piątek, 28 lutego 2014

11, jutro 25

11 km

Grzecznie, bez szaleństw. Dokładnie 11 km, jak napisano w piśmie (od prezesa). Leśne górki, jak wczoraj, ale bez ciśnięcia na wynik. Trzeba oszczędzać siły przed jutrzejszą wyprawą, a w jadłospisie jest 25-30 km. 25 będzie na pewno, a jeśli będzie szło po myśli, może pociągnę coś więcej. 
W niedzielę z całą pewnością leżenie bykiem, bo po sobotnich imieninach Oli niedziela będzie dniem zmartwychwstania. Będzie co zjeść, na jeden wieczór dam sobie odpust zupełny z rozgrzeszeniem "na zaś". Jak znam życie, a trochę znam, będzie też czym popić za zdrowie solenizantki. To drugie zaczyna się zresztą już dzisiaj, bo przyjechała szwagierka, przywiozła gadającą wodę, na balkonie chłodzi się zestaw nienajgorszych win i pszeniczne piwko dla Młodego, który lada chwila zapuka do drzwi rodzinnego domu, po czym zasiądzie przy stole w oczekiwaniu na jego ulubioną "sałatkę Cezara"; nazwa sałatki brzmi dla mnie bardzo przyjaźnie, ale w smaku jakoś się nie zakochałem. Młody natomiast każdą wizytę w domu zaczyna od sporej michy tego specjału, popijając to pszenicznym...

Kiedy wczoraj wychodziłem z redakcji, było jeszcze pół michy faworków. Dziś rano przyszedłem w nadziei, że skubnę 1-2. Guzik. Nic nie było, a micha jak wylizana. Były za to pytania panien, czy na Dzień Kobiet znów zostaną podane faworki w wersji 'gender'. Iwonka (skład komputerowy) powiedziała mi, że kiedy przyszedł do redakcji jej synek, wpieprzał chruściki nie patrząc, ile rąbie i pytał matkę, czy mu takie zrobi w domu. Najciekawsze, że z gratulacjami za faworki przyszedł do mnie Lechu (szef), który do pochwał raczej się nie rwie. Przyznał, że były najlepsze.
Tak się, panowie, zdobywa serca! 


Bilans lutego: 349 km, średnio dziennie 12,5.

czwartek, 27 lutego 2014

Tempo przelotowe - 5:00

15 km


Dziś miałem poważny problem z wyruszeniem w plener. Spadające ciśnienie odebrało mi ochotę na wszelką aktywność, około 13 zaległem na pół godziny, potem wsparłem się kawą-siekierą, a na koniec zmusiłem do wyjścia z domu wiedząc, że jeśli już ruszę, to będzie dobrze. I tak też się stało, po kilometrze wszystko było już OK.
Zmiana butów i powrót do brooksów dobrze posłużyły. Dziś praktycznie bez dolegliwości, lekkie ćmienie w prawym achillesie, na poziomie niedokuczliwym i niezakłócającym biegu. Przed treningiem wszedłem na Google Earth i wyszukałem sobie trasę mającą ciut ponad 15 km. Dotarłem z kilometr za Górę Lotnika, potem skręt na zachód, a po kolejnym kilometrze zwrot w kierunku wiaduktu, a dalej typowo: GPP, wiadukt, szosa lubczyńska, stadion. W parku przemysłowym mały sprawdzian: z jaką szybkością da się biec bez przyspieszonego oddechu, jedynie z lekkim jego pogłębieniem i z minimalnym wzrostem tętna? 3 kilometry zrobiłem w równiutkie 15 minut, czyli 5:00 na kilometr. Natychmiast po zakończeniu testu oddech wrócił do normy, tętno po minucie wynosiło 80, po dwóch - 70, czyli w normie. Jest więc OK.
Z wpisanych do planu wieloskoków zrezygnowałem, zamiast nich było sporo leśnych górek, a po biegu sporo rozciągania. Darek zgadza się, że jeśli to ćwiczenie nie służy, należy je zastąpić czymś mniej agresywnym pamiętając o priorytecie: przede wszystkim nie dopuścić do kontuzji. Piotrek też uważa, że wieloskoki nie są dla mnie. Niedwuznacznie zasugerował, że jestem za stary na skakanie na jednej nodze kilkaset razy jednym cięgiem. No i za ciężki: przecież każdy skok kończy się lądowaniem, poważnym obciążeniem stopy, stawu skokowego, ścięgna Achillesa, a w moim przypadku to obciążenie wynosi ok. 90 kg. 

Sądząc po tłumie na bieżni - idzie wiosna. Widziałem też dziś kilka dużych kluczy dzikich gęsi, a to już wyraźna oznaka końca zimy. Wyraźne ożywienie także na FB, biegacze budzą się ze snu zimowego, meldują swoje wyczyny, zaczyna się umawianie na pierwsze wyjazdy. Do Kołobrzegu zostały dwa tygodnie, a potem już praktycznie co tydzień jakaś biegowa imprezka, oczywiście przeplatane kajakami. Postaram się jeszcze w marcu wyskoczyć na rekonesans na Piławę, do Nadarzyc. Parę lat temu byłem tam po raz pierwszy już 12 marca.

Tłusty czwartek okazał się sukcesem. Towarzystwo redakcyjne rzuciło się na faworki, a najszybciej kobitki, na co dzień walczące o linię i inne takie babskie cele. Nie mogły się nachwalić, jakie lekkie, kruche, cieniutkie i oczywiście pyszne było to, co przyniosłem. Trochę żal mi było Marysi, która przyniosła swoje chrusty, niestety - grube, bez kruchych bąbelków i już nie tak wychwalane. Postanowiłem jednak, że na pocieszenie dam Marysi przepis :)

środa, 26 lutego 2014

Znów poniosło

13 km

Miało być 10-12 km, było 13. Tak, kurka, wyszło. Naprawdę, miałem szczerą chęć trzymania się planu, a prawy achilles mocno się o to dopominał przez połowę trasy. Potem się przymknął i zaakceptował fakty. Końcówka była już zdecydowanie przyjemna i bezproblemowa. Przypuszczam, że jutro wszystko będzie w najlepszym porządku i nic mi nie zakłóci przyjemności pokonania 12-15 km. Z zaplanowanych na jutro wieloskoków rezygnuję na rzecz uczciwego, solidnego i długiego rozciągania. Wieloskoki prawdopodobnie są nie dla mnie, rezygnację zatwierdził prezes i trener naczelny w jednej osobie. Nie sądzę, żeby to w jakikolwiek negatywny sposób wpłynęło na przygotowania do Hamburga. Tam trasa jest płaska i wręcz wymarzona do walki o wynik: żadnych przewężeń, żadnych korków, nie ma też istotnych różnic wysokości. Jeśli gdzieś walczyć o rekord, to właśnie w Hamburgu.

Dziś był błąd w odżywianiu. Około 15 zjadłem niezbyt obfity obiad. Rzecz nie w tym, że zjadłem, ale w tym, że był to sos bolognese, z przewagą mięsa. Jak się okazało, sos, choć naprawdę smaczny, o 17 przypomniał o sobie zgagą w czasie biegu. Wiem, jak sobie z tym radzić, rada jest bardzo prosta: przełykać duże ilości śliny, działa jak balsam na przełyk i żołądek. Ale przez parę minut przyjemnie nie było...

Znów zmieniłem buty, wróciłem do brooksów. No i od razu lepiej, mam wrażenie, że biegnie się lżej, nogi same niosą, a stawom skokowym zmiana zdecydowanie służy. Kto wie, czy po prostu nie należy zmieniać butów częściej i nie przyzwyczajać nóg do jednego modelu obuwia. Sprawdzę. 

Jutro tłusty czwartek. Dziewczynom z redakcji zrobię niespodziankę, postawię na stół tacę własnoręcznie usmażonych faworków (Anetka, spokojnie, w sobotę też będą, kolega A. dostanie przydział :) ). Moje akcje pójdą w górę, takich chruścików nie przebije nawet najlepszy pączek!




wtorek, 25 lutego 2014

I podbiegi...

10 km

Stanowcza decyzja o zdjęciu nogi z gazu i trzymaniu się jadłospisu sporządzonego przez prezesa. Dziś, jak było w piśmie, tylko dziesiątka, z czego połowa na wiadukcie. Jednym rzutem, bez przerw, raz za razem w górę i na dół. Po podbiegach krótka przerwa, po czym powrót nieco dłuższą , leśną trasą. Znów jedynym mankamentem było pobolewanie achillesów, które zaczynają mnie wnerwiać, ale radą na to są nie nerwy, a lekkie odpuszczenie. 

Porozmawiałem sobie wczoraj z ważnym radnym od budżetu. Zagadnąłem, co tam słychać w sprawie bieżni. Ważny z uśmiechem odparł, że spokojnie, wprawdzie sześć torów, ale Mondo jest pewne. Lekko zasmuconym głosem dodał, że inwestycja może się rozciągnąć na dwa sezony, bo beton na bieżni będzie musiał odleżeć trochę, zanim zostanie pokryty wykładziną. Pocieszyłem Ważnego, że nic to, wytrzymamy. Rozpromienił się.
W najbliższym czasie można się spodziewać rozpisania przetargu na wyłonienie wykonawcy. Jestem pewien, że towarzyszyć będzie temu wyrój ojców sukcesu. Szczyt wyroju przewiduję na wczesną jesień, kiedy będzie się rozkręcać kampania wyborcza. Wtedy okaże się, jak wielki tłum doznawał przyjemności z matką sukcesu, która - jak zwykle - wyjdzie na pospolitą dziwkę.

poniedziałek, 24 lutego 2014

11 km

11 km

Udało mi się znaleźć półtorej godzinki w środku dnia, wyskoczyłem więc w las, na cross po pagórkach w okolicy Góry Lotnika, których tam całkiem sporo i są świetnym miejscem do poćwiczenia siły biegowej. Znów czasu nie mierzyłem, ale nie miałoby to większego sensu, dziś był dzień upierdliwości achillesów, nie było warunków do bicia rekordów. Gdyby nie to, bieg by można zaliczyć do bardzo udanych, bo kondycja utrzymuje się na wysokim poziomie, nie odczuwam fizycznego zmęczenia treningami, które są w końcu dość intensywne (90 km tygodniowo). 
Nieźle mnie dziś nastraszyła grupa jeleni. Wypadły z młodnika o parę metrów ode mnie i prysnęły w las po drugiej stronie drogi, pewnie zaskoczone moją obecnością tak, jak ja nimi. Były tak blisko, że poczułem ostry zapach zwierząt, przypominający zapach konia...

Powoli, ale spada mi waga, jest teraz w okolicy 90 kg. Jem wyraźnie mniej, niż jeszcze miesiąc-dwa temu. Z jednej strony wpłynęła na to mobilizacja związana z przygotowaniami do Hamburga, z drugiej - może to być jednak w części efekt forsownych treningów, jak wyczytałem - obniżających apetyt. No i ta świadomość, że jeśli się objem, to w trasie mogą się przydarzyć problemy gastryczne, a w najlepszym razie ociężałość i uczucie przepełnienia... Kiedy o tym pomyślę, zamykam lodówkę ;)

Od wczoraj kołobrzeska reprezentacja PMT przyrosła w siłę o 100 procent. Na liście jest i Mariusz, będzie raźniej. Ale Hanza nadal górą.


niedziela, 23 lutego 2014

Czynny wypoczynek

10 km

Po wczorajszej, zdrowej dawce, można było zakładać, że dziś będę chodził na rękach. Założenie błędne: samopoczucie doskonałe, żadnych dolegliwości. Nosiło mnie od rana, nie był sensu się zmuszać do siedzenia w domu, gdy pogoda cudna, a żurawie drą się nad głową. Dyszka zrobiona w tempie relaksowym, bez patrzenia na zegarek, bez zadyszki. Ot, taki szybszy spacerek przed obiadem, skromnym z konieczności, bo w lodówce zrobiło się pusto (Ola od czwartku na wyjeździe, a mnie się nie chce wiosłować w garach). 

Umówiłem się wczoraj z chłopakiem z Nowogardu, że mi podeśle fotkę z akcji "Nowogard biega", przy pomocy której próbuje rozruszać miasto. Nowogard jednak niespecjalnie chce biegać, na wspólny trening przybyły jedynie trzy osoby plus organizator akcji. Ale, jak mówi, się nie załamuje, nie zrezygnuje tak łatwo.
Kolejny dowód na to, że Nowogard leży nie o 20 km, a o lata świetlne od Goleniowa. Dziwne miasto.


Za 3 tygodnie pierwszy start, Bieg Zaślubin w Kołobrzegu. 18 osób z Goleniowa, 4 z Klinisk, 2 z Maszewa i 1 z Nowogardu. Wśród goleniowian dominuje Hanza, aż osiem razy ten szyld wisi na liście startowej. PMT tylko jeden raz. Kurka, hanzowcy nakryją mnie czapkami... :(( Ale za to na liście maratonu w Nicei nie ma ani jednego! :))

sobota, 22 lutego 2014

Wybieganie

25 km

Było, jak przypuszczałem. Wczorajsze wieloskoki nie polepszyły stanu ścięgien Achillesa, rano dawały o sobie znać. Zastanawiałem się nawet, czy by przypadkiem nie zrezygnować z dzisiejszego treningu. Ostatecznie trening się odbył, na trasie, z której w razie czego można się było wycofać w połowie. Wytrzymałem.
Na początek rozważanie nt. stroju. Wyjście na balkon sugerowało bieg na krótki rękaw. Dobrze jednak, prócz wychylenia się na balkon, wynieść na przykład śmieci. Tak zrobiłem i zweryfikowałem poziom optymizmu. Był kompromis: góra na długi rękaw z podkoszulkiem, dół to krótkie spodenki, ale w połączeniu z długimi skarpetami narciarskimi. I ten zestaw świetnie się sprawdził, nawet skarpety, które wprawdzie szybko mi się zsunęły z łydek, ale dzięki temu jeszcze lepiej ocieplały achillesy.

Najpierw bieg wzdłuż Iny do mostu na S3. Skręt w lewo, do Domastryjewa, potem lasem do GPP, trzy kilometry ulicą Prostą, skok na drugą stronę torów, przejście pod wiaduktem, po czym zanurzenie w las i dalej w stronę leśniczówki Łęsko. Trzy mosty, skręt do Bącznika, tam krótkie starcie z sobakami (jedna trafiona, reszta zaraz się zmyła), do Bolechowa, potem asfaltem do Zabrodu, za przysiółkiem znów zanurzenie w leśne ostępy i wybiegnięcie na drogę tuż przed starym basenem. Potem standard: do ronda, w lewo przez most, na koniec znów bieg brzegiem rzeki aż do ul. Szczecińskiej. Dokładnie 25 km.  
Nie powiem, naorałem się. Ciężkie było ostatnie 5 km, kiedy wyraźnie już czułem skutki braku picia i utraty elektrolitów. Mniej, niż zakładałem, dokuczały achillesy, ale to one były głównym ograniczeniem w czasie biegu. Stanowczo trzeba wykreślić z treningu wieloskoki, nie ma sensu szarpać ścięgien, które i tak dostają nieźle.
Obawiałem się trochę leśnych odcinków, bo kiedy przyczepy achillesów pobolewają, każda nierówność jest niemiło odczuwana. Obawy były zbyteczne, drogi w lasach są teraz w świetnym stanie, ubite i równe, wilgotne, więc biegnie się naprawdę dobrze. W lasach już ani śladu po zimie, leszczyna kwitnie, przebiśniegi dawno wylazły, a nad głową przez cały trening miałem krążące wysoko żurawie, głośno krzyczące. Żurawie swoje wiedzą, bez powodu się nie meldują. Z miasta wywiało też dzikie kaczki, które mają świetne wyczucie pogody: póki grozi zima, siedzą przy ludziach licząc na łaskawy chleb. Jak tylko ryzyko mrozów znika - kaczki znikają także. Bądźmy więc dobrej myśli.

Zapisałem się na maraton z Nicei do Cannes. 

piątek, 21 lutego 2014

Wieloskoki niekoniecznie korzystne

10 km

Dziś miały być cztery serie po sześć odcinków wieloskoków, każdy po 60 m. Ćwiczenie, które ma wzmacniać ścięgna i rozciągać wiązadła stawowe. Bardzo szybko się zorientowałem, że to niekoniecznie jest to, co mi teraz jest potrzebne. Wzmacnianie ścięgien, mięśni i wiązadeł jest efektem reakcji na mikrourazy powodowane przez wysiłek większy od dotychczasowego. Moje achillesy nie potrzebują ani mikrourazów, ani tym bardziej urazów, jakich się można nabawić wykonując podskoki. Jedną serię wykonałem, przyznam, że ćwiczenie ma sens, bo faktycznie szybko i skutecznie rozciąga stawy, ale nie spodobało mi się oddziaływanie na ścięgna. O ile przez pierwszą połowę biegu w ogóle ich nie czułem, to już po pierwszej serii wieloskoków poczułem, że je mam. Odpuściłem więc dalsze serie w słusznym przeczuciu, że niekoniecznie dobrze mi to posłuży. Może to sprawiły te wieloskoki, może późniejszy bieg po leśnych górkach - fakt, że o ile rano achillesy nie dawały w ogóle znać o sobie, to teraz je czuję. To nie najlepsza wiadomość przed jutrzejszą dawką, czyli 25-30 km. Ale dam radę.
Dziś otwarcie zapisów do maratonu Nicea-Cannes. Do końca lutego cena promocyjna, 45 €. Jutro się zapisuję.
A teraz parę fotek, które zapewne zachęcą tych, którzy o maratonie na Lazurowym Wybrzeżu myślą "może, kiedyś". Fotki dedykowane są Magdzie G., jak się dowiedziałem - fance Cote d'Azur. Magda, ciśnij! :)
Jak widać, znak nie wszystkim się podobał...

A przy drodze rosną sobie figi...

Wbrew pozorom, to Francja

Koniec maja, Nicea

Widok na port jachtowy w Nicei

Stary port, obecnie jachtowy. Nicea


Bulwar Anglików, tu będzie start maratonu

A to knajpka w ryneczku, na pierwszym planie wino
butelkowane dla tej restauracji. Ceny bardzo atrakcyjne

Monako, kasyno

Monako, w tle półwysep z zamkiem książęcym

Winnica w Prowansji

Zachód słońca, Nicea

Port, Nicea

Wioska, Korsyka

Widok na zatokę i Niceę

Bulwar Anglików, tu będzie prowadzić trasa

Tu kopia obrazu pokazującego, jak kiedyś wyglądał
widok z tego miejsca. Nicea

Pizza w Monako kosztowała 9

Ogród książęcy, Monako

Monako, jakżeby inaczej :)

I tu też port księcia

A tu księżna

Wiadomo

Nicea, atakujemy mule

Prowansja, winnica



Wieś w Prowansji. Za dwie kawy i dwa duże
kieliszki wina zapłaciłem 4 €

Wąskotorówka, którą przyjechaliśmy z Nicei

czwartek, 20 lutego 2014

10 km relaksu

10 km

Dziś lekko i bez szaleństw, trzeba nieco przystopować, by nie przegrzać obwodów. Dlatego tylko podstawowa trasa, przez las, G. Lotnika i park przemysłowy, a stamtąd najkrótszą drogą powrót do Goleniowa. Najkrótszą drogą z bezpiecznych, a więc leśną przesieką równoległą do drogi asfaltowej. 400 metrów dłużej, za to bez ryzyka, że jakiś debil rozjedzie. 
Dziś mi chodziło wyłącznie o zaliczenie trasy, bez żadnego ciśnienia na wyniki i rekordy. Tempo lekkie, w granicach 5:10-5:15 na kilometr. Przed południem pobolewał mnie prawy przyczep achillesa, ale przed biegiem ból znacznie zelżał, był niezauważalny. Nieco wrócił podczas biegu po lesie, znów zanikł, kiedy wybiegłem na asfalt. Podejrzewam, że niekorzystnie wpływają podbiegi na wiadukcie, kiedy ścięgna Achillesa doznają obciążenia znacznie większego, niż normalnie, na równej drodze. Na szczęście, nie widzę tendencji do pogarszania się tej sytuacji. Spróbuję przetrzymać, przy lekkim wspomaganiu farmakologicznym (Movalis). Żadnych leków przeciwbólowych, one niczego nie załatwią, a tylko zaciemniają obraz, dając złudę, że wszystko jest w porządku. Mam nadzieję, że sprawę załatwi zrzucenie paru kilogramów wagi.
A właśnie. Wczoraj przeczytałem wpis na jakimś blogu prowadzonym przez kobitkę biegającą, która zachwala prostą metodę: jedzenie co drugi dzień, ale bez przesady: w dzień głodówki - jeden niewielki posiłek w połowie dnia. Twierdzi, że u niej to zadziałało. Chyba spróbuję; rzecz tym łatwiejsza, że po takim dniu, jak wczoraj, niespecjalnie mi się chce jeść. Dawka wysiłku była na tyle duża, że odebrała apetyt, w związku z tym głodówka nie jest żadnym poświęceniem. Normalnie - nie chce się jeść, i tyle. I jest bonus: na głodniaka naprawdę biega się bardzo przyjemnie. Tak, wiem, przed maratonem trzeba wciągnąć małe co nieco, ale przecież nie biegamy maratonów codziennie. Na 10-20 km wyjść na czczo to naprawdę nie problem.
Jutro otwarcie zapisów na "Marathon des Alpes-Maritimes Nice-Cannes". Zdecydowane:
Tu, na dole, będzie start maratonu
Nicea-Cannes
jedziemy. Nie wiem tylko, czy samolot, czy samochód. Na razie nie ma możliwości rezerwacji lotów na jesień, nie znam więc poziomu cen. Samochód to dość niskie koszty, ale droga daleka i na pewno nie dałoby się wrócić na Milę. Bieg w Nicei jest 9 listopada, a trudno przecież siadać za kierownicę zaraz po maratonie i jechać kilkanaście godzin. Trzymam więc kciuki za LOT, żeby nie wyper...lił się na pysk przed końcem listopada...

środa, 19 lutego 2014

Poprawa

18 km

Achillesowi pomógł Movalis i coś, co poradził mi pewien ortopeda: rozmasowywanie bolącego miejsca i mocne ugniecenie palcem przez 2-3 sekundy miejsca, gdzie najbardziej boli. To coś jakby "wyciskanie bólu" - przyjemność niewielka, ale po tej chwili ostrego bólu następuje wyraźna poprawa. U mnie nastąpiła, więc zgodnie z planem dzisiejsza dawka biegu nieco wydłużona. W planie było do 15 km, ale o 18 nikt się przecież nie obrazi. Większość drogi w terenie, co dla podrażnionego achillesa nie jest luksusem, pod koniec biegu ból się nieco zaostrzył, lecz nie do tego stopnia, by utrudnić czy uniemożliwić bieganie. Teraz też robię sobie masowanie i "wyciskanie". Jutro tylko zwykła dycha, będzie dobrze.
Biegnąc przez park przemysłowy zmierzyłem sobie prędkość biegu, jakim mógłbym pokonać co najmniej parę kilometrów jednym cięgiem. 3 km zrobione w 15:30, a więc 5:10 na kilometr. Po trzech testowych kilometrach oddech do normy wrócił mi praktycznie natychmiast, tętno tuż po zakończeniu biegu było na poziomie 120, po dwóch minutach wróciło do normy. Nie wiem, jak to się ma do standardów, trzeba będzie poszukać. Nie wydaje mi się, żeby było źle.
Może to tylko chciejstwo, ale mam wrażenie, że forma idzie w górę. Mało prawdopodobne, żeby półtora tygodnia pracy na nieco podkręconych obrotach już dało efekt. Odczucie poprawy wynika pewnie raczej z faktu, że zabrałem się za jakąś metodyczną robotę, bieganie jest ukierunkowane. Ale, jak to mówią, tak naprawdę wszystko zależy od tego, co w głowie, a tam jest OK. ;)

wtorek, 18 lutego 2014

Achillesy nie lubią podbiegów

7 km + 5 km podbiegi

Po wczorajszym nogi nieco sztywne, pobolewa prawy achilles. Plan to jednak plan, nie ma wykrętów. Przed wyjściem w teren tabletka Movalisu, dobre rozciągnięcie mięśni, stawów, ścięgien. Pomogło, cały trening dało się wytrzymać. Najpierw najkrótszą drogą do wiaduktu, po drodze dobrze się rozgrzałem. Całą dziesiątkę podbiegów machnąłem jednym rzutem, bez przerw na odpoczynek. Przerwy nie są konieczne, bo po każdym podbiegu drugie tyle (250 m) to bieg w dół, jest czas na dojście do siebie i powrót do normalnego tętna i takiegoż oddechu. Krótka przerwa po zakończeniu podbiegów, rozciągnięcie stawów kolanowych i skokowych, masaż achillesa, który dostał nieźle w d.. na tych podbiegach. Powrót do domu nieco dłuższą drogą przez las, z obiegnięciem tzw. jeziorka i skokiem za tory. 
Ciekawe, w jakim stanie jutro będzie podwozie, 2,5 km biegu pod górę to niezłe obciążenie. Przed tygodniem trochę pobolewało, za drugim razem mniej. Jutro chwila prawdy nt. wpływu tego typu obciążenia na układ ruchu.

Przymierzyłem nowe Nike. Wrażenie - super. Lekkie, na pewno lżejsze od starszego modelu; może to nie najważniejsze, ale dobrze nastawia do modelu +30. Teraz trzeba je rozbiegać, żeby dobrze leżały na stopach, gdy przyjdzie do zawodów. Do tego są po prostu ładne: wyglądają na lekkie, tak samo wyglądają na stopie, na razie nie ma się o co czepiać. Poczekajmy, aż sprawdzą się w polu.

Zostały trzy dni do rozpoczęcia zapisów do maratonu Nicea-Cannes. Długo się zastanawiałem, ale decyzja oczywista: jedziemy. Pierwsze 7 km znam, to Boulevard des Anglais w Nicei, piękna avenue wzdłuż zatoki, w czerwcu ubiegłego roku szliśmy sobie tamtędy z Olą z plecakami... Czemu by nie przebiec tego kawałka i paru dalszych kilometrów do Cannes?

Oczywiście, prócz mnie i Oli będzie obstawa, nastawiona nie tyle na konsumpcję uroków krajobrazu, co konsumpcję sensu stricto, na przykład w knajpce na ryneczku w Nicei, z mulami z presto... Anusia umie docenić dobrą, prowansalską kuchnię, warto w dziewczę zainwestować :)

poniedziałek, 17 lutego 2014

Jest dobrze

11 km

Najpierw przed południem doskonałe samopoczucie i żałowałem, że z braku czasu nie mogę wyrwać się do lasu. Około godz. 14 znienacka dołek glikemiczny, ręce drżą, słabo mi się zrobiło, pomogły dwa jabłka i walnięcie się na kanapę na pół godziny. Siły wróciły, ale nie byłem pewien, czy wróciła poranna forma. Parę po czwartej ruszyłem w drogę, okazało się, że wszystko jest w należytym porządku. Bieg od początku bardzo wydajny, dynamiczny, z zapasem sił. "Dychę" przebiegłem w 51 minut, rezultat bardzo niezły, gdy pamiętać o dwukrotnym przekraczaniu torów kolejowych i przebiegnięciu przez dwie leśne kwatery, gdzie trwa ścinka drzew, więc trzeba było truchtać powoli, patrząc dobrze pod nogi. Górki i rozjechane odcinki leśnych dróg też nie przeszkadzały, dychę skończyłem wypoczęty, bo też wcale nie cisnąłem na jak najlepszy rezultat. 51 minut bardzo mnie zadowala, to dobry wynik, jak na bieg terenowy w nienajlepszych warunkach.
Przyszły zamówione Nike Pegasus +30. Jeszcze w nich się nie przebiegłem, ale robią bardzo dobre wrażenie. Wyraźnie lżejsze, są smuklejsze, na stopie leżą wprost idealnie. Ciekawy jestem wrażenia w czasie biegu. Jest jednak ryzyko: kiedy po nówkach wrócę do starych, mocno już sklepanych Nike +26, wrażenie będzie koszmarne i pewnie szybko się pozbędę starych, dotąd lubianych butów.

niedziela, 16 lutego 2014

Relaks

8 km

Dziś, zgodnie z wczorajszym planem, jedynie relaksowa przebieżka po lesie. Wysiłek zerowy. Pogoda świetna, bo ciepło, słonecznie i tylko lekki wiatr. Zajrzałem w miejsca, gdzie można się spodziewać zwiastunów wiosny: a jakże, są. Bazie na wierzbach rosnących nad Iną, przy drodze lubczyńskiej kępy przebiśniegów, jeszcze nierozwitniętych, ale czekających już na ten moment, to kwestia paru dni. Być może wiosna w tym roku przyjdzie wcześniej, niż przed rokiem, kiedy to jeszcze w kwietniu była Syberia. Wtedy szukanie przebiśniegów nie miało sensu i szans na powodzenie.
Pierwszy tydzień przygotowań do Hamburga zaliczony. Kilometraż nieco przekroczony, 90 km zamiast 67-78 przewidzianych w grafiku. Nie szkodzi, zdyscyplinuję się.

sobota, 15 lutego 2014

Wybieganie

20 km

Pogoda mnie zwiodła. Z rana cholernie wiało, zacinał deszcz. Trzeba było zrezygnować z otwartej przestrzeni, skryć się w lesie. Więc najpierw w kierunku Góry Lotnika, potem w stronę Łęska, skręt w prawo gdzieś na 2 km przed leśniczówką, powrót duktami w okolice wiaduktu na "trójce", skok na drugą stronę torów, ominięcie lasami parku przemysłowego, na szosę lubczyńską wyskok prawie na wysokości Komarowa, a potem powrót do Goleniowa. 
Ładny kawałek drogi, ale zaplanowanego dystansu nie byłem w stanie zrobić z powodów czysto zewnętrznych: musiałem pilnie jechać na koncert do Nowogardu, żeby móc przygotować jutro relację do Kuriera. Ale "trzydziestkę" zrobiłbym dziś bez żadnego problemu, biegło się po prostu doskonale: lekko, wydajnie, wydłużonym krokiem, praktycznie bez zmęczenia. Achillesy sprawowały się wzorowo, nic nie psuło przyjemności sobotniego biegu.
Jutro plan przewiduje odpoczynek. Zrobię tylko jakieś 5-7 km lekkim truchtem, żeby nogi nie zapomniały, do czego służą.

piątek, 14 lutego 2014

Moulin Rouge w JF Duet

5 km + 5 km

Pięć kilometrów "tranzytu" Goleniów-wiadukt plus około 5 km podbiegów. Tym razem nieco wolniej, bo czułem prawego achillesa i chciałem go oszczędzić. Za to wszystkie podbiegi zaliczyłem jednym cięgiem, sumaryczny wysiłek był całkiem konkretny. Ale teraz, po paru godzinach nie czuję, by doszło do przeciążenia organizmu, nie czuję zmęczenia ani senności. Czuję za to coś, co w sumie mi bardzo odpowiada, mianowicie brak apetytu (co skądinąd jest dowodem, że wysiłek jednak był...). Na 'osirowej' gali sportowców wypiłem tylko dwie filiżanki gorzkiej kawy i skubnąłem winogrona. Ku swojemu zdziwieniu, ciasta nie ruszyłem (cholera wie, może było policzone...)

A właśnie, przejdźmy do sedna. :)
"Gala sportowców" była imprezą typowo 'osirową'. Zaczynając od nazwy, po której naiwny mógłby oczekiwać czegoś w rodzaju rewii w "Moulin Rouge", a była to nawet (i tylko) dość sympatyczna i na szczęście krótka akademia, na której wręczano książki o historii Mili Goleniowskiej i "takie cóś", lekko koszmarny, pamiątkowy gadżet nie mający żadnego zastosowania. Lepszy zestaw dostali trenerzy, mianowicie rytualną książkę o Mili (którą oczywiście każdy już ma) i - uwaga! - apteczkę z zestawem środków opatrunkowych. Medali nie rozdawano. 

Był też akcent dość nieprawdopodobny w wykonaniu pana Adama Wosika, który za pieniądze podjął się prowadzenia "Gali sportowców". Ponieważ jego eksces już opisałem na portalu GG, pozwolę sobie wkleić to, co tam można przeczytać:


Niepowodzenie intelektualne
Adam Wosik, prowadzący dzisiejszą „Galę Sportowców”, tytułowym zwrotem podsumował własny, mało elegancki i kompletnie nietrafiony wyskok na samym początku
imprezy. Zdaniem wielu go słuchających, był to „przypał miesiąca”.
Adam Wosik związany jest ze sportem i zajmuje się między innymi odpłatnym prowadzeniem imprez sportowych. Dlatego został wynajęty do prowadzenia dzisiejszej uroczystości zorganizowanej dla goleniowskich sportowców. Skoro działał odpłatnie, to należało od niego oczekiwać zawodowstwa, w tym merytorycznego przygotowania do występu i wysokiej kultury w czasie pracy.
Brakiem profesjonalizmu było mylenie dyscyplin, zawodników, trenerów i rezultatów, to jednak jest wybaczalne. Trudno jednak przejść milcząco obok wesołego, zdaniem pana Wosika, wstępu. Otóż, prosząc na scenę wiceburmistrza Tomasza Banacha, ni z tego, ni z owego zaczął sobie z niego pokpiwać, że nie bierze wzoru ze swojego szefa (Roberta Krupowicza), który przebiegł milę w ostatniej Goleniowskiej Mili Niepodległości. Padły uwagi, że powinien się zacząć ruszać, trochę potrenować, to może Krupowiczowi dorówna, że powinien się odważyć itd.
Zgromadzeni na sali zaczęli patrzeć na siebie, nie ukrywając zdziwienia. Raz, że dowcipy były płaskie, dwa – że pan Wosik był konferansjerem na ostatniej Mili i powinien się nieco orientować w temacie. Powinien wiedzieć, że T. Banach przebiegł wtedy nie tylko milę, ale z niezłym rezultatem zaliczył bieg na 10 km. Bez trudu mógł się też dowiedzieć, że Banach był uczestnikiem wrześniowego Maratonu Puszczy Goleniowskiej, a łatwo dostępną wiedzą jest, że wiceburmistrz jest bardzo aktywnym sportowcem-amatorem i do ruchu nie trzeba go namawiać. Obciach konferansjera tym większy, że niefortunne dowcipy wygłaszał do sportowców, o tym wszystkim doskonale wiedzących.
Chwilę potem dziurawa wiedza pana Wosika została uzupełniona przez wiceburmistrza Banacha. Dopiero wówczas prowadzący się zorientował, jakie faux pas popełnił. Więcej dowcipów już nie było.

Już mi się nawet nie chce tego komentować. Ręce ze świstem opadają na ziemię.

Na imprezie zjawił się Robert Kopcewicz. I bardzo dobrze, bo skoro rzecz jest opłacana z pieniędzy publicznych, prawo wstępu ma każdy obywatel gminy, nawet nieproszony. Słusznie zauważył, że nic nie stało na przeszkodzie, by zaprosić też paru amatorów mających
pewne sukcesy, w tym jego samego (sukcesy jak najbardziej prawdziwe i zapracowane). Można założyć, że w magazynie OSiR znalazłaby się jeszcze jedna książka o Mili Goleniowskiej, a w sklepie 'Wszystko po 2 złote' jeszcze jedno "takie cóś". Uścisk dłoni burmistrza jak zawsze gratis. Niestety, udział Roberta w rewii OSiR-u skończył się spożyciem banana, ciasteczka i łyknięciem wody, czym naraził budżet gminy na stratę w wysokości 1,72 zł netto.

Jutro prezes chce mnie zamordować, bo mam przebiec 25-30 km. O dziwo, kilka godzin po dzisiejszym biegu na wiadukcie czuję się o niebo lepiej, niż rano. Prawdopodobnie podejmę wyzwanie i trzydziestkę zrobię. Trasa będzie zależna od pogody, a ta, niestety, z rana ma być marna. Robert namawia mnie na bieg przez Borzysławiec, Lubczynę i Rurzycę. Się zobaczy.
 

czwartek, 13 lutego 2014

Powtórka z medalowej orgii?

13 km

Dziś tempo wypoczynkowe, rzędu 5:20 na kilometr. Przez pierwsze 3 km miałem wrażenie ciężkości nóg i idącą za tym ociężałość biegu. Nie, żebym nie dawał rady, że brakowało sił. Brak było chęci do biegu, szczególnie nieco szybszego. Pomyślałem, że jak nie, to nie. Więc do wiaduktu na szosie lubczyńskiej kompletnie nie cisnąłem, na wiadukcie też się nie szarpałem. Prosty, 3-kilometrowy odcinek w GPP zrobiłem nieco szybciej, ale czasu nie mierzyłem, nie było sensu.Potem trzy minuty przerwy na parę ćwiczeń, po których przyszły ochota do biegu i trochę pary. Na tyle się poprawiło, że nie zauważyłem, że robię o jedną dwukilometrową pętlę więcej, niż zakładałem, dlatego znów wyszedłem na stachanowca wykonującego 120% normy. Jutro już jednak dokładna zgoda z rozkładem jazdy, czyli 5 km plus podbiegi.

Dowiedziałem się dzisiaj, że na jesień planowane są obchody 35. rocznicy istnienia UKS Barnim. Podobno mają być huczne. Wyobraźnia już mi pracuje, co nieco jestem sobie nawet w stanie wyobrazić. Na przykład uroczyste wręczanie medali, które są ulubioną błyskotką w
wiadomym gronie. Ja tobie medal, ty mi order, my wam, wy nam, każdy po garści i pełnej kieszeni błyszczących dóbr. Brązowe, srebrne, złote, z diamentami, mieczami, przypinane szpilkami do klapy i na wstęgach skosem przez pierś. "Za zasługi dla OSiR", "Medal dla wybitnego Działacza Sportowego", "Krzyż Wielki Ojca Dyrektora" i tak dalej, do tego dyplomy, wyrazy uznania i kwiaty, i brawa... To może być prawdziwa medalowa orgia, przy której szajba z 10 listopada będzie wspominana jako drobna wprawka.
Jutro będę się widział z Piotrkiem na "Gali sportowców". Podpytam go, jakiego medalu oczekuje dla siebie, w końcu jako wieloletniemu trenerowi UKS Barnim należy mu się on jak burkowi micha ;)


Jutro będę też powtórnie w Nowogardzie, dowiem się więcej o czerwcowym biegu. Były już jakieś spotkania, coś tam poustalano. Bieg nie jest podobno inicjatywą urzędową, ale pomysłem miejscowych amatorów biegania. Nie ma co obśmiewać zawczasu, może wyjdzie z tego coś z sensem?

Rozmawiałem dziś z panem farmaceutą, który w piątek wygłosił prelekcję o odżywianiu i jego wpływie na zdrowie. Sprostował moją informację podaną na blogu, że dietą jest w stanie wyleczyć wszystko. Być może źle go zrozumiałem, ale byłem przekonany, że takie sformułowanie padło. Jeśli nie - to przepraszam. Ale jest też druga sprawa: niesłusznie żartowałem, że skoro dieta warzywno-owocowa jest omalże panaceum, to miast handlować lekarstwami, powinien poprowadzić warzywniak. Okazuje się, że jak najbardziej, prowadzi sklep z owocami i warzywami. Ten fakt zdecydowanie uwiarygadnia to, co mówił o wpływie warzyw i owoców na zdrowie. Umówię się z nim na rozmowę, temat generalnie jest ciekawy, a rozmawiać warto.

A propos odżywiania: puzzle ułożone, dziś była kolacja. Do pełni szczęścia Oli brak tylko jednego elementu, którego w zestawie nie było :)



środa, 12 lutego 2014

Wreszcie wskok w plan

11 km

Dziś już dopilnowałem, żeby przed wyjściem w teren sprawdzić dokładnie co mam zrobić i ile mierzy moja trasa. Miało być 10-12 km, wyszło dokładnie 11. Akurat tyle ma standardowa trasa leśna przez okolice Góry Lotnika. Tempo przeciętne, z czterema krótkimi przerwami całość zajęła mi równą godzinę. Zdaje się, że nie posłużyła mi pora biegu - dokładnie obiadowa, kiedy organizm nastawiony jest raczej na przyswajanie kalorii, a nie ich utratę. Pewnie dlatego przez pierwszą ćwiartkę biegu nie czułem "pary", szło mi gorzej, niż wczoraj i przedwczoraj. A może po prostu przez dwa pierwsze dni lekko przeholowałem? Dlatego dziś dzień lekkiego odpustu i zbierania sił na sobotę, kiedy to mam do zrobienia 25-30 km. Jutro zaś powtórka dzisiejszej dawki, może jakimś innym traktem.

Pojawiła się perspektywa na kolację. Jak widać, prace nad obrazkiem dziarsko postępują, rzecz jest na ukończeniu. Szacuję, że być może już w piątek dostanę wieczorną michę ;)

A że nie ma jedzenia bez solidnej porcji ruchu, zakupiłem kolejną parę butów biegowych, bo stare Nike Pegasus+ 26 zjechane są już jak droga do młyna, zaczynają się przecierać od spodu. Tym razem bez eksperymentów, trzymam się sprawdzonej firmy i wybór padł na ten sam model, ale w wersji +30, czyli zeszłoroczny. Udało się namierzyć parę za 259 zł zamiast 429, to już cena do przyjęcia. Żadnych eksperymentów z materiałem podeszwy, żadne tam kolorowe g..., najlepsza jest czarna guma o podwyższonej odporności na ścieranie. Ciekawy jestem, czy nowy model dorówna staremu, który był dla mnie prawie idealny, a gdyby tylko był do dostania - nie wahałbym się, kupiłbym na pewno sprawdzonego starocia. Nie ma go już jednak nigdzie, więc czekam na nowszą wersję.

Zapisałem się na Półmaraton Solan w Nowej Soli, 24 maja. Wpisowe 30 zł, dają ładne medale i przyzwoite koszulki. W tamtym roku byliśmy z Mariuszem G. i Robertem K., bieg był całkiem udany (już nie będę roztrząsał tej podstawionej mi nogi i pozdzieranych kolan), dobry katering - miło będzie wrócić. Jak ktoś ma ochotę, to mam wolne miejsca w aucie. Obrócimy w jeden dzień.

Byłem wczoraj w Nowogardzie, rozmawiałem z burmistrzem. Między innymi o biegu, znanym już "półmaratonie na 10 km". Ku mojemu zdziwieniu, rzecz jest jak najbardziej aktualna. Bieg ma się odbyć w czerwcu, w sobotę 21. Dystans - 10 km, dwie pętle. Bieg ma zorganizować Nowogardzki Dom Kultury, który - tak przynajmniej usłyszałem - ma duże doświadczenie w organizacji imprez plenerowych i jest gwarantem dobrego poziomu wydarzenia. Przyznam, że nabieram ochoty na start w nowogardzkim biegu, rzecz może być całkiem ciekawa. Pogadam z Anetą i Darkiem, może zechcą odbyć staż w NDK i zobaczyć, jak się organizuje imprezę biegową? Mam pewne znajomości, mógłbym ich zaprotegować...

wtorek, 11 lutego 2014

Podbiegi ciut przydługie

8 km + 5 km podbiegów

Najpierw runda po lesie, trochę dłuższa od planowanej, bo się, kurka, zagubiłem. Normalnie: skręciłem nie w tę stronę, co potrzeba, potem się wracałem. Ale w końcu dotarłem w rejon wiaduktu na szosie lubczyńskiej, tam zrobiłem zaplanowane na dziś podbiegi. Te jednak również były dłuższe od przewidzianych w rozpisce, ale na to już nie ma rady - w okolicy brak górek o odpowiednim nachyleniu, które miałyby szorstką i zwartą nawierzchnię. Podbieg na wiadukt ma ok. 250 m, czyli dwukrotnie więcej, niż stoi w rozpisce (120 m). A jeszcze trzeba zbiec, żeby móc podbiec ponownie. No więc cztery szybkie podbiegi, nieco oddechu na zbiegu, po tych czterech razach chwila przerwy dla wyrównania tętna i oddechu, potem kolejne sześć tur wbiegania na wiadukt pełną szybkością, znów odpoczynek w drodze na dół. Zeszło szybko, choć nie powiem, poczułem. Wyraźne ogólne, niezbyt mocne, ale jednak zmęczenie, które przeszło mi w drodze powrotnej do Goleniowa. Na koniec kilka minut rozciągania i gimnastyki. No i odkreślenie drugiego dnia w kalendarzu przygotowań.

W drodze powrotnej zajrzałem na stadion, zerknąć na bieżnię. Oczywiście, katastrofa klimatyczna nadal trwa, bieżnia niedostępna. Na ścieżce natknąłem się na Jacka K., który najpierw udał, że mnie nie widzi, nie odpowiedział na pozdrowienie, a kiedy je głośniej powtórzyłem, coś tam burknął pod nosem, obrócony plecami do mnie. Wyraźnie obrażony. Zdaje się, że nie tylko on. Znaczy, obraziło się na mnie "środowisko trenerskie", pewnie po jakiejś publikacji nt. mieszania w temacie bieżni. Zabawni goście: nic dla sprawy nie zrobili, ciągle po kątach przysmradzają, a kiedy się o tym głośno wspomni - strzelają fochy...

W piątek OSiR robi "Galę Sportowców". Jak zwykle, to impreza wyłącznie dla zawodników z licencjonowanych klubów. Amatorom uprawiającym sport dla przyjemności wstęp wzbroniony, Robert Kopcewicz może sobie wygrany maraton w Zielonej Górze wspominać w zaciszu domowym, publicznie nikt mu nie pogratuluje. 
Pójdę, nacieszę oczy i uszy, pewnie znów będzie brylował Ojciec Dyrektor. Może znów chłopaki będą sobie rozdawać jakieś medale, w najgorszym razie urządzą pokaz ich polerowania.

Piotrek Walkowiak w sobotę został dziadkiem. Można się do niego teraz zwracać per "ty dziadu", nawet "spieprzaj, dziadu!". Nie obrazi się na fakty. Można też pogratulować ;)

Namierzyłem dokładnie jegomościa, który chciał mnie potrącić przed tygodniem. Widoczne na zdjęciu auto należy do Macieja Grzesiaka, handlarza złomem z Goleniowa. Przypominam: jeździ nim nieobliczalny facet, który potrafi być groźny dla otoczenia. Biały VW crafter ZGL 32275, warto być wyczulonym.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Dzień pierwszy

15 km

Kurka, nie sprawdziłem długości trasy, jaką na dziś wybrałem. Miało być 10-12, wyszło 15 km. Najpierw 2,5 km wzdłuż brzegu Iny do mostu na S3, potem 1,5 km lasem do GPP, 3 km ulicy Prostej, potem znów las po drugiej stronie torów, na koniec kilometr asfaltu na Żeromskiego i Sportowej. 
Żadnych problemów z aparatem ruchu, więc jak na otwarcie sezonu treningowego - super. Tempo wrzuciłem sobie ciut większe od normalnego, ale wciąż w zakresie gwarantującym utrzymanie zadanej prędkości przez dłuższy czas. W GPP zrobiłem sobie pomiar - średnio 5:03 na kilometr, bez żadnej zadyszki i przyspieszenia pulsu. 
Tak, jak wczoraj: dobre rozciągnięcie przed treningiem, a potem pilnowanie, by krok był długi, a bieg efektywny. Pierwszy trening skończony w doskonałej kondycji, bez śladu zmęczenia. 

Od paru dni udaje mi się trzymać z dala od lodówki, co - mam nadzieję - przełoży się wkrótce na spadek wagi. Nie mam złudzeń, że w temacie odżywiania jest dużo do zrobienia, a rezerwy są tu spore. Popełniam typowy błąd, polegający na wieczornym jedzeniu, i to w sporych ilościach. Podjadanie w ciągu dnia - a jakże, również. Właśnie z podjadaniem udało mi się skończyć (który już raz zresztą...), a kolacje są dużo skromniejsze, niż jeszcze niedawno. Kiedy nachodzi mnie ochota na zjedzenie czegoś - szklanka wody, w najgorszym wypadku jabłko. Ciekawe, czy długo tak wytrzymam :) Z ograniczaniem jedzenia jest trudniejsza sprawa, niż z rzucaniem palenia i pewnie picia: bez palenia można się obyć, a jeść trzeba parę razy dziennie... 
Ciekawa rzecz, że obywam się praktycznie bez suplementów diety, choć wysiłek fizyczny spory, a przy mojej skłonności do pocenia się - ogromny ubytek elektrolitów. Jedyne, co łykam, od czasu do czasu tylko, to Falvit (kolejny dowód, że 'gender' jest wśród nas - to preparat dla kobiet w ciąży) . Żadnych odżywek, żadnych innych cudów. Nie zauważam absolutnie żadnych objawów niedoborowych, nawet objawów braku magnezu, które by mogły wystąpić w związku z dużą ilością kawy, pitej przeze mnie od rana do nocy. Coś mi się zdaje, że temat suplementów, rzekomo absolutnie niezbędnych przy uprawianiu sportu, to kit.

niedziela, 9 lutego 2014

Od jutra trening z planem w ręku

10 km

Dziś ostatni dzień biegania bez planu, dla samej przyjemności. Od jutra systematyczne przygotowania do startu w Hamburgu, dokładna realizacja rozpiski przygotowanej przez Darka. Plan obejmuje 3 miesiące. Najpierw ogólna wytrzymałość i siła biegowa, drugi miesiąc to stopniowe przygotowanie do pracy nad szybkością, a ostatni miesiąc szybkie bieganie. Cel wiadomy: między 3:30 a 3:45 w Hamburgu, 4 maja.
Patrzę na to spokojnie, bez ekscytowania się perspektywą walki o lepszą "życiówkę". Co zależy ode mnie, będzie zrobione. Trudno jednak przewidzieć, co los przyniesie. A może przynieść niespodziewaną kontuzję, jakieś choróbsko, może też się przydarzyć paskudna pogoda, czy też - jak w Nowej Soli - ktoś zwyczajnie podstawi nogę. Ale też życie może przynieść splot sprzyjających okoliczności i trzy miesiące pracy zakończą się oczekiwanym rezultatem. Się zobaczy.

A dziś próbny bieg po lesie, dla sprawdzenia warunków. Są trochę lepsze, niż przedwczoraj. Śniegu już nie ma, ale jeszcze gleba do końca nie rozmarzła, więc w obniżeniach terenu stoją jeszcze kałuże, a gleba mocno nasączona wodą. Jeszcze dzień-dwa ciepła jest potrzebne, żeby dało się biec bez konieczności obchodzenia kałuż. 
Starałem się zwracać uwagę na długość kroku, to jedno z zagadnień, nad którymi trzeba popracować. Krok o 5 cm dłuższy to około 2 tysiące uderzeń stopy o asfalt mniej. Łatwiej będzie pokonać ostatnie kilometry, stopy będą mniej obolałe. Powinien też być lekki przyrost szybkości. Chyba już sobie poradziłem z innym tematem, czyli wysoko trzymanymi rękami, które radykalnie obniża wydajność biegu. Ręce generalnie trzymam nisko, wyrobiłem sobie prawidłowy odruch. I przekłada się to na ekonomikę biegu.

Bieżnia nadal zamknięta "ze względu na niekorzystne warunki pogodowe". To oczywiste, że kiedy świeci słońce i jest 5 stopni powyżej zera, z bieżni nie da się korzystać.
Jak widać na zdjęciu, jakiś desperat próbował jednak skorzystać z kultowego obiektu sportowego. Raczej mu nie wyszło...

 
Pojawiła się szansa na szybkie zrzucenie wagi.  Ola znalazła sobie zajęcie na zimowe wieczory: puzzle z tysiąca sztuk. Na pytanie, kiedy będzie kolacja, usłyszałem: jak skończę...

sobota, 8 lutego 2014

Tour

19 km

Rano zadzwonił Leszek Kita i przypomniał, żeśmy się umawiali na wspólny trening. Niestety, z planowanej wyprawy lasem do Łęska i Bącznika trzeba było zrezygnować, na leśnych drogach zbyt ślisko i mokro. Wybrałem więc trasę przez Helenów, obwodnicę wschodnią, Marszewo, Żółwią Błoć, Białuń i Miękowo, powrót ulicą Wolińską. Droga optymalna, bo utwardzona, tylko niewielkie odcinki gruntowe, generalnie zresztą w niezłym stanie. Tam, gdzie trzeba było biec asfaltem, ruch był niewielki i można się było czuć bezpiecznie.
Zleciało szybko. Kiedy się biegnie we dwóch, a rozmowa się klei, kilometry same się odliczają. Najmniej przyjemny był ostatni odcinek, z Miękowa do Goleniowa, bo to jedna długa prosta. Na wylocie ze wsi dopadł nas też wiatr od czoła, wprawdzie jedynie lekki, ale wystarczająco chłodny, by z miejsca nas wyziębić. Trudne to nie było, bo ubrani byliśmy dość lekko, przy tym zgrzani, a kiedy ma się na grzbiecie mokre ciuchy, przechłodzenie jest kwestią chwili. Nic jednak nie wskazuje, by owe chłodne chwile trzeba było odpokutować chorobą, ta przyjemność ominie. 

Wczoraj wybrałem się na prelekcję na temat zdrowego odżywiania, którą głosił pewien goleniowski farmaceuta chwalący się, że warzywną dietą wyleczył swoją matkę z nowotworu. Przekaz był taki: dietą złożoną z warzyw i owoców można wyleczyć każdą chorobę, bo zdecydowana większość z nich ma swoje źródło w nieodpowiednim odżywianiu. Głodówka, a potem warzywa i owoce - i sprawa załatwiona. Pojawił się oczywiście pan, którego owocowo-warzywna dieta podobno wyleczyła ze zgagi męczącej go od lat. Na sali było też kilka osób z entuzjazmem wspierających prelegenta. Prelekcja była dość nijaka, parę ogólników (to jest zdrowe, a to niezdrowe), ale zadziwiająca była reakcja publiczności, chłonącej oczywistości serwowane przez pana farmaceutę jak objawienie. 
Można być pewnym, że prelekcja odniesie skutek. A tym skutkiem ma być promocja apteki Epiona przy pomocy kuponów rabatowych na zakupy w aptece rozdawanych uczestnikom spotkania oraz kuponów rabatowych (200 zł zniżki) na poradę w zakresie odżywiania.
Co ciekawe, nikt nie zadał dość oczywistego pytania: skoro najlepszym lekarstwem są warzywa i owoce, to czemu pan farmaceuta nie zajmie się prowadzeniem warzywniaka, a handluje w najlepsze czystą chemią, bo są nią przecież lekarstwa stojące na półkach w jego aptece?

piątek, 7 lutego 2014

Drobny sprawdzian

13 km

Dość zaglądania w okna mieszkańcom Helenowa, zmieniam trasę. Dziś opędziłem robotę szybciej, przed 16 ruszyłem w drogę. Najpierw wzdłuż Iny aż do mostu na S3, potem lasem koło Domastryjewa, aż do GPP. Trzykilometrową ulicę Prostą zrobiłem z pomiarem czasu co kilometr, najpierw w tempie 3 kroki na wdech, 3 na wydech (3/3), drugi w rytmie 2/2, trzeci jeszcze szybciej, nie zwracając uwagi na oddech. Wyniki przyzwoite: 4:52, 4:44, 4:36. Przyzwoite tym bardziej, że biegłem pod wiatr. Łączny czas - 14:12.
Powrót lasem, przez Górę Lotnika. I to nie był dobry pomysł, bo choć kolejny już dzień trwa odwilż i temperatura jest wyraźnie ponad kreską, to w lesie zima trwa. Na ścieżkach jest lód, woda nie wsiąka w ziemię, bo ta jest jeszcze zamarznięta i nie chłonie. Trzeba biec ostrożnie, często obchodząc kałuże i ryzykując wywrotkę w błoto. Szczęśliwie, to ostatnie mnie ominęło. Ale przeszła mi ochota na jutrzejszą wyprawę do Łęska, bo to pewnie by była bezsensowna męczarnia. Poszukam alternatywy na jakimś asfalcie, gdzie bieg będzie miał więcej sensu.

czwartek, 6 lutego 2014

50 z ogonkiem

10 km

Cały dzień przy biurku, była moja kolej przygotowywania numeru GG. W domu dopiero przed godz. 16, wyciśnięty jak cytryna. Pół godziny relaksu, czarne na grzbiet - i w drogę. Z nieznanych powodów dziś achillesy sprawowały się wzorowo, więc od początku wrzuciłem uczciwe tempo i bez oszczędzania się obleciałem rytualną trasę przez Helenów, Szkolną i Przestrzenną. Czas ciut ponad 50 minut, co jak na bieg miejski jest zupełnie niezłym rezultatem, dobrze wróżącym na najbliższe tygodnie. A przecież po drodze były przejścia dla pieszych, jakieś światła, jakieś skrzyżowania, gdzie trzeba było zwolnić i rozejrzeć się przepisowo, w lewo i prawo, czy jakiś kolejny kamikadze nie nadlatuje w swoim złomie...
Przed biegiem nic nie jadłem, z rana wciągnąłem tylko jednego pączka podsuniętego przez dobrą kobietę w redakcji GG. Pusty żołądek zapewnił niesamowity luksus: żadnego pieczenia w przełyku, nic nie zakłócało przyjemności z biegu.

Na bieżni cisza i spokój, nie da się z niej korzystać, więc nie ma też potencjalnie zainteresowanych. Wymiotło też trenerów z podopiecznymi, diabli wiedzą dokąd. Lud niezrzeszony przeniósł się na ulice miasta, ze wskazaniem na Planty, które od jesieni są oświetlone, bezpieczne, w dodatku z darmową, dostępną dla wszystkich siłownią. Jak mi przekazała koleżanka, Planty są idealnym miejscem do rekreacji. Trzeba to sprawdzić.

środa, 5 lutego 2014

Jest plan

10 km

I jeszcze raz tą samą trasą. Piach na chodnikach zdecydowanie wywołuje u mnie nerwa. Achillesy, choć ostatnio dobrze ogrzewane i dopieszczone, piszczą na zapiaszczonym chodniku. Na asfalcie, gdzie przyczepność butów jest wzorowa, wszystko natychmiast wraca do normy. Niestety, jeszcze z miesiąc potrwa, zanim da się biegać po trasach bez piachu. 

Dareczek podesłał plan treningów. Pierwsze wrażenie: czyha na spadek, chce mnie zabić. Ale jak się dobrze przyjrzeć planowi (niestety, nie ujawnię hurtem, to w końcu jest Darka praca i pomysł), to chyba mnie nie zabije, a może nawet wzmocni. Tak naprawdę, nic poza moim zasięgiem. Zagadką jest ostatni etap treningu, który ma mi dać szybkość na długim (tak chyba można nazwać 42,2 km) odcinku. Prezes każe mi tam biegać z szybkością rzędu 5:00 - 5:10 na kilometr. Pierwsza myśl - nie dam rady. Ale chwilę potem zerknąłem do zapisków, z których wynika, że właściwie - to jest to do zrobienia. Start przygotowań w poniedziałek 10 lutego. Na początek zwyczajny bieg 10-12 km. To standard, potem będzie lepiej...
Prezesowa wróżba, to wynik w Hamburgu w granicach 3:30-3:45. Dla mnie - może być nawet 3:46. Wszystko poniżej 3:52 jest OK. :)

Jesteśmy z Młodym na liście startowej 7 Półmaratonu Poznań. Ładne numery, ja 5099, Misiek 5100. Mariusz Gess zdecydowanie niżej, zasłużył tylko na numer 4608. Na razie nie udało mi się namierzyć nikogo więcej z Goleniowa. Krótko mówiąc, jesteśmy elitą, temat wyczerpany :)

Była dziś konferencja prasowa, przesłuchałem burmistrza na okoliczność bieżni. Punkt wyjścia miałem piękny, bo chwilę wcześniej rozmawialiśmy o Wągrowcu, mieście bardzo do Goleniowa podobnym, w którym jest piękna, czterotorowa bieżnia. Ma tylko jedną wadę: jest pokryta pomarańczowym tartanem, a nie Mondo. I kiedy ową czterotorową zawistowałem,
Dzisiejsza wersja ojcowskiej
bieżni: biegowo-panczenowo-
-triathlonowa :) Coś pięknego
i niedrogo ...

to zaraz padł ważki argument, że to tylko zwykły tartan. Fakt, trudno dyskutować. Ale, że z Krupowiczem i Banachem rozmawia się dobrze, bo szczerze, a faceci są inteligentni - łagodnie przeszliśmy do rzeczy. Sprawy mają się tak: bieżnia będzie z 6 torami. To, czym owe 6 torów będzie pokryte, zależy od kasy. Jeśli uda się wyszarpnąć kasę z Ministerstwa Sportu, będzie Mondo. Jak nie, będzie ukochane przez "łysego" linoleum. Wiele wskazuje, że będzie jednak Mondo i "łysy" nie odtrąbi sukcesu. 

Ale jeśli będzie 6 torów, to nie odpuszczę, będę żądał organizacji "zawodów i mityngów rangi co najmniej europejskiej", o których roją niektórzy trenerzy LA z Goleniowa i ich podopieczni. Mistrzostwa Polski w LA odpadają, nie będziemy się rozmieniać na drobne. Europa, Świat, a najlepiej Wszechświat!


wtorek, 4 lutego 2014

Ciepełko lepsze

10 km

Powtórka wczorajszej wyprawy, też ze startem o zachodzie słońca. Dziś nieco mniejszy entuzjazm, bo popołudnie dziwnie senne, obijałem się od ściany do ściany, nie mogłem skupić przy pisaniu, no i ochota na bieganie proporcjonalnie mniejsza. Lepiej było, kiedy już wyszedłem i się rozruszałem. Gdy organizm zaczął pracować na właściwych obrotach, przyszła i ochota na ruch, a bieg zrobił się przyjemny. Jedyne, co przeszkadzało, to piach zalegający na chodnikach; tam, gdzie się dało, zeskakiwałem na asfalt, od razu bieg był bardziej wydajny.

Odkąd zaczęły się mrozy, biegam w grubych i długich skarpetach narciarskich. Wcześniej - w typowych skarpetach dla biegaczy. Gdzieś niedawno wyczytałem, że problemy z achillesami mogą się wiązać z przechłodzeniem ich w czasie zimowych treningów. I chyba coś jest na rzeczy, bo odkąd dobrze ogrzewam achillesy i łydki, nie dokucza i ból ścięgien. Zdaje się, że prezes nie do końca miał rację mówiąc mi kiedyś, że ścięgna powinny być w czasie biegu chłodzone. W moim przypadku dobrze robi odrobina ciepełka...

Półmaraton w Poznaniu opłacony. Jak się okazuje, Młody nie ma żadnych towarzyskich planów związanych z tym biegiem, chętnie przebiegnie się ze mną. Nie będę więc atakował swojej życiówki, dopilnuję za to, żeby Michał bieg zaliczył w dobrej formie i przyzwoitym czasie. Jak należało się spodziewać, oferta pobiegowej biesiady została przyjęta bez protestu.

Z ciekawości zajrzałem na stadion. Bieżnia, która przedwczoraj się rozpuściła, jest teraz skuta lodem i przypomina tor panczenowy. Trenerzy LA ze swoimi zawodnikami trenowali zawzięcie na alejkach wokół boiska. Przypomniałem sobie słowa jednego wybitnego trenera: "Czterotorową bieżnię to my  mogliśmy mieć już dawno, ale nie chcieliśmy, bo chcemy sześć torów". No to macie :)

poniedziałek, 3 lutego 2014

Dobrze, że aż dziwne

10 km

To wszystko zaczyna wyglądać podejrzanie dobrze. Zero dolegliwości, bardzo dobre samopoczucie, bieg nie sprawia żadnych kłopotów, daje za to dużo przyjemności, bo idzie lekko i jest dość szybki. Nie popełniłem wczorajszego błędu, jakim było spożycie przed treningiem niedzielnego, dość obfitego obiadu. Kotleciki z grilla były pyszne, ale w drodze o sobie przypomniały nachalnie i po chamsku. Na szczęście z tego rodzaju dolegliwością łatwo sobie poradzić, przełykając jak najwięcej śliny (sorry, jeśli ktoś je czytając... nie należy jeść nad klawiaturą :) ). Ustąpiło, ale 2-3 kilometry męczyło.
A dziś bieg na głodniaka. Start przed godziną 17, dokładnie o zachodzie słońca. Ulicę Spacerową zaliczyłem jeszcze za dnia, także przy dziennym świetle obejrzałem sobie Helenów, zmrok dopadł mnie na Szkolnej, w miejscu dość paskudnym, bo pozbawionym latarni, za to z chodnikiem jak tuż po nalocie paru dronów. Cień emocji na ulicy Przestrzennej, na odcinku przed Orlenem, a potem na Norwida, gdzie przydałyby się odblaskowe gadżety i czołówka. Dlatego przed każdym samochodem skakałem na pobocze, mając wrażenie, że słyszę, co kierowcy mówią o moim czarnym stroju w czarną noc na czarnym asfalcie. Przeżyłem ;)

Następny krok w sprawie bieżni. Jutro burmistrz podpisuje papiery z wnioskiem o dofinansowanie, które pojutrze trafią na biurko ministra sportu. Jest poparcie ZZLA dla tego wniosku. Będzie też poparcie nieformalne, oczywiście, nie ze strony jegomościa, który nie tak dawno przechwalał się, że załatwi miliony na bieżnię. Łysawego nikt już o nic nie prosi i nie będzie prosił.
Jak się dowiedziałem, przesądzona jest budowa bieżni z 6 torami. Gra idzie o nawierzchnię Mondo, która bez wątpliwości jest lepsza od linoleum, o jakim marzy łysawy kumpel Ojca Dyrektora. Sprawa rozstrzygnie się w marcu, bo wtedy poznamy wynik przetargu na wykonawcę bieżni.

Do listy startowej dodać należy półmaraton w Poznaniu, 6 kwietnia. Mariusz Gess mnie przekonał, a argument miał mocny: biesiada postartowa. W Toruniu narodził się nowy, piękny obyczaj (nowa, świecka tradycja...) polegający na zaatakowaniu niezłej knajpki i wzięcie jej w posiadanie. Wyszło w Toruniu, wyjdzie też w Poznaniu, bo czemu nie? W półmaratonie startuje Młody, wprawdzie tym razem bez ojcowskiego patronatu (i dobrze, na cholerę młodziak ma mi się pętać koło nogi?), ale jak znam życie, na posiedzenie w dobrej knajpie ściągnie nie tylko on, ale też armia tzw. 'młodych Waszkowiaków' z przychówkiem, czyli kuzynów Oleńki, towarzystwo wesołe i nie do nakarmienia. Okupacja knajpki będzie więc totalna.

niedziela, 2 lutego 2014

Powoli, ale do przodu

10 km

2 na plusie, wszystko płynie. Bieżnia w stanie podstawowym (czarne guano), w lesie ślisko i mokro. Wyprawa do GPP to konieczność dwukrotnego pokonania 2 km szosy lubczyńskiej, na to po wczorajszym zdarzeniu nie miałem ochoty. Został bieg przez Helenów i wokół miasta. To był dobry wybór, prawie cała trasa już bez śniegu, gdzieniegdzie resztki śnieżnego błota, ale do sforsowania. Oczywiście, na wyposażeniu czołówka i dwie odblaskowe opaski, na ramię i łydkę. Na kierowców działały jak należy, omijali mnie jak TIR-a.
Na bieg włożyłem stare 'najki', na które po paru tygodniach odpoczynku ja spojrzałem przychylnie, a moje nogi zareagowały bardzo pozytywnie: najmniejszych dolegliwości, stopy lądują miękko, lepiej amortyzowane niż w 'brooksach'. Być może owo świetne odczucie ma związek z dłuższym krokiem, jaki dzisiaj ćwiczyłem. Krok dłuższy, więc inne wybicie, inne lądowanie. Do tego podłoże wreszcie było szorstkie, więc wybicie było efektywne, bez cofania stopy. Prawda, trochę przeszkadzał piach, którym sypano chodniki przez parę dni, bo 'najki' nie mają już z przodu bieżnika, na błocie potrafią się śliznąć. Szczęśliwie, jest niedziela, ruch samochodów zdecydowanie mniejszy, niż w powszedni dzień, można było biec asfaltem; kiedy się dało, tak robiłem.
Wciąż mam wrażenie, że forma mi się poprawia, biega mi się lżej, a ruch jest szybszy. Niech stopnieją resztki śniegu, to w parku przemysłowym zrobię pomiary.
No i, drogi Dareczku, czekam na rozpiskę!

Wczoraj obejrzałem "Pod Mocnym Aniołem" Smarzowskiego. Nie dziwię się, że Więckowski po nakręceniu filmu i jego obejrzeniu przez pół roku nie sięgnął po kielicha. Rzeczywiście, można stracić ochotę na alkohol nawet w symbolicznych ilościach. Film bardzo mocny, ale warty zobaczenia. Obsada rewelacyjna. Polecam.

sobota, 1 lutego 2014

O włos od potrącenia

Wczoraj 11 km
Dziś 10 km

Wczoraj wyścig po śliskim śniegu, by zdążyć przed zmierzchem. Męczarnia dla ścięgien, bez wątpienia obecne warunki im nie służą. Bardziej zwracałem uwagę, by gdzieś się nie śliznąć i biegu nie skończyć przed czasem, za to głęboko w lesie - perspektywa mało kusząca. 
Dziś jeszcze cieplej, więc odpuściłem sobie bieganie po ścieżkach, po których nie przejechał jakiś pojazd i nie ubił tam śniegu. Owszem, las, ale przetartymi ścieżkami, do wiaduktu, a ostatnie 5 km przez park przemysłowy i szosę lubczyńską. W parku pomiar czasu: wrzuciłem tempo, które wprawdzie nieco przyspiesza oddech, ale nadal jest tempem do utrzymania na dłuższym dystansie. Jest nieźle, średnio 4:58 na kilometr. 
Określenie "ostatnie 5 km" mogło być dzisiaj bardzo dosłowne. Tuż przed stacją benzynową, na niecałe sto metrów przed końcem biegu tylko skok w rów ocalił mnie przed potrąceniem przez białego VW (furgon) o numerze ZGL 32275. Łobuz, który nim kierował, celowo zepchnął mnie z drogi, jechał na zderzenie ze mną. Samochód, na mojego nosa, należy do
jednej z firm w GPP. Sprawa już została zgłoszona na policję, w poniedziałek dowiem się swoimi kanałami, kto jest właścicielem samochodu, nie powinno też być problemu z ustaleniem kierowcy.
Niech wreszcie, cholera jasna, wybuduję tę ścieżkę rowerową do GPP, naprawdę strach jest biec szosą na Lubczynę. 

Podsumowałem styczeń. 339 kilometrów, rekordowy miesiąc.