetrwanie. Pierwsze 5 km bez żadnego problemu, drugie też. Po 10 km krótki przystanek na banany i pomarańcze, popite wodą. Na 20 km pojawił się świetny izotonik, który błyskawicznie podreperował siły, serwowano go jeszcze na 30 km, a 5 km dalej - Powerade. Na każdym wodopoju była woda i cola, w drugiej połowie do jadłospisu weszła czekolada i cukier. Generalnie, zaopatrzenie świetne, pozwalające podreperować siły i utrzymać właściwą kondycję. Efekt był taki, że do mety dotarłem praktycznie niezmęczony, a jedyną dolegliwością był ból prawej pięty, przytarte pachwiny i paznokieć na lewej stopie, który trzeba spisać na straty.
Trasa - zarypista. 95% to bieg drogą wzdłuż brzegu morza. Ale uwaga: o ile Nicea jest nizinna, to od Antibes zaczyna się przedgórze, a na 29 km zaczynają się prawdziwe góry,
Meta, medal, gifty etc.
które wykańczały biegaczy do tego stopnia, że prawie wszyscy szli zamiast biec. Dopiero przed Cannes trasa znów jest płaska i bezpieczna. Generalnie, świetna trasa do walki o życiówki, zdecydowanie godna polecenia. A na mecie piękny medal (uczestnicy sobotniego sympozjum oczywiście go zobaczą :)  ), ładne plecaki i kupa żarcia do wzięcia: jabłka, gruszki, winogrona, pomarańcze, picie do woli i ile kto udźwignie.
Zakładałem, że problemem będzie powrót z Cannes do Nicei. Nic podobnego. Na dworcu podstawiono specjalny pociąg, tylko dla biegaczy i ich kibiców, który elegancko odwiózł nas do Nicei za przytomną cenę 7 euro od łebka. 

Trafiła nam się świetna baza. Hostel "Villa Saint Exupery" jest o sto metrów od Place Massena, trzysta metrów od plaży, czterysta metrów od starego miasta. Trudno o lepszą lokalizację. Koszt - 19 euro od osoby, w tym śniadanie. Oczywiście wygodne łóżka, pościel, ręczniki, WiFi, do tego pracująca tam szczecinianka, Kasia, która nas przyjmowała. "VSE" w weekend pełna była maratończyków, doceniających uroki taniego hostelu i dobrej lokalizacji. Generalnie, miejsce godne polecenia każdemu, kto nie ma ambicji mieszkania w Negresco, a nie lubi dreptać kilometrami na plażę czy na kolację. 
Kwestią było jedynie, jak mule mają być przyrządzone. Moje
ukochane jedzenie na Cote d'Azur

Place Massena, z figurami, które co parę chwil zmieniają barwę

Morze naprawdę ma taki kolor.
Początek Promenade des Anglais

Panie idą w stronę portu

Nadal idą...

Pięknie!

Panie i port pełen wypasionych jachciorów

Panorama portu

Gdzie pieprz rośnie? Na przykład w Monaco, koło kasyna

Port w Monaco

Drugi port jachtowy, widziany spod zamku książęcego

Pizzę w Monaco, tuż przy zamku, można zjeść za 10 euro,
a kawę wypić za 2.

Grób Grace Kelly w monakijskiej katedrze

Notariusze i komornicy na całym świecie są palantami.
Musi błyszczeć, musi być bogato...

I znów zachód słońca nad Niceą

O dwie minuty później

Nicejskie lotnisko leży na sztucznym usypisku, widocznym przed pasmem wzgórz

Ania


Brakuje tylko jelenia na rykowisku....

:-)) Mule :-))

Czerwone wino, butelkowane specjalnie dla knajpki o tej nazwie


Rzeźba na promenadzie: 9 stalowych, zardzewiałych
belek, wkopanych pionowo. Coś podobno symbolizuje

To samo żelastwo widziane od dołu

Place Massena




A to wycieczka do leżącej na wysokim wzgórzu średniowiecznej wioski
Eze Village. BAJKA!!!!

Wysokie mury obronne...

Ciasne uliczki....

Czerwieniejąca w listopadzie winorośl


A na szczycie wzgórza, w ruinach zamku - ogród egzotyczny

Widok w kierunku Nicei









Strefa błogiego nieróbstwa - jak tu nie skorzystać?

Cóż tu pisać?





Kawiarenka z dosłownie 1 (jednym) stolikiem. Kawa po niecałe 2 euro
A kiedy ktoś chce do toalety, dostaje pół euro i wskazówkę, jak
dojść do publicznej, płatnej :)




Targowa uliczka w Nicei

Duży plac z fontannami, tuż koło Place Massena

Selfik na starcie


Meta

W poniedziałek lało. Krótko, ale konkretnie!


Kolejna wycieczka na wzgórze nad Niceą



I port....

...z normalnymi łódkami.

W hostelu została po nas pamiątka

Niesamowicie morze wyglądał nocą, zalane światłami z bulwaru

Ostatni obiad

Ciekawostka: solona słonina po prawie 60 euro za kilo.
Kogoś jeszcze śmieszy, że na wschodzie kochają słoninę?

Bezdomny, którego minęliśmy poprzedniego wieczoru.
Leżał sobie i... czytał książkę. Piękne.