środa, 30 kwietnia 2014

Podejrzanie dobrze

10 km

Trochę lasu, trochę asfaltu. Żadnych dolegliwości, co jest oczywiście podejrzane, bo zgodnie z prawami Murphy'ego, zapowiada to kłopoty w większym wymiarze. Dziś jednak nie miało znaczenia, po czym biegnę. A nawet po lesie biegło się jakby przyjemniej. Jedyny minus to pył na leśnych dróżkach, bo robi się już zdecydowanie sucho. Źle mi się to kojarzy - z cudowną bieżnią osirową. Z przyjemnością wyszedłem z lasu na asfalt, by tam poćwiczyć odporność psychiczną na prostej o długości 3 km. Pomierzyłem sobie czas biegnąc w zakresie zupełnie relaksowym. Kolejno 5:31, 5:21, 5:17. I zero zmęczenia, normalny oddech, tętno rzędu 100-110 pod zakończeniu odcinka. Podejrzanie dobrze.

W lesie robi się gęsto od ludu biegającego. Coraz częściej napotykam ludków daleko za torami, i biegaczy, i kijkarzy. Jeszcze niedawno na kogoś się trafiało raz na dobre parę dni. Teraz codziennie na parę osób, najczęściej zupełnie mi nieznanych. Od czasu do czasu trafia się jednak i znajomy. Dziś na przykład Leszek K., który przy okazji potwierdził mi wolę wspólnego wyjazdu za rok na maraton w Paryżu. Mnie na Paryż nie trzeba namawiać, uwielbiam to miasto, już nie liczę, ile razy tam byłem. No i mam porachunki z tamtejszym maratonem, który na razie kojarzy mi się z koszmarnymi skurczami, męczącymi mnie chyba od 19 kilometra. Za rok nie zaskoczy mnie fakt, że po drodze do picia będzie tylko woda, nie dam się wykończyć...

Dziś znowu od wiarygodnego człowieka usłyszałem opowieść o dwóch dzielnych menach z 'osiru', dzięki którym na bieżnię spłynie deszcz kasy. Spłynie, bo meni przywieźli ważnego prezesa z PZLA, pokazali mu żużel Ojca Dyrektora, pokazali medale i dyplomy zdobyte przez zawodników Najważniejszego Klubu LA w Goleniowie, prezes się wzruszył i dał kasę.
To jest oczywiście wersja rozgłaszana przez Zagłobę z 'osiru', jednego z tych, co to faktycznie przywieźli do Goleniowa prezesa Polakowskiego, ale zrobili to mniej więcej dwa tygodnie po tym, jak zapadła w W-wie decyzja o dofinansowaniu przebudowy bieżni w Goleniowie. Polakowskiego złapali po imprezie, na której był oblewany m.in ten sukces.
Jeśli to poprawia chłopakom samopoczucie, niech sobie żyją w tych oparach absurdu. Trzeba będzie jednak dopilnować, by nie zrobili z tego oficjalnej legendy. Bo że za owe mityczne zasługi przyznają sobie kolejne medale i nagrody - nie wątpię. 

wtorek, 29 kwietnia 2014

Ostatnia długa prosta

14,5 km

Ostatnia dłuższa przebieżka przed Hamburgiem. Spróbowałem ruchu w terenie. O dziwo, niczym złym to się nie skończyło. Obiegłem Górę Lotnika, daleko za nią natknąłem się na dwie panie dziarsko zasuwające z kijkami w stronę Goleniowa. Wzajemnie się pozdrowiliśmy, panie poszły w swoją stronę, ja zrobiłem zwrot w kierunku przejazdu. Na górce chwila przerwy, nieco rozciągania, a za przejazdem już zupełnie spokojnie, w tempie 5:30-5:40 do samego Goleniowa. Achilles po tych prawie 15 km w stanie zdecydowanie dobrym, nie boli, jest tylko nieco sztywnawy. Zastanawiam się, czy jutro nie pójść do szewca i poprosić go o lekkie rozciągnięcie pięty prawego buta, bo mam wrażenie, że ucisk zapiętka ma negatywny wpływ na achillesa. Lekkie rozbicie pięty może dobrze zrobić.

Prezes dostarczył nową koszulkę, w której mam wystąpić w Hamburgu. Wcześniejsza to była chyba chińska "elka", przymała na mnie. Teraz mam wersję XL, ładnie leżącą, z wyraźnym napisem POLSKA z przodu i z tyłu, do występów za granicą. Od typowej klubowej koszulki różni się kolorem: wersja krajowa koszulki PMT jest kanarkowa, wersja eksportowa - biała. Szczerze mówiąc, bardziej mi się podoba żółta ;)

Dziś zadzwonili do mnie z biblioteki z zaproszeniem na dogrywkę dyktanda, które pisałem w piątek. Trzy osoby napisały wprawdzie nie bezbłędnie, ale dobrze, a do tego równo. Ja, pani Danuta Faryniarz, czyli była dyrektorka SP2 i jakiś jegomość, który przyjechał na dyktando z głębi Polski z walizką słowników i podręczników gramatyki i ortografii. Nie bardzo mi się chce w to dalej bawić, ale też nie jestem z tych, co to odpuszczają w połowie drogi. Pójdę, napiszę, w końcu są szanse na wygranie tabletu marki Lenovo.
Dyktanda miałem nie pisać, chciałem tylko zrobić fotkę i napisać parę słów do gazety. Zmieniłem decyzję, kiedy w tłumie dzieciaków czekających na dyktando natknąłem się na znajomą z gazety, która oświadczyła mi, że przyszła wygrać tablet. "Ożesz ty..." pomyślałem sobie i mówię: "A nie wstyd ci walczyć z dzieciakami?" Okazało się, że nie wstyd. Zasiadłem więc do pisania na przekór sobie. Koleżanka odpadła, ja gram dalej. :)

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Ostatni tydzień

10 km

No i wszedłem w ostatni tydzień przygotowań. Wygląda, że skończę go z wynikiem rzędu 880-900 km zrobionych od początku lutego, kiedy zabrałem się za przygotowania. W pewnym momencie zanosiło się, że będzie to znacznie więcej, ale może i dobrze, że awaria ścięgna mnie zatrzymała. Lepsza wcześniejsza awaria, niż na przykład zerwanie ścięgna na którejś z ulic Hamburga...
Kondycyjnie - bez zarzutu. Czuję się świetnie, nie przewiduję problemów z wytrzymałością i zapasem sił. Zmniejszenie tygodniowego wymiaru treningu bardzo dobrze mi zrobiło, odbudowałem siły. Jedyna zagadka to stan prawego achillesa, bo lewy wrócił już zupełnie do normy, nie ma z nim żadnego problemu. Prawy potrafi jednego dnia zachowywać się wzorowo, następnego boleć bez powodu. Zdecydowanie jednak stan się poprawia. Dam mu co najmniej 2 dni zupełnego luzu, bez żadnego biegania w piątek i co najwyżej 2-3 km w sobotę, tylko dla rozruszania się. Jutro pewnie jeszcze jakaś dziesiątka (ale w znaczeniu 10 km, a nie mieszkowicka dycha - 12 km), w środę 6-8 co najwyżej. Jeśli będzie pogoda, to w czwartek wybiorę się na kajak, w tym roku jeszcze nie pływałem. 


Dziś dyszka asfaltowo-leśna. Najpierw lasem do wiaduktu na Lubczynę, potem 3 km przez park, potem kolejne 4 km lasem i ostatni kilometr asfaltem w stronę domu. Coś tam ćmiło nie za mocno, rzecz potraktowałem z respektem, by nie narobić sobie kaszany na parę dni przed startem. Dochodzi północ, nic nie boli, ścięgno sprawne i chętne do współpracy. Liczę, że chęć będzie trwać do niedzieli :)

Kiedy myśmy sobie na wesoło biegali po nadodrzańskich okolicach, Darek z Anetą relaksowali się przez 12 h w Rudzie Śląskiej. Anetka nabiegała 93 km, zrobiła rekord życiowy. Darek wybiegał "tylko" 81 km, bo limit wynosił 80 km, a jemu zależy na przebiegnięciu w tym roku 15 maratonów, by rok skończyć ze zrobionymi 90 maratonami odkąd zaczął biegać na długie dystanse.
Jakby im było mało, już są zapisani na grubszą sprawę: 147 km, ze Szczecina do Kołobrzegu. Start w piątek 6 czerwca. Kurka, ci to mają pomysły... 


Zainwestowałem Młodemu w porządne buty do biegania. Dostał wolną rękę w wyborze, ale przyznał, że Nike Air Pegasus+ są the best. I takie właśnie do niego przyjadą. Dobra amortyzacja to podstawa.


niedziela, 27 kwietnia 2014

12 km dyszki

12 km


Goleniowska ekipa prawie
w komplecie (bez Roberta)
"Nadodrzańska Mieszkowicka Dziesiątka", która odbywa się w Gozdowicach i ma 12 km - za nami.
Wszystko poszło zgodnie z planem: plany zrealizowane, każdy przebiegł co planował, wszyscy zadowoleni. Mariusz przybiegł, jeśli dobrze pamiętam, na 28 pozycji na około 130 osób, które wystartowały. Magda i Mela zaliczyły swój pierwszy oficjalny start, na mecie wprawdzie nie były w czołówce, ale miny wskazują, że specjalnie im to nie przeszkadza.
Pojawili się też i inni goleniowianie, Robert z Mirkiem. R. był bodajże piąty, Mirek bieg potraktował relaksowo. Marszałek nie wystartował, bo rano oddawał krew razem z motocyklistami, bieg po odpompowaniu pół litra krwi faktycznie nie jest najlepszym pomysłem. Ale sfotografował się z nami na pamiątkę, na zdjęciu jest też nasza posłanka, Magda Kochan.
Trasa taka sama, jak przed rokiem, znaczy - trudna. Górki, pagórki, dołki i dolinki. Trasa dla tych, co potrafią rozważnie rozłożyć siły i nie mają tendencji, by rwać do przodu za wszelką cenę.
 Z przyjemnością stwierdziłem, że z siłami nie ma najmniejszego problemu. Równe tempo przez całą trasę, nieważne: z górki czy pod górkę. Jedyny czynnik ograniczający to stan prawego achillesa, który akurat wczoraj nie miał najlepszego dnia, od rana lekko pobolewał, wolałem go nie nadwerężać. Biegłem w tempie, które nie powodowało bólu. Wyszło, że było to średnio około 5:07 na kilometr. Tempo jak najbardziej do zaakceptowania w Hamburgu ;) Widać, że bardzo dobrze mi zrobiło zdjęcie nogi z gazu i zwyczajny odpoczynek mięśni. Teraz trzeba dać parę dni wolnego achillesowi, niech i on wróci do względnej równowagi.
Jedyna wada biegu, to losowanie nagród, w tym roku dla goleniowskiej ekipy niepomyślne. Nikt nic nie wylosował. To niesprawiedliwe.


W filmiku, jaki znajduje się na dole, warto zwrócić uwagę na to, co się dzieje od 2:52 minuty. Szymon naprawdę nieźle rokuje! :)
Dziewczyny nas zawstydziły. Pamiętały o rozgrzewce
i rozciągnięciu się.

Chwila przed...

I chwila po biegu. Pierwsze medale!


Nie ma wątpliwości, kto jest królem

I na koniec zasłużona grochówka ;)

video

piątek, 25 kwietnia 2014

Normalnie - cud

6 km

Dzień, który z powodzeniem można wpisać w katalog tych dziwniejszych. Otóż, znienacka ustąpiły wszelkie dolegliwości. Coś tam jeszcze rano lekko ćmiło, w ciągu dnia ustąpiło. Złamałem postanowienie, by się dziś nie ruszać z domu. Po prostu, żeby sprawdzić, czy naprawdę to się stało. I po raz pierwszy od bardzo wielu dni nie odczuwałem absolutnie żadnych dolegliwości. Nie było najmniejszych komplikacji z biegiem pod górkę, żadnych dolegliwości nie sprawiał bieg w terenie (3/4 trasy), dopiero pod koniec coś tam lekko, ale nie natarczywie, przypominało o problemach z poprzednich dni.
No i teraz się zastanawiam, co się stało. Po pierwsze, doświadczenie każe mi się zastanowić, jaka następna plaga na mnie spadnie, bo dotąd takie okresy szczęścia były zapowiedzią armagedonu w wersji XXL. Okres szczęścia właśnie mamy, armagedon jeszcze nie nadszedł. 
A może to efekt wczorajszej rozmowy z prezesem, któremu szczerze wyznałem swoje winy i w odpowiedzi dowiedziałem się, co też prezes myśli o bieganiu dzień w dzień bez żadnej przerwy? Wszak skrucha i szczery żal za grzechy są warunkiem odpuszczenia win. Wprawdzie prezes nie ma mocy odpuszczania win i przebaczania, ale może ktoś u góry nas podsłuchiwał?
A tak bardziej serio, to nie wykluczam, że intuicyjnie znalazłem właściwe rozwiązanie problemu. Zdjęcie nogi z gazu i parę dni cierpliwości były podstawowym warunkiem, ale doszło do tego farmakologiczne wspomaganie, a przede wszystkim banalnie prosta fizjoterapia, którą każdy może sobie zaordynować we własnym zakresie, wystarczy trochę cierpliwości i zaciśnięcie zębów z bólu. Warto, bo jak widzę - to działa. Co i jak robię - niech na razie zostanie moją tajemnicą, niech się przekonam, że to żadna ściema. W każdym razie, jutro nie zamierzam się wlec w ogonie. No chyba, że panie debiutantki zażyczą sobie asysty, wtedy jak najbardziej potowarzyszę. Z Mariuszem ścigać się nie będę, bo z doświadczenia (Nowa Sól 2013) wiem, że bryka i podstawia nogę. Niech sobie biegnie z przodu. :)

czwartek, 24 kwietnia 2014

A w Szklarskiej starczyły 3 tory...

10 km

W relaksowym tempie rzędu 5:40/km trudno się zmęczyć, ale też nie nadszarpnąłem zanadto wracającego powoli do zdrowia achillesa. Pierwsza piątka w terenie leśnym, druga w GPP i na szosie lubczyńskiej. O dziwo, bieg po nierównej nawierzchni leśnej drogi nie spowodował nadwerężenia ścięgna, a biegnąc po asfalcie nie czułem już tak wielkiej różnicy biegnąc po lewej lub po prawej stronie drogi. Bieg po prawej, korzystniej nachylonej, był bardziej komfortowy, ale różnica była znacznie mniej odczuwalna, niż wczoraj i jeszcze wcześniej.

Wczoraj przypadkowo trafiłem na zdjęcie stadionu w Szklarskiej Porębie, czyli w ośrodku, do
Fajne, nie?
którego jeździ sporo lekkoatletów. Bieżnia ma trzy tory, plus dodatkową opaskę - jak wywnioskowałem z opisu - asfaltową. I na tym dość skromnym obiekcie trenują znakomici (podobno) lekkoatleci. Jak czytam, bywa tłoczno, ale generalnie obiekt jest wystarczający. Tak sobie myślę, że w Goleniowie cztery tory z porządną nawierzchnią Mondo plus dwa zewnętrzne z nawierzchnią odpowiednią dla kijkarzy by wystarczyły w zupełności. Będziemy mieć jednak 6 torów, bo ktoś planuje lekkoatletyczne Mistrzostwa Europy i Wszechświata we Wszystkim i w Ogóle. Tak to jest, kiedy czyjeś ego nie mieści się na stadionie...


Zarząd klubu Barnim znów nie odpowiedział na prostego maila. Głucha cisza. Nie wykluczam, że zarząd zbiera się, by wspólnie zasiąść nad klawiaturą i coś spłodzić, być może właśnie zarząd myśli. Bardziej prawdopodobne, że zarząd się obraził i nic nie odpowie. Tak czy siak, czekam jeszcze 6 dni, a jeśli się nie doczekam na taką odpowiedź, o jaką mi chodzi - jazda na całego.

Gebels mi pisze, że nic nie wiedział o biegu w Gozdowicach, sądził, że tam tylko defilady i te sprawy, więc nie myślał o bieganiu... Spróbuję go podpuścić, żeby jednak wziął ciuchy biegowe i narobił wstydu generałom i reszcie oficjeli w sztywnych kołnierzykach. No i żeby nabił sobie parę punktów przed wyborami prezydenta Szczecina, bo Krzystek przecież nie biega. 

środa, 23 kwietnia 2014

Się uspokaja

11 km

Bez eksperymentów z nawierzchnią gruntową. Wyłącznie asfalt: szosa lubczyńska i GPP. I to był dobry wybór, nagrodzony dobrym stanem achillesa po treningu. Równa, dobrej jakości nawierzchnia jest jak balsam na pobolewające ścięgno. Okazuje się, że znaczenie ma nawet niewielki boczny spadek: dobrze się biegnie po prawej stronie, zdecydowanie źle po lewej. Trzeba będzie pomyśleć o jakiejś wkładce ortopedycznej, lekko korygującej ustawienie stopy lądującej na ziemi.
Generalnie, stopniowa poprawa. Zaczynam wierzyć, że za dziesięć dni sytuacja będzie opanowana do tego stopnia, że będzie szansa na walkę o wynik. Tydzień temu była jeszcze masakra.

A w sobotę w Gozdowicach nie tylko ja z Mariuszem ruszam na trasę "dziesiątki" mającej 12 km, ale też Magda z koleżanką, obie zaliczają debiut startowy. Dziś wieczorem, choć mżyło, trenowały na stadionie. Mariusz, wypchnąwszy kobiety na deszcz i poniewierkę, zasiadł pewnie z Szymonem i konsolą, by wreszcie w spokoju pograć ;)
Niewykluczone, że Goleniów będzie też reprezentowany przez Olgierda Geblewicza, który jedzie do Gozdowic odbierać defiladę itd. Napisałem mu, żeby wskoczył w ciuchy biegowe i pokazał innym sztywniakom, jak się powinno świętować. W końcu my z Albercikiem rok temu i odebraliśmy defiladę, i pobiegliśmy ku chwale Ojczyzny.

Właśnie otrzymałem odpowiedź z UKS Barnim na maila z prośbą o informację nt. gospodarowania publicznymi pieniędzmi, otrzymywanymi z budżetu gminy. Odpowiedź dostałem dopiero po drugim mailu, którego kopię przesłałem też burmsitrzowi i przewodniczącemu Rady Miejskiej. Nie wiem, kto tę odpowiedź pisał, po mail sygnowany jest przez "zarząd UKS Barnim", czyli czort wie kogo. Oczywiście, w treści nie ma prostej informacji, o którą prosiłem wskazując precyzyjnie, co mnie interesuje. Jest za to trochę słów i parę liczb, zupełnie mi zbędnych i nic nie objaśniających. No i są pretensje, że piszę maile, zamiast spotkać się z zarządem i od niego uzyskać "pełną i rzetelną informację" (to cytat).
No cóż... Podziękowałem za pouczenie i trzeci raz (tym razem już ostatni) poprosiłem o pełną i rzetelną odpowiedź na proste pytanie. A z zarządem chyba jednak się nie spotkam. Piotrek mi opowiadał, jak to wyglądało w jego wypadku. Nawinęli mu kilometr makaronu na uszy, a potem i tak pokornie zrobili to, co prezes K. im kazał, czyli obcięli 30% wynagrodzenia. Na diabła mi makaron na uszach?

wtorek, 22 kwietnia 2014

Dzień przerwy

Odpoczynek

Nosiło mnie, kusiło, żeby wyskoczyć na parę kilometrów. Upilnowałem się jednak i ostatecznie zostałem w domu. Zobaczymy, jak to się jutro przełoży na formę. Jutro i pojutrze bieganie, w piątek odbój, w sobotę mieszkowicka "Nadodrzańska dziesiątka", która - jak sama nazwa wyraźnie mówi - ma 11,9 km i jest rozgrywana w Gozdowicach, zaś informacji o niej należy szukać na portalu powiatu nowogardzkiego. Ot, takie małe dziwactwo organizatorów ;)

Nie ma biegania, to nie ma i kolacji. Bohatersko odmówiłem spożycia, zadowalając się jedynie kefirem. Wiem dobrze, czym się u mnie kończy połączenie bezruchu z zastawionym stołem. Rekordowa waga - 117 kg. To była tragedia, nigdy więcej nie doprowadzę się do tego stanu.
Nawet kawę zacząłem pić bez cukru. Nie ma co kryć, nie smakuje mi. Ale może przez to mniej jej będę pił...



I po świętach

9 km

Nie miałem sumienia, by świąteczny poniedziałek poświęcić wyłącznie na leniuchowanie w gronie rodziny. Nie zarzucę sobie, że się objadałem, ale te parę kawałków ciasta się wciągnęło, trochę białej kiełbaski też, kawa wprawdzie niesłodzona, ale to żadna przeciwwaga... Więc pod wieczór adidaski i w plener. 5 km w terenie, 4 km asfaltem. Tempo lepsze, niż wczoraj i dużo lepsze niż przedwczoraj. Jutro przerwa na regenerację, kolejny trening w środę.

Dom nagle opustoszał. Jeszcze rano tłum, teraz znowu cisza, do której po paru dniach wrzawy trudno przywyknąć. Michał już w Poznaniu, Kasia z rodziną już w Krakowie, Ania w
pociągu. Wszystko wraca do normalnego rytmu. Kolejne spotkanie w tak szerokim gronie dopiero w lipcu w Koninie, na rodzinnym zjeździe, którego jednym z ważniejszych powodów jest 25. rocznica naszego ślubu. Ale wcześniej chyba na tydzień zakotwiczę w Krakowie, 18 maja maraton, potem pewnie zostaniemy z Olą, by poopiekować się małymi. Dawno nie byłem dłużej w Krakowie, kurka - człowiek niby ma tam mieszkanie, a wpada tylko z rzadka jak po ogień... Dość tego, pobędę sobie!

niedziela, 20 kwietnia 2014

Da się żyć

12 km

I tak, jak wczoraj: bieg ostrożny, by nie targać niepotrzebnie  i tak już sponiewieranych achillesów. Pierwsze 5 km przez las, reszta przez GPP i szosę lubczyńską. Lewy achilles działa bez zarzutu, prawy dał o sobie znać po pierwszej, leśnej piątce. Druga piątka już pod lepszą kontrolą, bo przynajmniej kontrolowany jest rodzaj nawierzchni. Można biec swobodnie, na luzie, bez obawy, że człowiek wyrżnie na jakimś korzeniu czy innej banalnej przeszkodzie. Nagle się okazało, że ważne jest nawet, po której stronie jezdni się biegnie: po lewej, czy po prawej. Mi zdecydowanie służy bieg po prawej, achilles zdecydowanie mniej protestuje, niż podczas biegu po lewej.
Jak i wczoraj, nie dopuszczałem do biegu w zakresie bólowym. Nabieram przekonania, że za dwa tygodnie da się uzyskać poprawę na tyle zadowalającą, że bieg w Hamburgu da szansę na walkę o wynik zdecydowanie lepszy od tego sprzed dwóch lat. Jak to mówi Piotrek, potem niech wszystko szlag trafi, można siedzieć z nogą w kociołku z lodem, byle tylko zrobić swoje. Koncepcja kociołka z lodem nie jest specjalnie wabiąca, trudno w tych okolicznościach kierować autkiem. Ale gotów jestem na taki koszt, bo okoliczności równie sprzyjające ustanowieniu nowej życiówki mogą się już nie pojawić ;)

sobota, 19 kwietnia 2014

Fakty trzeba przyjąć

10 km

No, to mam już jasność. Przewlekłe zapalenie prawego achillesa, do tego ostroga Haglunda. Miks nieprzyjemny i wymagający poważnego potraktowania. Przede wszystkim - zdjęcia nogi z gazu i przyjęcia do wiadomości, że tej kontuzji nie da się "zabiegać". Na ten syf rada generalna, to zmniejszenie obciążenia i wykreślenie z treningu obciążeń ekstremalnych. Plus staranny dobór obuwia biegowego, żadnych staroci bez amortyzacji (jutro rano wypieprzam na śmietnik całe muzeum). Medykamenty w rozsądnej ilości, żadnych sterydów, no i trzeba się uśmiechnąć do pani doktor z "Rehabilitacji", na szczęście to kolejna cenna znajomość z czasów liceum, kolejkę ominę łukiem szerokim.

Wczoraj miałem doła psychicznego, bo kiedy dotarła do mnie smutna prawda o stanie zdrowia, poczułem się jak wyrzucony na śmietnik. Na szczęście, dziś się okazało, że nie jest tak znowu źle. Przepisową dyszkę zrobiłem bez kłopotu, aczkolwiek starannie pilnując, by z tempem biegu nie wchodzić w zakres skutkujący bólem prawej pięty. I jak najbardziej to się udało, pierwszą połowę (5 km) zrobiłem w normalnym tempie, drugą piątkę w tempie bardzo relaksowym, bardziej się odprężając i szukając optymalnego ustawienia stóp, niż myśląc o tempie biegu. Widzę zdecydowaną poprawę w stosunku do stanu sprzed tygodnia, kiedy to nie mogłem chodzić nie kulejąc na prawą nogę. Jest teraz wieczór, minęły ze 3 godziny od treningu, nie czuję żadnych negatywnych skutków dzisiejszego biegu. Wraca mi optymizm i przekonanie, że do 4 maja forma nie spadnie, a kondycja prawej stopy wróci po prostu do normy.

Na razie marsz

12 km

Zapomniałem zmienić skarpety na grubsze i w rezultacie dwa ogromne bąble na stopach, w tym jeden krwawy. Bezlitośnie je zlikwidowałem, by nie przetrwały dowody braku rozwagi.
12 km, ale nie biegiem, lecz bardzo szybkim marszem. Dwie godziny zasuwania po lesie dobrze zrobiły, nie miałem poczucia, że tracę kolejny dzień. Nie skatowałem się, ale zmęczenie całkiem konkretne. Mam wrażenie, że efekt wysiłkowy wcale nie jest mniejszy, niż po godzinnym biegu.

Achilles stopniowo wraca do normalności. Ale biegów nie wznowię, póki normalności nie ma.

Dziś otwarto oferty na budowę ścieżki rowerowej do parku przemysłowego. Nie ma obawy, wykonawca bez trudu zostanie wyłoniony, prawie wszystkie oferty były znacznie tańsze od kwoty wynikającej z kosztorysu. Pod koniec sierpnia ścieżka będzie gotowa, tak więc jesienią będzie można się przebiec do GPP bezpieczną, oświetloną drogą. A w przyszłym roku prawdopodobnie nawet do Lubczyny, bo oszczędności z dzisiejszego przetargu zostaną przeznaczone na opracowanie dokumentacji na kolejne 8 km drogi dla rowerów i pieszych.

czwartek, 17 kwietnia 2014

O sekundę lepszy!

0 km

Dzień przerwy. Konieczny, bo po wczorajszej dyszce achilles lekko daje o sobie znak. Dajmy mu więc spokój, niech sobie zdrowieje.

Przejrzałem dziś wyniki biegnących w Orlen Warsaw Marathon. Ciekawy rezultat zrobił Tomek Oleszek - 3:52:46. Dokładnie o jedną sekundę lepiej, niż ja dwa lata temu w Hamburgu. Nie pozostaje nic innego, jak spróbować powalczyć o rezultat choć trochę lepszy. Ale póki co, pogratulowałem Tomkowi, bo nabiegał się konkretnie :)

Komisja rewizyjna Rady Miejskiej nie jest zainteresowana przeprowadzeniem kontroli wynagrodzeń wypłacanych w OSiR. Głosowanie nad wnioskiem Latuszka było wczoraj. 2 osoby były za kontrolą, mój ulubiony radny Ślepaczek i drugi orzeł, Skałecki, byli przeciw. Babcia Halinka i radny Żabiełowicz jak zwykle nie mieli zdania, więc się wstrzymali.
Nie ma co przyczyn tej decyzji szukać głęboko. Ot, po prostu radnym nie chce się spędzić jednego popołudnia nad kwitami, jakie dostarczyłby Ojciec Dyrektor. Normalne, zwykłe lenistwo.
Latuszek mówi, że spróbuje złożyć ten wniosek bezpośrednio na sesji rady po świętach. Pewnie rada też go odrzuci. I błąd, bo taka decyzja nie rozwieje smrodu, jaki się snuje wokół OSiR-u. Jeśli wszystko jest w porządku, cóż stoi na przeszkodzie, by pokazać publicznie dokumenty? Jeśli oczywiście wszystko jest w porządku.
Jeśli jest w porządku, to czemu obywatel JK nie pojechał na wczasy w Karkonosze? Coś stało na przeszkodzie?


Kolejna zmiana terminu biegu w Nowogardzie. Najpierw miał to być 21 czerwca, potem przełożono go na 1 czerwca. Chyba jednak ktoś poszedł po rozum do głowy, z termin czerwcowego zrezygnowano, ostatecznie(?) ustalono, że bieg odbędzie się 5 października, więc krótko przed wyborami :). Jest ustalona trasa, nie będzie najszybsza, bo kręta jak świński ogon, poprowadzona osiedlowymi uliczkami na północy Nowogardu. 2 pętle po 5 km, start i meta na pasażu nad jeziorem. W maju mają być podane wszystkie niezbędne informacje, w tym regulamin, wysokość opłaty, itp. Będę namawiał Czaplę, żeby nie pożałowali pieniędzy na ładny projekt medalu i porządne koszulki dla startujących. Jest szansa na całkiem sensowny bieg, bo zdaje się, że Czapli cholernie na nim zależy i posłucha podpowiedzi, które będą poparte sensownymi argumentami. 

Mam wreszcie film z tegorocznej wyprawy do Keukenhof. Oto on:
video
 

środa, 16 kwietnia 2014

Się poprawia

10 km

Sytuacja stopniowo się poprawia. Dolegliwości powoli ustępują, ból się zmniejsza, wraca sprawność. Dziś cały dystans pokonałem już biegiem, choć bez napierania na tempo i z przechodzeniem do 20-30 metrów marszu, kiedy następowało jakieś nasilanie się bólu prawego achillesa. Pomagało, dolegliwości natychmiast ustępowały. Po treningu z ciekawością czekałem, czy nastąpi nawrót bólu - do wczoraj standardowa reakcja na obciążenie achillesa godzinnym czy dwugodzinnym wysiłkiem. Dziś już nic takiego nie było, jest tylko lekkie ćmienie, kiedy maksymalnie achillesa rozciągam. Znaczy, że obecna polityka ma sens i daje rezultaty.
Zerknąłem na artykuł o błędach biegaczy, jaki podsunął mi Mariusz. Kurka, wypisz, wymaluj - o mnie. Rzeczy niby oczywiste, niby się o tym wie, ale jeśli skomponować z tego mieszankę - musiało się skończyć kłopotami. U mnie się skończyło. Dobrze, że nie na tydzień przed Hamburgiem, chyba bym się pociął...

Napisałem dziś maila do szanownego zarządu klubu Barnim. Zadałem pytania o politykę wynagradzania pracowników klubu wraz z prośbą o przesłanie mi wykazu wypłacanych wynagrodzeń, z rozbiciem na osoby. Dotąd nie dostałem potwierdzenia, że mail dotarł. Wiem, że dotarł, bo nie dostałem komunikatu o problemie z dostarczeniem poczty, co oznacza, że jest w skrzynce szanownego zarządu. Ciekawe, co będzie dalej? Informacja, o którą proszę, jest z kategorii jak najbardziej publicznych. Publiczne są pieniądze wydawane przez Barnim na płace, publiczny jest cel ich wydawania. Nie ma żadnego przepisu, który dawałby szanownemu zarządowi prawo ukrywania tych informacji. Oczywiście, liczę się z możliwością, że mimo to odpowiedzi na swojego maila nie dostanę, albo będzie odmowna. Wiem, że szanowny zarząd regularnie czytuje tego bloga, więc korzystam z okazji i sugeruję, by nie robić żadnych fikołków i po prostu odpowiedzieć na proste pytania. Fikołki bądź udawanie niemego mogą się nieprzyjemnie skończyć, a po co?

wtorek, 15 kwietnia 2014

Jestem

12 km

OK, koniec holenderskich wakacji. Po trzech dniach bez biegania dziś powrót na trasę. Nie jest jeszcze całkiem w porządku, ale ból prawego przyczepu achillesa znacznie się zmniejszył, w dzień był prawie nieodczuwalny, obecnie - po 12 km - wiem, gdzie mam achillesa. Nie jest to jednak stan z końca poprzedniego tygodnia, kiedy nie byłem w stanie normalnie chodzić. Dziś jednak nie przeciążałem prawej nogi, kiedy ból stawał się dokuczliwy, przechodziłem do marszu i czekałem, aż zelżeje. I taka polityka będzie prowadzona przez najbliższe dwa tygodnie, bo absolutnym priorytetem jest zaleczenie kontuzji, nie zaś ciągnięcie treningów za wszelką cenę, bo to przecież nie miałoby najmniejszego sensu. Miałbym w Hamburgu skakać na jednej nodze? Darek też uważa, że ostatnią fazę przygotowań można sobie odpuścić, byle wciąż się ruszać i nie dopuścić do "zastania" organizmu i zmarnowania tego wszystkiego, co został zrobione od jesieni.

A teraz parę wrażeń z Keukenhof:

Kto nie był, nie jest sobie w stanie wyobrazić tych 32 ha ogrodu z ponad 7 milionami tulipanów, hiacyntów, żonkili, narcyzów, szafirków i wielu innych gatunków wiosennych kwiatów. Byliśmy na miejscu około 9 rano, wyszliśmy chwilę przed zamknięciem ogrodu o godzinie 18. Wrażenie kolosalne. Każdy fragment ogrodu zaprojektowany jest w innym stylu, wszystkie nasadzenia kwiatowe starannie zaplanowane, nic nie jest zostawione przypadkowi. Ogród w stylu japońskim, ogród chiński, francuski, angielski, jest nawet ogród historyczny z odmianami tulipanów z XVII wieku i
nasadzenia dzikich tulipanów azjatyckich, z których wyhodowano wszystkie współczesne linie tych kwiatów. To samo dotyczy hiacyntów, szafirków, koron cesarskich, no i oczywiście żonkili i narcyzów, które obecnie kwitną najintensywniej. Trochę szkoda, że nie trafiliśmy na szczyt kwitnienia tulipanów, wiele grządek ma rośliny w stadium zielonych pąków, bajka będzie za dwa tygodnie. Ale wtedy nie będzie już hiacyntów, które pachniały oszałamiająco, cały ogród był przesycony ich aromatem.
Kiedy się zwiedza Keukenhof, szczęka co chwila opada z wrażenia. Człowiek myśli, że już nie zobaczy nic równie pięknego, a za chwilę widzi jeszcze piękniejszą rabatę, kwiaty jeszcze bardziej kolorowe, okazałe, oryginalne. Powiem tak: nie należę do osób podniecających się ładnym kwiatkiem czy rabatką. Ale nie miałem wątpliwości, że należy wykorzystać każdą chwilę i obejrzeć dokładnie wszystko, co jest do obejrzenia. Rezultat: 650 zdjęć, każde inne.

Jeśli ktoś ma wolne parę złotych i nie ma jeszcze planów na majowy weekend - polecam Keukenhof. Wyprawa w wersji hard to wyjazd przed północą, dotarcie na miejsce około 8, zwiedzenie ogrodu, późny obiad i powrót do Polski późną nocą. Wersja rozszerzona to pobyt z 1-2 noclegami na jakimś kempingu, można jeden dzień poświęcić na obejrzenie Amsterdamu, to około 30 km od Keukenhof (ogród jest w miasteczku Lisse).
Wstęp do ogrodu kosztuje 15 euro, całodzienny parking kosztuje 6 euro (nie ma co kombinować, nie wyjedzie się bez biletu :)). Do tego dwa baki paliwa - i wszystko. Wrażenia - niezapomniane!


A, był też akcent biegowy. W lasku otaczającym ogród wytyczono ścieżkę, w banalnie prosty sposób uczynioną przyjazną i biegaczom, i amatorom chodzenia z kijkami. Po prostu: wysypano ją drewnianymi zrębkami, niespecjalnie przejmując się ich jakością. Ścieżka aż
wabi, zachęca do biegania, chodzenia i spacerowania. Jest miękka, przyjazna. Kosztuje grosze, tyle, co rozsypanie zrębków i ich ubicie.
Parę lat temu próbowałem namówić niejakiego Krzysztofa Zajko, onegdaj wiceburmistrza gminy i okazyjnie pełniącego funkcję stojaka na kwiaty, które miał wręczać Wojciechowski, by takie coś zrobić w Goleniowie. Rzeczony Zajko żachnął się i spytał głosem wszechwiedzącym: a ty wiesz, ile takie zrębki kosztują????
Na szczęście, Krzysztof Zajko od lat czterech znajduje się na śmietniku historii ruchu samorządowego, a z jego następcami da się rozmawiać nie tylko o takich rzeczach.