sobota, 7 grudnia 2013

Przebazowanie

Fan klub: Dorotka & Ola
Sześć godzin trwało przebijanie się do Torunia. Z Goleniowa do Stargardu po lodzie, potem kawałek po asfalcie, w okolicach Suchania wpadliśmy na drogę kompletnie zawaloną śniegiem, aż do Kalisza Pomorskiego była rzeźnia. Potem co parę kilometrów odmiana, raz nieźle, raz tragedia z zawianymi drogami, śnieżycą i prawie zerową widzialnością, a sto metrów dalej omalże lato. Mijaliśmy dwa miejsca, gdzie było po kilka samochodów w rowach, dosłownie parę minut wcześniej tam wylądowały. My dotarliśmy na miejsce bez przeszkód, bez problemów ok. godz 14.
Zakwaterowanie u Ojca Dyrektora od redemptorystów, zupełnie przyzwoite, choć bez luksusów. 300 m do biura zawodów i jeszcze sto metrów do stadionu, gdzie będzie meta, przystanek autobusowy pod nosem, 15 min do centrum.
Pakiety odebrane: ładna czapeczka, w której zaraz wybrałem się do miasta, przyzwoita koszulka z długimi rękawami, jakieś batony, talony na zupę, napój i ciacho. Nieźle.
Dzisiaj aklimatycacja w "Pod
Modrym Fartuchem"
W Toruniu ziąb jak jasna cholera, do tego wieje. Warunki dość podobne do tych z wiosennego Jastrowia. Nie było błędem zabranie ze sobą ciuchów typowo zimowych, zdaje się - przydatne będą.
Na wypadek, gdyby udało się przeżyć, zarezerwowany jest już stolik w "Gęsiej Szyi". Mariusz - na osiem osób, więc zabieraj całą waszą piątkę, rezerwacja od godz. 16. :)  
Dziś wieczór wspomnień Dorotki, zabrała nas do swojej ulubionej knajpki z lat studenckich: "Pod Modrym Fartuchem". Modrym, a nie mądrym, mokrym, mocnym czy modnym. Knajpka nie jest rewelacyjna (sorry, nie mam swoich wspomnień z nią związanych...), ale jedzenie niezłe, a ceny do przyjęcia. "Gęsia Szyja" o niebo ciekawsza, nie bez powodu trudno było załatwić tam stolik na pobiegową biesiadę ;)

piątek, 6 grudnia 2013

Ksawery rozrabia

Zero

Chciałem. Nawet bardzo chciałem pobiec. Ale lekko po południu spadł mokry śnieg i nagle warunki zrobiły się więcej niż niekorzystne. Zrobiły się za to bardzo korzystne dla chirurgów urazowych, z którymi wspólnego nie chcę mieć nic, można rzec - mam do nich uraz. Po piątej poszedłem do biura Plusa zrezygnować z cholernie atrakcyjnych, ale do niczego mojej żonce niepotrzebnych promocyjnych atrakcji, jak sms-y bez ograniczeń (ale nie bez kosztów) oraz nieograniczonego internetu (koszt nieograniczony, a zbędny, bo kobita za nic smartfona nie chce). Po drodze parę razy mogłem stracić część uzębienia, szczęśliwie - ocalało. Pomogłem za to nieznanej niewieście, która tuż przede mną wyłożyła się na oblodzony chodnik. Musiała gruchnąć zdrowo, bo przez chwilę nie była w stanie pozbierać myśli. Pozbierać rozrzucone po lodzie dobra pomogłem ja, poprowadziłem babkę przez parędziesiąt metrów, zostawiłem upewniwszy się, że wszystko z nią OK. 
W telewizji armagedon. Roztrzęsieni reporterzy łamiącym się głosem informują, że wieje, że pada, że jest już z centymetr śniegu i wciąż go przybywa. A w tle toczy się normalne życie, nikt (no, prawie nikt...) życia nie traci, słońce wzeszło i zaszło zgodnie z rozpiską. 
Dotarł do mnie Piotrek W. i pytał, czy jadę do Torunia. No, k..wa jadę, co mam nie jechać? Pada? No, k..wa pada, ale o tej porze to nic dziwnego. Piotr pomilczał chwilę, miałem wrażenie, że chce mnie pobłogosławić na drogę (kto nie kuma kontekstu, odsyłany jest do postu z 14 października). Po południu dzwoni Dorota, która jutro ma z nami jechać do Torunia. "-Mój Boże, jedziemy?" - drżący głos Dorotki zdradzał lęk. No, k..wa, jedziemy, co mamy nie jechać? "-A podobno w Kujawskiem wiatr przewrócił ciężarówkę!" - dzieli się strasznym newsem Dorotka. Ale przecież my nie jedziemy ciężarówką - tłumaczę kobicie. Pomilczała chwilę. "-No dobrze..." - odrzekła i zamilkła. Zapewne poszła pisać testament.


Zadzwonił prezes. Na sobotę, godzina 17, wyznaczone jest sympozjum ProGDar Marathon Team. Gdzie - nie napiszę, żeby nie naszło nam "przypadkowych gości". Członkowie PMT i tak już wiedzą, a jeśli nie, to się dowiedzą lada chwila. Nikt pominięty nie będzie. Powiadomiłem młodego, to chyba najmłodszy stażem maratończyk PMT. Oczywiście, nadciągnie z Poznania na wezwanie. 

Wyjeżdżamy jutro z samego rana, trzeba zakładać z 5 godzin jazdy, warunki mogą być różne i niekoniecznie ciekawe. Zakładam jednak, że dotrzemy cali i tacy też potem wrócimy. 

W GG absolutną rewelacją jest temat rakiety-zjeżdżalni, którą 10 lat temu pocięto na złom. Kiedy tylko temat został wywołany, naród zażądał przywrócenia rakiety Gagarina na Plantach. Okazuje się, że to była kultowa zabawka młodych goleniowian, którzy wprawdzie podrośli, niektórzy posiwieli, ale wciąż pamiętają swoją ukochaną zjeżdżalnię. I zanosi się na to, że rakieta Gagarina na powrót stanie na Plantach, może nawet w tym samym miejscu, wolnym zresztą. W przyszłym tygodniu spotkanie w tej sprawie u Roberta K. 

czwartek, 5 grudnia 2013

Orkan nadciąga

10 km

Od rana czytam i słucham o armagedonie, jaki lada moment, już za chwilę, w nas pier...lnie. Telewizji nie oglądam, ale jak się znam, w TVN24 już od rana leci bezpośrednia relacja z przyszłej megakatastrofy, a podniecone panienki tłumaczą nam, jak zginiemy: niechybnie i w mękach. Może nawet zaproszono posła Niesiołowskiego, który problem zdiagnozuje i objaśni rolę PiS w tym spisku. Bo, proszę państwa, jakiś, za przeproszeniem, orkan, ma nas zmieść z powierzchni ziemi. Jeszcze dziś, a najpóźniej w nocy.
Pajace, którzy tworzą te informacyjne horrory pewnie nie wiedzą, że orkan to jest w tropikach, a u nas 'normalny' huragan. Wieje tak samo, tylko w tropikach wiatr jest ciepły, a u nas niekoniecznie. Ale ORKAN brzmi straszliwie, no i do tego mądrze. Zajrzałem na portal Wyborczej, bo spodziewałem się, że ów "orkan" zostanie tam powiązany z prześladowaniami starszych braci w wierze albo miłośników innych stylów kochania się, wszystko jedno z kim. O dziwo - nie. Nawet nie było próby obciążenia winą Kaczyńskiego za wywołanie orkanu i jego przyszłe skutki. Za to Wyborcza odsyła mnie do kamery internetowej, żebym popatrzył, jak huragan (sorry - orkan) demoluje Hamburg. Zainteresowałem się, w Hamburgu fajnie mi się biegało. Patrzę i widzę, że woda w jeziorze nawet specjalnie nie faluje, ludzie spokojnie spacerują, Hamburg jakby stoi na swoim miejscu. Nawet żydów tam nie prześladują (przynajmniej nie widać tego w kamerze). 

Po południu, aby zdążyć przed orkanem-killerem, przebiegłem się po lesie. Buro i ponuro, niebo zachmurzone, las ciemny i nieprzyjemny, w dodatku ciśnienie znienacka spadło na pysk. Zaparłem się jednak, postanowiłem dychę zrobić choćby po omacku. I prawie tak było, ostatnie dwa kilometry w zupełnych ciemnościach; nie odważyłbym się biec, gdybym nie znał trasy na pamięć i nie wiedział, że żadnych istotnych niespodzianek na drodze nie będzie. I tak parę razy się potknąłem, bez istotnych skutków na szczęście. Kiedy jednak wybiegłem na asfalt na końcu ul. Drzymały, zrobiło mi się raźniej :)

A, na stadionie natknąłem się na Ojca Dyrektora, po raz pierwszy od 11 listopada i wielkiej gali orderowej. Grzecznie się Ojcu ukłoniłem, Ojciec równie grzecznie mi się odkłonił. Żadnych czułości z jego strony nie było, ale wymiana uprzejmych pozdrowień dobrze wróży naszym przyszłym relacjom. W końcu, nie ma powodu, żeby któryś z nas miał cokolwiek do drugiego, prawda?

środa, 4 grudnia 2013

TV zamiast biegania

0 km

Nie było dziś czasu, żeby zażyć ruchu. Od rana ganianie jak z pęcherzem, by móc jutro rzucić na biurko teksty do gazety, w południe wyprawa do Szczecina z tym cholernym, rozbitym telewizorem. I wyprawa, i wydatek nie do uniknięcia, więc lepiej mieć to już z głowy. Ku mojemu zaskoczeniu, naprawa dużo tańsza, niż w zapowiedziach, a do tego zrobiona od ręki, w ciągu półtorej godziny. Do domu przywiozłem więc sprawne TV. Wieczorem powiedziałem o tym małżonce, w odpowiedzi usłyszałem opiernicz, że mówię jej o tym tak późno, a tu przeleciało już pół odcinka "Na dobre i na złe"... Po chwili usłyszałem jednak i pochwałę. Zadowolony będzie pewnie i młody, bo zaczął się przecież sezon zawodów w skokach, a wtedy nie ma mowy, żeby oglądać co innego.
Pogoda była tak syfiasta, że nawet nie pomyślałem o wieczornym bieganiu ulicami Goleniówka. Odpuściłem bez wyrzutów sumienia. Jutro zrobię dyszkę, w piątek 5-8 km, w sobotę przebazowanie do Torunia i aklimatyzacja w którejś z miłych knajpek na Starym Mieście. 
 
Panowie z piłami dziarsko się uwijają na stadionie, do niedzieli mają skończyć wycinkę. Dziś miałem być na komisji i pilnować, by nie było cudu przy budżecie gminy. Dałem sobie spokój, bo przed budżetem omawiano strategię rozwoju gminy, radni popisywali się swoją elokwencją, ale poziom wypowiedzi wywoływał we mnie narastające zdenerwowanie. Aby nie wyjść z siebie, wyszedłem z sali, rezygnując z czekania na dyskusję o budżecie.

wtorek, 3 grudnia 2013

Tną

10 km

Przyplątał się jakiś ból kręgosłupa, być może nieco mnie przewiało któregoś dnia. Profilaktycznie Movalis, żeby się z tej drobnostki nie zrobił pełnowymiarowy problem. Jutro się okaże, w którą stronę rzecz się rozwinie. Liczę na łaskawość losu, na szansę w niedzielę w Toruniu.
A propos Torunia: poczytałem na temat trasy biegu. Podobno w lesie wygląda nieciekawie, jest odcinek prawie że bagnisty. Jeśli dziś jest prawie bagnisty, to po przebiegnięciu tabunu liczącego 4 tysiące ludzi bagno będzie bardzo realne. A nie najprzyjemniej się biega w butach zalanych czarną breją...

Na stadionie wstęp do przebudowy bieżni: rozpoczęła się wycinka drzew, szpaleru stojącego bliżej płyty boiska. Na szczęście, nikt się nie przykuł do drzew i nie oflagował, na razie wycinka odbywa się spokojnie. A wystarczyłaby jedna sprawna akcja tzw. "ekologów", by na parę miesięcy całą inwestycję zablokować. 

Właśnie wróciłem od dentysty, zaprzyjaźnionego, biegającego doktora Pawła M. Znieczulił mnie tak skutecznie, że nie czuję połowy twarzy, a przy kolacji gryzłem powoli i ostrożnie, by sobie nie odgryźć połowy policzka lub języka. Co chwila sprawdzam, czy mi coś z dzioba nie cieknie, mam wrażenie, że dolna warga zwisa mi jak basetowi. Nic to, przetrzymam. Ważne, że dwa zęby zrobione od ręki i do wiosny do gabinetu z wiertarą nie muszę zaglądać. :)

Czytam właśnie sprawozdanie z piątkowego nagradzania wolontariuszy. Napisano na gminnej stronie, że w Kliniskach powstało koło wolontariatu, a dzieciakom w piątek wręczono legitymacje. Z jednej strony miło, bo dzieciaki może poczuły się docenione. Z drugiej jednak, owe 26 duszyczek z Klinisk wpisze w swoje rejestry Naczelny Zawodowy Wolontariusz Gminy Goleniów, Mieciulek Bździuch; nie da się wykluczyć, że koło w Kliniskach wpisze na listę swoich sukcesów. Jak pewnie wszystkim czytelnikom niniejszego bloga wiadomo, owych wolontariuszy wyszukali, zaprosili do pracy, przeszkolili i w pozytywnym sensie słowa - wykorzystali - Aneta z Darkiem, w czasie wrześniowego maratonu. Ani Miecio-zawodowiec, ani jego Gminne Centrum Wolontariatu nic z wolontariuszami z Klinisk nie mieli wspólnego. Trzeba będzie bacznie sprawdzić, co zawodowy wolontariusz wpisze w swoje sprawozdania, a w razie czego zdecydowanie zaprotestować.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Odliczanie do Torunia

10 km

Udało mi się opędzić poniedziałkowy nawał różnych spraw i koło drugiej po południu znaleźć czas na leśną wyprawę. Trasa standardowa, okolice Góry Lotnika. Po dniu przerwy w bieganiu zanurzenie się w leśne ostępy było miłe i przyjemne. Po mroźnej nocy gleba zmarznięta, szron w lesie trzymał się cały dzień, gdybym miał aparat fotograficzny, zrobiłbym parę ładnych zdjęć. Ale nie miałem :(
Gościu zawsze ma 'jedynkę'

Z trudem wielkim udało mi się znaleźć noclegi w Toruniu. Miejsce znalazłem dość daleko od centrum, za to bardzo blisko biura zawodów i stadionu, na którym będzie meta półmaratonu. Przytulą nas w... domu pielgrzyma. Można się śmiać, ale te pielgrzymkowe instytucje to akurat całkiem niezłe rozwiązanie, standard jest przyzwoity, a cena bardzo przytomna: w Toruniu 40 zł od osoby za miejsce w pokoju z łazienką. W centrum miasta spanie kosztuje dwa razy więcej, a miejsc w hotelach nie ma. 
Tak naprawdę, potrzebne będzie łóżko i czysta łazienka, przecież nikt tam nie będzie siedział w pokoju i gapił się w telewizor. Podobną taktykę zawsze przyjmujemy w Paryżu: hotelik Premiere Classe zapewnia wygodne łóżko, kibelek, prysznic i umywalkę na paru metrach kwadratowych; ważne, żeby był w pobliżu dworca kolejowego, bo wychodzi się z rana, a wraca dopiero na spanie. Na cholerę mi Renoir na ścianie pokoju, oczywiście wliczony w cenę?

Lada dzień rozpocznie się wycinka drzew na stadionie, czyli przygotowania do budowy bieżni. W środę za to drugie czytanie projektu budżetu gminy, czyli ostatni etap dyskusji przed zatwierdzeniem planu wydatków na przyszły rok. Oczywiście, pójdę, posiedzę, dopilnuję, żeby mi jakiś pajac nie wyskoczył z pomysłem wykreślenia bieżni z planu inwestycji.

sobota, 30 listopada 2013

Górnicza lampka

10 km
Na starcie

Wszelkie cele zrealizowane. Dyszkę od początku do końca zrobiliśmy z Michałem wspólnie. Pilnowałem, żeby tempo było równe i umiarkowane, wyszło nam dokładnie 5:30 na kilometr, Michał skończył z czasem 55:03, ja parę sekund po nim, bo młody zareagował na moje hasło GO! i finiszowe metry na stadionie (tartanowym, oczywiście) zrobił w prawie sprinterskim tempie. Kolejny raz poprawił swój wynik na 10 km, tym razem o 36 sekund. Najważniejsze
Z maminką
jednak, że nie miał żadnego dołka wysiłkowego, lekkie osłabienie na 8 kilometrze można pominąć; ciut zwolniliśmy i odzyskał siły, by finisz zrobić w bardzo przyzwoitym tempie. Ważne też, że tym razem nie dokuczał mu ból kolana, co zapewne miało związek z równo rozłożonym wysiłkiem na trasie. A nic nie jest tak istotne, jak zdrowie i brak kontuzji. Nic też tak nie zniechęca do sportu, jak uporczywie powtarzające się kontuzje.


Nasza ekipa kibiców jak zwykle sprawiła się wzorowo. Ola, Agnieszka (jej siostra) i Marta (siostrzenica) darły się na całą ulicę, wywołując sympatyczne reakcje u zawodników i
Jak widać, bieg był pogodny
"dziwne zdziwienie" u nielicznych przedstawicieli ludu konińskiego stojącego na ulicach. My też, jako jedyni kibice, witaliśmy na mecie ostatnich zawodników, którzy docierali na metę z czasem grubo powyżej godziny. Czekaliśmy na ostatniego, dopiero potem zwinęliśmy się do hali.

Przyznać trzeba, że na tle wyludnionego Konina Goleniów sprzed dwóch tygodni prezentował się jak inna planeta. Wszyscy pamiętamy te setki, jeśli nie tysiące ludzi na ulicach w czasie Mili, żywo dopingujących biegnących, z najgłośniejszą ekipą PMT na czele, of course :) A w Koninie smuteczek, pustka...
Michał finiszuje

Ładne medale - duży plus. W tym roku nie było czapek dla biegaczy; szkoda, bo zeszłoroczna do dziś mi służy. Za to musli, chrupki i różne inne dobra spożywcze jeść pewnie będziemy przez najbliższy rok. Zapas imponujący...




Po paru sekundach na metę i ja się doturlałem
Meta, medale, dobra forma i ogólne zadowolenie



Ekipa biegowa z ekipą wsparcia ;)

czwartek, 28 listopada 2013

Fajnie cd.

10 km

Powtórka z wczorajszej trasy, ale bez lampki; wyruszyłem, kiedy jeszcze coś było widać, ciemności opadły mnie dopiero w Helenowie. Ale tam już było bezpiecznie, nikt nie próbował mnie wmasować w asfalt. 
I znów powtórka z dobrej formy i braku dolegliwości. Ładnie, to cieszy. Jutro więc odbój, bez biegania, bo nie ma kiedy. Po południu przebazowanie do Konina, po drodze zgarnięcie młodego. W sobotę start.

Dzwonił prezes, zapowiada na 13 lub 14 grudnia sympozjum podsumowujące rok biegowy PMT. Trzeba przygotować referaty i sprawozdania ;)

środa, 27 listopada 2013

Z czołówką na czole, bo gdzie?

10 km

No, to już zaczyna być podejrzane. Forma z dnia na dzień coraz lepsza, nadal żadnych dolegliwości. Ciekawe, co to ma zwiastować? Jakąś efektowną katastrofę, jak to już parę razy się zdarzyło? Ale jaką? W każdym razie, widoki na przyjemny bieg w Koninie są bardzo dobre, a na dobry wynik w Toruniu też zaczynam liczyć (na razie nieśmiało). Szkoda, że Mirka nie widzę na liście startowej, odbiłbym sobie zniewagę z Mili Goleniowskiej :)

Nasiedziałem się dziś na sesji rady miejskiej. Czas zmarnowany, IQ mi dramatycznie spadło, na szczęście forma biegowa nie. Chciał czy nie, z racji opóźnienia trzeba było skorzystać z opcji ulicznej. Przypomniałem sobie, że w którymś z samochodów musi leżeć moja czołówka, nadzwyczaj przydatna na wyprawach kajakowych. Jak znalazł (a znalazł w bagażniku) do wieczornego rajdu po opłotkach Goleniowa. Znalazły się i baterie, można więc było zrobić eksperyment. Gadżet był zdecydowanie przydatny. Najbardziej na Spacerowej, gdzie rozświetlał kompletne mroki w okolicy basenu, a jednocześnie czynił mnie widocznym na drodze. Czołówka mniej przydała się na Szkolnej, tam lepiej oświetlały drogę światła przejeżdżających samochodów, ładnie podkreślając nierówności nawierzchni. Czołówka nie sprawdza się w roli "wykrywacza przeszkód", bo źródło światła jest zbyt blisko oczu, oświetlenie drogi jest więc płaskie. Ale już w parku, na Przestrzennej i na Norwida światełko dawało pewność, że się nie wpadnie w jakąś dziurę, a i ryzyko bycia rozjechanym na przykład przez roztargnioną niewiastę znacząco spadło. Tak, poczułem się bezpieczniej. :)

Wieczorny bieg przez "złodziejowo" i Helenów, odkąd się ochłodziło, to za każdym razem inhalacje produktami domowego recyklingu odpadów metodą 'by komin'. Dziś na skrzyżowaniu Orzeszkowej i Kasprowicza zaciągnąłem się sporą porcją dymu z palonej gumy, którą jakiś użytkownik domowego ogniska właśnie utylizował. Łzy prawie mi pociekły, dech zatrzymywało. Na Helenowie, na Jodłowej z kolei - przysmażane PCV, z charakterystycznym, kwaśnym zapachem. Mają ludzie pomysły i upór...

wtorek, 26 listopada 2013

Cud trwa

10 km

No to zaliczone pierwsze bieganie po śniegu. Udało mi się załapać na kawałek dnia, więc zamiast krążyć po ulicach Goleniowa, nawiązałem kontakt z naturą leśną. A natura ośnieżona, wprawdzie lekko, ale jednak. W mieście śnieg się nie utrzymał, w lesie leży na ścieżkach. Sądząc po braku jakichkolwiek śladów, byłem pierwszy na trasie w okolicy G. Lotnika, pewnie też ostatni, bo gdy wybiegałem z lasu, robiło się zdecydowanie ciemno. 
Podobnie jak wczoraj, forma doskonała. Najmniejszego śladu dolegliwości. Wydolność należyta. Po prostu z przyjemnością się biegło - tak, jak być powinno. Czasu nie mierzyłem, ale było to coś w granicy godziny -nie najgorzej, pamiętając o dwóch krótkich przerwach na drobne ćwiczenia i ostrożnym biegu po zamarzniętej ściółce, by nie śliznąć się i nie wywalić.

Poczytałem dziś na maratonachpolskich.pl  reklamę biegowego oporządzenia made by Adidas. Rozkoszna paplanina o przełomowej odzieży, która tak dobra, jak jest teraz, to jeszcze nigdy nie była. Buty mają jakieś rurki, rozprowadzające ciepłe powietrze aż do samej stopy, kurteczka biegowa ma włókna węglowe, asymilujące ciepełko słoneczne i nie pozwalające biegaczowi się przechłodzić. Nawet polarowa czapka jest omalże magiczna, o rękawiczkach nie zapomnijmy, bo od nich zależy przecież ostateczny wpływ stroju na wynik biegania (przekroczenie bariery dźwięku, zapewne...). 
Do przełomowych wynalazków stosunek mam chłodny i rzadko się nimi podniecam. Goretex mam 20 lat i jestem z niego bardzo zadowolony, bo zimą, kiedy jest sucho i mroźno, sprawdza się doskonale, to faktycznie oddychająca tkanina, chroni od wiatru i nie pozwala się spocić. Ale wystarczy, że choćby lekko popada, goretex natychmiast traci te swoje niezwykłe właściwości i staje się mokrą szmatą, mokrą z zewnątrz i od środka. Po prostu woda zatyka jego mikropory i czyni z kosmicznego goreteksu zwykłą ścierę, mniej wartą od porządnego ortalionu.
Prawdziwą rewelacją jest polar i są nią syntetyczne koszulki do biegania plus bielizna termoaktywna. Syntetyczne koszulki wyeliminowały bawełnę, kompletnie nie sprawdzającą się po przemoczeniu, a tkaniny termoaktywne (BTW - zwykły, natapirowany poliester) zastąpiły odzież wełnianą. Lekkie, wygodne, względnie tanie, łatwe w utrzymaniu w prawidłowym stanie higienicznym. Ale to wynalazki sprzed kilkunastu lat, od ich czasu w rzeczywistości nic nowego nie wymyślono (prócz wzorów i cen, oczywiście). Nie dajmy się zwariować reklamom.

Telewizora nadal nie mamy. Wieczory wydłużyły się w sposób nieprawdopodobny, radio znakomicie się sprawdza (właśnie w "trójce" leci benefis Mariana Opani - super!), nadal dużo czytamy, wcześnie chodzimy spać. Mnie się podoba. ;)