sobota, 31 maja 2014

Dyszka

10 km

Dyszka po dniu przerwy. Połowa lasem, połowa asfaltem przez park przemysłowy, w sobotę pusty. Tempo relaksowe, 5:45. Dwugłowy mięsień prawego uda powoli (tu duży akcent) wraca do kondycji, ból się zmniejsza, ale wciąż przeszkadza w normalnym biegu. Dlatego tylko trucht, bez praktycznie żadnego obciążania tego, co boli. Cieszy natomiast, że siły zdecydowanie wracają, kondycja z dnia na dzień się poprawia. W Grodzisku obciachu być nie powinno, choć swoje ambicje biegowe ograniczam do zmierzenia się z Mirkiem ;)

Wczoraj PMT pokazał się na Festynie Rodzinnym w Kliniskach. Wystawa biegowego
Gwiazdą biegów był mały Maksio, który zasuwał
jak wolny elektron, wyprzedzając dorosłych...
dorobku stowarzyszenia w postaci góry medali, konkurencje sportowe przygotowane przez Gapinski Family & e-sołtysa tysiąclecia, żółte koszulki klubowe liczne i łatwo dostrzegalne, tylko ja jak cieć, rwałem do Klinisk prosto z Nowogardu i zapomniałem o przepisowym stroju... 


A za tydzień Aneta z Darkiem i Rafałem Figielem biegną ze Szczecina do Kołobrzegu. 147 km, w sporej części drogami bardzo bocznymi, by nie rzec bezdrożami. Ze Szczecina gdzieś w okolice Maszewa chce się przebiec Mariusz, przed Maszewem dołączy do nich biegowa reprezentacja Maszewa. Trzeba się będzie zaczaić gdzieś po drodze, porobić nieco fotek, może kogoś trzeba będzie reanimować lub rzucić w dół z wapnem... Podobno pogoda ma być konkretna, wstępne prognozy mówią o około 30 stopniach. To nie dziwi, przecież w weekend Grodzisk, a tam zawsze żar leje się z nieba. Coś z tego musi skapnąć też Szczecinowi i Kołobrzegowi. :)

Prawie wszystkie fotki z Klinisk są tu: https://plus.google.com/photos/104993428424811872191/albums/6019593647156811857  
Przepraszam za trudności  w dostępie do zdjęć, bo oczywiście Google rzucił pod nogi wszystkie możliwe kłody, by tylko zmusić chcących obejrzeć zdjęcia do skorzystania z usługi Google+. Na szczęście, udało mi się w końcu zmienić ustawienia i udostępnić album publicznie. Teraz już można :)








czwartek, 29 maja 2014

Wychodzę z dołka

12 km

Jezu, wreszcie zaczynam funkcjonować normalnie. Jeszcze pobolewają mięśnie, ale już nie boli prawy półdupek. W każdym razie, dzisiejszą trasę zrobiłem już bez problemu, choć na luzie i nie cisnąc gazu bez potrzeby. Nie czas jeszcze na zwiększanie obciążenia, wciąż najważniejszy jest powrót do kondycji po dwóch majowych maratonach i połówce w Nowej Soli. Cieszy, że stan się stopniowo poprawia, kłopoty zanikają, a forma powoli wraca. No i achillesy się wyciszyły, nareszcie.
Delikatny rozruch będzie trwał przez najbliższe dni, bo w perspektywie połówka w Grodzisku Wielkopolskim w następną niedzielę. Jeszcze nie mam koncepcji na ten start, wszystko będzie zależało od formy. Na razie nastawiam się na wariant oszczędnościowy.

Dziś poszły dokumenty do pana mecenasa, który zajmie się sprawą pozwu przeciw pani z "Pulsu Goleniowa". Nie mógł uwierzyć, kiedy poczytał tekst i posłuchał, w jaki sposób został on przyrządzony. Na koniec stwierdził, że z autorki jest niezła kamikadze. Pozew będzie gotowy w przyszłym tygodniu. 

wtorek, 27 maja 2014

Pierwsze kilometry

9 km

Jeszcze za wcześnie na fikołki. Wprawdzie samopoczucie już dobre, ale od czasu do czasu czuję mrowienie w dłoniach, u mnie typowy objaw towarzyszący przemęczeniu. Pod wieczór wskoczyłem w ciuchy biegowe z zamiarem przebiegnięcia się, bez zakładania dystansu. Już po paruset metrach wiedziałem, że problem z prawym udem i pośladkiem się nie skończył. Wprawdzie ból mięśnia bardzo się zmniejszył, ale ból w okolicy pachwiny uniemożliwiał bieg, ograniczając go do truchtu. OK, pomyślałem, zobaczymy, ile wytrzymam. Po trzech kilometrach, w połowie drogi przez park przemysłowy zdecydowałem, że nie będę dalej męczył tego, co boli. Po krótkiej przerwie zwrot w stronę Goleniowa, ale powrót przez las, a potem wzdłuż Iny. W domu z pewnym zdziwieniem podliczyłem, że nazbierało się tego 9 km. 
Dobra informacja jest taka, że achillesy nie dają o sobie znać w żaden sposób. Absolutnie żadnego bólu, nawet minimalnego. To pozytywny efekt kilku dni przerwy w bieganiu. Oby się jeszcze pozbyć tego cholernego bólu w udzie...

poniedziałek, 26 maja 2014

To czas działać

Dziś jeszcze bez biegania, odpoczywam. Przeszedłem się za to do zaprzyjaźnionego neurologa, Grzesia Sławińskiego, któremu opowiedziałem o swoich problemach z bólem w prawym udzie. Obejrzał mnie, zbadał dokładnie i niedwuznacznie zasugerował konieczność starannego rozciągania się przed treningiem i po, poluzowania z wysiłkiem przez kilkanaście dni, a przede wszystkim wysłał na badanie USG do pani doktor Skały. Tak też zrobię, choć nie ma mowy o całkowitej rezygnacji z ruchu. Przejdę się za to do mojej ulubionej pani doktor od rehabilitacji, poproszę o wsparcie fizjoterapeutyczne.
Odczekam jeszcze dzień, dwa, poczekam, aż ustąpią skutki zmęczenia spowodowanego dwoma maratonami i tą sobotnią połówką w Nowej Soli. Jak się znam, spore obciążenie trzema startami miało swoje znaczenie. 
Zapłaciłem za siebie i Michała, 22 czerwca w Suchym Lesie pod Poznaniem będzie "II Sucholeska Dziesiątka Fightera". Tam jeszcze nie byłem.

A dziś, zgodnie z obietnicą, zacząłem przygotowania do rozliczenia pani z "Pulsu Goleniowa". Na początek poszło tam żądanie opublikowania sprostowania praktycznie wszystkiego, poza datą (30 kwietnia nie kwestionuję, był taki dzień w kalendarzu). Jeśli sprostowanie zostanie opublikowane, to bardzo dobrze. Jeśli nie - to wspaniale, nawet wolę. Jutro zaś idę do prawnika będącego za pan brat z prawem prasowym, przygotujemy wspólnie pozew sądowy. Odważna pani redaktor Maciejewska, jej formalny przełożony, czyli redaktor naczelny biuletynu "PG", a do kompletu ten jegomość, który nawinął pani Maciejewskiej makaron na uszy, czyli Zbynio Gołębiowski - to będzie trójka, która otrzyma zaproszenie do sądu. Trochę to potrwa, ale nie szkodzi. Poczekam.

niedziela, 25 maja 2014

Nowa Sól

21,1 km


Gotowi do startu
Wyjeżdżaliśmy z Krakowa przy 30 stopniach i bezchmurnym niebie. Koło Opola wjechaliśmy w strefę chmur, burz i deszczu, temperatura spadła do ok 22 stopni, można było wyłączyć klimatyzację. Nowa Sól przywitała nas lekkim deszczykiem i miłym, niedokuczliwym ciepłem. Formalności załatwiliśmy w chwilę, biuro zawodów w hali sportowej działało bez zarzutu. Numer, bony na jedzenie i picie, pakiet z koszulką i zieloną torbą, która przyda się na zakupy. Po chwili znaleźliśmy Mariusza z Magdą i Szymonem. Magda nie zawiodła, przyjechała z torbą cytrynowo-czekoladowych mufinek własnej produkcji, bez których nie może się odbyć żaden
Bez mufinek nie ma biegu!
bieg. Zjedliśmy prawie wszystkie, trzy ostatnie zabrałem do domu, nie ma już żadnej... :(

Na starcie ponad 570 osób, choć sporo mniej kibiców, niż przed rokiem. Trasa zeszłoroczna, trzy pętle po 7 km. Pierwszą pętlę zrobiłem bez najmniejszego problemu, na drugiej poczułem ciekawą rzecz: choć sił miałem wystarczająco dużo, nogi przestały mnie nieść. Coraz ciężej było mi zrobić w miarę długi krok, pojawił się ból w pachwinie. Zrobiła się ulewa, wszystko było przemoczone, łącznie z butami. Na dodatek poczułem, że będą problemy gastryczne, dlatego kończąc drugą pętlę wziąłem od naszych kibicek chusteczki higieniczne - i to była bardzo słuszna decyzja, bo bez wizyty w lesie się nie obeszło. Potem już poczułem się bezpiecznie, żadnych sensacji aż do mety nie było. Na kilometr przed końcem biegu zebrałem z drogi słaniającego się na nogach chłopaka, którego krótkim tekstem adresowanym do męskiej dumy zmobilizowałem do walki o dotarcie do mety, a może nawet
Mariusz biegł tak szybko,
że na zdjęciu jest rozmazany
czas poniżej dwóch godzin. Gadaniem odwróciłem jego uwagę od faktu, że ma jeszcze dobry kilometr przed sobą. Dotarliśmy na metę na paręnaście sekund przed upływem 2 h.

Mariusz czekał już wykąpany, przebrany i zadowolony. Nowa życiówka - 1:31:47 - jest o około 3 minuty lepsza od poprzedniej. Zrobił ją mimo wywrotki na nawrocie na czwartym kilometrze i mimo dziwnie śliskiego asfaltu, po którym się biegło jak po lodzie. Stopa wyraźnie cofała się do tyłu, czego nie lubię i co cholernie mnie męczy. Może z tego powodu dziś czuję się, jakby mnie wczoraj ktoś z godzinę kopał w prawy pośladek, ledwie powłóczę prawą nogą, coś sobie nadwerężyłem. Pewnie też ma to związek z maratonem
przebiegniętym sześć dni wcześniej, po którym jeszcze się do końca nie pozbierałem.
Po biegu krótkie ablucje, świeże ciuchy i pobiegowa biesiada. Każdy z biegaczy dostał miskę gorącej zupy, ogromny kawał niezłej kiełbasy, pączka i piwo. Kto chciał, za niewielkie
Koniec drugiego kółka
pieniądze mógł sobie dokupić to, co posiadacze medali dostali w ramach regulaminu. Było ciasno, ale swojsko i przyjemnie. Prawie wszyscy zostali do końca imprezy, bo oczywiście ostatnim punktem programu było losowanie nagród - znakomita metoda na zapełnienie miejsca przed podium i sprawienie, by zwycięzcy nie cieszyli się samotnie swoim sukcesem.

Powrót, dzięki nowej S3, sprawny jak nigdy dotąd. W dwie godziny byliśmy w Goleniowie. Rewelacja!

Zasłużył na wodę, nową życiówkę należało opić!

Wurst (bez Konczity) plus buła dla każdego. Kalorii nie liczyłem

Ola też nie

W ogóle nikt nie liczył...

Mufinka na deser. Dzięki, Magda!
I pamiętaj, że tradycję trzeba kultywować :)
I jeszcze dwa filmiki. Pierwszy nakręciła Magda. Wyróżnia go niebanalne ujęcie tematu i kapitalna dynamika. Film jest o chusteczce.
video

Drugi jest montażem kilku filmików nakręconych przez Olę. To już nie to samo...

video


piątek, 23 maja 2014

P 11c

Tak naprawdę, do Muzeum Lotnictwa Polskiego wybrałem się, żeby zobaczyć jedyny ocalały
Jedyny ocalały plski samolot z
Kampanii Wrześniowej
egzemplarz samolotu myśliwskiego P-11c, który był podstawowym sprzętem myśliwskim w Wojnie Obronnej 1939. Tym jedynym istniejącym samolotem prawdopodobnie latał ppor. Wacław Król, jeden z późniejszych polskich asów myśliwskich w Anglii. 

Muzeum warte jest zobaczenia. Spitfire, Mirage, Harrier, masa ruskiego żelastwa, które przez lata latało nam nad głowami. Jest co oglądać, wszystko ładnie wyeksponowane, opisane. Zainteresuje nawet niefachowców.
Papieski śmigłowiec, jeszcze nie
uznany za relikwię...
Po muzeum daliśmy sobie spokój ze zwiedzaniem czegokolwiek. Upał powalał. Zaszyliśmy się na Bajecznej, by obejrzeć "Wilka z Wall Street". Film rewelacyjny, a Di Caprio wspiął się na wyżyny aktorstwa. Finału łatwo było się domyśleć, ale oglądanie kulisów życia "wilków z Wall Street" było fascynujące. 
Po południu wizyta w "Cyklopie" na ul. Bożego Ciała. Jedzonko wyśmienite, ceny przytomne, do tego sprawnie wytargowaliśmy 10% rabatu, a przy następnej wizycie dostaniemy 20% rabatu przy płaceniu rachunku. Krótko mówiąc, polecam"Cyklopa" i na ulicy Bożego Ciała 7 na Kazimierzu, i a Małym Rynku w pobliżu kościoła św. Barbary. 

Kończymy dziś wizytę w Krakowie, jutro rano dzieciątka przekazujemy w ręce dobrych ludzi, a ok 10 wyjeżdżamy w kierunku Goleniowa. O 17 półmaraton w Nowej Soli, po tygodniu przerwy w bieganiu potraktuję go równie lajtowo, jak maraton a Cracovie. Wracam do biegania, bo czuję, że przez tydzień zwyczajnie przytyłem. Od jutra walka z tłustym.

Ruski złom ze słusznie minionej epoki

Junkers Ju-52, grał ważną rolę w filmie
"Tylko dla orłów"


I na koniec "Cyklop"

czwartek, 22 maja 2014

Ksylitol benedyktyński

Krużganki tynieckie
Mam już dość bezchmurnego nieba, pięknej pogody, ciepełka, tzw. słodkiego nieróbstwa, a po dzisiejszym popołudniu mam też dość Krakowa.
Kiedy na liczniku jest 28 celsjuszy, lepiej nie szwendać się po mieście. Dlatego wsiedliśmy rano w autko, załączyliśmy klimę i wyskoczyliśmy do Tyńca, by odwiedzić najstarszy klasztor w Polsce. I to była zdecydowanie przyjemna część dnia, bo w klasztorze miły chłodek, wokół dużo zieleni, zgrabnie pomagającej w utrzymaniu w miarę normalnej temperatury. Klasztor robi świetne wrażenie, wygląda o niebo lepiej, niż 25 lat temu, kiedy byłem tu dłużej ostatni raz. Odbudowano wszystkie zrujnowane niegdyś budynki, jest ładnie i sympatycznie. Ubawił mnie sklep z "produktami benedyktyńskimi", wśród nich winami-sikaczami w cenie naprawdę niezłych win francuskich czy australijskich, z niebywale benedyktyńskim produktem pt. "Orzechy brazylijskie", "salcesonem diakońskim"
Chwila przed wejściem do sklepu
z 'produktami benedyktyńskmi'
po 35 zł za kilo czy miodkiem rzepakowym po 17 zł za mały słoiczek. Nie wiedziałem, że ksylitol, czyli "cukier brzozowy" też jest produktem benedyktynów tynieckich, a jak najbardziej stał w sklepie na półce, w cenie bynajmniej nie promocyjnej. Dopilnowałem, żeby koleżanka małżonka przypadkiem czegoś nie kupiła, a już miała w ręku "wino porzeczkowe" po jakieś 30 zł za ładną (to pewnie jedyny plus) flaszkę. Krzywdy benedyktynom nie zrobiłem, bo lud pielgrzymujący kupował z namaszczeniem różne "wyroby benedyktyńskie", sklep musi świetnie prosperować.

Po Tyńcu przyszedł czas na miejsce, w którym jeszcze nie byłem: Kopiec Piłsudskiego. Raptem parę kilometrów od Tyńca, po drodze do miasta. Zatrzymaliśmy się na drodze prowadzącej do klasztoru kamedułów na Bielanach, stąd poszliśmy pieszo (wyczyn - 6 km w obie strony, hihi...). Na zboczach Srebrnej Góry rozległe winnice, chyba obecnie największe w Małopolsce. Krzewy jeszcze młode, ale za parę lat vindange będzie całkiem serio.
Droga do kopca zeszła szybko. Sam kopiec naprawdę robi wrażenie. Jest największy ze wszystkich kopców krakowskich, nic dziwnego, że komuniści nie poradzili z nim sobie, choć próbowali. Ja sam o jego istnieniu dowiedziałem się dopiero w roku 1980, wcześniej nigdzie nie trafiłem na informację o tym miejscu.
Panorama z Kopca jest zupełnie inna, niż z kopców Kościuszki czy Krakusa. Miasto widać,
ale w oddali. Piękny widok na lotnisko w Balicach, piękna panorama na góry (ładnie było widać ośnieżone jeszcze Tatry), aż nie chciało się stamtąd ruszać, bo w dodatku miło wiało, było więc chłodno i przyjemnie.
Po południu wyprawa z małymi na północ miasta, na wystawę budowli z klocków Lego. Szlag mnie mało nie trafił, bo przebijałem się dobrą godzinę, a ujechałem 17 kilometrów. Na koniec zjechałem nie na ten pas, co mnie kosztowało dodatkowe 3 kilometry i "afekt napięty z tendencją do reakcji gniewnej", co tłumaczy się na język zrozumiały jako wkurwienie. To wystarczyło, żebym stracił ochotę na budowle z klocków i ochotę na cokolwiek. Odprężyłem się w księgarni, czytając "Przygody Mikołajka". Mikołajek zniwelował efekty popołudniowego przebijania się przez Kraków i wpływu głupot wygłaszanych w radiu przez pajaców, którzy
Ja nieważny, panorama Krakowa tak
koniecznie chcą dorwać się do kasy płaconej przez Eurokołchoz i namawiali mnie, żebym w niedzielę na nich głosował. Pójdę, owszem, ale tylko po to, żeby postawić wielki krzyżyk na karcie do głosowania. Wyrażę w ten sposób swoją opinię, spełnię obywatelski obowiązek, a jednocześnie nie będę miał kaca, że poparłem jakiegoś pazernego ćwoka.

Oleńka na szczycie Kopca Piłsudskiego

Jutro ostatni dzień, na popołudnie zaplanowana jest ogólnorodzinna wyprawa do "Cyklopa", podobno rewelacyjnej pizzerii na Kazimierzu. OK, porównamy ją z bez wątpienia rewelacyjną "Ambrozją" w Nowym Wiśniczu. Już teraz wiem, że w kategorii 'cena' wygrywa Nowy Wiśnicz, nie ma w ofercie najbardziej wypasionej pizzy "fi 50" za 33 zł brutto. Sprawdzimy, jak z jakością.
A co wcześniej? Się zobaczy. Może Muzeum Lotnictwa? Jest tam jedyny istniejący egzemplarz polskiego samolotu myśliwskiego P-11C, to należy obejrzeć. 
A oto winnica "Srebrna Góra". Nie ma się co śmiać,
jeśli winnice są w Szwecji, mogą też być i w Małopolsce.

środa, 21 maja 2014

Dzień roztargnionego dziecka

Dziś można się było wyspać, pobudka dopiero o 7, bo młodzież trzeba było odwieźć do Krakowa na 9. Mateusz dzień zaczął z górnego C, bo w połowie drogi autostradą się okazało, że nie wziął tornistra. W szkole problemu z tego nie robili, skserowano mu właściwe strony podręcznika i ćwiczeń, miał to przenieść w domu do swoich książek. Pod koniec dnia okazało się coś nowego: nie wziął skserowanych kartek z tornistra swojego kolegi... W domu lekcje odtwarzał z pamięci. Tę szczęśliwie ma dobrą.
My zaś dzień zaczęliśmy od Rynku, gdzie kierowcy meleksów uparli się, by nas przewieźć po mieście, atakowali nas jeden za drugim. Nie daliśmy się.
Dwie godziny spędziliśmy w nowym muzeum, pokazującym podziemia krakowskiego rynku.
Bruk z XII wieku
Gorąco polecam wszystkim zainteresowanym historią. Ekspozycja jest rewelacyjna, bo od niedawna pokazuje to, co przez około 700 lat było skryte pod ziemią. Średniowieczny rynek miejscami miał poziom nawet o 6 metrów niższy od obecnego, a owe 6 m to dwie kondygnacje. Stary bruk, groby, pozostałości chat niegdyś tam stojących, do tego sporo techniki, multimediów, w rezultacie powstało piękne muzeum, naprawdę warte odwiedzenia za 19 zł (16 - bilet ulgowy).
Przed muzeum kapitalna scenka: na murku siedzi sobie jakaś dziecięca wycieczka. Dzieciaki
Rozkoszna ekipa z bajglami
grzeczne, ciche, jednakowo ubrane w czerwone koszulki, krótkie spodenki, różowe czapeczki, niebieskie plecaczki. Siedzą i wcinają bajgle, nie stwarzają żadnych problemów, wyglądają na zadowolone. Nie wiem, co to była za ekipa, pewnie krajowa. Widok był tak sympatyczny, że zrobiłem dzieciakom serię zdjęć.
Po muzeum w Rynku odpiliśmy kawę, po czym przeszliśmy się spokojnym krokiem na Skałkę, potem do kościoła św. Katarzyny, jednej z bardziej zagadkowych krakowskich świątyń, bo choć potężnej, to do dziś
Św.Katarzyna
nieukończonej, bez kluczowych przęseł, bez reprezentacyjnego frontonu i bez wież. Kościół ma jednak klimat prawdziwej, gotyckiej katedry, mimo wszystko świetnie komponujący się z ociekającym złotem ołtarzem.
Po Kazimierzu tylko się przeszliśmy. Chcieliśmy zjeść obiad w "Brasserie", którą pamiętamy sprzed 10 lat jako niezłą knajpkę mieszczącą się w dawnych stajniach zajezdni tramwajowej na ul. Gazowej. "Brasserie" już nie ma, jest jakieś dziwo gastronomiczne, w którym już nie podają nieźle przyrządzonych muli. Nie interesował mnie proponowany w menu mus buraczany z jakimś serem, aż taki głodny nie byłem...
Na ulicy Szerokiej, na żydowskim Kazimierzu, knajp od metra, ale to gastronomiczna cepelia obliczona na frajerów z zagranicy, chcących zjeść coś prawdziwie żydowskiego. Dostają "cóś", ale z kuchnią żydowską ma to pewnie tyle wspólnego, co
A ten pub zagrał rolę
w filmie "Pod Mocnym
Aniołem"
chińskie dania w knajpie koło spichlerza w Goleniowie, będące szczytem gastronomicznego badziewia, wręcz kulinarną prostytucją. Na Kazimierzu za to wrażenie robią ceny: 25 zł za parę pierogów, a rzeczy bardziej wyszukane (przynajmniej z nazwy) to dodatkowe 50 procent. Przypomniałem sobie wczorajszą pizzę "fi 50" za 41 zł z piwem i dodatkami, więc propozycje kulinarne z Kazimierza spuściłem do Wisły. A na obiad wpadliśmy do kultowego baru "Pod Filarami" na rogu Dietla i Starowiślnej, gdzie żurek z dwoma jajkami i kawałem kiełbasy kosztuje 5 zł.Nie dziwi, że ciągną tam tłumy, a lokal ma się dobrze. 

Wieczorem dobra nowina: autko jest na chodzie. Polecony mechanik za 50 zł ustalił, że przyczyną podejrzanego stukania jest źle dokręcone lewe przednie koło. Dociągnął śruby we wszystkich kołach i powiedział, że gdybym pojechał do innego warsztatu, mogliby mnie skroić nawet na tysiąc lub dwa, wmawiając awarię półosi, łożysk i w ogóle wszystkiego. Pewnie bym taki kit kupił i był szczęśliwy, że samochód naprawiony.
Otaczający Skałkę mur był kiedyś obwarowaniem
miasta Kazimierz

Kolejny dowód, że brzydka ściana może wyglądać ciekawie

Jak widać, Paulina jadła lody czekoladowe

...i truskawki

...a Mateusz odrabiał lekcje

Jeszcze jeden rzut oka na niedokończony największy kościół Krakowa

wtorek, 20 maja 2014

Nie należy wracać

Dziś już w krzyżu nic się nie dzieje, pobolewa za to prawa pięta (zapewne odzyskałem w niej czucie...) i mięsień przywodziciel lewego uda. Jeszcze czuję osłabienie, miałem się o tym okazję przekonać na podejściu pod banalną górę, jakieś dwieście metrów przewyższenia. Autentycznie, nie miałbym ochoty podchodzić wyżej. Ale też nie musiałem :)

Zrobiliśmy dziś sobie wypad na wschód od Krakowa. Podjechaliśmy do Tabaszowej nad Jeziorem Rożnowskim. Byłem tam pierwszy raz jeszcze w liceum, w 1978 roku, ostatni raz
Tu kiedyś była plaża - marzenie
cztery lata później. Spało się w szkole na szczycie góry, wodę trzeba było pompować, autobus jeździł raz dziennie. Ale te gwiazdy w sierpniową noc, Droga Mleczna widoczna jako biały pas na niebie, ta dzika plaża nad jeziorem, do której schodziło się ścieżką wydeptaną na łące. Jedzenie się gotowało samemu, albo prosiło góralkę o ugotowanie ziemniaków, jedzonych potem z mlekiem. No i miało się 17 lat, piękny czas.

Dziś się przekonałem kolejny raz, że nie należy wracać po latach do miejsc, które się zapamiętało jako piękne. Szkoła jest, panie bardzo sympatyczne, ale to już zupełnie co innego, niż 36 lat temu. Ścieżka na plażę zamieniona w wygodną drogę, plaży nie ma, jest śmietnisko gorsze niż nad Iną. Zostały piękne beskidzkie pejzaże, ale nie ma już góralskich chałup, są domy na pewno wygodne, ale koszmarnie nie pasujące ani do gór, ani do wspomnień. Wszechobecna pasteloza,
Bud nie było, drogi też, była natura
i piękny pejzaż. Minęło.
obrzydliwa, bezstylowa "architektura", od której po prostu chce się rzygać. Nie wiem, czy dziś miałbym ochotę przejść się z plecakiem po górach, bo znikło to, co dla mnie było atrakcją nie z tej ziemi - prawdziwe, góralskie budownictwo, tradycyjne i z poszanowaniem dla kultury regionu. Dziś po domu nie poznasz, czy jesteś w Beskidach, czy na Mazurach. Ta sama architektoniczna rozpacz, aleje tuj, jakieś koszmary estetyczne ze snów po garze bigosu... A miałem nadzieję, że tylko Podhale jest takim architektonicznym syfem. Nie, syf się rozlał na Beskidy, a pewnie i na całą Polskę.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Rajbrocie, by zajść na cmentarz wojenny z czasów I wojny światowej. Pewnie mało kto wie, że Beskidy były miejscem kilku potężnych bitew, największych na froncie wschodnim I wojny. Ich pamiątką
Kiedy nie ma domów, pejzaż jest jak
za dawnych lat.
jest mnóstwo cmentarzy wojennych, w samych polskich Karpatach jest ich około 400. Budowali je Austriacy, chowając na nich swoich żołnierzy, Prusaków i - rzecz ciekawa - żołnierzy armii rosyjskiej. Leżą wspólnie; ci, których dało się zidentyfikować, leżą w opisanych grobach, inni leżą w grobach zbiorowych, ale odrębnych dla każdej armii. Osobno Austriacy, osobno Węgrzy, Rosjanie, Niemcy. I tylko Polacy leżą wszędzie, bo byli w każdej z walczących armii.
Pewnie niewielu z czytelników też wie, że I wojna światowa była pierwszą wojną, po której zostały pamiątki w postaci grobów żołnierzy z tabliczkami ze stopniem, imieniem i nazwiskiem. Wcześniej poległych chowano w zbiorowych, nieopisanych mogiłach. Upamiętnianie poległych to pomysł Niemców, oni byli pierwsi. Przejęli to od nich Austriacy, którzy mieli w armii specjalny
Koszmar. Tak teraz wygląda
"architektura góralska"
Wydział Grobów Wojennych, którego zadaniem było porządkowanie pól bitewnych, inwentaryzacja grobów, dokonywanie ekshumacji i budowa cmentarzy wojennych. To samo zaczęli robić Francuzi. Ruscy takimi sprawami głowy sobie nie zawracali, rosyjskich cmentarzy wojennych nie ma. 

A pół godziny później zatrzymaliśmy się w Nowym Wiśniczu. Pasteloza totalna, ale przynajmniej czysto i ludzie sympatyczni. Najlepsze wrażenie zrobiła pizzeria "Ambrozja", gdzie zamówiliśmy (czort wie co podkusiło...) pizzę o średnicy 50 cm. Jasne, zamówienie składaliśmy głodni, ale już w momencie wjazdu pizzy na stół wiedzieliśmy, że był to błąd. Pizza była wielkości młyńskiego koła. Pyszna, bogata, ostra jak należy, a to za... 33 złote polskie. Z piwem i sosem kosztowała nas ta akcja 41 zł plus 10 procent napiwku (pourboire, jak mówią Francuzi). Pół pizzy oczywiście zapakowaliśmy w kartonik, by pożywić i młodzież krakowską.
Rajbrot. Kwatera grobów żołnierzy, których
tożsamości nie ustalono. Razem leżą Węgrzy,
Austriacy, Polacy, Rosjanie, Niemcy

42 żołnierzy rosyjskich...

Kwatera tych, których imiona i nazwiska były znane


Cmentarz widziany z drogi

Pizza "fi 50"

Krótko potem się poddaliśmy...

poniedziałek, 19 maja 2014

Teraz relaks

Żadnego biegania.

Panorama z Kopca na Kraków.
Rano rozwieźliśmy dzieciaki po szkołach i przedszkolach, odpiliśmy kawę, po czym mogliśmy ruszyć w krakowski plener. Pogoda jak marzenie, grzechem byłoby siedzieć w domu. Na początek Kopiec Krakusa, z piękną panoramą Babiej Góry i ośnieżonych Tatr, a z drugiej strony z całym Krakowem jak na dłoni. Potem Stare Miasto, na którym dłużej byłem z 10 lat temu. Kościółek św. Wojciecha z bardzo ciekawymi podziemiami na poziomie romańskiego rynku,
Magiczne miejsce
czyli mniej więcej o 3 m niżej, niż obecnie. Potem Grodzka, jak całe Stare Miasto - bez ani jednej reklamy (czyli - można!), Wawel, Planty, kościół Reformatów, plac Szczepański. Po południu obiad u Ani, pod wieczór powrót do Dąbrowy i szukanie mechanika, który wymieni mi walnięte łożysko w samochodzie. Mechanik, z bardzo dobrymi referencjami, jest w Dąbrowie. Na szczęście w zagrodzie jest drugie autko, kłopotu z komunikacją nie będzie.

Dziś rano obudziłem się w stanie podobnym do tego, w jakim obudził się z długiego snu ob. Siara w "Kilerze" - jakby mnie kto pół nocy kijem okładał. Rano chodziłem jak starzec, na Kopiec Kraka ledwie wszedłem. W ciągu dnia wróciłem do żywych.
Zejść łatwo. Wejście ciężkie...
Jutro pogoda wciąż wzorowa. Chyba skoczymy do Tyńca, byliśmy tam dokładnie 25 lat temu, w czasie poślubnej wyprawy do Krakowa. Może do tego Lanckorona, Kalwaria Zebrzydowska. Cepeliowskie Wadowice odpuszczam, na żadne kremówki czy inne bzdury się nie wybieram.



A to my

Nawet brudna ściana może być ciekawa

św. Piotr i Paweł

św. Andrzej

Landszafcik wawelski

A w tle Babia Góra

Widać, dokąd przedwczoraj sięgała woda...

Kości wieloryba przez wieki grały rolę szczątków smoka

Piękna lekcja historii: tabliczki poświęcone darczyńcom,
którzy po I wojnie światowej wyłożyli pieniądze na renowację Wawelu

Wyobraźcie sobie, jako to działało na wyobraźnię za komuny
(tym, którzy ją mieli)




Najwyższy budynek przedwojennego Krakowa,
na Placu Szczepańskim. 7 pięter!