sobota, 28 lutego 2015

Znów pusto

15 km

Z rana dom nagle zrobił się cichy. Dziewczyny z Krakowa ruszyły w drogę powrotną. Można było sprzątnąć rozgardiasz, jaki zrobiła Paulinka, ale nagle na porządku przestało mi zależeć. Jasne, szybko się człowiek przyzwyczai, ale na razie jakoś w domu pusto. 

Zdrowie zdecydowanie wraca. Jeszcze są jakieś pozostałości stanu zapalnego oskrzeli, ale to zdecydowanie faza końcowa, bez objawów nawrotu. Lekki kaszel od czasu do czasu, oczyszczający drogi oddechowe. Funkcjonuję już normalnie.
W ramach powrotu do normalności 15 km po lesie. Pierwsza część, do Góry Lotnika po górkach i miękkich ścieżkach wysłanych mchem. Potem leśnymi drogami, po ubitym piachu. Sił zdecydowanie więcej, niż przedwczoraj, forma wraca do normy. Pora, bo za dwa tygodnie "piętnastka" w Kołobrzegu, a za dwa kolejne - Jastrowie. 

Wczoraj ciekawe doświadczenie. Kobitki zarządziły shopping. Zaciągnęły mnie do Szczecina i zaczęły ubierać. Garnitury, marynarki, krawaty, koszule, buty, paski i coś tam jeszcze... Nie powiem, efekt był zadziwiająco dobry, więc skończyło się zakupem. Na odchodne jedna ze sprzedawczyń szepnęła mi, że w garniturze wyglądałem naprawdę super. "-A nie widziała pani mnie jeszcze w dresie, to jest dopiero widok!" - odparłem.

czwartek, 26 lutego 2015

Ciut za wcześnie

10 km

Przedwczorajsze bieganie chyba było jednak ciut przedwczesne, wczoraj trzeba było odpuścić. Dziś już nie wytrzymałem; choć nadal mocno osłabiony, późnym popołudniem odwiedziłem las i sarenki. Jak mówi Piotrek - szału nie było, dupy nie urywało. Starałem się nie zadyszeć, nie nawdychać chłodnego powietrza, żeby kończącego się zapalenia oskrzeli nie zamienić w rozpoczynające się zapalenie płuc. Więc tempo umiarkowane, ale stałe, bez przystanków i nawet momentu bezruchu, co skończyłoby się przechłodzeniem i kolejnymi dniami choróbska.

Jutro lub pojutrze ogłoszony zostanie skład nowej Gminnej Rady Sportu. Piotrek znów będzie miał okazję powiedzieć takim dwóm: czasy się zmieniają, a panowie jak zawsze w komisjach. Ale tym razem rada sportu nie będzie wyłącznie zgromadzeniem konsumentów, jak do tej pory. Troje radnych nie ma powiązań z klubami sportowymi, co oczywiście nie wyklucza, że taki jeden (jeden z tych wiecznych członków komisji) spróbuje dotrzeć do radnych i wyjaśnić im, że tak naprawdę, to kasę warto wykładać na hodowlę chartów, cała reszta to pikuś niewarty uwagi. Będzie też parę nowych osób i - mam nadzieję - nowe, uczciwsze zasady podziału kasy między kluby. 

A teraz przerwa, Oleńka ma imieniny i zaczyna się imprezka...
Paulinka z dziadkiem

Paulinka, wersja femme fatale

Nauka latania. Przedwczoraj dziadek powiedział, że rano leci do pracy.
Paulinka pozazdrościła, też uczy się latać.

Cztery pokolenia. 

Paulinka na tle portretu, ale nie swojego.
Na obrazie jest ciocia Ania, lat podówczas 18. Podobne. I dobrze :)

wtorek, 24 lutego 2015

Przeżyłem

11 km

Chyba będę żył. Wczoraj wieczorem od kaszlu tak mnie bolały mięśnie brzucha i przepona, że po prostu nie miałem siły kaszleć. Każdemu kaszlnięciu towarzyszyło zwinięcie się z bólu. Kosz na śmieci pełen jest zużytych chusteczek. Dziś już lepiej, kończy się stadium zielonych gili, skończył się kaszel, temperatury jak nie było, tak nie ma, więc już i nie będzie. Wygląda, że nie będzie też drugiego okrążenia, czyli nawrotu choroby, który często mi się zdarzał. Jutro powinno być już ogólnie dobrze.

Dziś po południu eksperyment medyczny pt. normalny wypad do lasu. Eksperyment się udał, pacjent przeżył. Rundka w rejon Góry Lotnika, po górkach i pagórkach. Bez ciśnienia na jakieś wybitne tempo, nie chciałem się zalać potem i sprowokować wirusa i bakterii, by zawróciły z drogi odwrotu. Ot, relaksowa przebieżka przed zachodem słońca. Tym razem bez cytrynków i żurawi, za to z sarną, która tuż za torami wyprysnęła mi prawie spod nóg; nie widziałem skubanej do ostatniego momentu i gdyby nie wyrwała w swoją stronę, pewnie prawie bym się o nią otarł, a nie zauważył.

Ciekawe zdarzenie. Głęboko w lesie natknąłem się na trenującego Wicemistrza z jakimś jego kolegą. Jako człowiek dobrze wychowany przez kulturalnych rodziców, na parę kroków przed wykonałem pozdrawiający ruch ręką i głośno i wyraźnie powiedziałem "dzień dobry". Kolega Wicemistrza też widocznie miał kulturalnych rodziców, którzy go nauczyli savoire vivre'u, więc zrobił dokładnie to, co ja. Wicemistrz udał, że mnie nie widzi. Świadomie i z wyboru, nie mam wątpliwości. Niespecjalnie mi zależy na znajomości z ob. Zalewskim, jakoś nie odczułem dotąd wybitnych z niej pożytków, wykreślam więc wicemistrza z życia bez żalu, choć z pewnym zdziwieniem: po prostu zaskakuje mnie, że można być aż takim prostakiem. Prostsza od wicemistrza jest już chyba tylko ulica Prosta w GPP (3 km zajebistej prostoty).


Paulinka rządzi. Chałupa składająca się z pięciu pokoi stoi na głowie, totalny miszmasz, powyciągane są nawet jakieś dawno pozapominane torby z kocami i poduszkami, poupychane w zamierzchłej przeszłości za wielką kanapą. Nie ma sensu pytać, po co mała to wyciąga, to tajemnica mundialu. Jest schowane, więc trzeba wyciągnąć, potem się pomyśli nad powodem, a może i nie. W każdym razie, w domu generalne ożywienie, babcia Ola wniebowzięta, bo też sama nigdy nie była wyznawczynią kultu idealnego porządku, granicę tolerancji ma na dużo niższym poziomie, niż dziadek. Dziadek zresztą już lata temu się zorientował, że kijem Wisły nie zawróci i przyznał, że walka z wiatrakami nie ma sensu. Po prostu udaje, że wszystko jest w należytym porządku. Zresztą, z biegiem lat doszedł do wniosku, że to i owo warto zaakceptować, bo parę rzeczy naprawdę jest ważniejszych od idealnego porządku w domku. Na przykład zadowolenie widocznej na zdjęciu panieny, która dziadkowi przygotowała na kolację wykwintne, widoczne na zdjęciu kanapki. :)

niedziela, 22 lutego 2015

Kachu, kachu i do piachu...

Dzień kaszlu i kataru. 

Na razie więcej kaszlu, katar na razie w wersji demo, ale będzie i wersja pełna z dodatkami. Zdaje się, że wczorajsze bieganie przyspieszyło rozwój choróbska, może to i dobrze: szybciej będzie finał. Dobrze, że bez gorączki i osłabienia, choć diabli wiedzą, jak toto się skończy. Standardowy scenariusz zaczyna się od infekcji wirusowej, potem człowiek nieco słabnie i dochodzi infekcja bakteryjna (stadium zielonych gili), a jak kto ma pecha, to na koniec jest jeszcze poprawka z zakażenia wirusowego, pechowcy wyjątkowi łapią się jeszcze na grypę. Taka kołomyja potrafi trwać parę tygodni, chyba że przerwie się ją dobrze dobranym antybiotykiem. Na razie na antybiotyk za wcześnie, nie ma takiej potrzeby, próbuję przeczekać. Jeśli się jednak zjeżę, sięgnę po broń chemiczną.

Jutro koniec spokojnego żywota domowego. Inwazja z Krakowa, choć tym razem desant w okrojonym składzie: Paulinka z mamą, inaczej mówiąc wnusia z Kasią. To i tak wystarczy, by dom trząsł się w posadach, mała ma w sobie siłę bomby atomowej. Mateusz został wyprawiony na obóz narciarski. Boże, jak ten czas leci, młody już samodzielnie wyjeżdża na wakacje, a przecież urodziło się toto ledwie parę lat temu... 

Wieści z Malty: 30 Vodafone Malta Marathon zaliczony. Trochę zbiegów i podbiegów, więcej słońca niż deszczu, ale były odcinki z ulewą i silnym wiatrem i pod górkę.
Sam maraton super, medale ekstra, ogólne szczęście.
O 5 rano śniadanie (w hotelu o tej porze specjalnie dla maratończyków), 6.00 wyjazd autokarami na miejsce startu w głąb wyspy do Mdiny.
7.30 odliczanie i w malowniczą drogę. Meta w stolicy Valetta-Sliema /400m od naszego hotelu /.
Po drodze piękne widoki i orkiestry zachęcające do biegu (30 orkiestr bo 30 maraton).
Ogólnie jesteśmy pod wrażeniem.

Teraz przed nami tydzień zwiedzania (Malta + Gozo)

pozdrawiamy
AD

Na innych zdjęciach są dość szczelnie ubrani. Nie ma sensu pytać, czy się kąpali w Morzu Śródziemnym ;)

sobota, 21 lutego 2015

Żurawie i motyle

15 km

Warto było dziś wyruszyć w las choćby po to, żeby zobaczyć nad głową krążącą wysoko grupę kilkunastu żurawi i usłyszeć ich krzyk, a krótko potem natknąć się na motyla cytrynka. To wyraźne sygnały, że zima się kończy, a wiosna przyjdzie wcześnie. Co ciekawe, daleko za torami, a nawet za Górą Lotnika natknąłem się dziś na dwie pary nieznanych mi biegaczy. Jeszcze niedawno mało kto się tam zapuszczał, teraz coraz więcej śladów na leśnych ścieżkach i coraz częściej można się na kogoś natknąć. Wiosną pewnie będzie eksplozja popularności biegania, truchtają już nawet ci, których jeszcze niedawno trudno było na to namówić. Ciekawe, czy równie nagle liczba biegaczy zacznie spadać? Korzyści mają oczywiste: lepsza kondycja, poprawa wyglądu, spadek tuszy. Ale coraz częściej słyszę o kontuzjach i większych problemach zdrowotnych wynikających z nagłego rzucenia się na duży wysiłek fizyczny. Stawy, ścięgna, kłopoty z kręgosłupem - to może zniechęcać. 

Pilnowałem dziś, żeby nie narażać się na przewianie. Pogoda była piękna, prawie bezwietrznie, więc ryzyko przechłodzenia znikome. Życia nie zatruwał też achilles, więc można było nieco przycisnąć i popracować nad techniką biegu. Żadnego kaszlu, żadnych kłopotów związanych z przeziębieniem. Niestety, po powrocie do domu tak, jak wczoraj - kaszel, lekki katar, chyba ciut podniesiona temperatura. Na noc wezmę aspirynę, może uda się przez noc powalczyć z nadchodzącym przeziębieniem. 
Problemy ze zdrowiem wszędzie wokół. Ludzie kaszlą, kichają, gorączkują. Spotkałem dziś Piotra, już drugi tydzień wygląda jak cień siebie, kaszle, jakby miał galopujące suchoty, wyjadł już pół apteki antybiotyków, nic nie pomogło. A tu zbliża się czas pierwszych biegów, do połowy marca trzeba stanąć na nogi, 15 Kołobrzeg, a 28 Jastrowie.

A niektórzy to mają dziś dobrze. Gapy powinny już być na Malcie, jutro tam maraton.

piątek, 20 lutego 2015

Przeziębiony, więc wiosna idzie

Wczoraj 6 km

Stało się, na co czekałem. Sucho w nosie, drapie w gardle, oczy łzawią, ogólnie złe samopoczucie. Niby nic wielkiego, nic konkretnego, ale nieprzyjemne to jak diabli, a do tego świadomość, że choróbsko dopiero się wylęga, będzie gorzej i to przez parę dni. Typowy stan pod koniec zimy lub na początku wiosny. No, pewnie nie było też najmądrzejszym ruchem wypicie dwóch szklanek zimnego toniku, prosto z balkonu...
Dlatego wczoraj wieczorem jednak się przebrałem i postanowiłem jednak się dobić, na zasadzie: albo przejdzie, albo przyspieszy rozwój choroby. Na razie ani nie pomogło, ani nie zaszkodziło. Czekam więc do jutra, jak poczuję się lepiej, to zrobię dwugodzinne bieganie, jak będzie gorzej - to wolne.
Na wczorajszą trasę wybrałem ścieżkę rowerową, bo bezpieczna. Wkurzający jest piach zalegający na asfalcie, stopa nie ma przyczepności i jedzie do tyły, trzeba będzie poprosić o wizytę zamiatarki. Jeszcze bardziej jeżący był bieg przez nieoświetlony jeszcze odcinek po wiadukcie. Nie było księżyca, ciemno jak w murzyńskiej d..., przypomniało mi się, jak to się jeszcze rok temu biegało tą drogą - z duszą na ramieniu i testamentem w kieszeni. I nie ma dyskusji, lampy są potrzebne. Dobrze, że są już w planach i nikogo nie trzeba do ich postawienia przekonywać. Wczoraj na wiadukcie mijałem dwie biegnące babki, były chyba nieźle spięte słysząc w kompletnych ciemnościach moje zbliżające się kroki. Zagadałem, w głosach miały coś w rodzaju ulgi, że chyba jednak jeszcze pożyją...

Przyjrzałem się kulisom rozliczeń klubów z pieniędzy, które gmina daje im na działalność, choć wcale przecież nie musi. Po tym, czego się naoglądałem, jestem pełen podziwu dla urzędników, którzy to wszystko znoszą, choć powinni przynajmniej paru najgłupszych lub najbardziej leniwych zwyczajnie kopnąć w dupy, odebrać dotacje przyznane na ten rok i nakazać zwrot wydanych, a praktycznie nierozliczonych dotacji za lata poprzednie. Tymczasem sami narażają się na strzały ze strony ewentualnych kontroli, pomagając niezbornym gamoniom, nawet wypełniając za nich stosowne formularze i grzecznie prosząc, by panowie od sportu łaskawie zechcieli przyjść i je podpisać. Ci zaś nie zawsze chcą przyjść i łaskawie podpisać. Oni mają misję, nie będą się zniżać do poziomu blatu stołu.


środa, 18 lutego 2015

Pokuta

14,5 km

Pokuta za wczorajszego śledzika. Może nie tyle za wódeczkę, którą przyjmowałem dość oszczędnie, ile za ostatnią przed Wielkim Postem obfitszą kolację. Ola złośliwie z wieczora podała jeszcze pyszne, świeżo usmażone pączki serowe. Miały się zmarnować, obeschnąć? Zjadło się, potem był problem ze snem, bo po solidnej kolacji śpi się ciężko. I bynajmniej sny nie są kolorowe. 
Po południu skutki wczorajszego pofolgowania już minęły. Nura w las, w stronę Góry Lotnika. Tym razem nie pogubiłem się w terenie, dotarłem na - mocno teraz przesadzę - szczyt, po czym okrężną trasą do S3, na wysokości parkingu odbicie w prawo, w stronę miasta. Przed torami natknąłem się na Piotra z jego ekipą młodych z Hanzy. Pogadaliśmy trochę o dzisiejszym zamieszaniu wokół pieniędzy, jakie Hanza dostała z gminy i chyba przyjdzie jej całą kasę zwrócić, bo chłopcy - mimo poganiania - do dzisiaj nie złożyli sprawozdania finansowego za rok 2014. Termin minął 31 stycznia, skutkiem może być nakaz zwrotu całości dotacji oraz odmowa wypłaty pieniędzy przyznanych na ten rok. W tym pieniędzy, które ma dostać sekcja LA Hanzy. Wszystko przez to, że Hanza za prezesa ma człowieczka - delikatnie mówiąc - nieodpowiedzialnego. 

A dziś Środa Popielcowa. Wprawdzie nie robię tłoku w kościele, ale bez oporu poddaję się regułom narzucanym przez Olę. Tak więc dziś śledzik i generalnie zdecydowanie umiarkowane jedzenie, żadnego alkoholu. Tak naprawdę, lekkie przegłodzenie i prohibicja byłyby wskazane na cały czas Wielkiego Postu, przecież zaraz po świętach jedziemy do Paryża, a do tego czasu trzeba nieco zrzucić, by na bulwarach nad Sekwaną niepotrzebnie się nie męczyć i pobiec sobie z przyjemnością.

Burmistrz pochorował się po niedzielnym treningu. Przewiało go w czasie postojów na trasie, wczoraj był ledwie żywy, dziś życia w nim jeszcze mniej. Niezahartowany, widocznie...

poniedziałek, 16 lutego 2015

Replay

12 km

Powtórka z wczorajszej trasy, bo po prostu mi się spodobała. Niestety, na ostatnim odcinku przed Górą Lotnika zagapiłem się i zamiast po kolejnym paśmie górek, poleciałem w prawo, omijając GL. W ramach pokuty wydłużyłem trasę aż prawie pod parking, stamtąd powrót standardową trasą, znaną na pamięć. Dobra kondycja, niespecjalnie dokuczliwy achilles, więc gdyby nie ten cholerny, przenikający nawet przez grube ciuchy zimny wiatr - byłoby idealnie, jak wczoraj. Ale dziś trzeba się było ruszać, bo nawet chwila w bezruchu w przepoconych ciuchach na pewno by się skończyła przeziębieniem, które nadeszłoby jutro czy pojutrze. Wygląda jednak, że ocalałem.

Dziś w urzędzie rozmowa na temat sposobu przebudowy parku przy Szczecińskiej. Ma tam powstać ścieżka dla rolkarzy i rowerzystów, zapewne pójdzie po obwodzie parku. Co do nawierzchni, sprawa prosta: to musi być dobrej jakości asfalt, żeby było bezpiecznie. Ale planowana jest też trasa dla biegaczy, na razie otwarta jest kwestia jej przebiegu i rodzaju nawierzchni. Ideałem byłaby elastyczna nawierzchnia na przykład z drobnych zrębków drewnianych, jaką widziałem w Holandii, ale byłaby kłopotliwa w utrzymaniu. Może więc nawierzchnia mineralna z drobnego tłucznia? Dość elastyczna, trwała, przyjazna dla stawów i ścięgien. Podobno taką nawierzchnię ma ścieżka wokół jeziora w Szczecinku. Kiedy podjadę do Nadarzyc na wiosenne kajakowanie, trzeba będzie zerknąć. 

Z Rozbieganym

12 km

Lajtowy trening z Rozbieganym Goleniowem. Formuła otwarta, każdy może się przebiec, więc kiedy Robert K. dostał zaproszenie od jednego ze stale biegających w zespole, po prostu z niego skorzystał. Dla towarzystwa i ja się z nimi przebiegłem, przy okazji robiąc parę fotek. Spokojne tempo, żadnych szaleństw, choć trasa jak na Goleniów - dość wymagająca, bo zaliczyliśmy chyba wszystkie górki, które można było zaliczyć. W sumie wyszło coś, co nie było truchtem, nie zabijało również, ale było sympatycznym kawałkiem wysiłku - dycha po lesie. Wcześniej machnąłem parę okrążeń stadionu plus dłuższa rozgrzewka w lesie, wyszły z tego co najmniej dwa dodatkowe kilometry.

Nie tylko ja mam poczucie, że chłopcy-osirowcy przegięli w piątek, konkretnie jeden, ten mniej porośnięty. Nie tylko ja zauważyłem, że prezentacja była ordynarną, prymitywną propagandą, naprawdę - teatrzykiem jednego aktora. Nikt inny nie był ważny, liczył się tylko Wice. Zdaje się, osiągnięty efekt jest dokładnie odwrotny od zamierzonego. Ile można słuchać i oglądać tę samą audycję? 

sobota, 14 lutego 2015

Gala

Wczoraj 14,5 km, dziś relaks

Opędziłem nieco wcześniej obowiązki, w trasę można było ruszyć parę po 14. Piękne słońce zachęcało do dłuższej nieco wyprawy, skorzystałem z zaproszenia. Wyprawa aż za Górę Lotnika, dobrze mi już znaną trasą, którą kiedyś wytyczyłem błądząc po lesie. W rejonie GL kolejne roboty wycinkowe, kolejne drogi rozjeżdżone, biec ciężko. Szkoda, bo pod piłę idą najładniejsze kawałki dość starego lasu. Krajobraz się zmienia, oczywiście na gorsze.
W drodze odezwał się prawy achilles, cholernik dokuczał mi przez połowę biegu. Piotrek sugeruje, żeby nieco zmniejszyć kilometraż. Do rozważenia. 

Pod wieczór wręczanie statuetek goleniowskim sportowcom, którzy brali udział w zawodach rangi mistrzowskiej. Imprezkę organizował OSiR, nic więc dziwnego, że przede wszystkim otrzymała pompatyczną nazwę Gala Sportu. Otrzymała też nieprzypadkową oprawę, którą Piotrek określił jako "teatr jednego aktora". Otóż, w tle leciał pokaz slajdów złożonych z fotografii sportowców. Sportowców było prawie stu, ale mniej więcej trzecia część slajdów poświęcona była Wicemistrzowi. Co chwila zebrani musieli oglądać, jak Wicemistrz biegnie, skacze, stoi, siedzi, głaszcze lewka. Jakiś dzieciak - i Wicemistrz, potem Wicemistrz i jeszcze raz Wicemistrz, dzieciak, znów Wicemistrz... Do urzygania. Prezentację przygotowywał oczywiście prezes Jedynie Słusznego Klubu. Dziwne, że w ogóle wmontował w nią jakieś inne fotki, niż swojego pupila. Komputer, z którego pokaz puszczano, dwa razy odmówił posłuszeństwa, pewnie też miał dosyć. Prezes poszedł, coś tam pogmerał, komputer znów walił na ścianę Wice za Wicem.

Wczoraj się dowiedziałem, dlaczego zostałem przed tygodniem zdyskwalifikowany. Otóż podobno Najgłówniejszy Sędzia Zawodów uznał, że wpisanie mnie na listę finiszerów jest dla niego zbyt ryzykowne. Wyraził obawę, że gdyby mnie wpisał, mógłbym donieść na niego do PZLA i mógłby mieć kłopoty (w sensie: sfałszował wyniki).
Zdaje się, że Sędzia próbował przyłożyć do mnie swoją miarę. Rozumiem, że on w tej sytuacji by doniósł. Ja nie mam tego w zwyczaju.

środa, 11 lutego 2015

Odstres

13 km

Trzeba się było odstresować po pół dnia spędzonym na procesie wytoczonym mi przez pana gangstera. Tak naprawdę to stres nie był wielki, bo panowałem nad wszystkim, co się działo na sali sądowej. Pan gangster jest chory i leży w łóżeczku, więc przyszedł mecenas pana gangstera i próbował dręczyć moich świadków. Mecenas okazał się jednak mało skuteczny, dał się jak smarkacz przyłapać na próbie manipulowania faktami (cytaty z moich artykułów wyrywał z kontekstu, przekręcał i kazał interpretować je świadkom), więc dostał ustną reprymendę i parę razy wezwałem go, by nie przekręcał faktów i nie próbował manipulować świadkami zadając im pytania oparte na nieprawdzie. Uspokoił się, potem już nie próbował. Zdaje się, że nie był w formie, wyglądał na dość sponiewieranego. Co za egzemplarz!

Popołudniowy trening z przedłużonym leśnym odcinkiem, trzeba korzystać z dobrych warunków i dość długiego już dnia. Ostatnie 5 km tradycyjnie przez GPP i ścieżkę rowerową.
W tym tygodniu zaczęły się prace przy budowie drogi, która połączy GPP i drogę 111 w kierunku Stepnicy. Dwa kilometry nowej szosy pozwolą wytyczyć nowe szlaki biegowe, dotąd rozdzielone Iną. Rowerzyści też powinni być zadowoleni.

wtorek, 10 lutego 2015

Dyszka relaksowa

10 km

Przebieżka zaczęła się o wpół do piątej, a mimo to udało się obrócić za dnia, nie potykając się w ciemnościach. Choć pochmurno, w lesie dało się biec bez ryzyka, za dnia zaliczyłem jeszcze długą prostą w GPP, ciemność dopadła mnie dopiero na ścieżce, ale tam jest oświetlenie, nieocenione w tych warunkach. Co by nie mówić, skok cywilizacyjny w porównaniu do tego, co było jeszcze rok temu: ciemno, niebezpiecznie, biegło się z duszą na ramieniu i włosem zjeżonym ze strachu.

Otrząsnąłem się już z szoku :) po sponiewieraniu na biegu w kryminale. Trzeba żyć z piętnem, co innego zostało? Być może przez ten szok wczoraj czułem się wyjątkowo podle, jakby mnie kto kijem przez noc okładał, nic mi nie szło, w sumie zadowolony byłem, że zabrakło mi czasu na bieganie. Zamiast tego przespałem się po południu, jak rzadko kiedy. Ale czy kto powiedział, że popołudniowa drzemka szkodzi?

niedziela, 8 lutego 2015

Zostałem zdyskwalifikowany

10 km

Będę musiał zwrócić certyfikat ukończenia wczorajszego biegu i zwrócić medal. Komisja sędziowska uznała, że nie ukończyłem biegu i taką informację zamieszczono w oficjalnym komunikacie. Komisja po analizie zapisu z kamery(!!!) stwierdziła jednoznacznie, że zrobiłem tylko 7 okrążeń z 10 przepisowych, w tej sytuacji jedyne wyjście to dyskwalifikacja. Na razie nie poinformowano mnie o obowiązku zwrotu certyfikatu i medalu, ale resztki honoru nie pozwalają mi ich zatrzymać. Zwrócę.

Organizator biegu wiedział, że się przebiegnę, ale chcę jednocześnie porobić zdjęcia. Trudno to pogodzić, więc zanim bieg się oficjalnie rozpoczął, zrobiliśmy z Piotrem po cztery okrążenia trasy. Potem on biegał od chwili startu, ja zaś porobiłem trochę fotek, a kiedy skończyłem, dołączyłem do Piotrka i razem przebiegliśmy sześć okrążeń, a potem jeszcze jedno z jego bratem, Januszem. Na koniec poprosiłem, by wpisano mnie na listę finiszerów z jakimś tam marnym czasem, na ostatnim miejscu. Poprosiłem z czystym sumieniem, w końcu przepisowe 10 kółek zrobiłem i jedno dodatkowo. Na koniec imprezy dostałem, jak wszyscy, certyfikat i medal. Wydawało się, że to właściwy koniec.
Dziś zadzwonił do mnie Sylwek informując, że na liście końcowej jestem, owszem, ale z informacją, że biegu nie ukończyłem. Przyznam, że lekko się zdziwiłem, czemu dałem też wyraz w barokowym, słownym przekazie. Lekko, bo kiedy przeczytałem, że sędzią głównym Biegu za Murem był pewien pan z "osiru", jeden z głównych organizatorów Mili, dziwić się nie było czemu. 

W ten sposób ponurakowi z "osiru" udało się kolejną sympatyczną inicjatywę sprowadzić do parteru. Okazuje się, że nie jest ważne, że ktoś chce wziąć udział w dobrej zabawie, że impreza się udała i mogła być dobrze wspominana. Wystarczyło zaszczepić osirowe standardy - i już mamy Milę w miniaturze, gdzie najważniejsi są celebranci. I choć w sobotę był to bieg o pietruszkę, gdzie dostawało się tylko medalik za 1,23 zł i wydrukowany ad hoc certyfikat, była okazja pokazać kto tam był sędzią i kto tam rządził.

Muszę teraz zrobić szerszy rachunek sumienia i zwrócić Darkowi medal za ukończenie I Maratonu Puszczy Goleniowskiej, bo trzymając się tej samej "osirowej" miary, medal mi się nie należy. Gapie zresztą też nie, bo obaj maraton przebiegliśmy na tydzień przed oficjalnymi zawodami i w dniu zawodów nas na starcie (tym bardziej mecie) nie było.
W sprawie honorowego zachowania powinienem chyba zwrócić się do czterech goleniowian (Darka G., Leszka K., Mirka L. i Artura B.) którzy rok temu w Jastrowiu wyruszyli na trasę dwie godziny przed oficjalnym startem, więc wedle standardów goleniowskiego "osiru" biegu nie zaczęli, medale do zwrotu. A Darek Mańkowski, organizator Maratonu Jastrowskiego, też medal odda, bo i on biegał zanim sędzia dał sygnał. I w ogóle ten cały Maraton Jastrowski jakiś taki nieprofesjonalny, każdy tam biega od której chce, a naiwni organizatorzy wierzą biegaczom, że przebiegli i nawet uznają podawane przez nich czasy. Himalaje amatorszczyzny, panie Mańkowski! Ucz się pan w Goleniowie, od chłopców-osirowców, jak robić profesjonalną imprezę!

A dla tych, których nie zdyskwalifikowano - filmik z wczorajszej imprezy. Mnie na nim nie ma, bo jak wiadomo - niesportową postawą (wyłudzenie medalika i certyfikatu) na to nie zasługuję :)


video


sobota, 7 lutego 2015

Za kratkami

5 km


Start zdecydowanie na ostro
Bieg za Murem miał uczcić Święto Służby Więziennej i pewnie będzie to jeden z ciekawszych akcentów w mundurowej celebrze ku czci i w ogóle. A że to czas ubogi w regionie w wydarzenia, zjechało się różnych mediów i pewnie lada chwila goleniowski kryminał zaistnieje na czołówkach. Może nawet załapie się do Teleexpressu. 
Trasa dla mnie w dolnej strefie stanów średnich. Ciągle trzeba było patrzeć pod nogi, bo powiedzieć, że nierówna - to nic nie powiedzieć. Stara trelinka, pewnie jeszcze z lat sześćdziesiątych, dziura na dziurze, jakieś studzienki - tragedia, co chwila okazja, żeby się wypieprzyć. Ale swoje 10 kółek zrobiłem, fotek porobiłem, popatrzyłem na reakcje publiczności. Te ostatnie były żywiołowe. Szczególnie, kiedy zapuszkowane bractwo
Ten widok mógł
zburzyć spokój
w celach...
dostrzegło, że wśród wpuszczonych do kryminału biegaczy jest parę naprawdę interesujących dziewczyn, przy czym były i takie, którym przysługuje określenie BARDZO interesujących. Kołyszące się biodra i parę ekscytująco falujących młodych biustów nie wywołało zamieszek w kryminale, ale paru zakratkowanym na pewno zburzyły spokój i pobudziły zmysły. Noc będzie ciężka, wspomnienia spać nie dadzą :)

Było parę akcentów zdecydowanie humorystycznych. Na przykład zachęta do korzystania z depozytu przedmiotów wartościowych: "Można wszystko zostawić spokojnie, tu nie ma złodziei!..." 
Jedno, co mi się nie spodobało, to numery startowe, z głupia frant oznaczone napisem "Goleniowska Mila Niepodległości". To pewnie skutek doproszenia do organizacji biegu specjalistów z OSiR, którzy swoiście rozumieją określenie "promocja", myląc je z nachalną propagandą.
Po prawej - ksiądz kapelan
Brawa dla księdza-kapelana kryminału. Przebiegł chłop razem ze wszystkimi, po sylwetce widać, że bieganie to dla niego nie nowina, a element stylu życia. Piotrek mówi, że kiedy przyszedł do niego na kolędę, to całą przegadali o maratonach, bo biegający ksiądz ma taki start w planie. Dobrze trafił.

A propos Piotra. Powiedział mi, że chyba zrezygnuje z prowadzenia sekcji LA w Hanzie, bo zwyczajnie nie ma za co tego zrobić. Chce poprosić o przekazanie przyznanych mu 6 tysięcy Barnimowi, żeby mieli za co polecieć do Afryki czy do Portugalii. Na pierwszą klasę nie starczy, ale na ekonomiczną dla jednego charta - owszem.
Fotki z biegu są tutaj


A teraz czas na promocję kolejnego wykonawcy znad Sekwany. Tym razem kompletnie w Polsce nieznany Renan Luce w świetnym kawałku Les voisines, w którym śpiewa, że zawsze wolał sąsiadki od sąsiadów. Ze jego teledysku szybko dowiadujemy się, dlaczego sympatyczny gitarzysta woli sąsiadki, dlaczego nie wszystkie i konkretnie którą. Gorąco polecam, finał jest z jajem. A jak się spodoba, to równie warte polecenia jest obejrzenie kawałka pt. On N'Est Pas A Une Bétise Près . Z nieznanych powodów lekcji nie będzie, a pani nauczycielka zabiera dzieciątka na wycieczkę do studia nagrań, w którym przypadkowo nagrywa nasz Renan Luce. Przy niezłej muzyce dowiemy się, jak to się kończy. Podobnie jak poprzednio - historyjka z kapitalnym finałem :)


Rozbiegany Goleniów

Kuba nr 1, ale nie na podium 

piątek, 6 lutego 2015

Podzielili

Wczoraj 13 km, dziś relaks przed biegiem w kryminale

Jeszcze raz się potwierdziło, że dopasowany but plus gruba skarpeta to patent na ból w prawej pięcie. Była gruba skarpeta, więc potem bolało. Tym bardziej należało zrobić sobie wolne, doprowadzić się do porządku, żeby w sobotę było przyjemnie. Wprawdzie to tylko piątka z jakimś ogonkiem, ale tym bardziej nie wypada tam kuleć z boleści.

Kasa na sport podzielona, Piotrek "w afekcie napiętym" nadawał mi wczoraj przez dwie godziny przez komórkę, czułem, że zaraz mózg mi się ugotuje od mikrofal. Potem jeszcze spędził u nas wieczór, wyszedł już nieco spokojniejszy. Ale ma rację porównując przyznane pieniądze z efektami w roku ubiegłym. A jego wyliczenie wygląda następująco:

sekcja LA w Hanzie: 6 tys, zł, 10 biegaczy, 1 trener, 2 punkty we współzawodnictwie

sekcja LA w Barnimie: 120 tys. zł, 40 biegaczy, 5 trenerów, 7 punktów zdobytych na zawodach.

Trener Hanzy pracuje za darmo, w Barnimie płacą sobie jak za cały etat (najwięcej ma
Reakcja Pawła G. na wieść, że
Piotr na swój klub dostał 6 tys.
oczywiście przebywający od miesiąca na wczasach w Afryce prezes). Prezes za - podobno, bo  
nie udzielił mi odpowiedzi  na pytanie o płace - zarabia w Barnimie 1,7 tys, zł netto, opiekuje się w Afryce jednym zawodnikiem. Pogratulować.
Wygląda na to, że ta patologia jednak się zakończy. Powstanie nowa rada sportu i może nie będą w niej zasiadać (i decydować) wyłącznie zainteresowani takim pokrojeniem tortu, żeby samemu się opchać, a plebsowi rzucić okruszki. Chyba więc będą nowe zasady finansowania, pieniądze pójdą może wreszcie na dzieci i młodzież, a nie na hodowlę importowanych chartów w Jedynie Słusznym Klubie. Szkoda tylko, że przez ten rok nadal finansowana będzie patologia, którą najlepiej określa Piotrek: 
"To jest chore, żeby nie było pieniędzy na pracę z dzieciakami, a ciężkie pieniądze były wydawane na armię zaciężną. W Barnimie jest grupa dzieciaków, nie ma żadnego lekkoatlety-juniora. A nie ma, bo nikt nie jest tam zainteresowany pracą z młodzieżą. Są dzieci i jest armia zaciężna, bo ktoś sobie wymyślił, że nie warto pracować z młodzieżą, lepiej ściągnąć zawodników z zewnątrz. To jest chore"
Trudno z tym dyskutować, Piotrek ma nader trzeźwe poglądy.



wtorek, 3 lutego 2015

Paryż przyklepany

6,5 km

Runda podobna do wczorajszej, skrócona o odcinek przez Szkolną. Marnie się biegło, bo dziś wieczorem chłodniej, niż wczoraj, sporo lodu i buty jadą do tyłu, nie zapewniając dobrego odbicia. W najlepszym stanie była ścieżka rowerowa, bo piach przymarzł i było tam wystarczająco szorstko. Na ulicach za to zdradliwie, bo odcinki bezpieczne poprzeplatane śliskimi, w ciemnościach nie sposób je rozróżnić i jest nieco ryzykownie.
Dobrze, że Leszek przypomniał o zarezerwowaniu hotelu w Paryżu, najwyższy czas było to zrobić. W naszym ulubionym hoteliku niestety nie było już miejsc, trzeba się było rozejrzeć za czymś innym. Znalazł się hotel nad Sekwaną, za dzielnicą La Defense, parę kilometrów od centrum miasta. Na szczęście o parę kroków dalej przebiega linia tramwajowa (w Paryżu odtwarzają komunikację tramwajową, zlikwidowaną w latach siedemdziesiątych), którą można dojechać do La Defense, a tam przesiąść się na metro i RER, a wtedy całe miasto jest już w zasięgu ręki. Bardzo przyjazna cena: dwuosobowy pokój kosztuje niecałe 42 euro, jak na Paryż to naprawdę tanio. 

Jutro powinny być znane wyniki podziału kasy przeznaczonej przez gminę na kluby sportowe. Do podziału jest ok. 870 tys. zł, wniosków spłynęło na ponad 300 tys. więcej. 

poniedziałek, 2 lutego 2015

Bliski kontakt z glebą

9 km

Lekko wyczerpany po pierwszym dniu w zupełnie nowej roli, w nowej pracy. Poszło sprawnie i bez niespodzianek, ciekawe obserwacje, ciekawe wnioski. Zajęcie powinno być niebywale interesujące, a przy tym nie zagraża stagnacją i rutyną. W praktyce rano nie będzie wiadomo, co człowiek będzie robił po południu -czyli tak, jak lubię. Nie ma dla mnie bardziej tragicznej pracy, jak siedzenie od 7.30 do 15.30 i na przykład wklepywanie faktur "do systemu". W niczym to nie lepsze od nakładania dekielków na pudełka z kremem Nivea, które to zaszczytne zajęcie przypadło mojej Oleńce na jednej z praktyk studenckich. Siedząc przy taśmie i bawiąc się w automat usłyszała od jednej z pań, że pracuje przy taśmie z kremem Nivea już ze 20 lat i bardzo ją ta praca rajcuje. Oleńkę wprawiło to w nastrój depresyjny, na szczęście praktyka się skończyła i nigdy więcej już do kremu Nivea jej nie posadzono. 
Tak więc mi syndrom kremu Nivea nie zagraża, to cieszy. Ekscytujący jest za to dostęp do praktycznie pełnej wiedzy o tym, co się dzieje w gminie, bo dla kogoś lata pracującego w mediach to nie może być obojętne. I to wynagradza wszystko, co się wiąże z nieusystematyzowanym charakterem nowej pracy. 

Po powrocie pół godziny drzemki, niespecjalnie miałem siły do treningu. Krótki sen i kawa po przebudzeniu pomogły stanąć na nogi. Ciemno się zrobiło, alternatywy nie było: ścieżka do GPP, powrót do miasta, a potem runda przez Drzymały, Kopernika, Kasprowicza, Dworcową, Pułaskiego, Szkolną, a od Netto najkrótszą drogą powrót do chaty. Tu sobie przypomniałem, że wszystkie klucze zostawiłem w garażu, więc jeszcze rundka na Sportową i powrót na Szczecińską. I na mniej więcej 50 m przed końcem biegu przykra niespodzianka: wystająca płytka chodnikowa, po czym bliskie spotkanie z glebą wyłożoną betonem. Efektem jest zdarty łokieć, poszarpane nieco kolano i ogólne potłuczenie. O dziwo, ciuchy firmy Attiq ponownie okazały się odporne na tarcie, nie ma na nich najmniejszego śladu zniszczenia. Rany się zagoją, myślę.

Propozycja muzyczna znad Loary i Sekwany dla tych, którzy mają trzy minuty czasu. Staroć, ale jary: Nino Ferrer, Cornichons . Krótka opowieść o tym, jak to rodzinka przygotowywała się do piknikowego wypadu za miasto, co ze sobą wzięto i że nie zabrano jedynie parasola, a pogoda się skiepściła. Więc zabrano wszystko do domu i tam zjedzono. Cały urok piosenki polega na wyliczance dóbr zabranych, przywiezionych i skonsumowanych. Francuskiego znać nie trzeba, ilustracje są precyzyjne.
A u mnie leci teraz Diana Krall . To propozycja dla tych, którzy mają na dobrą muzykę więcej, niż 3 minuty. Konkretnie - godzinę. Warto. A jeśli się podoba, to polecam zapis jej koncertu w Rio, rewelacja. Link - Diana Krall live in Rio. Boska. Jedno zwraca moją uwagę zawsze, kiedy tego słucham: Diana śpiewa niezbyt głośno, a i towarzyszący jej goście nie robią wielkiego hałasu. Może dlatego, że umieją grać i nie muszą hałasem maskować braków warsztatowych?

niedziela, 1 lutego 2015

Pierwsze prawdziwie zimowe

13 km

Ranek zapraszał do lasu lekkim mrozem i ładnym słońcem. Długo zapraszać nie musiał, parę po dziesiątej wbiłem się w czarne ciuchy zastanawiając się, dokąd by tu. Najpierw pomyślałem o trasie ścieżką rowerową, 3 km przez GPP i dopiero nura w las. W porę sobie przypomniałem, że biegnąc przez park przemysłowy miałbym słońce prosto w twarz, a dodatkowo odbite w mokrym asfalcie. Zanim bym dotarł do końca, pewnie oślepłbym. Wybór był więc prosty, zacząć należało od końca. 
Las pełen ludzi, w większości znajomych. Co krok ktoś. A to Paweł ze swoim wilczurem, a to Robert, a to Wiesiek z kryminału. Dobiegając do torów zobaczyłem za nimi Piotra z ekipą dzieciaków; wciąż mu się chce biegać ze swoimi podopiecznymi, a przecież mógłby, jak inni, objaśnić co i jak i pokazać palcem las: biegiem!
Za torami już pusto. Śnieg optymalny, jeszcze nie przemarznięty, ale do butów się nie lepił. Po lesie już ktoś jeździł autem, na większości ścieżek były koleiny, biec było więc łatwo. Obiegłem sobie Górę Lotnika, cofnąłem się do wiaduktu, znów skok na drugą stronę torów, a ostatnie 5 km już asfaltem, najpierw przez GPP, potem ścieżką. W parku droga czarna, dobrze utrzymana, dziś ruch niewielki, więc było bardzo bezpiecznie. Gorzej na ścieżce rowerowej, bo choć posypana, to zalodzona. W ogóle, te pierwsze półtora kilometra drogi do Lubczyny to jakiś lokalny biegun zimna, zawsze tam śnieg i lód trzymają się długo i jest ślisko. Chwalić Boga, teraz przynajmniej bezpiecznie, nie trzeba już się bać, że jakiś mniej bystry wjedzie swoim złomem w d...

Ola trzeci tydzień na zwolnieniu. Obejrzała już chyba wszystkie filmy, łącznie z jeszcze nienakręconymi, przeczytała wszystko, co w zasięgu ręki, rozwiązała sterty sudoku (poziom trudności - kosmiczny), a teraz ułożyła w dwa dni puzzle z 1000 kawałków. A przed nią jeszcze następne trzy tygodnie. Na szczęście, zaczyna się już przemieszczać po domu, więc na listę rozrywek można dopisać gotowanie, pranie i inne atrakcyjne zajęcia.

Przyszły nowe buty, Nike Pegasus 30+, za rozsądną cenę niecałe 230 zł. Model wprawdzie zeszłoroczny, ale czy to ma znaczenie? Ważne, że kosztowały połowę tego, co żądano przed świętami :). Pół numeru większe od dotychczasowych, będzie więc trochę miejsca na grubszą skarpetkę.